Zwycięzca jest sam

Przy tak intensywnej zmianie miejsc przestaje pamiętać o tym, co wydarzyło się kiedy, po czym i w jakiej kolejności. Mam spory problem z ułożeniem chronologicznym odwiedzanych miast i miejsc bez uprzedniego spojrzenia do kalendarza.
We Wrocławiu na drugi dzień nie pamiętałem skąd przyjechałem tak bardzo skupiony byłem nad planowaniem następnych wyjazdów.

W Luksemburgu przez cały dzień świeciło słońce. Po szeregu spotkań wybraliśmy się na lunch do La Place D’Armes by w bardziej swobodnej atmosferze i na luzie złapać trochę oddechu i nacieszyć się miejscem.
Wychodząc z samolotu mijany przez tłum ludzi w garniturach podobnie jak ja śpieszących się na swoje spotkania przystałem się na chwilę w zamyśleniu: – Tego chciałeś – pomyślał we mnie dawny student, schowany, łudząc się, nadzieje mając płonną…

Wkładam mnóstwo pracy i wysiłku w to moje życie. Z jednej strony może wydawać sie to śmiesznym zadufaniem w sobie i nieprzerwaną potrzebą udowadniania sobie czegoś i leczeniem tajonych kompleksów. Z drugiej strony skoro ”świat” chce ze mną rozmawiać, to czuje się zobligowany robić ukłon w jego kierunku, przygotowywać się do spotkań, bo bez tego chyba nie osiągnie się sukcesu, międzynarodowa ”kariera” ma cenę, męcząca czasem didaskaliami.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 1 komentarz

moje SF

Od momentu, gdy samolot zaczął zniżać się do ładowania (jakby wprost znad morza), ze zwielokrotnioną intensywnością zaczęły powracać dawne wspomnienia i emocje.
San Francisco ma zapach, pachnie słodkawo, ma także swój niezwykły dźwięk ulicy.
Na Powell, by dotrzeć na druga stronę ulicy, jak zwykle musiałem przeciskać się pomiędzy turystami oczekującymi w kolejce na cable car i ulicznymi muzykami.
To co tak bardzo urzeka mnie w tym mieście to mieszanka kultur i łatwość przemieszczania się miedzy nimi: Chinatown, Nob Hill, Tenderloin, Russian Hill, Japanese Town, Mission, Castro. Gdy przymrużę oczy nie wiem czy jestem w Chinach czy w Meksyku. Ten sam zapach powietrza, architektura, kolorystyka jak w Pekinie, ludzie…nie wiem gdzie jestem, to jest niesamowite wrażenie. Odwiedziłem wszystkie stare miejsca a wspomnienia znów nagle znajdowały swe ujście.

Można zarzucić mi ”kolekcjonowanie turystycznych wrażeń” zamiast prawdziwego ”doświadczanie miejsca” przez włóczęgę zamieszkanie naprawdę, ale tego miasta akurat to nie dotyczy.

Mimo ciężkiej stresującej czasami pracy, podróże są oddechem od codziennego kieratu i rutyny.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

Powrót

Odkąd podczas studiów w mojej głowie zaświtał pomysł samodzielnego wyjazdu do USA z wielkim optymizmem patrzyłem jak ten mój plan powoli przybiera konkretnego kształtu, jak z tygodnia na tydzień z niczego tworzyła się większa całość.

Początkowo chciałem polecieć do Los Angeles na 2-3 tygodnie odwiedzić przyjaciół w Pasadenie, potem spróbować zahaczyć się gdzieś, znaleźć tymczasowo prace, mieszkanie i pobyć kilka miesięcy w magicznej Kalifornii. Pierwotny plan legł w gruzach, gdy G niespodziewanie wyjechała z rodzicami do Iranu a potem gdzieś na inna półkulę. Zawalił się zupełnie, gdy wyszło na jaw, że w Los Angeles niewiele można robić bez auta – wtedy zmuszony byłem pomyśleć o jakiejś alternatywie. Gdy pojawił się koncept San Francisco wiedziałem, że to się musi udać, pełen wewnętrznej euforii zastanawiałem się, dlaczego nie wpadłem na ten pomysł wcześniej: metropolia, niezawodny system komunikacji publicznej, atrakcyjne położenie, nieskończone morze możliwości.
Bilet do San Francisco rezerwowałem w ostatniej chwili, na około 3 tygodnie przed planowanym wylotem, nie miałem zbyt dużego wyboru, bo mocno ograniczał mnie budżet, więc i trasa przelotu była trochę złożona: Warszawa – Londyn – Nowy Jork – San Francisco.
Ojciec od razu poradził mi ubezpieczyć się dodatkowo na wypadek opóźnień samolotu abym nie musiał koczować gdzieś na lotnisku, ale zignorowałem jego rady, bo szkoda było mi wtedy paru dodatkowych złotych. Miałem wytyczony plan – w San Francisco zaraz po przyjeździe musiałem się jakoś utrzymać przez 2-3 tygodnie, tyle czasu dawałem sobie na znalezienie pracy i mieszkania. Co przerażało mnie wtedy najbardziej to niebotyczne ceny wynajmu, więc w dłuższej perspektywie brałem pod uwagę zamieszkanie w hostelu.
Matka zapytała mnie tylko raz czy kogoś znam w San Francisco – odparłem, że nikogo, a potem czy mam gdzie się zatrzymać – poszukam, pójdę do hotelu – odpowiedziałem i byłem wtedy niesamowicie pozytywnie nakręcony całym przedsięwzięciem, bo zamiast przerażać się, ekscytowałem się myślą, że na każdym praktycznie kroku czeka mnie tam przygoda. Wyjątkowo nie protestowała, chyba nie zdawała sobie sprawy, na jaką przygodę się zdecydowałem. Z drugiej strony całe przedsięwzięcie organizowałem sam, za bilet zapłaciłem z własnej kieszeni.
Ojciec dał mi trochę grosza na drogę i kartę kredytową tak na wszelki wypadek gdyby było bardzo źle. Przyjąłem ją z nieukrywaną wdzięcznością składając przed samym sobą obietnicę, że użyje jej tylko w ostateczności, gdy będzie bardzo bardzo bardzo źle.

Z Warszawy wyleciałem do Londynu, potem przesiadłem się na samolot do Nowego Jorku, lot mijał spokojnie, w samolocie poznałem parę Amerykanów wracających z urlopu, młoda kobieta siedząca obok miała starannie wykonane henna przemyślne malunki na obu dłoniach niemal jak Madonna w teledysku Frozen.
Pamiętam, że oglądając film, co jakiś czas przełączałem na ekran zobaczyć gdzie aktualnie znajduje się nasz samolot. Za którymś razem zobaczyłem, że ikonka samolotu leci w kierunku przeciwnym jakbyśmy wracali ze Stanów. Wydało mi się to dziwne, ale szybko to zignorowałem.
Obsługa przechadzała się niemal bezszelestnie pomiędzy fotelami pasażerów klasy ekonomicznej, większość osób spała, na pokładzie panowały względna cisza i spokój. Hostessy przeszły akurat z jednego końca korytarza na drugi, gdy nagle czyjś przeraźliwy krzyk zaalarmował wszystkich dokoła: Pożar! Ogień! Pali się! – ktoś z tylu samolotu nie przestawał krzyczeć a stewardessy nagle jedna za drugą przebiegły na stronę skąd dobiegał alarm i wrzask. Alarm zaniepokoił wszystkich, ale nikt nie zdawał sie panikować, dymu nie było ani widać ani czuć, moja sąsiadka skwitowała, że może ktoś nierozważnie zapalił w toalecie papierosa.
Po nie długiej chwili odezwał się pilot i zakomunikował, że z powodu technicznej usterki jesteśmy zmuszeni przerwać lot i skierować się na najbliższe lotnisko w St. John’s na Nowej Funlandii. Nie byłoby w tym nic niepokojącego gdyby, nie poprosił nas o założenie kamizelek ratunkowych, ściągniecie butów, krawatów, okularów, wyjęcie protez i wtedy zrobiło się trochę dziwnie. Pasażerów z tylnej części samolotu poproszono, aby przenieśli się do przedniej części maszyny i niektórzy musieli zmieścić się w trójkę w dwu osobowych fotelach. Kilku pasażerów nie chciało poddać się zaleceniom pilota i z oporem przychodziło im zakładanie kamizelek. Jedna ze stewardes początkowo grzecznie zmagała się z pewnym opornym pasażerem, który się ociągał i dużo dyskutował, ale wobec braku reakcji na łagodną perswazje jej ton zmienił się na nietolerujący sprzeciwu grożąc, że dopilnuje by nigdy nie wsiadł na pokład żadnego innego samolotu – takie podejście poskutkowała natychmiast. Różne scenariusze kłębiły się wtedy w mojej głowie: nerwowo sięgnąłem po broszurę opisującą procedurę awaryjnego lądowania, bo na serio uważałem, że będziemy wodować a potem ześlizgiwać się do gumowych tratw ratunkowych. Z tamtych emocji najbardziej zapamiętałem to, że w samolocie panowała bezlitosna cisza, nikt nie płakał, nie histeryzował, nawet dzieci były dziwnie spokojne. Gdybyśmy mieli wtedy zginąć nastąpiłoby to w zupełnej ciszy gdzieś nad oceanem, wysoko w chmurach.
Zbliżając się St. John’s pilot poinstruował abyśmy po wyłączeniu lampki zapiąć pasy zaczęli sprawnie przechodzić do rozlokowanych po obu stronach wyjść z samolotu. Samolot dotknął pasa startowego, wyhamował, wyłączono silniki, podjechały wozy straży pożarnej, a my staliśmy pod drzwiami, które ani drgnęły, w kabinie na skutek wyłączonej klimatyzacji zaczęło robić się nieznośnie gorąco i duszno. Staliśmy tak czekając na niewiadomo co, gdy wreszcie pilot zakomunikował, że w związku z tym, że na pokładzie znajduje się spora grupa pasażerów wymagających wizy do Kanady a lokalne lotnisko nie jest przystosowane do obsługi pasażerów tranzytowych, trwają rozmowy z lokalnym Immigration.
Wypuszczono nas po dłuższej chwili i od razu wprowadzono do wyraźnie niedbale przygotowanej sali z pojedynczą toaletą i kilkoma poustawianymi krzesłami. Ludzie siadali na podłodze i ochoczo przygotowywali sobie wygodne miejsca w oczekiwaniu na drugi samolot, który miał dowieźć nas bezpiecznie do Nowego Jorku. Zorganizowano nam posiłki i napoje – pizza wydawała się wtedy bardziej wyrafinowana niż wykwintne dania serwowane w czasie lotu.
Po niespełna dwóch godzinach Amerykanie zaczęli jawnie protestować przeciwko złemu traktowaniu i niemożności wyjścia poza wygrodzone pomieszczenie gdzie swobodnie mogliby skorzystać choćby z telefonów (komórki dopiero zaczynały stawać się popularne). Nie wiadomo, kiedy z zaplanowanych 3 godzin zrobiło się 6, potem 9 i 10 godzin. W końcu pozwolono nam wyjść na zewnątrz i wraz z przypadkowo zapoznanymi Polkami zorganizowaliśmy sobie biwak na trawie przed budynkiem lotniska.
Obiecałem rodzicom skontaktować się z nimi zaraz po wylądowaniu w Stanach. Utknąłem w Kanadzie, dlatego gnany poczuciem odpowiedzialności nie wahałem się zadzwonić do domu na koszt odbiorcy. W Polsce był wtedy środek nocy. Matka na w pół śnięta odbierała telefon a na pytanie czy odbierze połączenie od syna z Kanady rezolutnie odpowiedziała, że syna w Kanadzie nie ma i że to pomyłka… Operatorka nie chciała spróbować drugi raz, dopiero na moje usilne prośby zgodziła się i tym razem wywołała matkę przez jej panieńskie nazwisko. Mamuśka przywitała mnie pieszczotliwie i czule – co ty do cholery robisz w Kanadzie.
Kiedy po powrocie rozmawialiśmy o tej sytuacji przyznała mi się, że przez chwilę wydawało jej się, że cały ten mój wyjazd do USA to była tylko przykrywka przed prawdziwym wyjazdem do Kanady.
Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego musieliśmy wtedy awaryjnie lądować. Z Londynu leciałem American Airlines w niecały rok po zamachu na Word Trade Center może stąd te nadzwyczajne środki ostrożności…

Nieskończenie wiele razy wyobrażałem sobie swój powrót do San Francisco, ale nigdy akurat w taki sposób, bo jakże różniła się ta podróż od tamtej sprzed niemal 9 lat.
Teraz podróżowałem pierwszą klasą i dawne wspomnienia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, było za to wiele zadęcia i niesmaku. Nie utożsamiałem się ze współpasażerami, którzy komentowali różnorodność potraw i alkoholi, bo tacy zazwyczaj w domu wcinają kaszankę i najtańsze wino.
Moja próżność nie została zaspokojona tylko raz, liczyłem że we Frankfurcie z samolotu odbierze mnie limuzyna która zawiozłaby mnie na terminal dla pasażerów pierwszej klasy, ale nic takiego nie nastąpiło. Lounge pierwszej klasy niewiele różni się od tych klasy biznes: jest tylko większy, posiłki i napoje serwowane są przez kelnerki, można położyć się wygodnie spać w specjalnych pokojach. Tzw. ”strefa komfortu” składa się z czterech łazienek, gdzie można wziąć kąpiel lub prysznic przed odlotem. Pokoje kąpielowe, toalety sygnowane są znakiem włoskiego projektanta – takie małe dzieła sztuki: najwyższa jakość, minimalizm formy i dyskretny luksus.
Wchodząc na pokład jumbo jeta miło było tylko rzucić okiem na innych i wejść po schodach na górny poziom gdzie znajdowało się moje miejsce.
Szczytem wyrafinowania okazało się okno w WC! Podczas wizyt w toalecie można odnieść wrażenie, że zlewa się wszystkich i wszystko z góry ciepłym moczem i to dosłownie. Wcześniej z lotniska do hostelu dostałem się podmiejskim autobusem za 2.50, teraz wybrałem taksówkę, górną pryczę piętrowego łóżka zamieniłem na klubowy pokój na 27. piętrze hotelu z widokiem zapierającym dech o każdej porze dnia.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

inne miejsce i czas

Spać nie mogę, potem po biurze poruszam się sennie, w drodze z i do pracy jak zdarta płyta nucę ”papierowy księżyc”

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

Eyjafjallajokull

Eyjafjallajokull na nowo spędza mi sen z powiek. Kilka tygodni temu z powodu zamkniętych lotnisk musiałem odwołać swoje wyjazdy do Belgradu i Luksemburga, służbowy telefon dzwonił nawet w środku nocy, w sobotę i niedzielę, bez przerwy.
A dziś pod znakiem zapytania stanęła reszta zaplanowanych podroży. Wybuch wulkanu i unosząca się nad Europą chmura pyłu skutecznie wpłynęły na zmianę mojego grafiku, jak i na liczbę spędzanych w pracy godzin.
Ludzie potrafią być nieznośni i zdrowo szurnięci planując wyjazdy nie mając żadnej gwarancji, że dotrą, nie utkną gdzieś pomiędzy i nie będą zmuszeni koczować na lotniskach. Niektórzy zupełnie bezmyślnie oczekują ode mnie gwarancji, że ich samolot wystartuje albo dostaną miejsce w samolocie, żądają alternatywnych rozwiązań. Najbardziej upartym proponuje balon albo latający dywan…
Na moją szefową nie mam co liczyć, że wybuchł wulkan odkryła dopiero po 6 dniach kiedy cała Europa była już sparaliżowana, wysłała odkrywczego maila informując że właśnie wybuchł wulkan. Potem było gorzej, gdy ochoczo, zaproponowała mojemu koledze, który utknął w Londynie by do Zurychu próbował dostać się promem a na mnie usilnie starała wymusić konieczność skontaktowania się z każdym z 545 dotkniętych kataklizmem pracowników tak jakby ktoś od 6 dni stał spokojnie na lotnisku i czekał na mój telefon żebym bezpiecznie zabrał go do domu.
Z paraliżem Europy, zmierzylem się sam i z perspektywy czasu cieszę się z takiego obrotu spraw, miałem szansę się zmobilizować, pokazać, czego się nauczyłem i na co poszły zainwestowane w moje kursy i szkolenia firmowe pieniądze. A że nie udaje mi się zadowolić każdego – no cóż taki jest właśnie mój świat.
W nagrodę poleciałem na weekend do Polski by w towarzystwie K przekonać się, że ekskluzywne, przeto drogie w Polsce idzie w parze z jakością i smakiem jak w innych krajach.
To dziwne, ale zaczynam lubić Warszawę, choć wciąż nie ma ona dla mnie klimatu a Nowy świat wydaje się wielką improwizacją i pijackim zwidem Głównego Architekta miasta i czuję się w tym mieście coraz lepiej. Nie zawodzą moi przyjaciele, którzy coraz liczniej decydują się na przeprowadzkę do stolicy.
W Hiltonie w windzie natknąłem się na boksera wagi ciężkiej, mistrza świata i Polski w kickboxingu – nieświadomy niczego znajomy obcokrajowiec przyjrzał mu się dokładnie a na koniec skomentował: ”a ten to pewnie męski eskort” i przez chwilę myślałem, że w dziób dostaniemy obaj…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

w Belgradzie

Odciąłem się zupełnie od polskiego przeżywania tragedii. Pierwsza reakcja może i była piękna i emocjonalna, ale potem forma żałoby narodowej zaczęła jakby przeważać nad jej treścią. Przezywanie śmierci to polska specjalność, tradycja patetyczno sentymentalna, zupełnie inna od tej tutaj, w której i owszem istnieje potrzeba memoriału, mówienia o zmarłym jak najwięcej, ale bez zadęcia i pomponady, o jego wadach, słabościach, porażkach, lękach i śmiesznostkach. Polacy nie potrafią otworzyć się na prawdę tak żeby zmarły żył w naszej pamięci taki, jaki był. Koniecznie staramy się nadać śmierci jakiś sens udowodnić, że śmierć się opłaca a przecież kaczor zginął tylko w zwykłej katastrofie komunikacyjnej podczas pełnienia obowiązków służbowych i nie rozumiem, czemu automatycznie nazywa się to bohaterstwem.

Na szybko zorganizowany wyjazd do Belgradu pozwolił odciąć się od tego, co działo się w Polsce. Belgrad ma w sobie coś smutnego, swoistą nostalgię, która udziela mi się za każdym razem, gdy w radio usłyszę jedną z tych bałkańskich melodii. Bardzo lubię tam wracać, bo ludzie są dumni i przystojni, prostolinijni, bez zadęcia, pełni planów i nadziei gotowi, zrobić wiele dla realizacji swoich marzeń, ale napisać że znam Serbię to jakby opisać Francję na podstawie pobytu w Paryżu.
Czasami czuje nieodpartą ochotę wejść w najbardziej mroczne, zdradliwe i niebezpieczne zakątki świata, być przygotowanym przypłacić za niebezpieczeństwo zdrowiem, jeśli nie życiem. Ryzykowna pasja to taki moloch, który chce cię połknąć. Z czasem jednak decyduję się na egzystencję paradoksalną – po przyjeździe do jakiegoś mocno egzotycznego zapyziałego zakątka świata zaszywam się w komfortowym hotelu z klimatyzacją, nie opuszczam luksusowej dzielnicy dla białych i niby topograficznie znajduję się gdzieś w Afryce albo na Dalekim Wschodzie, żyje jednak nadal w Europie, tyle że w jej namiastce, pomniejszonej i wtórnej.

 

Otagowano , , | 3 Komentarze

kaczka spadła

We wczesny sobotni poranek, na zaproszenie P & F wybraliśmy się do Bazylei, która jak dla mnie jest średnio ciekawym miastem, ale chłopaki planowali spędzić dzień jeżdżąc po Alzacji, z dala od utartych turystycznych szlaków Strasburga i Colmaru.

Oprócz winnic ciągnących się jakby w nieskończoność, bajecznych pejzaży, bocianich gniazd, zobaczyliśmy Riquewihr i Kintzheim – miasteczka pełne kolorowych drewnianych domów i brukowanych ulic, małych sklepów i urokliwych restauracji, gdzie obowiązkowym punktem programu była możliwość degustacji lokalnego wina.
Wspięliśmy się na Le Haut Koenigsbourg by podziwiać rozpościerające się z wież widoki na Wogezy a zamek jak zamek, w stylu eklektycznym i na pewno w lepszym stanie niż ten, który oglądaliśmy w Chillon na skraju Genewskiego jeziora. Zahaczyliśmy nawet o Volerie des aigles gdzie orły, sokoły i kondory swobodnie przelatywały nam nisko nad głowami a instruktorzy karmili swoich podopiecznych pisklakami kurcząt, rozrywając w dłoni bardzo sprawnie ich małe ciałka tak jakby odłamywali kawałki chleba.

W Riquewihr spróbowałem cudownego foie gras z kaczki, tak miękkiego i delikatnego jakby kaczka dopiero co ustrzelona spadła z nieba wprost na mój talerz.
Obaj z M bardzo lubimy te nasze spotkania z P & F.
P Toskańczyk z twarzą macho, rozbrajającym uśmiechem i spojrzeniem lekkoducha doskonale dogaduje się z M. F Francuz, pracownik korporacji branży chemicznej, z którym szybko odnalazłem wspólny język w porównywaniu zawodowych doświadczeń i absurdów wynikających z pracy w dużych organizacjach. Ile razy się spotykamy M ląduje z P a ja z F i nigdy nie zdarzyło się nam nudzić w swoim towarzystwie.
Chłopaki to jedna z tych wyjątkowych znajomości (przyjaźni) które udało mi się nawiązać w będąc w Szwajcarii i lubimy się przez nasze podobieństwa.

P jak zwykle zabawiał nas barwnymi opowieściami, bo jeśli ktoś traktuje sex jak podanie ręki, nie odpuszcza żadnemu fajnemu przedstawicielowi płci brzydkiej, jest przystojnym Włochem to trawa pod nim nie rośnie, faceci mu ulegają, mają kisiel w spodniach na jego widok i potulnie opuszczają przed nim spodnie…
Cały dzień był wyjątkowy, wart pamiętania, z dala od bylejakości, patosu, teatralizacji, chodnikowej spekulacji, dramatów jak u Szekspira, katharsis na poziomie narodowym – mogłem cieszyć się zwykłą przeciętnością bez nadęcia, prostolinijnością, smakami, zapachami – lubię to życie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Wyjście awaryjne

Nadopiekuńczość że strony matki staje się nie do wytrzymania, jej wszechobecność dosięga mnie nie tylko podczas wizyt w rodzinnym domu, ale też 1000km poza nim. Zwykle towarzyszą mi wtedy niemoc i rozdrażnienie, nie potrafię się pogodzić że krzyki i uperdliwość to w czasie świąt sytuacje nieuniknione.
I tak w ciągu kwadransa 5 razy muszę odpowiadać czy chce zupy a na każde moje ”nie” zdaje się nie być reakcji, na koniec przed moim nosem ląduje talerz gorącej zupy bo przecież ona musi postawić na swoim, bo tylko ona wie co jest dla mnie najlepsze.
Ostatnim razem przez krótką chwilę pojawiała się nawet w hotelu sprawdzić czy aby nie dzieje mi się tam krzywda, na szczęście w porę ja wyprowadziłem nim zdążyła upokorzyć mnie jeszcze bardziej, a jedyną szkodą jaką wyrządziła to że zabrała mi wszystkie herbaty, cukier i kawę oraz szampony i odzywki do włosów z łazienki.
Jestem albo za chudy albo za gruby, za krótko gole głowę, jem jak francuski piesek i za bardzo szastam pieniędzmi choć nigdy gdy przywożę jej torby wypełnione kosmetykami Lancom albo La Praire.
Potrafi dzwonić bez końca, bez przerwy a kiedy nie odbieram natychmiast dzwoni do skutku. Przerywam wtedy coś naprawdę ważnego żeby dowiedzieć się że ojcu nie smakują jej mielone albo że jakaś sąsiadka pytała o mnie ewentualnie tematem zastępczym są barwne losy jej serialowych bohaterów.

Po mimo tego kocham moją mamę.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

non stop on the top

Hasło VIP niektórych elektryzuje, bo podział na warstwy ludzkość ma we krwi a VIP to wyraz tęsknoty za społeczeństwem klasowym.
W rzeczywistości na ogól oznacza siedzenie w odseparowanym nudnym vipowskim kącie jakby było to komuś potrzebne do poczucia własnej niezwykłości.
W nielegalnych szynkach było zawsze barwniej i ciekawiej niż na herbatkach w wyższych sfer. Podczas gdy plebs bawi się odseparowane VIPy zwykle nudzą się jak mopsy.
Wśród vipowskich elit znajdują się także mniej i bardziej vipowskie części.
Bycie VIPem może być równoznaczne z byciem najniżej w hierarchii, nie ma więc co się puszyć gdy ktoś zdejmie sznurek z barierki i nas łaskawie gdzieś wpuści, nie ma co się łasić na darmowe soft drinki albo ekstra szlafrok i klapki.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

noce całe

Dzień rozpocząłem od wstrząsu – gdy obudziłem się za oknem zobaczyłem śnieg. Spadło kilkanaście centymetrów, chodniki i dachy na nowo pokryły się białym puchem a ja właśnie poprzedniego wieczora spakowałem same letnie rzeczy na wyjazd do Zagrzebia i Wrocławia. Tak więc ciszę i sielankową atmosferę poranka przeszył syczący dźwięk przekleństw po którym zabrałem się do przepakowania zawartości walizki.
W Zagrzebiu było już piękne słońce tylko moje grube zimowe buty przypominały że przyleciałem skądś gdzie słońca nie widziano od dawna. Wreszcie miałem okazje przez jeden dzień zobaczyć coś więcej niż tylko lotnisko i hotelowy pokój.

Regent zrobił niebywałe wrażenie, zbudowany w 1925 roku dla pasażerów legendarnego pociągu Orient Express kursującego z Istambułu do Paryża posiadał wszystko. Nawet pokój standardowy na najwyższym piętrze, z widokiem zupełnie nie wydawał się być standardowy.
Dziwnie spoglądano na mnie w hotelowym barze kiedy w Wielki Piątek wcinałem kurczaka i stek, ale w restauracji nikt nie protestował (co jakby było zrozumiale). Wyrzuty sumienia pojawiły się dopiero następnego dnia we Wrocławiu, kiedy zaprzyjaźniona barmanka hotelowego baru wspomniała ilu zagranicznych klientów zdziwionych było polski zwyczajem niejedzenia mięsa przed Wielkanocą.

Chorwaci szybciej podnieśli się po konflikcie na Bałkanach choć wciąż widać tam biedę. W ciągu kilku godzin spacerując przez miasto kilkakrotnie byłem nagabywany prośbą o pieniądze. Mieszkańcom Bałkanów jednego czego odmówić nie można to temperamentu. Poszedłem spać grubo po 3 nad ranem a obudziłem się z potwornym bólem głowy, trochę jak przez mgle pamiętając wydarzenia poprzedniego wieczoru, tylko ślady wskazywały że było ekstatycznie. Jeśli umrę na AIDS albo inną podobną nieuleczalną chorobę przenoszoną drogą płciową to będzie to konsekwencja stylu życia. Dostaje czasem małpiego rozumu, puszczają mi hamulce i choć zdaję sobie sprawę z ryzyka, tłumaczę sobie że muszę szanować siebie, próbuje być rozsądniejszy w tych sprawach – wszystko bez skutku, bo musiałem znowu przeprosić się z K. A może jak Tiger Woods powinienem zamknąć się w klinice i pójść na odwyk albo lepiej opublikować listę wspomnień spisaną w 153 rozdziałach. Gdyby nie libido nasze życie byłoby o wiele prostsze, bardziej przewidywalne i stabilne.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz