koniec pracy – urlop

Huragan Tomas chyba na dobre ominie Antyle szerokim łukiem, wobec tego bez większej obawy lecimy dziś do Miami, podobno nie dotrze nawet na Florydę więc mamy szansę w ogóle go nie odczuć.
I tak zostawiam za soba wczorajszy dzień, bajzel i obowiązki, wyłączam się – od jutra liczy się wyłącznie karaibski szał ciał i bahama mama. Będę co najwyżej liczył fale i kolorowe koktajle…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 6 Komentarzy

urlop w oku huraganu

Z jednej strony jestem trochę zły na siebie, że tak nalegałem na to miejsce, z drugiej przy takich emocjach będzie, co wspominać po powrocie…
Koleżanka z Warszawy podsunęła mi ciekawy pomysł na spędzenie urlopu – czarter katamaranu na Karaibach. Pomysł genialny (i wcale nie drogi), ale mimo to nie wypalił, bo marzyła mi się Arka Noego – czyli same pary, które pojechałyby z nami, bo z obcymi to raczej ryzyko i żadna frajda. Jak znam swoje szczęście trafilibyśmy na homofobów albo forsiastych ”betonów”, dla których największą atrakcją na urlopie byłoby nawalenie się do granic przyzwoitości. Dlatego chwilowo zrezygnowaliśmy z tej opcji, ale nie przestaliśmy szukać takiego miejsca, które pozwoliłoby nam na odwiedzenie kilku sąsiadujących wysp.
I tak w piątek lecimy do Miami a stamtąd na St. Martin. Jechać tylko na jedną wyspę wydawało się być mało wyszukane, ale połączenie pobytu ze zwiedzaniem St. Barthelemy, Anguilli i Saby spowodowało, że w oczach zaświeciły mi się lampki.
Gorączka przedwyjazdowa zaczęła udzielać się nam na dobre, gdy w samolocie do Miami zorganizowałem dla nas miejsca w klasie biznes, co by M mógł wygodnie wyciągnąć nogi i nie musiał gnieść się w klasie cargo. Przećwiczyliśmy też podstawowe dialogi z tematu rozmowa z amerykańskim immigration na wspomnienie, którego do dzisiaj żołądek skręca mi się trąbkę.
A od wczoraj z duszą na ramieniu śledzę doniesienia CNN na temat huraganu Tomas, który pustoszy Karaiby i przyczynił się do zamknięcie lotnisk na Barbados i w St. Lucia. Sezon tropikalnych cyklonów na Atlantyku niby się skończył, ale wściekła Shary pustoszy Bermudy, a Tomas w najlepsze śmiga po Karaibach.

Mój zapał trochę, więc ostygł zwłaszcza, że do soboty jeszcze wiele może się zmienić. Władze poszczególnych wysp ogłosiły alarm i wezwały mieszkańców oraz turystów do zachowania ostrożności, a przede wszystkim do opuszczenia plaż, gdzie mają uderzać kilkumetrowe fale. Już widzę nas dwoje w naszym pięknym apartamencie, zabezpieczanym workami z piaskiem, ściśniętych w objęciach a na koniec ewakuowanych helikopterem razem z kobietami i dziećmi…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 4 Komentarze

z życia tułacza

Nieustające turnee wciąż trwa i wygląda na to, że przeciągnie się spokojnie do świąt a nawet zahaczy o styczeń, który zapowiada się nie mniej intensywnie.
2-dniowe szkolenie, które zorganizowałem w Richmond okazało się podręcznikowym przykładem na to jak nie należy przeprowadzać szkoleń – bo wpadka goniła wpadkę. Wysłałem zaproszenie do ponad 200 osób, z czego na pierwszym spotkaniu zaliczyłem zdziwienie, bo pojawiły się zaledwie 2, potem pomyliłem sale konferencyjne, nerwowo spoglądając, co chwilę na zegarek zastanawiałem się, dlaczego nikogo jeszcze nie ma, podczas gdy cała grupa czekała na mnie w sali w drugiej części budynku, następnie przez kwadrans nie mogłem uruchomić prezentacji, na dodatek mój szkoleniowiec utknął gdzieś w korku, więc musiałem improwizować, ale w trakcie przestała działać aplikacja, którą zachwalałem jako szybką sprawną i niezawodną, a na sam koniec cały system się zawiesił i było już po ptakach. 
Nie owijając w bawełnę Anglia była nudna, pobyt kręcił się wokół szkoleń, wieczorem pracowałem z hotelu w nocy, mało spałem obdzwaniając biura, które właśnie otwierały się po drugiej stronie globu. Ot taka zwykla korporacyjna bylejakość, papka pokrapiana imitacją wielkiego świata biznesu. Gdyby nie towarzystwo R pewnie w ogóle nie wychodziłbym z pokoju a tak zaliczyliśmy dwa fajne wieczory we dwoje.
Przedostatnim samolotem wróciłem do Zurychu, w domu byłem po północy, żeby o 4 rano przepakować się i zdążyć na samolot do Monachium.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 10 Komentarzy

oblatywacz

Niesamowita odmiana przyjechać do Belgradu pod koniec września, kiedy wreszcie nie ma upałów, bezlitosny żar nie leje się z nieba a na zewnątrz jest rześko, żeby nie powiedzieć, że zimno. Wjeżdżając do miasta uśmiechałem się zobaczywszy budynku Ganeksu, stanowiący prawdziwie architektoniczny ewenement, pijany zwid projektanta, na widok którego pytanie narzuca się jedno ”a co to k…a jest?”

W moim ulubionym hotelu, w którym wszystkie rozmowy międzynarodowe są za darmo (międzynarodowe, ale nie lokalne!) znowu mogłem uskuteczniać ze znajomymi tzw. pogaduchy do poduchy, wprawiając co poniektórych w osłupienie dzwoniąc z dziwnego afrykańskiego numeru…
Wieczorne, sesje z dawnym bliskim znajomym pozostawiły widoczne ślady, które schodziły ze mnie ponad tydzień. Obawiam się, że następnego razu nie będzie. Gdybym przyjechał tydzień później miałbym wątpliwą przyjemność uczestniczenia w szeroko komentowanym w zachodnich mediach marszu równości.
W pracy młyn nie do opisania, w biurze praktycznie nie przebywam, pracuje w pociągu, na lotnisku i nawet po powrocie do domu zasiadam do zaległych e-maili, nad którymi ślęczę do późna w nocy. M nie jest tym faktem pocieszony, ale rozumie że to przejściowe i mnie wspiera. Skończyłem projekt w Zurychu, w tym tygodniu jestem w Londynie, żeby w piątek odrobić zalegle wolne dni i spędzić długi weekend we Wrocławiu. Październik i listopad praktycznie dla mnie nie istnieją, często karmie się myślami bezczynnego plażowania na Antylach. Pomimo zmęczenia, pomimo nawału obowiązków i zadań, całego tego obciążenia wciąż odczuwam wewnętrzną frajdę, lubię swoja pracę i konieczność ciągłego przemieszczania się z miejsca na miejsce, systematycznie przypominam sobie o tym sącząc czerwone wino na wysokości 10000m.
Do Stambułu, trochę zbyt pochopnie zabrałem przypadkiem poznanego w Chorwacji kolegę, który, jak się okazało z nie jednego pieca jadł chleb, czego nie zdążyłem wyłapać wcześniej, będąc nadto pochłonięty urokami chorwackiej stolicy. Jego hotelowy pokój jak i niektóre otwory ciała były jak tramwaj, do którego nieustannie ktoś wchodził i wychodził aż w końcu orgazmodromem zainteresowała się hotelowa ochrona… W nocy praktycznie nie spał tak bardzo pochłonęła go stolica tureckiego nocnego życia na Taksim.
Naiwnie wydawało mi się że to ja jestem zepsuty i obsceniczny, ale radością przyjąłem fakt że istnieją przypadki znacznie gorsze ode mnie. Przyglądając się jego ekscesom z boku nabrałem przekonania, że nie pozwolę więcej wypasać mojego konika na jego łączce. Choć mieszkaliśmy na różnych piętrach w kulminacyjnym momencie, naprawdę liczyłem na to, że w ramach jakiegoś gestu sprawiedliwości piorun pierdyknie prosto w niego. Nic takiego się nie wydarzyło, ale po naszym wyjeździe na pewno przydałoby się zdezynfekować tamten pokój…
Z jednej strony byłem zły na siebie, że tak nalegałem żeby ze mną jechał, z drugiej trochę zazdrościłem mu powodzenia, bo przy nim czułem się ubogo, jak mężczyzna w wieku geriatrycznym.
Poza tym było zimno, lało i wiało. Taksim Square tętni życiem przez cały dzień i noc dostarczając spragnionym atrakcji turystom wszelkich możliwych atrakcji i uciech także tych mocniejszych…
Coś w tym jest, że nawet najbardziej pociągający i atrakcyjni fizycznie osobnicy tracą przy bliższym poznaniu, a żeby wspomnienia pozostały mile na zawsze bezwarunkowo należałoby trzymać się zasady jednego razu…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

O nas – rzeczywistość z nieco innej strony

Wiadomość z ust M odebrałem jakbym dostał obuchem w łeb – zakomunikował, że myśli o otwarciu własnego interesu, najchętniej we Włoszech. Przestałem słuchać wywodów o sposobie finansowania tego przedsięwzięcia, choć było tam coś o mnie i kredycie z banku, gdy między zdaniami padł zbagatelizowany szczegół chęci powrotu do zapyziałej ziemianki na południu Włoch, zaraz potem poszedłem w zaparte i skwitowałem, że to najgłupszy pomysł jaki kiedykolwiek przyszedł mu do głowy. Można mi zarzucić egoizm, że w takiej sytuacji nie próbowałem go poprzeć tylko wdeptałem uczucia w ziemię, zacząłem myśleć o sobie i jak taka zmiana wpłynie na moje (nasze?) życie materialne i zawodowe. Od razu nasunęła się jedna myśl – jeśli ma dojść do tego, że M wyjedzie i postanowi zrobić rewolucję w swoim życiu to muszę zadbać o to by ta zmiana jak najmniej odbiła się na mnie. Ktoś może nazwać mnie samolubem, kutasem, który myśli tylko o sobie, ale jeśli coś jest niedorzeczne i głupie to nie będę udawał, że jest inaczej.
M. ma talent do pakowania się w beznadziejne sytuacje, które wiążą się zwykle z finansowymi zobowiązaniami i zwykle zachowuje się tak, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak było z kupnem auta, którego ubezpieczenie odbija się mu finansową czkawką ile razy przychodzi termin płacenia raty leasingowej i ubezpieczenia, zwykle chodzi wtedy struty i naburmuszony, wygląda jak wielka chmura gradowa. To szczegół, że tak naprawdę auta nigdy nie potrzebował i nawet teraz używa go tylko kilka razy w miesiącu, bo z i do pracy jeździ kolejką co zajmuje mu 6 minut.
W przypadku M posiadanie auta nierozłącznie łączy się z mandatami, tydzień bez mandatu lub dwóch to tydzień stracony. Z dziwną lekkością zostawia auto w miejscach niedozwolonych a ostatnio policja osobiście pofatygowała się do niego do pracy, grożąc mu że następnym razem, jeśli mandat okaże się nieskuteczny, wezmą auto na lawetę.
Od czerwca zmienił mu się status pobytu w Szwajcarii a tym samym sposób rozliczania z fiskusem. Kiedy dostał pierwszą fakturę zaniemówił, po czym przelał do Urzędu Skarbowego 1/3 wskazanej kwoty. Zapytałem go czy wie czy aby tak na pewno można, odpowiedział tylko ”no jasne”. Mnie nie wydawało się to być tak oczywiste dlatego w pracy poradziłem się naszego doradcy podatkowego, który wyjaśnił mi całą procedurę. M przyjął moje informacje do wiadomości, ale mało się nimi przejął, nie docierały do niego żadne argumenty, na koniec uparł się, postawił na swoim i tkwiłby w tym swoim postanowieniu długo gdyby Urząd Skarbowy nie zadzwonił do niego na komórkę…
Inna słabością M są super oferty kart kredytowych z załączoną umową, które wystarczy tylko podpisać i wysłać. Obecnie ma ich 5, z czego 3 umowy zawarł w języku francuskim (którego nota bene nie zna) i za każdym razem gdy coś niepokojącego dzieje się z rachunkiem nie może nawet skontaktować się z działem obsługi klienta by wyjaśnić problem przez telefon czy email. Inna sprawa, że nie zna on w ogóle żadnych innych języków prócz włoskiego (co nigdy nie stanowiło dla mnie problemu bo widziały gały co brały), ale podpisywanie umów prawnych klasyfikuje się dla mnie jako zwykły akt samobójczy i tylko czekać kiedy wpakuje się (nas) na jakąś minę.
W niedzielę na widok słonecznego poranka ogarnęła mnie niesamowita ochota wyjechania gdzieś poza Berno, nad jezioro do Lozanny albo Montreux gdyby tylko nie to, że nad głową wisiało nam odkładane od tygodni zadanie specjalne pt. porządki w pakamerach. Nasze mieszkanie znajduje się na poddaszu i w związku z licznymi skosami otrzymaliśmy kilka dodatkowo wydzielonych pomieszczeń gospodarczych, do których bez namysłu wrzucamy wszystkie mało przydatne przedmioty oraz odzież, czasopisma, zepsute urządzenia, słoiki, kartony, styropiany, stare albumy i rachunki. Wiedziałem, że jeśli nie zabierzemy się za to dzisiaj, to nie zrobimy tego przez następne kilka miesięcy, bo M do listopada pracuje non stop, potem lecimy na Karaiby, w międzyczasie mam europejskie tournee, które potrwa do końca stycznia. I tak zamiast cieszyć się pięknym, niedzielnym słońcem zatopiliśmy się w tonach śmieci, kartonów i kurzu, ale za to gdy dopięliśmy swego rozpinała nas duma. Wyrzucanie śmieci w Polsce jest rzeczą prostą: wystarczy zebrać, znieść i wyrzucić na śmietnik, w Szwajcarii trzeba dodatkowo poświęcić dodatkowe godziny na ich posegregowanie według jednej z 50 kategorii odpadów, ułożenie w paczki a potem wywiezienie na wysypisko.
Po tak intensywnym dniu nie miałem serca patrzeć na M stojącego w kuchni, z drugiej strony mnie też jakoś nie śpieszyło się do garów. Choć zmęczeni rozpierała nas radość na widok tak sprawnie wykonanego zadania, uważałem więc że zasłużyliśmy na coś lepszego niż talerz makaronu i mus z dyni.
Poznaliśmy się, zakochaliśmy się bez pamięci, lewitowaliśmy dziesięć centymetrów nad ziemią, stać nas było na największe szaleństwa, nasze wspólne życie było bajką ale wreszcie zaczynamy żyć normalnie…
Dzisiaj, patrząc na to wszystko z dystansu wydaje się że po 3 latach wspólnego mieszkania i życia pod jednym dachem trochę oklapłem i straciłem zapał do codziennych powtarzalnych czynności i rytuałów, przestałem starać się o względy, w nasze życie wdarła się rutyna a drogie prezenty nie są żadnym rozwiązaniem i nie rekompensują niczego. Obiecałem sobie, że po powrocie z Włoch wyciągnę go z domu, zaproszę niespodziewanie na kolacje do dobrej restauracji i porozmawiamy o rzeczach ważnych dla niego, a ja postaram się spojrzeć na nie jeszcze raz obiektywnie i bez emocji, spróbuje wesprzeć w pomysłach i zaoferować najlepszą na jaką mnie stać pomoc…
Kiedy problem osiągnie masę krytyczną znowu będę musiał się z nim zmierzyć, ale na razie skrzętnie i ochoczo zmiatam wszystko pod dywan.
A poza tym rano nie było mi już zupełnie do śmiechu, lejący się katar, ból głowy, ogólne rozbicie, wstawałem jakbym szykował się na ścięcie i gdy miałem już wyskakiwać z pidżamy przeszła mi myśl, że mógłbym właściwie zostać dziś w domu i zrobić sobie wolne. Włączyłem tylko komputer, upewniłem się że mam włączony telefon i spokojnie wróciłem z powrotem na godzinę do łóżka.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 14 Komentarzy

Taksówki wielkich miast

Jednym z moich ulubionych momentów podczas każdego wyjazdu to wczesno poranna podróż taksówką na lotnisko.
Bez względu czy jest to Teheran, Paryż, San Francisco, Belgrad, Ankara czy Warszawa o bardzo wczesnej porze wszędzie jest tak samo nastrojowo.
W Turcji bladym świtem sprzedawcy otwierają swoje kramy, wykładają towary, porządkuje się ulice, otwierane są sklepy, w krajach Orientu ruch i tłumy o tej porze nie są niczym nadzwyczajnym. Puste, słabo oświetlone ulice, górujące nad miastem meczety, rozświetlone minarety, ”leżący policjanci” przypominający o tym, że to jednak wciąż kraj trzeciego swiata. Znane turystyczne miejsca o wczesnej godzinie stoją opustoszałe, majestatycznie eksponują całe swe architektoniczne piękno. Wszystkie te miejsca różni od siebie tylko muzyka wydobywająca się z samochodowego radia porannych audycji: od klasycznej po sentymentalne bałkańskie ballady. Ile razy mam okazje odbywać taką podróż odczuwam trudną do opisania przyjemność i radość, czuje przypływ sentymentalnych myśli, świat wydaje się piękniejszy, kolory intensywniejsze a życie pełniejsze i bogatsze.

W moim przypadku staje się już być regułą, że przemieszczając się między różnymi strefami klimatycznymi łatwo nabawiam się przeziębienia. Dopadło mnie ono w weekend, po powrocie z Ankary, ale wcześniej dałem się wyciągnąć na koncert zorganizowany w ramach odbywających się berneńskich Biennale. Koncert dość awangardowy z cyklu jakie dźwięki można wydobyć ocierając metalowym prętem o blat stołu – od tej niezdrowej ciekawości po 45 minutach rozbolała mnie głowa i zęby.
Po koncercie zabrałem Paolo i Fabien do Azzurro gdzie wreszcie miałem okazje spróbować nowych kulinarnych pomysłów M – jak na ironie chociaż mieszkam i sypiam z kucharzem, to żeby dobrze i wykwitnie zjeść wciąż muszę mu za to płacić.

Otagowano , , | 2 Komentarze

W mieście walikoni

Cieszyłem się, bo nigdy wczesnej tam nie byłem, martwiłem się tylko intensywnością pobytu, ale obiecałem weekend spędzić w domu.
Malo spóźniłbym się na samolot z Monachium – przejecie przez kontrole paszportowa trwało ponad godzinę. Nie pomógł ani fast track, ani Senator ani bilet w klasie biznes, nie było w kolejce chyba jednego czekającego, który nie przeklinałby opieszałości urzędnika niemieckiej kontroli granicznej. Ostatni kawałek pokonałem sprintem akurat, gdy już mnie wywoływali. Bardzo lubię lotnisko w Monachium i najchętniej się na nim przesiadam, ale za każdym razem, gdy lecę poza Schengen powtarza się ta sama historia: godzina stania w napięciu czy aby zdążę złapać następne połączenie a potem super sprint z nadzieją ze mój bagaż poleci ze mną, tak jest gdy lecę do Turcji albo Serbii.
Odetchnąłem dopiero w samolocie, ciepły posiłek, wino, szampan, wesoła niemiecka stewardesa, dzięki której zupełnie zapomniałem o wcześniejszych uciążliwościach i na nowo zacząłem cieszyć się podróżą.
W Ankarze wylądowałem przed północą a na lotnisku nikt na mnie nie czekał, zamówiony kierowca przyjechał dopiero po północy, hotel z międzynarodową siecią miał wspólną jedynie nazwę i logo, internet ciągle się rozłączał, wszędzie czuć dym papierosowy, na śniadaniu słony ser, ogórek, oliwki i kawa lura, poblokowane strony internetowe, ale takimi rzeczami w Turcji nauczyłem się nie przejmować.

Ankara rozciąga się na okolicznych wzgórzach, przeważa niska zabudowa, z daleka wygląda naprawdę ładnie z bliska raczej traci. Zrozumiałem, dlaczego rzadko docierają tutaj turyści i zorganizowane wycieczki.
Faceci inni niż w Stambule, w typie krypto, leniwi i niezdecydowani maruderzy, którym wydaje się ze jak są tylko aktywni to nie są już pedałami.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

laba nad morzem

Z K. spotkaliśmy się dopiero na lotnisku w Larnace, przyleciała 3 godziny wcześniej z Londynu i czekała byśmy we dwoje pojechali do hotelu.
Nasz hotel w Ayia Napa wydawał się nowy, dobrze utrzymany, dostaliśmy przestronny pokój z tarasem wychodzącym wprost na morze. Duży basen z mnóstwem leżaków, które turyści rezerwowali już od 7 rano, choć potem wcale z nich nie korzystali – typowy syndrom koreańskiej wycieczki. Wczesne wstawanie i dzikie polowanie na leżaki przy basenach o samym świcie nie było naszym celem.
Ayia Napa ma niezłą plażę, ze złotym gruboziarnistym piaskiem, lazurowe morze z wodą ciepłą jak zupa i łagodnym dnem i rozsądne ceny. Na plaży głównie Rosjanie, Anglicy i Szwajcarzy. Rosjan najłatwiej odróżnić od innych nacji: mężczyźni mają pospolite twarze, są zaniedbani i brzuchaci, obwieszeni drogim sprzętem i markowymi dodatkami. Kobiety mocne utleniane blondynki, niezdrowo strzaskane na mahoń, z mocnym makijażem, w sukienkach do ziemi i w butach na 10 cm obcasie wyglądały tanio i wulgarnie.
Pierwsze wrażenie: Cypr to kraj baniaków na wodę, każdy ma takie cudo na dachu.
Drugie wrażenie: wyspa wydaje się plaska, pustynna i bardzo gorąca, pełna wolnej przestrzeni, jakby siedliska zamieszkane przez ludzi oddzielały olbrzymie połacie niezagospodarowanego terenu. Zdecydowani byliśmy na beztroski wypoczynek a skończyło się na aktywnym poznawaniu wyspy, choć zabytków prawie tam nie ma, a te, które są to przeważnie po krzyżowcach, zjeździliśmy Farmaguste, Kerynie, Nikozje i Limassol.
Najbardziej spodobały mi się jednak Góry Troodos: dopóki oglądaliśmy je z samochodu nie zdawaliśmy sobie sprawy z temperatury. Warto było jednak tam pojechać by zaczerpnąć rześkiego powietrza a po drodze przejechać przez szereg uroczych wiosek, które do złudzenia przypominały widoki z południa Francji.

130-140

Było nam dane skosztować znak rozpoznawczy cypryjskiej kuchni, jakim jest biały ser hallami, wytwarzany z mleka owczego, który bardzo przypadł mi do gustu, oraz cypryjskie meze w wersji rybnej. Frajda samego posiłku była dla nas niespotykana: najpierw w ośmiu półmiskach dostaliśmy przystawki, sałatkę gracką i chleb, tuńczyk z cebulką, ośmiorniczki w winie, ośmiorniczki i kalmary marynowane, różne sosy, już samo to pozwala się najeść. Następnie, gdy obsługa zauważyła, że co nieco już zjedliśmy, przyniosła kolejne grillowane szaszłyki z owoców morza, frytki, ryby, małże w muszlach a na końcu wersję panierowaną owoców morza…

Osobiste poglądy ewoluowały wraz z podróżowaniem po obu częściach wyspy. Turecka ma wiele z Turcji: język, walutę, bałagan, bród, poczucie tymczasowości i prowizoryczności, tandety i masa wszelkiej maści podróbek. Tubylcy – mentalnie to jednak nadal ci sami, trochę narwani, ale przyjaźni i życzliwi Grecy, przepraszam Cypryjczycy. Najprzystojniejsi wydaja się Brytyjczycy stacjonujący w strefach buforowych oddzielających obie części wyspy. Poraz kolejny potwierdziło się, że nie ma to jak tureccy Cypryjczycy, bo różnica między nimi, Turkami z Turcji a Turkami z Niemiec jest ogromna. No i tak szczęśliwe się składa, bo w czwartek wybieram się służbowo do Ankary.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

same zmiany

Chociaż z szeregów Chujowych Produktów zwolniłem się kilka lat temu i nie powinienem już wcale wracać do tamtego okresu, to wciąż utrzymuje kontakty z dawnymi znajomymi, z zainteresowaniem śledzę ich kariery oraz mimowolnie wyłapuję każdą informację dotycząca byłego pracodawcy.
To co zrobił MH było bezprecedensowe w historii firmy a gdy przypomnę sobie te wszystkie korporacyjne banały o wartościach, Speed & Agility i Uncompromising Integrity, którymi bombardowano mnie z każdej strony na okrągło bez przerwy to mam ochotę parsknąć teraz śmiechem – człowiek pozostanie człowiekiem, nawet najlepszy pracownik zbyt szybko wyniesiony na pozycję niewspółmierną do swoich kwalifikacji to pracownik stracony i jest to potwierdzone empirycznie a skutek pozostaje zawsze ten sam.
Dziwny i nienazwany jak dotąd konflikt z M chwilowo został zażegnany. Chwilowo bo wiem, że z czasem wróci, może nie jutro, nie za miesiąc ale wróci. Na razie w niedziele M. poleciał do Włoch.

Wieczorem zadzwoniła Pam, że spędza samotnie swój ostatni dzień w Bernie i chciałaby spędzić ten wieczór w miłym towarzystwie, przy lampce różowego szampana. Nie dałem się długo prosić, dotarcie do Casino Kursaal zajęło mi wyjątkowo krótką chwilę i w dodatku w całej historii naszych spotkań pierwszy raz obyło się bez jakiegokolwiek bólu głowy pomimo, że wymieszaliśmy prawie wszystko. Pam zaczynała swoja pracę razem ze mną, teraz postanowiła wrócić do domu, po tym jak poznała chłopaka i po roku bezustannego kursowania między Dublinem i Bernem wreszcie powiedziała dosyć.
Jest jedną z pierwszych osób, które poznałem po przyjeździe do Szwajcarii a połączyło nas podobieństwo sytuacji w jakiej się znaleźliśmy: oboje przybyliśmy do obcego kraju, bez znajomości realiów i języka.
Oboje zaliczyliśmy kilka identycznych wpadek przy adaptowaniu się do szwajcarskiego modelu życia społecznego, przed którymi z czasem, dzięki niepisanej komitywie, zaczęliśmy się nawzajem ostrzegać, zwykle przy talerzu pouletflügeli w NordSud…
Postanowiłem podreperować swoje samcze ego i przypomnieć sobie na co mnie stać. Podczas jednorazowego tournee, które wciąż zdarza mi się organizować i wcale nie urąga to mojej godności, poznałem pochodzącego z Portugalii Mr Diabolique 2 – starszy ode mnie, z ciałem modela jak z reklamy sprzętu fitness, który koncertowo dal mi rady a ja strzeliłem mu gola gratis.

W tygodniu spotkało mnie kilka miłych dowodów sympatii i uznania, ale nic nie zapowiadało tej prawdziwej bomby. W środę rano dowiedziałem się o awansie, maila przeczytałem jeszcze przed pierwszą filiżanką porannego espresso, a potem kawa nie była mi już zupełnie potrzebna. Taki sukces oblewam na Cyprze.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | Dodaj komentarz

co dalej

Po pracy wróciłem do domu, zrobiłem sobie mocnego drinka, analizując czy znalazłem się w miejscu gdzie przebywanie z nim nie sprawia mi już przyjemności, czy kombinuję, jak najmniej się z nim widzieć, czy nie mówię mu już wszystkiego i nie chcę się z nim dzielić swoimi przeżyciami, myślami…i czy przestaje mnie interesować jego życie… czy zaczynam żyć obok…
Niepokojące to myśli jak na okoliczność naszej wspólnej rocznicy…
Gdy życie prywatne legnie w gruzach, to znaczy, że czas na awans a jakby wróżebnie dzisiaj w piśmie branżowym ukazał się wywiad ze mną…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze