nieplanowany Wrocław poraz trzeci

Gdy słyszy się od bliskich, że nie ja jeden mam problem i że trzeba umieć rozwiązywać je samemu, człowiek zżyma się i postanawia załatwić sprawę w pojedynkę, nie prosić nikogo więcej o przysługę. W piątek rano wsiadłem w samolot by przed południem biegać już po wrocławskich urzędach.
Złość mi jednak wcale nie minęła stąd o przyjeździe do Wrocławia nie powiedziałem nikomu.

Przekonanie, że był to pomysł trafiony przyszło dopiero wieczorem podczas spotkania z W. Wspólna kolacja w restauracji w Monopolu z prawdziwie spektakularnym widokiem, zjawiskowo wyglądająca ona wzbudzająca zainteresowanie i zazdrość personelu i gości, jak zwykle nie mogła przejść niezauważona, mało jednak zwracaliśmy uwagę na sąsiednie stoliki, zbyt zajęci byliśmy sobą, swobodnie bez owijania w bawełnę i nie ukrywając niczego opowiadaliśmy sobie wydarzenia ostatnich miesięcy, wymieniając newsy z życia, naszego i naszych przyjaciół i znajomych, kto kogo zdradzał, kto się rozwiódł, komu urodziło się dziecko, specjalnie na to spotkanie przytachałem nawet albumy z wyjazdów do Tanzanii i Meksyku.
Późno w nocy poszliśmy jeszcze na długi spacer po Rynku i na Ostrów, by na koniec zapragnąć szklaneczki Bushmills’a w hotelowym barze by potem czule się pożegnać do następnego razu.

Wieczorem przed hotelem przyuważyłem faceta czekającego na kogoś przy wejściu. Ku mojemu zaskoczeniu po chwili z obrotowych drzwi wyłonił się Mr Diabolique, z którym parokrotnie uskuteczniałem spotkania w wielokątach i który swego czasu wysyłał mi lakoniczne sms w stylu: jest robota, potrzebuje wsparcia, wpadniesz? Panowie szybko się przywitali i w wiadomym celu udali się windą prosto na górę – jak mniemam zaopatrzeni w cały arsenał rekwizytów dla wzmocnienia wrażeń.
Łezka mi się zakręciła na jego widok, Mr Diabolique nie wiedziałem przeszło 3 lata: w odróżnieniu od starych spróchniałych szwajcarów, którzy powinni mieć zakaz wychodzenia z domu z powodu zaawansowanego wieku i zapachów, które wydzielają ich ciała – trzyma się dobrze, dużo ćwiczy i jak sądzę wciąż dużo może i potrzebuje.
Jego znajomego przyuważyłem później jeszcze raz rano, usilnie szukającego kontaktu wzrokowego – niestety odpowiednio wcześniej zadbałem już o atrakcyjne plany na wieczór strzelania goli do innej bramki.

Spotkałem się z innym dawnym współwspaczem, z którym kiedyś krzyżowałem oddechy na tylnym siedzeniu jego auta tak, że aż okna parowały. Spotkanie z nim jak zwykle należało do nieprzeciętnych i wartościowych, ale dopiero po przebrnięciu tematów sztuk teatralnych, które wyreżyserował, recenzji krytyków i planów. R niespodziewanie zaproponował zostać druhną na naszym weselu, będzie musiał dojrzeć jeszcze do tortu, kokard, gołębi, powozu, białych koni i paru innych gadżetów…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 3 Komentarze

Kopenhaga – Wiedeń

Czasami zdarza mi się utknąć na lotnisku – tak jak teraz w Wiedniu. 1,5 godziny wcześniej pojawiłem się przy stanowisku odprawy by następne 3,5 spędzić czekając na następny samolot do Zurychu.
Chwała temu, kto wymyślił lounge – wbiłem się w wygodny skórzany, miękki fotel, obwarowałem napojami, różnego rodzaju przystawkami, paluszkami, orzeszkami i dla spożytkowania nieplanowanej przerwy w podróży, zacząłem odpowiadać na zaległe maile czekając cierpliwie na swój lot.
Oboje z L dzień wcześniej przylecieliśmy do Kopenhagi, żeby móc wyskoczyć wieczorem na drinka. Od kilkunastu miesięcy wymieniliśmy ze sobą dziesiątki emaili i telefonów, gdy zeszliśmy na tematy prywatne okazało się, że łączy nas jeszcze więcej doszliśmy, więc do wniosku, że przy najbliższej nadarzającej się okazji wybierzemy się razem na kolację. Traf chciał, że padło na zimną, osnutą deszczem i chmurami Kopenhagę. Polubiliśmy się odkąd zaczęliśmy częściej ze sobą pracować, bo L. jest jedną z tych osób, przy której nie muszę tylko słuchać i kiwać głową jak piesek z tylnej szybie dużego fiata. Zaszyliśmy się w przytulnym Steak Housie niedaleko hotelu St. Petri, by dać upust długo powstrzymywanej potrzeby nagadania się. Trajkotaliśmy prawie do północy, nie odpuszczając w firmie nikomu…
W naszej firmie już trzecia asystentka, w czasie ostatnich kilku miesięcy przeszła załamanie nerwowe albo wypaliła się zawodowo. Ostatnia asystentka jednego z czołowych dyrektorów (pod tyłkiem którego trawa nie rośnie, bo podróżuje służbowo 75% czasu pracy) – odeszła po niespełna 1,5 roku, pod koniec reagując bardzo alergicznie na słowa: praca i firma.
Jeszcze inna zniknęła nagle z naszego biura w Bernie, spędziła kilka miesięcy na zwolnieniu lekarskim a odkąd kilka dni temu wróciła jest jakby nieobecna, otumaniona, zachowuje się jakby wciąż była na lekach.
Niedawno, gdy chciałem poprosić ją o wysłanie przesyłki Fedexem i usłyszałem, że będę musiał poczekać, bo wykonuje tylko czynności mało stresujące. Nie bardzo rozumiem, co stresującego jest w adresowaniu koperty i przyklejaniu naklejki, ale są rzeczy na niebie i ziemi (i w spodniach), o których się prorokom nie śniło – może ryzykowałem, że biedaczka nałyka się przy tej czynności kleju.

Wizyta w duńskim oddziale CWT umocniła mnie w przekonaniu jak bardzo lubię swoją pracę i ludzi, których dzięki niej spotykam. Poznałem kolejną osobę, która podważyła moją wydawałoby się niezmienną dotąd opinię o zdystansowaniu i oziębłości Skandynawów. Poza tym biuro, w którym odbywało się nasze spotkanie było intrygujące nie tylko pod kątem architektury i zaprojektowanych wnętrz, ale przede wszystkim pod względem pracujących tam osobników płci męskiej. Duńczycy wydają mi się bardzo apetyczni, choć nie było mi dane przekonać się o tym jak dotąd organoleptycznie.

Kolejna koleżanka zaszła w ciąże, co każe mi bardziej wierzyć, że w moim otoczeniu rozprzestrzenia się jakiś wirus. Z doświadczenia też wiem, że im bliżej daty rozwiązania, tym gorzej u kobiety ”pod dachem”, dlatego wsiadłem pośpiesznie w niedzielę w samolot i poleciałem na dzień do Wiednia. Zycie K. nabrało niesamowitego rozpędu: najpierw nowa praca w Austrii, szybki awans, teraz ciąża, ostatnio niespodziewanie ślub i przeprowadzka do bajecznego dwupiętrowego apartamentu z ogrodem. Popijając wino z jej mężem próbowałem doszukać się w niej cech, które moim zdaniem, zmieniły się w niej od naszego ostatniego spotkania we Wrocławiu, lecz prócz brzucha i wydatniejszych piersi nie dostrzegłem wielu zmian.
Na poniedziałkowy brunch spotkaliśmy się u Sachera by już bez obecności męża porozmawiać na nasze tematy. Idąc na spotkanie przez starą część Wiednia upajałem się ostatnimi promieniami letniego słońca i znowu myślałem jak dużo spotyka mnie szczęścia. Są miasta, gdzie sam spacer po ulicach dostarcza tylu wrażeń, że wejście w jakiekolwiek miejsce ze ścianami wydaje się stratą czasu. Do takich miast należy San Francisco, w którym każda ulica ma inny zapach, a każdy zakątek niepowtarzalny, sensualny charakter. W Wiedniu historia bije po oczach na każdej ulicy w centrum, można chodzić po tej historii w sensie dosłownym i to jest fascynujące.

Patrząc na siebie z boku wyglądam na bardzo zadowolonego, choć może czasami sporo w tym egzaltacji i pachnącego sekciarstwem przekonania, że należę do jakiegoś ekskluzywnego klubu, któremu od pewnego czasu sprzyja fortuna.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 3 Komentarze

przystanek Wrocław

Czasami lubię pracować w samolocie. Niestety do Monachium na miejscu obok towarzyszył mi pilot Lufthansy, niesamowicie przystojny blondyn, sam fakt stykania się łokciami i innymi częściami ciała wywoływały u mnie przyjemne fale gorąca na całym ciele i zupełnie nie potrafiłem się skoncentrować – nie wiem co działało na mniej bardziej: jego mundur pilota, zapach, uśmiech czy bliskość siebie.
A potem jeden steward w samolocie z Monachium zbeształ mnie za włączenie telefonu komórkowego podczas lądowania (a właściwie kołowania) wprawiając mnie w osłupienie, że osobnik tak delikatnej, kruchej postury a la muślinowa firanka potrafi wrzasnąć jak rasowy samiec. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania, bo telefony z wrażenie wyłączyli także pozostali pasażerowie, których ten podniebny kelner zdawał się już nie zauważać.

Mój brat wyprowadza się na swoje – tym samym mojej matce ze wzmożoną siłą uaktywnił się syndrom opuszczonego gniazda. W ramach oszczędności czwartkową noc spędziłem w rodzinnym domu, co nie wyszło mi na dobre. Pierwsze kilka godzin zajęło mi nauczenie się obsługi specyficznie zamontowanych w domu urządzeń: w łazience w kranie nad umywalką leci tylko wrzątek – finezja hydraulika sprzed 2 lat, w kabinie prysznicowej kurek z ciepłą i zimną wodą zamontowane są na odwrót, każde żelazko składa się z wystających na zewnątrz części podobnie jak kontakty w ścianach, w pokoju albo jest zupełnie ciemno albo z sufitu daje po oczach światło jak na sali operacyjnej, w lampce nocnej brakuje żarówki a ona sama pełni tylko funkcję ozdobnika.
Moja matka jak zwykle niczego nie wyrzuca więc przebicie się w szafkach przez niezliczone liczby finezyjnych pojemników kubeczków filiżanek, figurek, kolorowych butelek i książek kucharskich z 1985 roku trochę trwa nim znajdzie się to czego się akurat potrzebuje. Zasadę że w pojemniku z napisem sól należy spodziewać się cukru, a pod hasłem kawa – herbaty opanowałem zeszłej zimy więc nim cokolwiek wsypałem do kubka przejrzałem dokładnie zawartości każdego pudelka.
O poranku pozostawiona na stole kosmetyczka zsunęła się na podłogę tłukąc przy okazji butelkę perfum i szklane pojemniki biothermu. Mój brat popatrzył na mnie wzrokiem wzbudzającym litość, gdy ścierałem z podłogi resztki kremowej substancji, dziwiąc się że kładę swoje rzeczy na stole, który jest niestabilny przecież od zawsze. Za rzadko bywam w domu, bo dałem się parę razy zaskoczyć a zaoszczędzone na noclegu w domu pieniądze wydam jutro w Kopenhadze na zakup nowych kosmetyków.
Wśród przyjaciół obrodziło w dzieci i stany błogosławione. Od jednych nasłuchałem się o tym jak trudno znoszą ciążę a od drugich o problemach z odgazowywaniem ich pociech – fascynujące tematy przy kawie i ciastku.

W piątek obejrzałem nowe gniazdko brata poczym udaliśmy się w kierunku sklepu meblowego gdzie starszy pomocny i hojny brat uruchomił swoją złotą kartę. Nie mam zwyczaju oszczędzania na najbliższej rodzinie poza tym urządzanie mieszkania w wersji mojego brata jest czynnością niezmiernie prostą i mało skomplikowaną: białe ściany a potem czarna prosta meblościanka + plus szafa – ich zakup zajęło nam niecałe 10 minut. Nie myślałem, że można być tak wydajnym i prostolinijnym, bo mnie urządzanie mieszkania zajęło prawie 2 lata.

Odwiedziłem swoje dawne mieszkanie by wreszcie uporać się z przeszłością: dawne podręczniki i notatki z HME oraz zeszyty z hukiem wylądowały w koszy na śmieci. Zmusiłem się nawet do zejścia do piwnicy by i tam posprzątać i wynieść walające się rzeczy, na co nigdy wcześniej nie znajdowałem czasu. Oszczędziłem kilka albumów ze zdjęciami, które może kiedyś jeszcze się przydadzą.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

Zurich – Warszawa – Wrocław – Kopenhaga

Tym razem w Warszawie czułem się niemal jak za czasów studenckich: dawny kumpel, podrzędne, zadymione, mroczne bary, byle jakie jedzenie o smaku kartonu, rzeka alkoholu, szukanie noclegu w ostatniej chwili, gigant i wielka improwizacja.

Gdy o 2 nad ranem meldowaliśmy się w Hiltonie wyglądaliśmy, co najmniej złowróżbnie, wzbudzając tym większy niepokój wybierając olbrzymi executive suit na przedostatnim piętrze budynku niby to pod pretekstem chęci zobaczenia Warszawy by night. Chłopaki biegali jak z pęcherzem rozentuzjazmowani nadmiarem przestrzeni i przylegającymi do apartamentu i sypialni dwoma łazienkami, dopiero gdy minęła im pierwsza euforia resztkami sił skoncentrowali się na eksplorowaniu zawartości mini baru, który opróżnili do ostatniego chrupka. Rano musiałem niestety zmienić hotel, by później zmierzyć się z big bossem, który sprowadził mnie do roli swojej asystentki.
Po estetycznej kolacji w Bristolu wypróbowaliśmy z K dwa nowe bary, gdzie jeszcze nas nie znali, wracając Nowym Światem przycupnęliśmy w jakimś nieznanym miejscu serwującym coś koloru czerwonego, które okazało się gwoździem do mojej trumny. Rano obudziłem się w dupie, a utrzymujący tego dnia ból głowy wcale nie pomagał mi w sztuce samoprezentacji i działał lepiej niż nie jeden pas cnoty, blokując przed wchodzeniem w interakcje z lokalnym kolorytem. W połowie dnia K zaciągnęła mnie do Muzeum Powstania gdzie oglądanie obrazu w 3D można by śmiało nazwać aktem masochizmu wobec mojego i tak podrażnionego żołądka.
Kilka dni później zawitałem do Wrocławia c.d.n.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

zaliczanie w stolicy

Przepełnia mnie skrajnie optymistyczny nastrój. Nie uważam się już za zbyt skromnego i zagubionego na korytarzach międzynarodowych lotnisk, znowu krążę po Europie jak po swojej własnej ojczyźnie, znam języki, wiem co i gdzie można dobrze zjeść, kupić; nieźle ubrany, pewny siebie nie znajduje w sobie niczego z zagubionego prowincjusza. Europa i cały świat wydają się być znowu bardzo blisko, niemal na wyciągnięcie ręki…
Odzyskałem dobry humor, wróciła mi energia i zapał do planowania wyjazdów: Wrocław, Kopenhaga, Wiedeń, Belgrad, Stambuł! Nie czuję się wyciągnięty z hermetycznie, zamkniętego świata, nie pochodzę z małego miasteczka czy wąskiego środowiska, nie jest to mój pierwszy lot samolotem.

Razem z koleżanką z warszawskiego oddziału obczailiśmy sprytny plan uzasadniający konieczność mojej służbowej podróży, ubierając całość w piękne korporacyjne słowa, przedstawiłem pomysł szefowej, która okazała się czujna i zupełnie nie podzieliła mojego entuzjazmu. Plan się posypał a w konsekwencji za bilet i hotel musiałem zapłacić sam.
Jeśli tylko dobrze się zakręcę mój hotelowy pokój wzbogaci się o kolejną pikantną historię.
O ile kiedyś wprost nie znosiłem Warszawy, o tyle teraz na samą myśl o podróży do stolicy robi mi się dziwnie przyjemnie. Warszawa może się podobać o ile uda się ją komuś spersonalizować. Można ją sobie układać jak układankę, wypełniać puste pola. Warszawa to ludzie aktywnie zaangażowani, przyjeżdżając tutaj trzeba coś ze sobą przywieźć, trzeba mieć coś do zaoferowania, przyjechać z czymś, umieć zająć stanowisko. Warszawa ma w sobie energię podobną do Nowego Jorku.

156-121

Wstaje przed szóstą, by wcześnie rano pojawić się w biurze i wdzwonić się na telekonferencję z Australią.
Sam chciałem i zabiegałem o ten account – mam za sobą pierwsze rozterki i zwątpienia wyrobnika czy był to, aby na pewno słuszny krok, kilka razy żałowałem swojej decyzji. Różnica czasu daje mi do wiwatu, zaaranżowanie spotkania trzech osób przebywających w trzech skrajnie odmiennych strefach czasowych o jednej odpowiadającej wszystkim porze jest niemożliwe.
Jadąc kolejką do pracy myślę sobie: głęboka woda, inny kraj, jak wyjdę z tego zwycięsko mam szansą zaistnieć, jeśli moje 5 minut potrwa dłużej to znaczy, że mam do zaoferowania coś więcej. Szybko wybiegam w przyszłość: łatwy zarobek i przyjemne życie, czysty hedonizm, brylowanie, funkcjonowanie w świetle jupiterów, ale znowu nie takie, że o swoich zakupach i seksualnych ekscesach czytam w tabloidalnych gazetach.
Zbyt szybko wybiegam na przód, łapię się na tym, że jest to już zbytnia bufonada… bo najważniejsze to mieć przyjemność z tego co się robi, gdziekolwiek się jest, jeśli idziesz do pracy, wstajesz zadowolony, wracasz zmęczony, ale znowu wstajesz szczęśliwy, bo rozwijasz swoje pasje i realizujesz hobby to takie życie jest szczęśliwe…
Przydaje mi się intuicja, która dla mnie jest czymś konkretnym, niemal namacalnym. Dla mojej szefowej rozmowa typu powinniśmy tak zrobić, dlatego że tak czuję – jest niemożliwa. Dla mnie tak, a dla niej intuicja to zabobon. Tłumaczę jej – nie próbuj mnie zrozumieć, możesz to tylko poczuć.
Z drugiej strony może powinienem spróbować wykształcić potrzebę podróży do Sydney – to na pewno pomogłoby mi znaleźć wystarczająco silną motywację do wstawania skoro świt z bananem na ustach…

156-120

Opublikowano Mądrości | Otagowano , , , | 2 Komentarze

Są na świecie miejsca

Dopadł mnie dziś podły nastrój. Jeden z tych dni, kiedy człowiekowi wydaje się, że nic mu nie wychodzi, że potrzebuje zmiany tu i teraz, niczego juz nie osiągnie a frustracja będzie się tylko pogłębiać.
Zredukowali wczoraj u mnie cały dział, nie działają aplikacje za wdrożenie, których jestem odpowiedzialny, negocjacje kontraktów utkwiły w martwym punkcie, szefowa zalewa mnie głupimi mailami, mam ochotę trzasnąć klapą laptopa, rzucić go do szuflady i wyjść do domu.
Odezwała się we mnie głęboko tłumiona natura, że trudno byłoby mi dzisiaj chwalić się własnymi sukcesami, miałbym problemy z opowiedzeniem komuś o własnych zaletach, powiedzenie sobie ”jestem świetny” z trudem przeszłoby mi przez usta.
Dopadło o mnie niskie poczucie własnej wartości, w kółko tylko myślę krytycznie o sobie, swojej pracy, życiu, oczekuję że ktoś sam mnie doceni.
Są na świecie miejsca, w których możemy się spełnić – i należy szukać tych miejsc.
Nie potrafię się dziś cieszyć ze swoich sukcesów.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

nieznośna lepkość bytu

Po spędzonych wspólnie kilku dniach we Florencji M. wyznał, że w czasie fali upałów można spodziewać się po mnie jedynie najgorszego.
Nieznośna lepkość bytu udziela się mojemu niezadowoleniu wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury, osiągając we Włoszech punkt szczytowy – okazałem się ultra upierdliwym niewdzięcznikiem, którego irytowało wszystko a za co dostawało się głównie M.
Na moje urodziny pojechaliśmy do Wrocławia, nareszcie spotkać się w komplecie ze wszystkimi oraz oficjalnie przedstawić M. Znając swoich przyjaciół oraz ich talenty organizacyjne, na samą myśl że mielibyśmy umawiać się niezobowiązująco, w bliżej nieokreślonym miejscu i o mało precyzyjnie określonej porze a potem wspólnie godzinami szukać stolika, odpowiedniego miejsca i przy tym nie stracić dobrego humoru wolałem uprzedzić fakty i na własną rękę wynająłem ”Przystań” a zaproszonych powiadomiłem, że oczekuję wszystkich punkt 21.

M zupełnie niezrażony wysokimi temperaturami dzielnie eksplorował Wrocław, dzięki niemu pierwszy raz w życiu zobaczyłem Aule Leopoldina i pokaz światła i dźwięku na Wrocławskiej Pergoli. W ciągu jednego popołudnia przebrnęliśmy przez japoński ogród oraz zoo, 3 domy towarowe a na koniec dnia lądując na kolacji w znajomej greckiej restauracji, gdzie kiedyś dawno zwykle prowadzałem każdego nowego współwspacza.
Pomimo żaru lejącego się z nieba nie pisnąłem nawet raz, że jest mi za gorąco co zostało bez mała entuzjastycznie dostrzeżone gdy wracaliśmy do hotelu.

Przez te kilka nocy spaliśmy w nowo otwartym butikowym the Granary. Skrzywienie zawodowe i pytania recepcjonisty o wrażenia z pobytu kazały mi zostawić odpowiedni komentarz a propos funkcjonowania tego miejsca, co ku mojemu zaskoczeniu nie pozostało bez echa – w 2 dni po powrocie do Szwajcarii, zadzwoniła do mnie szefowa recepcji usłyszeć osobiście parę krytycznych uwag. Konkluzja była jedna – niewiele rzeczy zasługiwało w hotelu na ich 5 gwiazdek prócz niej samej… Zaoferowano mi upust przy następnej wizycie, ale czy np. ktoś życzliwy nie użyje mojej szczoteczki do zębów do wyszorowania muszli klozetowej nie mam żadnej pewności. Czasami boje się, że zbytnia otwartość może skończyć się napluciem do mojego talerza, nasikaniem mi do butów albo inną obrzydliwą karą wymierzoną przez hotelowy personel.

Nie łatwo było zorganizować jednodniową wycieczkę po Dolnym Śląsku. Znalezienie kierowcy, który za rozsądne pieniądze zawiezie nas w kilka miejsc wydawało się być pomysłem nierealnym. Lokalne biura podróży, które niby się tym zajmowały nie odpowiadały na maile a inne windowały niebotycznie ceny.
Pomogła mi dopiero koleżanka dzięki, której M. zobaczył Książ, Świdnicę, Wałbrzych, Wambierzyce, Kłodzko i Polanice.

Kochamy się nieprzerwanie od 3 lat.
Ostatni znowu poprztykaliśmy się o to, że nic innego nie robię tylko planuje nam wyjazdy. M. choć lubi podróżować, zupełnie nie rozumie dlaczego musimy planować wakacje z 12 miesicznym wyprzedzeniem. W rozmowach z kolegami z pracy na temat gdzie, kto planuje spędzić urlop nie zabiera już głosu, odkąd nasze cele oscylują wokół egzotycznych wysp tudzież najdalszych zakątków świata stało się to tematem tabu, bo współpracownicy patrzą na niego krzywo. Nawet właścicieli restauracji, w której pracuje w lekkie osłupienie wprawiają wybory przed którymi biedny M. jest przeze mnie stawiany. W ogóle pewnie wszyscy bardzo biedakowi współczują…
Już kiedyś starałem się go uczulić, by przestał o tym mówić, ale nie posłuchał więc teraz nosi piętno snoba, dla którego praca w restauracji stanowi tylko hobby. Od pewnego czasu M. nie wchodzi zbytnio w szczegóły, ale dawne plotki zrobiły swoje i cała sprawa co jakiś czas powraca z mniejszą lub większą siłą.
W przypływach bardzo dobrego humoru M. czasami lubi dokuczać innym i z wyćwiczonym wielkopańskim oburzeniem reaguje na wiadomość, że na wakacje musi lecieć w klasie ekonomicznej. A przy każdej nadarzającej się okazji gdy ktoś ewidentnie podsłuchuje nasze telefoniczne rozmowy uszczypliwie podkreśla, że znowu musi latać cargo. Uwielbiamy się razem z tego śmiać, gdy udaje bycie nieznośnym i napompowanym dupkiem. Poza tym gdy czasami słyszę jak potrafi trafnie utrzeć nosa przemądrzałym i wszystkowiedzącym klientom, którym wydaje się że pozjadali wszelkie rozumy i próbują wcisnąć mu jakąś totalną bzdurę przepełnia mnie duma, gdy z hukiem sprowadza ich na ziemie.
Wyhodowałem małego potwora, który nie zadawala się byle czym i analizuje każde zbyt kategorycznie wypowiedziane opinie. Czasami gdy próbuje wywołać we mnie zazdrość, grożąc że mnie zostawi, z lekkością odpieram szantaż, że nikt go nie będzie chciał bo taki jest już zepsuty.

Kiedy już wydałem się by spokojny i pogodzony z myślą, że w listopadzie lecimy na Karaiby wyrósł przede mną nowy problemem: na którą wyspę albo wyspy powinniśmy polecieć? Nabyłem przewodnik, który przeczytałem jeszcze tego samego dnia, zaangażowałem do pomocy znajomych z biur podróży i linii lotniczych, przejrzałem internetowe fora i w krótkim czasie stałem się małym specjalistą, dla którego Karaiby przestałby kojarzyć się wyłącznie z działającą na wyobraźnię magiczną nazwą. Niczego nie pozostawiłem przypadkowi, kilka wysp odrzuciłem od razu, z powodu malej atrakcyjności plaż, zbytniej komercji, horrendalnie wysokich cen hoteli albo nieprzyjemnych wyziewów z rafinerii Chaveza, ale już od kilku kilku dni śpię spokojniej co niezmiernie cieszy także M…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | 2 Komentarze

skwar

Ostatnie 3 tygodnie to w Szwajcarii prawdziwy ewenement pogodowy. Przywykłem, że upały trwają tu kilka dni, w miesiącach letnich zwykle pada a temperatura utrzymuje się na stałym poziomie dwudziestu kilku stopni. W domu nie daje rady wytrzymać, nasze mieszkanie na poddaszu nagrzewa się do takich temperatur, że po powrocie z pracy ochoczo paradujemy po nim nago, co kilka godzin schładzając ciała lodowatym prysznicem.
Najgorzej jest, kiedy przychodzi mi wbijać się w koszule, krawat i jechać do Zurychu by wziąć udział w jakimś spotkaniu. Czerwiec to ulubiony miesiąc do zorganizowania wszelakich konferencji, wykładów, zjazdów i branżowych spędów, z których nie zawsze mogę się wykręcić.
Ponadto ostatnie kilka tygodni upłynęły mi nad planowaniem szkolenia dla Hindusów, które prócz wątpliwej przyjemności obcowania z nimi wiązało się z wyjazdem do Indii. Razem z K przeszliśmy przez piekło wielogodzinnych rozmów telefonicznych, które wymagały dużego samozaparcia by zrozumieć, choć trochę ich treść z powodu silnego obcego akcentu, po czym zgodnie stwierdziliśmy, że nie mamy wyboru jak tylko tam pojechać. Hindusi zapewniali nas, że wszystko jest na najlepszej drodze, że są przygotowani, zaakceptowali warunki, nawet udało nam się wymusić od nich te deklaracje na piśmie, gdy nagle niespodziewanie po prostu się rozmyślili. Projekt może jeszcze poczekać a poza tym tam ciągle trwa w Indiach pora monsunowa, więc nie szczególnie spieszy mi się tonąć w strugach deszczu i brodzić wśród brudnych ulic, pełnych intensywnych zapachów miejskich ścieków. Przedstawiając szefowej swoje wyobrażenie o Indiach trafiłem na bardzo podatny grunt, bo od razu wyobraziła sobie, że skoro w miastach nie mają kanalizacji to muszą mieć problem ze szczurami. Żeby przekonać ją do przełożenia wyjazdu na jasień niechcąco zasugerowałem, że szczury w Indiach są wielkości psów i tak mocny argument przekonał ją w zupełności.
Nie czuje się z tym szczególnie źle, bo Indie nie poddają się żadnym uporządkowanym charakterystykom.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Happy anniversary

Mijają równo 3 lata. Gdy pojawiłem się dzisiaj w pracy na biurku czekała na mnie kartka z gratulacjami od firmy. Nie chce wyjść na malkontenta, dlatego skupie się wyłącznie na elementach, które sprawiają, że wciąż nie chce niczego zmieniać ani stąd wyjeżdżać:

– tutaj poznałem M;
– bezpieczne drogi, bez patrzenia mogę przechodzić przez ulice i wszystkie auta się zatrzymują, (choć nie dotyczy to tramwajów);
– obcokrajowcy – taką masę różnorodnych nacji trudno spotkać w innym kraju europejskim; Szwajcarzy nie są rasistami są etnosceptykami;
– transport publiczny – przemyślane rozkłady jazdy komunikacji publicznej, autobusy są skomunikowane z pociągami, strefy obejmują wszystkie środki lokomocji, włącznie ze statkami;
– umiłowanie rowerów i drogi dla rowerów;
– wyprzedaże posezonowe (choć we Włoszech są lepsze);
– łatwość robienia zakupów przez internet ( bardzo jasne szwajcarskie procedury celne, podczas kupowania online za granicą);
– bezpieczeństwo – w nocy nie strach jechać pociągiem czy iść samemu ulicą, w późnych tramwajach nie dokazują pijani dresiarze, kibole, blokersi czy inni kretyni szukający zaczepki (nie dotyczy żebraków);
– stan mojego konta każdego 25. dnia miesiąca i niskie podatki;
– kawa czy piwo kosztują zawsze mniej więcej tyle samo (na szczycie góry nie zapłacę 3 razy więcej niż w zwyklej restauracji);
– wszystko wystarczy zobaczyć tylko raz (bo następnym razem na pewno będzie wyglądać identycznie);
– jeden klucz do klatki, mieszkania, strychu i piwnicy i brak potrzeby założenia dodatkowych zamków;
– bliskość do Niemiec, Francji i Włoch. Można czerpać, co najlepsze z każdego z tych krajów i omijać, co najgorsze;
– brak psich odchodów na trawnikach;
– czysta woda, którą można pić z kranu;
– uczciwość, brak łapówkarstwa i kombinowania, przyjazna biurokracja, możliwość załatwienia większości spraw urzędowych za pośrednictwem telefonu, internetu, poczty;
– policjanci, którzy nie nadużywają władzy i autorytetu;
– wprowadzając sie do nowo-wynajmowanego mieszkania nie trzeba malować ścian, sprzątać ani odnawiać, bo wszystko jest schludne i czyste, wysprzątane przez poprzednich lokatorów (choć ma to swoja cenę);
– egzekwowanie prawa, porządek i zasady, których trzeba się trzymać – płatne worki na śmieci, co ogranicza produkcje odpadów;
– dbałość o ochronę środowiska;
– uprzejmość – nawet kierowca autobusu mówi ”dzień dobry”, ”do widzenia”, ”miłego dnia”;
– automaty do kupowania biletów w autobusach;
– przestrzeganie ciszy nocnej;
– szwajcarscy Polacy wypadają korzystniej niż Polacy z Polski, Londynu czy Niemiec;
– organizowanie apero z byle jakiej okazji po to tylko by sobie pogawędzić przy winie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

kutas, któremu wyrósł facet

Do Krakowa pojechałem zupełnie bez przekonania. Obiecałem, a że słowa zwykle dotrzymuje musiałem się zmobilizować i robić dobrą minę. Doświadczony traumą z przeszłości obiecałem sobie być bardziej asertywny w tych sprawach, ale głupiej torby życie nic nie nauczyło, znowu zatoczyłem krąg.

Wstając wcześnie rano na pociąg już czułem wewnętrznie, że coś jest nie tak, że nie będzie to udany weekend, że spotka mnie rozczarowanie, że będę tego żałował no i wcale się nie pomyliłem…
Pierwszy niesmak przeżyłem jeszcze na lotnisku w Zurichu, kiedy on rzucił mi się na szyję a potem odstawił gorące powitanie połączone z tańcem godowym. Ledwo nadałem swój bagaż znowu chciał to robić, praktycznie na całej trasie miało być to samo: mokro, soczyści i intensywnie.
Ciuchy, obuwie, drogie, markowe dodatki, uderzająca woń perfum, tytuły – do tego zdążyłem się przyzwyczaić, za to opryskliwość, oschłość i traktowanie wszystkich z góry wciąż rodzą wewnętrzne wzburzenie. Milczałem i nie uczestniczyłem w tym popisie maniery zastanawiając się skąd we mnie ten osobliwy dar przyciągania takich kutasów…
Zupełnie nie odnajduje się w takim stylu życia, ciągle pod presją, że musi mi wyjść, że musi mi się udać, bo trzeba odnosić sukcesy za wszelka cenę, być najlepszym, bo tego się ode mnie oczekuje, bo skoro innym się udaje to mnie musi też, bo wszyscy patrzą, bo będzie wstyd, bo świat nie lubi przegranych…
Zasada jak kraść to miliony jak pieprzyc to księżniczki moim przypadku się nie sprawdza. Na utrzymanka się nie nadaje, nie potrafię brać, żerować, uszczknąć materialnie coś dla siebie z takich znajomości, tylko dlatego że jest okazja – świadomie staram się takich znajomości unikać, przy najmniej tak mi się wydawało.
Przy posiłkach rozmowa kleiła się trochę lepiej, mniej było słychać dźwięków uderzanych o talerz sztućców i odkładanych na spodki filiżanek, ale to głównie za sprawą konsumowanego wina.
Najgorsze były tylko wieczory – nazwałbym je fizyczną reakcją ciała na erotyczne symulacje…
Wróciłem upokorzony przed samym sobą, ale chyba już mi to mija.
W gruncie rzeczy takie doświadczenie od czasu do czasu bywają budujące – bardziej doceniam, co mam.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz