Interlaken – Kopenhaga – Belgrad

Lufthansa Air+ poraz kolejny stanęła na wysokości zadania organizując konferencje dla swoich klientów, w tym roku ku mojej radości wybrano Kopenhagę. Ze stolicy Danii postanowiłem polecieć bezpośrednio do Belgradu i szybko pożałowałem tej decyzji. W Kopenhadze temperatura sięgała 12 stopni, podczas gdy w Belgradzie 34 – nie było łatwo się przestawić. Gdy wysiadałem z samolotu w grubej kurtce ludzie patrzyli na mnie z wyraźnym politowaniem… Spakowanie się na podróż wymagającą uwzględnienia zmienności klimatu wciąż wydaje się nie być moją najmocniejszą stroną.

Kopenhaga. Nie zobaczyłem sławnej syrenki, bo podobno wywieziono ją na targi Expo do Szanghaju. Hotel Skt. Petri – uderzająca skandynawska prostota, olbrzymie okno na całą długość pokoju i horrendalne ceny za nocleg. Przypadkowo zapoznany barman, który okazał się być Polakiem. O ile zagranicą zwykle Polak Polakowi jest wilkiem o tyle ja czerpałem z tego faktu same korzyści, bo drinki w hotelowym barze organizowałem poza kolejnością. Do Duńczyków miałem stosunek ambiwalentny utrwalony wizytą w Aarhus. Apetyczne osobniki, potomkowie Wikingów, które pojawiły się jednak wieczorem w naszym barze stymulowały silne erotyczne marzenia, które niestety przynajmniej na razie pozostały niezrealizowane. Nie przekonałem się organoleptycznie, jaki mają smak i temperament, ale wiem już na pewno, że wrócę tam dokończyć ten rozdział…
Pierwszego wieczoru zaraz po kolacji pozwoliłem sobie na więcej niż zwykle, za co w konsekwencji odpokutowałem nazajutrz straszliwym bólem głowy. Ale za to przekonałem się bardzo do Corrado który okazał się skarbnicą wiedzy z której można czerpać do woli bez obaw że się zostanie wyśmianym.
Poza tym dotarł do mnie news że była szefowa szefowej kandyduje na gubernatora stanu. Jak dobrze pójdzie następnym razem lądując w USA i mając problemy z Immigration każe zadzwonić do Gubernatora Stanu Kalifornia…

W tym roku nastąpiły pewne pozytywne zmiany w porównaniu z rokiem ubiegłym, przede wszystkim uległ zmianie stosunek kolegów Szwajcarów do mnie, przestali postrzegać mnie jako obcokrajowca tylko rezydującego w ich kraju, dając tego wyraz poprzez dość intensywne zabieganie o moje towarzystwo. Osobiście odebrałem to jako znak wyraźnego ocieplenie naszych stosunków, ale znając szwajcarską przewrotność może po prostu nie dawali mi tego tak mocno odczuć bo krytykowali mnie za plecami. W porównaniu z rokiem ubiegłym przyjechałem bardziej świadomy celu mojej wizyty i znalem pozostałych uczestników konferencji, wiedziałem, o czym chce rozmawiać, a Denise lubieżnie mierząc mnie wzrokiem z góry na dół stwierdziła, że wyglądam mniam mniam. Jedynie niezmienne pozostało wodzenie maślanymi oczami i z kisielem w majtkach za vice prezesem, który jak zwykle czarował wszystkich. Przed oficjalną kolacją na pamięć wkuwałem imiona i stanowiska osób, z którymi miałem rozmawiać i w konsekwencji bardzo mi się to potem przydało, bo ludzie z natury są próżni i cieszą się, gdy ktoś zapamiętał ich imię.
Jeśli czasem myślę o zmianie pracy to zwykle w ich kontekście – atmosfera jest nieprzeciętna, co widać po pracownikach zatrudnionych po 10-12 lat, podoba mi się otwartość relacji, duża dostępność do menadżerów wyższego szczebla, swoboda i luz, której zazwyczaj nie utożsamiam z niemieckim środowiskiem pracy.

Najbardziej zapamiętałem prezentacje hackera futurysty, który pokazał jak w za pomocą prostego urządzenia (nota bene zakupionego na eBay za 9 USD) połączonego z laptopem można ściągać dane z kart kredytowych ich właścicieli – wystarczyło tylko zbliżyć kartę do czujnika by na podłączonym wyświetlaczu pojawił się numer karty, data ważności i nazwisko jej właściciela. Dowiedziałem się też, że karty kredytowe i telefony komórkowe emitują sygnał pozwalający śledzić ich właścicieli z dokładności do 1 metra. Poza tym hacker dal się wszystkim zapamiętać także poprzez swój cyniczny komentarz nazywając mieszkańców Afryki unexpesive people, co w obecności reprezentantki Afrykańskiego Banku Rozwoju było co najmniej kontrowersyjne…

A w Belgradzie jest dziś 35 stopni, ale wreszcie mogę się wyspać dowoli. Poza tym lokalny temperament jest nie do pobicia nigdzie indziej…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Szastanie kasą oraz paw za pawiem

Pomysł zorganizowania firmowego spotkania na 500 osób w Interlaken (jednym z najdroższych middle of nowhere) nie miał prawa, odbyć się bez zgrzytów…
Zaczęło się od braku autobusu dla przylatujących z zagranicy gości, potem panelowym śniadaniu, podczas którego najzwyczajniej w świecie zabrakło stołów, krzeseł a nawet sztućców i menu składającym się tylko muesli, croissanta i dżemu.
Zachwyciłem się tylko raz, na początku prezentacją audiowizualną i naprawdę poczułem się dumny, że pracuję dla mojego koncernu. Ale gdy przyszły następne wystąpienia, prezentacje i typowe korporacyjne ”pranie mózgu” z łomotem wróciłem znowu na ziemię. Zrzygać się można było od słuchania w kółko jednostajnego bełkotu: ”The voice of the customer is critical, it brings to life what we do, our business is the livelihood, of our sellers, we need to make it simple for them, our sellers care deeply about feedback and are very careful about their brand; we are the customer, we are enthusiasts, we are engaged; we makes things complex, more than they have to be, business is simple, let’s keep it simple; we should call the right person in the organization, our network is very powerful, we need to be connected; we should embrace opposition, listening to others, respecting the opinions of others, with less of a fixed agenda, disagreeing does not have to trigger conflict; we can be more challenging, in a positive way; we can make a difference; persevere – fight, fight – and change strategy, like the wasp; it is ok to fail, learn from it; test the boundaries, take risks; understand the experiences and the opinions of others”.

Od ponad roku szerokim łukiem staram się omijać all hands meetingi, firmowe wigilie i inne temu podobne spędy, coraz mniej identyfikuję się z własną firmą. Kalkulując na chłodno jedyne, co mi się wciąż podoba to moja praca, możliwości, które za nią idą oraz widok mojego konta każdego 25. dnia miesiąca i to tyle a jeśli i to w końcu minie bez sentymentów zacznę szukać odmiany.

Znałem kiedyś kogoś, kogo uważałem za wykreowanego przez własną firmę. Sam w sobie był przeciętny, fizycznie mało interesujący, zyskiwał dopiero po dłuższym poznaniu, tzw. bogatym wnętrzem, ale gdy zmienił pracę i odniósł w niej sukces diametralnie zmienił się on sam i jego otocznie. Czasem zastanawiam się na ile moja praca to wciąż ja, jak bardzo mnie kreuje, dominuje moje codzienne życie, określa styl życia i nadaje status – czy gdyby jej nagle zabrakło to stałbym się sfrustrowany i zgorzkniały.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

co mnie tutaj wkurza

Z ”Poradnika ksenofobii”

”Różnorodność Szwajcarów ujawnia się w rozmaitym stopniu ich zatroskania. Szwajcarzy niemieckojęzyczni, poza samym martwieniem się, robią niewiele. Szwajcarzy francuskojęzyczni są wielkimi wizjonerami i filozofami, ogarniętymi szlachetnymi ideami i marzeniami o skali globalnej. A Szwajcarzy włoskojęzyczni przejawiają okropną skłonność, by nie martwic się wcale. Na szczęście stanowią oni tylko 10% społeczeństwa”.

Mam czasem napady ”nielubienia” Szwajcarii, dlatego ta notka może okazać sie mocno tendencyjna, bo zawsze istnieje druga strona medalu pełna rzeczy pozytywnych, którą jednak tym razem przemilczę.
Zdarza mi się być takim malkontentem i marudą, więc wyrzucę z siebie trochę jadu w paru gorzkich słowach jak to czasami Szwajcaria traci w moich oczach. Kiedy przyjechałem tu 3 lata temu, miałem wrażenie, że trafiłem do Eldorado, wyspy dostatku, porządku, stabilności, normalności i wolności.

Pierwsze (dostatek)
jest sprawą względną. Kwota, którą wynegocjowałem wydawała mi sie niewiarygodna, oszałamiająca wprost bajońska – po prostu nie do wydania. Jednak po opłaceniu mieszkania, kilku rundach po sklepach, wakacjach i wyjazdach, zdałem sobie sprawę, że choć wystarczy to na w miarę dostatnie życie, to przy innym niż bardzo oszczędnym trybie życia – trudno nazwać te kwotę kosmiczną. Do tego płaci się tutaj za wszystko. Podatki, choć relatywnie niskie to po doliczeniu podatku na straż pożarną, kościół, pakietu ubezpieczeń i nie daj boże lekarza, (który tylko teoretycznie jest bezpłatny) już takie niskie się nie wydają. Nasuwa się też inny wniosek – nie ma takiej kwoty, której nie potrafiłbym wydać

Drugie (porządek)
jeśli Polska ma pewien odchył od normy na minus od pewnej linii zdrowego rozsądku w temacie porządku – to Szwajcaria ma wychył dokładnie w drugą stronę. Przy dziurze na drodze wielkości piłki tenisowej stoi pan policjant z chorągiewką, żeby nikt nie daj boże nie wjechał. Sąsiedzi kablują jeden na drugiego jak najęci – zwłaszcza, jeśli ten drugi jest nie-Szwajcarem. Sikanie na stojąco po 22, czy pakowanie walizek może wywołać skargi sąsiadów i w dalszej kolejnosci mandat. Mandat można w zasadzie dostać za cokolwiek: źle wyrzucone śmieci, nieaktualny adres zamieszkania w permicie, samochód zaparkowany 15cm za linia, brak niebieskiego zegarka w samochodzie, rozmowę w pociągu w przedziale ciszy i niezliczone inne historie.

Trzecie (stabilność)
jest oczywiście rzeczą wspaniałą, ale Szwajcarska wersja może jedynie przypaść do gustu spróchniałym emerytom, ciężko dotkniętym anemią. Nie ma nigdzie indziej tak nie spontanicznego narodu. Tak nie wyskokowego i nudnego jak Szwajcarzy. Jedyny przejaw spontanu w ciągu roku to fantastyczny Fastnacht, który jednak wygląda identycznie każdego roku. Więc jest to spontaniczność wyreżyserowana i papierowa.
Nie da sie jednak przecenić tej dobrej strony stabilności. Jeśli stoi napisane, że ma być tak i koniec to tak właśnie będzie (czasem jednak napisane jest gdzieś tam i zasadniczo wszyscy o tym wiedzą, ale nowi jak choćby świeża imigracja niekoniecznie).
W żadnym kraju ludzie nie są tak nudni i mało spontaniczni jak tutaj. Wyjście na piwo musi być zaplanowane kilka dni wcześniej. Być zaproszonym do kogoś do domu graniczy z cudem i wymaga wielotygodniowego planowania, życie nocne; wybór klubów w jest bardzo jednostronny i ubogi, większość restauracji punktualnie o dwunastej zapala neonówki i zaprasza do opuszczenia lokalu.

Czwarte (normalność)
kraj o najwyższych dochodach a jednocześnie najwyższym wskaźniku samobójstw w Europie. Kraj, w którym można czekać na obsłużenie w punkcie usługowym 15 minut, bo niedomyta pani Britta z ćwiekiem w nosie z wyrazem twarzy tęskniącym za rozumem akurat rozmawia bez problemu, ale dwuminutowe spóźnienie tramwaju powoduje przeskakiwanie z nogi na nogę i podwyższoną palpitacje rozjuszonych tym faktem serc.
Ludzie wydają miliony franków na sport, zdrowy tryb życia, bio żywność i bóg wie co jeszcze, ale papierosy jarają nieprzeciętnie jak nikt inny (może poza Francuzami) juz od 13 roku życia, że nie wspomnę o jednym z najwyższych współczynników narkomanii na naszym kontynencie. Narkomanów można spotkać w centrum miasta jak dają sobie w żyłę wcale się z tym nie kryjąc. Cóż, przy pewnych założeniach niektórzy nadal mogą się upierać się, że kraj ten jest normalny.

Piąte (wolność)
Owszem, ale niestety nie dla osób z tymczasowym pozwoleniem na pobyt (30% społeczeństwa). Większość mieszkańców ma tylko ułamek praw i nie ma najmniejszej szansy decydowania. Paszport przez zasiedzenie nie przysługuje nawet trzeciemu pokoleniu imigrantów, a stały permit można dostać po 10 latach.

Szóste (poliglotyzm)
Inną rzeczą, która mnie strasznie drażni jest powszechne przekonanie, że każdy Szwajcar mówi kilkoma językami. Owszem, uczą ich w szkołach, ale i tak w większości nic nie umieją. Każdy Szwajcar ma obowiązek nauki w szkole drugiego języka narodowego, więc każdy może to poświadczyć. A w praktyce nikt potem już tego nie potrzebuje, bo w każdej firmie jest jedna lub dwie osoby, które obsługują ewentualnych klientów nieznających np. niemieckiego. Ale porządek musi być i znajomość języka wymagana.

Siódme (chłód i życzliwość)
Pierwsza obserwacja to szwajcarski chłód wobec przybysza. Pierwszy kontakt z przygodnym Australijczykiem czy Afrykańczykiem jest o rząd wielkości cieplejszy niż dialog z obcym Szwajcarem, co niesamowicie odstrasza wszystkich, którzy tutaj przybywają. Pierwotny mur społeczny, jaki można tu napotkać jest poważnym wyzwaniem dla każdego w początkach pomieszkiwania w Szwajcarii.
Kontakt z rówieśnikami jest bardzo trudny! Z początku próbowałem wyjść z kimś na piwo, umówić sie na weekend, ale za każdym razem było to tak sztuczne i stresujące, że dałem sobie spokój. Od dłuższego już czasu spotykam się wyłącznie z obcokrajowcami i jestem dużo szczęśliwszy. Mam dużo znajomych w wielu różnych krajach i wszędzie spotkam sie z gościnnością i serdecznością, tylko nie tu. Wygląda na to, że nie tylko na obywatelstwo trzeba tu czekać 3 pokolenia
Ludzie na ulicy, w sklepie czy w windzie są niesłychanie grzeczni ”Dzień dobry panu”, ”Do widzenia miłemu panu”, ”Bardzo panu dziękuje i życzę naprawdę bardzo miłego dnia”, że aż zrzygać się można, ale na tym się kontakt między ludźmi kończy. Tu cię zasypią pozdrowieniami, pogłaszczą a za chwilę doniosą do spółdzielni, że w niedziele pranie robisz!
Następna sprawa to stosunki międzysąsiedzkie. W Polsce jak ci ktoś przeszkadza, to idziesz, pukasz i grzecznie prosisz, żeby ściszył muzykę, nie prał po nocach ewentualnie walisz w kaloryfer albo zarysowujesz auto. Tutaj wywiesza się kartki lub pisze anonimowe listy. Kiedyś znalazłam w skrzynce anonim, w którym było napisane mniej więcej coś takiego w trzech językach: niemiecku, angielsku i włosku: Proszę o nieszuranie krzesłem w późnych godzinach nocnych. Proszę o zaprzestanie tych praktyk, bo inaczej zgłoszę to na policje.
Z tymi donosami to w ogóle ogólnonarodowa zmowa. Oni uważają się za małych policjantów. Nie daj boże, że ktoś pobierający zasiłek dla bezrobotnych wyjedzie gdzieś na kilka dni. To przecież zabronione, więc trzeba zgłosić. Tak wykrywa sie ponad 90% przypadków.

To wszystko powoduje, że popadam w małą schizofrenię. Mieszkam w Szwajcarii i nie bardzo śpieszy mi się z wyjazdem, ale jednoczenie kraj ten działa mi tak na nerwy, że czasem mam ochotę to wszystko rzucić w pierony.
I tylko to, że nie jestem tutaj sam, ale mam M sprawia, że myśl o wyjeździe powoduje jeszcze większy lęk niż myśl o zostaniu tu kolejny rok lub dwa.
Osobiście podjąłem już decyzję, że ”kiedy przyjdzie czas” – wyjadę stad bez żalu i poszukam mojego Pacanowa gdzie indzie, ale na to muszę i chcę jeszcze trochę poczekać.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 12 Komentarzy

nad polskim morzem

Możliwość spędzenia weekendu nad polskim morzem od tak po prostu jest jednym z ‘szaleństw’, na które bez żalu i nadwyrężania domowego budżetu mogę sobie czasem pozwolić. Dobrego nastroju nie odbierze mi ani konieczność wczesnego zerwania się z łóżka by zdążyć na pociąg, ani bomba na lotnisku w Rębiechowie, która zmusza pasażerów do pozostania w samolocie przez prawie godzinę nim pozwoli się im wysiąść, ani festiwale z powodu, których ceny hoteli wprost szaleją, ani nawet mgła nad Gdańskiem w dniu wyjazdu, która opóźnia mój powrót.

W Trójmieście bywałem kilkakrotnie, ale dopiero teraz zauważyłem jak bardzo Gdańsk swoją architekturą przypomina Amsterdam – włóczyłem się po mieście bez celu, zastanawiając się jak łatwo przywykłem do swoistej dostępności i bliskości Polski, budzenia się rano by 5 godzin później spacerować po sopockim molo.

Lubię wpadać do Polski na weekend, spotkać znajomych, spędzić razem czas, pójść na spacer, do kina, knajpy, kupić książkę, skrzyżować oddechy, bo wydaje mi się wtedy jakbym nigdy stamtąd nie wyjeżdżał.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

na sopockim molo

Niedobrze jest podziwiać ludzi za, to że są doskonali, bo jeśli okaże się, że mają wady, plamy na życiorysie – a zawsze mają – nasza wiara musi lec w gruzach. Lepiej podziwiać ludzi za niezwykle rzeczy, które czynią, pomimo że są najzupełniej zwykłymi ludźmi.

Opublikowano Mądrości, podróże, praca | Otagowano , , | 1 komentarz

Spaleni słońcem Toskanii

M wiercił mu dziurę w brzuchu, żebyśmy w końcu pojechali na kilka dni do Włoch, postarałem się wykroić trochę czasu i na długi weekend polecieliśmy do Florencji.
O ile o bilety postarałem się ja, o tyle M wziął za honor znalezienie taniego lecz atrakcyjnie położonego hotelu w dobrym punkcie miasta.
Na powitanie na lotnisku we Florencji zgubili mi bagaż, po który musiałem fatygować się osobiście jeszcze tego samego wieczoru, żeby nie musieć czekać całego następnego dnia aż dostarczy mi go kurier. Gdy dotarliśmy do hotelu zrobiłem wielkie oczy: jeśli można by przyznać gwiazdki ujemne na pewno znalazłby się w ścisłej czołówce, poza tym sposób w jaki urządzony był nasz maciupki pokoik, można by porównać tylko do skrajnego minimalizmu rodem z głębi Skandynawii, nie było też łazienki a najbardziej ekskluzywną i designerską rzeczą w całym tym miejscu był druciany wieszak z logo Prady…
Zjeżyłem się na widok tego miejsca, bo człowiek szybko przyzwyczaja się do lepszego, ale żeby nie wyjść na zupełnie zmanierowanego postanowiłem zagryźć zęby i tam zostać.
M przegonił mnie po wszystkich kościołach i muzeach włącznie z Galeria Uffizzi, kazał wspinać się na więżę Duomo (bezczelnie okłamując wcześniej, że będę mógł tam wjechać windą) i biegać z nim po sklepach, co akurat okazało się czynnością bardzo miłą, tak samo jak jedzenie włoskich lodów czy próbowanie lokalnych kulinarnych specjałów.

Gdy wróciliśmy do domu, po mimo późnej pory i zmęczenia wziąłem się za regulowanie naszych miesięcznych rachunków: ubezpieczenie, Internet, telefon, mieszkanie – robiąc przelew za czynsz przez przypadek wcisnąłem dodatkowe 0 i niechcący tak jakby przelałem agencji czynsz za rok z góry. W konsekwencji na koncie mam mega debet i problem z odzyskaniem nadpłaty – biednemu to zawsze wiatr w oczy…

Mam straszną ochotę zobaczyć polskie morze lecę więc jutro do Gdańska.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Zwycięzca jest sam

Przy tak intensywnej zmianie miejsc przestaje pamiętać o tym, co wydarzyło się kiedy, po czym i w jakiej kolejności. Mam spory problem z ułożeniem chronologicznym odwiedzanych miast i miejsc bez uprzedniego spojrzenia do kalendarza.
We Wrocławiu na drugi dzień nie pamiętałem skąd przyjechałem tak bardzo skupiony byłem nad planowaniem następnych wyjazdów.

W Luksemburgu przez cały dzień świeciło słońce. Po szeregu spotkań wybraliśmy się na lunch do La Place D’Armes by w bardziej swobodnej atmosferze i na luzie złapać trochę oddechu i nacieszyć się miejscem.
Wychodząc z samolotu mijany przez tłum ludzi w garniturach podobnie jak ja śpieszących się na swoje spotkania przystałem się na chwilę w zamyśleniu: – Tego chciałeś – pomyślał we mnie dawny student, schowany, łudząc się, nadzieje mając płonną…

Wkładam mnóstwo pracy i wysiłku w to moje życie. Z jednej strony może wydawać sie to śmiesznym zadufaniem w sobie i nieprzerwaną potrzebą udowadniania sobie czegoś i leczeniem tajonych kompleksów. Z drugiej strony skoro ”świat” chce ze mną rozmawiać, to czuje się zobligowany robić ukłon w jego kierunku, przygotowywać się do spotkań, bo bez tego chyba nie osiągnie się sukcesu, międzynarodowa ”kariera” ma cenę, męcząca czasem didaskaliami.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 1 komentarz

moje SF

Od momentu, gdy samolot zaczął zniżać się do ładowania (jakby wprost znad morza), ze zwielokrotnioną intensywnością zaczęły powracać dawne wspomnienia i emocje.
San Francisco ma zapach, pachnie słodkawo, ma także swój niezwykły dźwięk ulicy.
Na Powell, by dotrzeć na druga stronę ulicy, jak zwykle musiałem przeciskać się pomiędzy turystami oczekującymi w kolejce na cable car i ulicznymi muzykami.
To co tak bardzo urzeka mnie w tym mieście to mieszanka kultur i łatwość przemieszczania się miedzy nimi: Chinatown, Nob Hill, Tenderloin, Russian Hill, Japanese Town, Mission, Castro. Gdy przymrużę oczy nie wiem czy jestem w Chinach czy w Meksyku. Ten sam zapach powietrza, architektura, kolorystyka jak w Pekinie, ludzie…nie wiem gdzie jestem, to jest niesamowite wrażenie. Odwiedziłem wszystkie stare miejsca a wspomnienia znów nagle znajdowały swe ujście.

Można zarzucić mi ”kolekcjonowanie turystycznych wrażeń” zamiast prawdziwego ”doświadczanie miejsca” przez włóczęgę zamieszkanie naprawdę, ale tego miasta akurat to nie dotyczy.

Mimo ciężkiej stresującej czasami pracy, podróże są oddechem od codziennego kieratu i rutyny.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

Powrót

Odkąd podczas studiów w mojej głowie zaświtał pomysł samodzielnego wyjazdu do USA z wielkim optymizmem patrzyłem jak ten mój plan powoli przybiera konkretnego kształtu, jak z tygodnia na tydzień z niczego tworzyła się większa całość.

Początkowo chciałem polecieć do Los Angeles na 2-3 tygodnie odwiedzić przyjaciół w Pasadenie, potem spróbować zahaczyć się gdzieś, znaleźć tymczasowo prace, mieszkanie i pobyć kilka miesięcy w magicznej Kalifornii. Pierwotny plan legł w gruzach, gdy G niespodziewanie wyjechała z rodzicami do Iranu a potem gdzieś na inna półkulę. Zawalił się zupełnie, gdy wyszło na jaw, że w Los Angeles niewiele można robić bez auta – wtedy zmuszony byłem pomyśleć o jakiejś alternatywie. Gdy pojawił się koncept San Francisco wiedziałem, że to się musi udać, pełen wewnętrznej euforii zastanawiałem się, dlaczego nie wpadłem na ten pomysł wcześniej: metropolia, niezawodny system komunikacji publicznej, atrakcyjne położenie, nieskończone morze możliwości.
Bilet do San Francisco rezerwowałem w ostatniej chwili, na około 3 tygodnie przed planowanym wylotem, nie miałem zbyt dużego wyboru, bo mocno ograniczał mnie budżet, więc i trasa przelotu była trochę złożona: Warszawa – Londyn – Nowy Jork – San Francisco.
Ojciec od razu poradził mi ubezpieczyć się dodatkowo na wypadek opóźnień samolotu abym nie musiał koczować gdzieś na lotnisku, ale zignorowałem jego rady, bo szkoda było mi wtedy paru dodatkowych złotych. Miałem wytyczony plan – w San Francisco zaraz po przyjeździe musiałem się jakoś utrzymać przez 2-3 tygodnie, tyle czasu dawałem sobie na znalezienie pracy i mieszkania. Co przerażało mnie wtedy najbardziej to niebotyczne ceny wynajmu, więc w dłuższej perspektywie brałem pod uwagę zamieszkanie w hostelu.
Matka zapytała mnie tylko raz czy kogoś znam w San Francisco – odparłem, że nikogo, a potem czy mam gdzie się zatrzymać – poszukam, pójdę do hotelu – odpowiedziałem i byłem wtedy niesamowicie pozytywnie nakręcony całym przedsięwzięciem, bo zamiast przerażać się, ekscytowałem się myślą, że na każdym praktycznie kroku czeka mnie tam przygoda. Wyjątkowo nie protestowała, chyba nie zdawała sobie sprawy, na jaką przygodę się zdecydowałem. Z drugiej strony całe przedsięwzięcie organizowałem sam, za bilet zapłaciłem z własnej kieszeni.
Ojciec dał mi trochę grosza na drogę i kartę kredytową tak na wszelki wypadek gdyby było bardzo źle. Przyjąłem ją z nieukrywaną wdzięcznością składając przed samym sobą obietnicę, że użyje jej tylko w ostateczności, gdy będzie bardzo bardzo bardzo źle.

Z Warszawy wyleciałem do Londynu, potem przesiadłem się na samolot do Nowego Jorku, lot mijał spokojnie, w samolocie poznałem parę Amerykanów wracających z urlopu, młoda kobieta siedząca obok miała starannie wykonane henna przemyślne malunki na obu dłoniach niemal jak Madonna w teledysku Frozen.
Pamiętam, że oglądając film, co jakiś czas przełączałem na ekran zobaczyć gdzie aktualnie znajduje się nasz samolot. Za którymś razem zobaczyłem, że ikonka samolotu leci w kierunku przeciwnym jakbyśmy wracali ze Stanów. Wydało mi się to dziwne, ale szybko to zignorowałem.
Obsługa przechadzała się niemal bezszelestnie pomiędzy fotelami pasażerów klasy ekonomicznej, większość osób spała, na pokładzie panowały względna cisza i spokój. Hostessy przeszły akurat z jednego końca korytarza na drugi, gdy nagle czyjś przeraźliwy krzyk zaalarmował wszystkich dokoła: Pożar! Ogień! Pali się! – ktoś z tylu samolotu nie przestawał krzyczeć a stewardessy nagle jedna za drugą przebiegły na stronę skąd dobiegał alarm i wrzask. Alarm zaniepokoił wszystkich, ale nikt nie zdawał sie panikować, dymu nie było ani widać ani czuć, moja sąsiadka skwitowała, że może ktoś nierozważnie zapalił w toalecie papierosa.
Po nie długiej chwili odezwał się pilot i zakomunikował, że z powodu technicznej usterki jesteśmy zmuszeni przerwać lot i skierować się na najbliższe lotnisko w St. John’s na Nowej Funlandii. Nie byłoby w tym nic niepokojącego gdyby, nie poprosił nas o założenie kamizelek ratunkowych, ściągniecie butów, krawatów, okularów, wyjęcie protez i wtedy zrobiło się trochę dziwnie. Pasażerów z tylnej części samolotu poproszono, aby przenieśli się do przedniej części maszyny i niektórzy musieli zmieścić się w trójkę w dwu osobowych fotelach. Kilku pasażerów nie chciało poddać się zaleceniom pilota i z oporem przychodziło im zakładanie kamizelek. Jedna ze stewardes początkowo grzecznie zmagała się z pewnym opornym pasażerem, który się ociągał i dużo dyskutował, ale wobec braku reakcji na łagodną perswazje jej ton zmienił się na nietolerujący sprzeciwu grożąc, że dopilnuje by nigdy nie wsiadł na pokład żadnego innego samolotu – takie podejście poskutkowała natychmiast. Różne scenariusze kłębiły się wtedy w mojej głowie: nerwowo sięgnąłem po broszurę opisującą procedurę awaryjnego lądowania, bo na serio uważałem, że będziemy wodować a potem ześlizgiwać się do gumowych tratw ratunkowych. Z tamtych emocji najbardziej zapamiętałem to, że w samolocie panowała bezlitosna cisza, nikt nie płakał, nie histeryzował, nawet dzieci były dziwnie spokojne. Gdybyśmy mieli wtedy zginąć nastąpiłoby to w zupełnej ciszy gdzieś nad oceanem, wysoko w chmurach.
Zbliżając się St. John’s pilot poinstruował abyśmy po wyłączeniu lampki zapiąć pasy zaczęli sprawnie przechodzić do rozlokowanych po obu stronach wyjść z samolotu. Samolot dotknął pasa startowego, wyhamował, wyłączono silniki, podjechały wozy straży pożarnej, a my staliśmy pod drzwiami, które ani drgnęły, w kabinie na skutek wyłączonej klimatyzacji zaczęło robić się nieznośnie gorąco i duszno. Staliśmy tak czekając na niewiadomo co, gdy wreszcie pilot zakomunikował, że w związku z tym, że na pokładzie znajduje się spora grupa pasażerów wymagających wizy do Kanady a lokalne lotnisko nie jest przystosowane do obsługi pasażerów tranzytowych, trwają rozmowy z lokalnym Immigration.
Wypuszczono nas po dłuższej chwili i od razu wprowadzono do wyraźnie niedbale przygotowanej sali z pojedynczą toaletą i kilkoma poustawianymi krzesłami. Ludzie siadali na podłodze i ochoczo przygotowywali sobie wygodne miejsca w oczekiwaniu na drugi samolot, który miał dowieźć nas bezpiecznie do Nowego Jorku. Zorganizowano nam posiłki i napoje – pizza wydawała się wtedy bardziej wyrafinowana niż wykwintne dania serwowane w czasie lotu.
Po niespełna dwóch godzinach Amerykanie zaczęli jawnie protestować przeciwko złemu traktowaniu i niemożności wyjścia poza wygrodzone pomieszczenie gdzie swobodnie mogliby skorzystać choćby z telefonów (komórki dopiero zaczynały stawać się popularne). Nie wiadomo, kiedy z zaplanowanych 3 godzin zrobiło się 6, potem 9 i 10 godzin. W końcu pozwolono nam wyjść na zewnątrz i wraz z przypadkowo zapoznanymi Polkami zorganizowaliśmy sobie biwak na trawie przed budynkiem lotniska.
Obiecałem rodzicom skontaktować się z nimi zaraz po wylądowaniu w Stanach. Utknąłem w Kanadzie, dlatego gnany poczuciem odpowiedzialności nie wahałem się zadzwonić do domu na koszt odbiorcy. W Polsce był wtedy środek nocy. Matka na w pół śnięta odbierała telefon a na pytanie czy odbierze połączenie od syna z Kanady rezolutnie odpowiedziała, że syna w Kanadzie nie ma i że to pomyłka… Operatorka nie chciała spróbować drugi raz, dopiero na moje usilne prośby zgodziła się i tym razem wywołała matkę przez jej panieńskie nazwisko. Mamuśka przywitała mnie pieszczotliwie i czule – co ty do cholery robisz w Kanadzie.
Kiedy po powrocie rozmawialiśmy o tej sytuacji przyznała mi się, że przez chwilę wydawało jej się, że cały ten mój wyjazd do USA to była tylko przykrywka przed prawdziwym wyjazdem do Kanady.
Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego musieliśmy wtedy awaryjnie lądować. Z Londynu leciałem American Airlines w niecały rok po zamachu na Word Trade Center może stąd te nadzwyczajne środki ostrożności…

Nieskończenie wiele razy wyobrażałem sobie swój powrót do San Francisco, ale nigdy akurat w taki sposób, bo jakże różniła się ta podróż od tamtej sprzed niemal 9 lat.
Teraz podróżowałem pierwszą klasą i dawne wspomnienia niewiele miały wspólnego z rzeczywistością, było za to wiele zadęcia i niesmaku. Nie utożsamiałem się ze współpasażerami, którzy komentowali różnorodność potraw i alkoholi, bo tacy zazwyczaj w domu wcinają kaszankę i najtańsze wino.
Moja próżność nie została zaspokojona tylko raz, liczyłem że we Frankfurcie z samolotu odbierze mnie limuzyna która zawiozłaby mnie na terminal dla pasażerów pierwszej klasy, ale nic takiego nie nastąpiło. Lounge pierwszej klasy niewiele różni się od tych klasy biznes: jest tylko większy, posiłki i napoje serwowane są przez kelnerki, można położyć się wygodnie spać w specjalnych pokojach. Tzw. ”strefa komfortu” składa się z czterech łazienek, gdzie można wziąć kąpiel lub prysznic przed odlotem. Pokoje kąpielowe, toalety sygnowane są znakiem włoskiego projektanta – takie małe dzieła sztuki: najwyższa jakość, minimalizm formy i dyskretny luksus.
Wchodząc na pokład jumbo jeta miło było tylko rzucić okiem na innych i wejść po schodach na górny poziom gdzie znajdowało się moje miejsce.
Szczytem wyrafinowania okazało się okno w WC! Podczas wizyt w toalecie można odnieść wrażenie, że zlewa się wszystkich i wszystko z góry ciepłym moczem i to dosłownie. Wcześniej z lotniska do hostelu dostałem się podmiejskim autobusem za 2.50, teraz wybrałem taksówkę, górną pryczę piętrowego łóżka zamieniłem na klubowy pokój na 27. piętrze hotelu z widokiem zapierającym dech o każdej porze dnia.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

inne miejsce i czas

Spać nie mogę, potem po biurze poruszam się sennie, w drodze z i do pracy jak zdarta płyta nucę ”papierowy księżyc”

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze