Zagrzeb

Zanim na święta na dotrę zawitam do Wrocławia zatrzymałem się na 2 dni w Zagrzebiu.
W Bernie śnieg a w Zagrzebiu słońce.
W samolocie już było jakby inaczej: brudne paznokcie, moda z lat 80. i lekki smrodek.
Nie żebym się czepiał, po prostu od razu rzucało mi się to w oczy i w nos. Trochę jakbym odstawał od reszty, ale za to przepraszać nie mogę…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

stara poczciwa Anglia

W Zurichu nareszcie nastała wiosna a w Londynie ciągle pada. Wypacykowałem się na podróż, bo jeszcze na Heathrow miałem spotkać się z naszym dostawcą. Mina mi zrzedła, gdy wyszliśmy przed terminal, bo oboje byliśmy bez parasoli.
Nie zatrzymaliśmy się w centrum tylko w Richmond i czuje się jakbym był w Anglii tej bardziej prowincjonalnej: w pokoju wilgoć, wszystko skrzypi: podłoga, ściany, sufit, schody, do pokoju idzie się przez cały labirynt pomieszczeń i korytarzy, wszystko jakby mokro zgniło – kilka dni w tym miejscu i depresja murowana.

W pracy odczuwam skutki konfrontacji z L, która swoim podejściem do załatwienia spraw skutecznie wywołuje u mnie ataki białej gorączki. Na dodatek na maile albo nie odpisuje wcale albo odpisuje pytaniami na pytanie czego wprost nie znoszę zwłaszcza, gdy pracujemy w różnych strefach czasowych.
Wśród naszych dostawców utarła się opinia, że L nie należy do osób, z którymi łatwo robi się interesy. Mało kto chce pracować z tą wariatką. Podczas ostatniej telekonferencji miarka się przebrała i było mało profesjonalnie, ale jakże oczyszczająco. Doszło do tego, że od powrotu z Londynu sabotuję pracę własnego departamentu.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Praca a raczej jej brak

Mam syndrom nic nie robienia. Wstyd się przyznać, ale nic mi się nie chce. Do pracy przychodzę na 10 żeby o 14 z niej wyjść, w tzw. międzyczasie lunch i spacer nad Aara, bo nareszcie wyszło słońce i pogoda sprzyja częstemu przebywaniu poza biurem. Rzeczy pilne załatwiam od razu, ale ważne i nie pilne odkładam na potem leniwie surfuje po internecie zaglądając w kółko na te same strony. Znalazłem nowe miejsca, które koniecznie chce zobaczyć, z niecierpliwością wypatruje końca tego tygodnia. Swój kalendarz wyjazdów znam na pamięć i cieszę się, że nie długo siłą rzeczy wyrwę się z tego stanu odrętwienia i dziwnej melancholii.
Bezczynność bywa zgubna – odkryłem, że od 2009 roku odbyłem 109 lotów, obleciałem kule ziemską ponad 3 razy, spędzając w powietrzu ponad 9 dni i prawie 236 godzin.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

foot-push czyli jak to się robi z delfinami

To co proponują hotele w Meksyku w formie all-inclusive przerosło moje wyobrażenia. Restauracje i bary oferują wykwintną pasze w formie artystycznej kuchennej ekstazy. Przez tydzień raczyliśmy się jedynie argentyńskim malbec i chilijskim merlot nie kalając naszych podniebień żadnym kalifornijskim owocowym sokiem. Oprócz dostępu do barów, 8 restauracji, darmowych dystrybutorów z alkoholem w lounge’u dla VIP-ów, w pokoju  pozaplanowo pojawił się barek z 4 dystrybutorami whisky, wódki, ginu i rumu których nie nadążałem opróżnić w żaden sposób. Nadmiar wszystkiego potrafił przyprawić o zawrót głowy.
Razem z M daliśmy wrzucić się do basenu pełnego delfinów by na własnej skórze doświadczyć wrażenia obcowania z tymi ssakami. Duże, miękkie, jakby nadmuchiwane zabawki, ale z siłą która była wstanie wyrzucić mnie 1,5 m w górę nim runąłem bezwładnie z powrotem do basenu. Nasze wszystkie wspólne igraszki i miziania zostały uwiecznione na zdjęciach, za które akwarium nieźle sobie na koniec policzyło, w ofercie był dodatkowo film video, ale postanowiliśmy go sobie odpuścić – tak więc moment, w którym zostałem wymłócony przez ssaka pozostanie na zawsze tylko w mej pamięci.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

Moje Kokomo i nisko łatające pelikany

O ile jedną z najgorszych rzeczy jaka może przydarzyć się na plaży to atak mewy z powietrza o tyle w Cancun musieliśmy uważać na słusznej wielkości pelikany nisko przelatujące nad naszymi głowami. Taki jakby uderzył to by zabił. Poza tym na Jukatanie niespecjalnie trudno jest natknąć się na mega wielkie jaszczurki wylegujące się leniwie na gorących kamieniach. Przypadkowe nadepnięcie mogłoby skończyć się nie małym poślizgiem.
Od nieustannie wiejącego wiatru nasze ciała nosiły wieczne ślady piasku, którego ziarenka odkrywaliśmy nawet w nocy w łóżku, wygrzebując sobie drobinki z najgłębiej skrywanych zakamarków ciała.
Na plaży wcieraliśmy w siebie kremy i olejki do opalania zmieszane z drobinkami piasku który dosłownie wgryzał się w każde najmniejsze wgłębienie. Dopiero po paru dniach odkryliśmy kolejny benefit z upgradu do grand suit – na plaży dysponowaliśmy naszym własnym gazebo z baldachimem i niezliczoną ilością poduszek. Tam wylegując się na wygodnym materacu uskutecznialiśmy marzenia erotyczne na temat przechadzających się wokoło przedstawicieli tzw. płci brzydkiej a po każdym dodatkowym drinku wymyślałem coraz to bardziej wyrafinowane sposoby bliższego poznania seksownego osobnika.
Pierwszego dnia leżakowania od razu dało się odczuć, że nie jesteśmy na plaży gdzieś w Europie bo wszyscy wokoło nosili mniej lub bardziej pstrokate gatki, po kolana lub dłuższe. Na sama myśl że miałbym opalić się tylko od łydek w dół z ubolewaniem przyglądałem się tym typowo amerykańskim zwyczajom plażowym nic sobie jednak z nich nie robiąc.
W Cancun najczęściej spotkać można Amerykanów i Kanadyjczyków z Quebeku. Ci ładnie zbudowani lub z imponującą muskulaturą zwykle odstraszali mnie swoimi sporych rozmiarów tatuażami. Widok fajnych chłopaków z tatuażami na pól ręki albo kiczowatymi obrączkami skutecznie niwelował chęć jakichkolwiek dodatkowych doznań.
A Latynosi? Wyglądali kusząco ale nie trzeba lecieć 11 godzin do Cancun żeby spróbować się z takim umówić.
Razem z M za to bacznie przyglądaliśmy się panom w wieku średnim, bo zadbanych nie brakowało. I tak wraz z ilością wypijanych mojito, margarity, miami vice, tequili sunrise strawberry daiquiri zacząłem bardziej skłaniać się ku opinii, że tak naprawdę nie ma facetów heteroseksualnych – istnieją tylko niewłaściwe sposoby podrywania.
A tak poza tym to nieustannie szukam potwierdzenia usłyszanej gdzieś opinii o mężczyznach: rich vocabulary zwykle przekłada się na small DICKtionary…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

Money money money must be funny in a reach man’s world

M zgubiła zachłanność. Po przylocie zaproponowano nam upgrade do grand suit. Nim się zdecydowaliśmy mogliśmy obejrzeć oba pokoje i wybrać ten, który odpowiadał nam najbardziej. Na widok dwupoziomowego apartamentu z balkonem i jacuzzi M wpadł w taki zachwyt, że decyzje została podjęta niemal jednomyślnie. Gorzej było tylko z płaceniem, bo wyszło na to, że dopłatę miałem pokryć sam z własnej kieszeni. Zapomniałem o tym szybko, bo pokój rzeczywiście był wielki, na piętrze garderoba i sypialnia, na półpiętrze łazienka a na dole wygodny salon połączony z aneksem kuchennym, wejściem na taras no i co dawało po oczach najbardziej, z przeogromnym jacuzzi usytuowanym przy samym oknie, gdzie leżąc wygodnie mieliśmy do wyboru: podziwiać morze i plaże albo wielki, zamontowany na ścianie telewizor LCD.
I wszystko byłoby szczytem komfortu, gdyby jeszcze tego samego wieczoru M nie doświadczył pewnych niedogodności. Otóż w sypialni znajdowały się ścięte ściany dachu pokryte białą farbą, zmieszaną z czymś co wyglądało jak grys i jeśli przypadkowo zahaczyło się o to głową powodowało to bardzo dotkliwy ból pozostawiając krwawe ślady.
Także poranne bieganie z góry na dół, po schodach i śliskiej posadzce dało nam się we znaki. Obiecałem sobie, że jeśli kiedyś postanowię kupić dom, to nie będzie w nim absolutnie żadnych schodów.
Z uroków jacuzzi korzystaliśmy parokrotnie, spożywanie w nim alkoholu nie było pomysłem najrozsądniejszym, któregoś wieczoru razu u M wywołało to osłabienie, tak że próbując wydostać się z wanny runął prosto na podłogę i pozapalane naokoło rozgrzane świece, które lekko go poparzyły.
Na przeciwległym brzegu wanny znajdował się kawałek, na którym można było swobodnie usiąść, niestety przylegał bezpośrednio do wielkiego, panoramicznego okna z widokiem na patio, na którym czasami odbywały się przyjęcia weselne. Gdy raz usadowiliśmy się wygodnie na skraju wanny a nasze gole pośladki ochoczo zassały się do przylegającej szyby usłyszeliśmy dobiegające z zewnątrz głośne gwizdy i śmiech. Nie częsty to widok oglądać dwa męskie blade zadki przyciśnięte do okna. Nie było wątpliwości, że zostaliśmy zauważeni i tym samym staliśmy się częścią wspomnień młodej pary.

130-139

Być w Meksyku i nie zobaczyć piramidy w Chichen Itza to jakby pojechać do Egiptu i nie zobaczyć piramid. M miał problem z zapamiętaniem poprawnej nazwy tego miejsca dlatego dla ułatwienia nazywał je Chicken Pizza. Pojechaliśmy odwiedzić też Tulum ale tak szczerze przeglądając później wszystkie zdjęcia mieliśmy problem z odróżnieniem obu miejsc. Tulum posiada urokliwą plaże którą co dzień zalewa masa turystów.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Welcome to Miami

O ile kiedyś uważałem, że nie ma to jak podróż pociągiem o tyle z czasem odkryłem inne zupełnie nieznane mi dotąd obszary doznań tych bardziej podniebnych. Uwielbiam latać samolotem, atmosferę lotnisk, całą tę otoczkę i zamieszanie wokół, niestanne dopieszczanie pasażerów, dbałość żeby było wystarczająco dobrze i przyjemnie.
Obaj z M na wygodnych rozkładanych fotelach czuliśmy się jakbyśmy wciąż leżeli na naszej kanapie wcale nie ruszając się z domu, oglądając film na płaskim ekranie LCD pałaszując ochoczo przekąski, które co chwilę donosiła nam podniebna kelnerka uzupełniając przy tym do pełna nasze puste kieliszki.
Latanie gdziekolwiek z przesiadką w USA jest jednak doświadczeniem mniej przyjemnym, bo zwykle utrudnione w związku z bardzo restrykcyjna polityka urzędu imigracyjnego, która w naszym przypadku otarła się o traumę, absurd i bezsens.
W Zurychu nadaliśmy bagaż do Cancun, ale że lecieliśmy przez Miami poinstruowano nas by po przylocie do Miami bagaż odebrać, osobiście przeprowadzić przez cło i nadać znowu. Po co? Nie wiem i nikt nie potrafił mi wytłumaczyć tego sensownie nawet pan ze Swissa, u którego odbieraliśmy karty pokładowe. Od kilku miesięcy dostaje wprawdzie maile od TSA, ale że przychodzi ich cała masa z automatu ładują w folderze spam. Z pracy zapamiętam najlepiej setki alertów dotyczących konieczności rejestrowania online formularza ESTA dla osób podróżujących w ramach programu Visa Waiver. Osobiście dopilnowałem żeby M go wypełnił, choć potem nikt nigdy tego nie sprawdzał ani nawet nie zapytał.
Najpierw okazało się, że bagażu odbierać nie musimy, bo automatycznie został nadany na lot do Meksyku (z powrotem już to nie działało, ale czemu też nie wiem).
Urzędnik imigracyjny opryskliwym i szorstkim głosem zapytał mnie o cel przyjazdu do USA, po czym wydał się zupełnie nie przejmować usłyszaną odpowiedzią że lecę do Meksyku, tylko z dociekliwością kontynuował swoje przesłuchanie czy zamierzam szukać pracy, ile planuję tu zostać i czy mam tutaj rodzinę. Ponadto dowiedziałem się, że w deklaracji miejsca pobytu w USA powinienem wpisać adres hotelu w Cancun a nie numer następnego lotu. Kolejny warczący komentarz usłyszałem podczas skanowania odcisków palców a nóż się w kieszeni pomału otwierał.
Gdy w końcu wbił mi pieczątkę zapytałem czy mógłbym zaczekać lub stanąć gdzieś, obok bo mój współtowarzysz podróży nie mówi słowa po angielsku. W odpowiedzi zbeształ mnie srogim wzrokiem i usłyszałem stanowcze nie i na dokładkę komentarz, że każdy, kto przyjeżdża do Ameryki musi mówić trochę po angielsku. Głupi byłem ze w ogóle zapytałem, bo przecież to takie oczywiste podobnie jak każdy Amerykanin, który przyjeżdża do Europy swobodnie potrafi zamienić kilka zdań w każdym z lokalnych języków, no chyba że jest upośledzony. Po chwili ciszę przerwało głośne ”następny”. Zanim się oddaliłem usłyszałem jak te same pytania i tym samym tonem zadał M, po czym nagły wrzask, krzyk że formularz jest niewypełniony do końca, świst rzucanego przez ladę paszportu i polecenie cofnięcia się za żółtą linie. M. z miną rozbawionego dziecka chwycił paszport i z dumą przeszedł na moją stronę co w ułamku sekundy postawiło na nogi połowę służby granicznej. Usłyszałem rozdzierające ”step back sir” i przez chwile myślałem że zaraz zastrzelą mojego M albo co najmniej potraktują paralizatorem żeby powstrzymać go przed nielegalnym i samowolnym wtargnięciem na teren USA (w celu nielegalnego podjęcia pracy i zabrania miejsca pracy porządnym obywatelom). Nadbiegło dwóch strażników, chwyciło M i pod eskortą odprowadziło do kolejki pełnej potulnych jak owce pozostałych podróżnych przybywających do ziemi obiecanej mlekiem i miodem płynącej. Za bardzo nie wiedziałem jak mogę pomóc M dlatego zadzwoniłem do niego, ale nim zdążyłem wymienić pierwsze parę zdań nagle jak spod ziemi wyrósł przede mną strażnik z rozbrajanym uśmiechem oznajmiając mi, że tu dzwonić nie wolno wskazując palcem na olbrzymi znak zakazu telefonowania pod którym właśnie stałem. Tym razem to ja byłem eskortowany w głąb hali przylotów i odbioru bagażu. M wypuścili po prawie 30 minutach po serii pytań, których nie rozumiał, był za to mniej przejęty ode mnie a wręcz rozbawiony całą tą szopką i zamieszaniem jakie wywołał.
Gdy emocje trochę opadły zaczęliśmy szukać stanowiska check-in American Airlines, co graniczyło z cudem. Nim dotarliśmy do właściwego wyjścia minęliśmy 2 stanowiska informacji, w których nikogo nie było a przypadkowo spotkany pracownik lotniska oznajmił, że on odpowiedzialny jest tylko za Aeromexico i stanowiska od 7 do 12 a wszystkie inne to nie jego bajka. Absurd gonił absurd.
W drodze powrotnej nauczeni poprzednim doświadczeniem w deklaracji miejsca pobytu w USA wpisaliśmy adres szwajcarski, za co wyzwano nas od analfabetów. Gdyby nie kilkunastoosobowa grupa podróżujących z Europy, których tak samo poinstruował w samolocie podniebny kelner skazani bylibyśmy na nowo wypełnić wszystkie druki.

Staram się pielęgnować swój zachwyt nad Ameryką i Amerykanami, ale pracownicy urzędu imigracyjnego to wyjątkowy przypadek. Za 2 miesiące lecę do San Francisco a listopadzie z M znowu do Miami i już nie możemy się doczekać tego ciepłego, pełnego serdeczności i zrozumienia powitania nas na lotnisku.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

z ostatnich dni

Humor mi się popsuł kiedy przypadkowo odkryłem, że ktoś posłużył się moją kartą kredytową robiąc w Szwecji zakupy na ponad 700 euro. Zablokowanie karty przez infolinie okazało się nie być sprawą najprostszą: po cyklu zrozumiałych dla tej sytuacji pytań przyszła kolej na te z serii ogłupiających i robiących z człowieka jelenia. Na końcu stanęło na tym, że to ja musiałem przekonywać i tłumaczyć pani, że kartę należy zablokować bo nikomu jej nie pożyczałem, nie kupowałem niczego przez internet o czym bym zapomniał, nie zabrała mi jej ani żona, ani mąż, ani matka, ani dzieci, ani kochanka.
Naiwny myślałem że to finał tej historii…
Na koniec miesiąca przyszedł wyciąg na którym zauważyłem następne transakcje na kilkaset euro tyle że z Norwegii, ale że kartę od dwóch tygodni miałem zablokowaną, a operacje były sprzed kilku dni zbytnio się nie przejąłem snując wyłącznie rajskie wizje zbliżającego się wielkimi krokami urlopu w Meksyku. Szlag mnie trafił dopiero gdy bank pobrał mi automatycznie z rachunku prawie 4,5 euro celem uregulowania zadłużenia karty. Szczęście w nieszczęściu zachował się profesjonalnie, od razu przyznał się do pomyłki, w ciągu kilku godzin od interwencji pieniądze wróciły na konto a na drugi dzień przeszedł list z przeprosinami od dyrektora działu.
W związku z tym że ostatnio znowu odezwała się we mnie głęboko skrywana słabość do dyrektorów banków szybko o całej sprawie zapomniałem. Nie mały wkład miał w tym mój nowy poznany nieznajomy z banku w Liechtensteinie – kosmiczny odjazd aż okna zaparowały mi w pokoju uwieczniony na nagraniu video. Późno w nocy zszedłem do hotelowego baru na zwyczajowy kieliszek Moeta gdy jakiś nieznajomy zapytał mnie jak mija mi wieczór. Ogólny stan, spieczone spierzchnięte usta, czerwone ślady, obolałość i spojrzenie wystarczyły mu za odpowiedź – po prostu, absolutny sukces z piękną bramką na finiszu…
W pracy spłynęły na mnie zaszczyty – zostałem ogłoszony pracownikiem kwartału za entuzjazm i temu podobne korporacyjne smęty. Wyróżnienie okazało się być współmierne do nagrody: uścisk dłoni szefa, wolny dzień od pracy i voucher na kolacje dla dwojga.
Kilka tygodni temu Lufthansa zwróciła się do mojej firmy z prośbą o wywiad na temat jednego z produktów ich spółki córki. Wywiad przeprowadzić chcieli ze mną na co koleżanka z działu stwierdziła jednoznacznie, żebym się odpalił i sobie odpuścił bo nasz Internal Communication nigdy się na to nie zgodzi, w przeszłości wszystkie podobne prośby odrzucali, w tym zapewne także jej. Moja szefowa była mniej sceptyczna bo chyba wcale mnie nie słuchała a na koniec usłyszałem od niej zdawkowe ”good luck”. O formalną zgodę wystąpiłem a lakoniczna odpowiedź ”approved” przyszła po chwili. Moja gęba będzie uśmiechać się do wszystkich pasażerów czerwcowego numeru Lufthansa Magazin.

Chciałbym napisać o sobie mitoman albo o czymś co mi się w tym tygodniu nie powiodło, ale nic sensownego nie przychodzi mi na myśl. I właśnie w aurze tak pozytywnego i przepełnionego pasmem sukcesów tygodnia lecimy do Miami i Cancun, nota bene podróżujemy w biznesie bo Swiss zrobił nam upgrade…. Wstrząsające. Poprostu szczęścia chodzą parami…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

Jeszcze a propos Amerykanów

Nie są tacy znowu biedni i nie ma się co nad tym rozczulać, bo to oni robią interesy takie, że gdyby nie administracja Busha Jr., to recesji tak dużej w Stanach by nie było. A i tak nadal żyje im się o niebo lepiej niż np. w Polsce.

Sondy ośmieszające poziom inteligencji przeciętnego Amerykanina są tak infantylnie tendencyjne, że nie chce się nawet oglądać. Wybiera się tylko odpowiedzi ośmieszające i upokarzające, żeby na siłę podtrzymać naciąganą tezę. To jakby pokazywać sondaże rodem z programu ”Podróże z żartem” – Można by na ich podstawie powiedzieć, że 100% Polaków to debile i nie znają się na geografii. Dla Amerykanów część wiedzy jest zbędna do codziennego życia i do tego, by zrobić zakupy odwieźć dzieci do szkoły i pojechać dla relaksu na Hawaje.

Nieobiektywizm w mediach i pokazywanie zaburzonego obrazu to niezdrowy objaw ”jaranie się” tym, świadczy tylko o niewiedzy.
Ale wyzywanie ich od opóźnionych i wyszydzanie to gruba przesada, bo się tak umieli ustawić, że mają to, czego potrzebują: i wakacje, i czas relaksu, i pieniądze i kariery. A jak im potrzeba mózgów do myślenia, to zmniejszają restrykcje wizowe dla inteligencji z Chin, Europy, Japonii i biznes się kręci.
Amerykanie to naród przewrotny, ale sprytny, i na pewno nie głupi.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

z krótką wizytą na Zielonej Wyspie czyli matrix w Dublinie

Wizyta w Dublinie nie wniosła żadnych dodatkowych emocji do i tak pełnego już ognistych, organoleptycznych przygód bagażu doświadczeń. Dzień przed wylotem spotkałem się przy drinku z kolega, który mocno starał się mnie przekonać by odwiedzić rajski Mauritius, z którego pochodził. Na koniec wytoczył swój największy z możliwych argumentów, wobec którego pozostałem zupełnie bezbronny i ostatecznie do tego pomysłu się przekonałem…

Za to następnego dnia mało brakowałoby a spóźniłbym się na samolot, bo na Heathrow choć przybyłem odpowiednio wcześnie, pomyliłem wyjścia i zamiast udać się w kierunku connecting flights przeszedłem bramkę Immigration. Nie pomogło spojrzenie smutnego pudla, kazano mi wyjść z lotniska i na nowo przejść security check, co na T1 w Londynie do zadań najprostszych nie należy. Do samolotu wbiegłem zgrzany, prawie bez jednego buta, z niedopiętymi portkami, ale w czasie mniejszym niż 15 minut. W Dublinie polecam hotel Westbury: wytwornie, elegancko, miło i można spotkać Laurence’a Fishburne’a.
Na wieczór zaprosiłem kolegę do siebie ”na mecz”. Niestety gola żadnego mu nie strzeliłem, nie wznosiłem się nawet na wyżyny intelektualne a to wszystko za sprawą kiepsko działającego ogrzewania. Od zimna twardniały mi tylko sutki…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze