Moje Kokomo i nisko łatające pelikany

O ile jedną z najgorszych rzeczy jaka może przydarzyć się na plaży to atak mewy z powietrza o tyle w Cancun musieliśmy uważać na słusznej wielkości pelikany nisko przelatujące nad naszymi głowami. Taki jakby uderzył to by zabił. Poza tym na Jukatanie niespecjalnie trudno jest natknąć się na mega wielkie jaszczurki wylegujące się leniwie na gorących kamieniach. Przypadkowe nadepnięcie mogłoby skończyć się nie małym poślizgiem.
Od nieustannie wiejącego wiatru nasze ciała nosiły wieczne ślady piasku, którego ziarenka odkrywaliśmy nawet w nocy w łóżku, wygrzebując sobie drobinki z najgłębiej skrywanych zakamarków ciała.
Na plaży wcieraliśmy w siebie kremy i olejki do opalania zmieszane z drobinkami piasku który dosłownie wgryzał się w każde najmniejsze wgłębienie. Dopiero po paru dniach odkryliśmy kolejny benefit z upgradu do grand suit – na plaży dysponowaliśmy naszym własnym gazebo z baldachimem i niezliczoną ilością poduszek. Tam wylegując się na wygodnym materacu uskutecznialiśmy marzenia erotyczne na temat przechadzających się wokoło przedstawicieli tzw. płci brzydkiej a po każdym dodatkowym drinku wymyślałem coraz to bardziej wyrafinowane sposoby bliższego poznania seksownego osobnika.
Pierwszego dnia leżakowania od razu dało się odczuć, że nie jesteśmy na plaży gdzieś w Europie bo wszyscy wokoło nosili mniej lub bardziej pstrokate gatki, po kolana lub dłuższe. Na sama myśl że miałbym opalić się tylko od łydek w dół z ubolewaniem przyglądałem się tym typowo amerykańskim zwyczajom plażowym nic sobie jednak z nich nie robiąc.
W Cancun najczęściej spotkać można Amerykanów i Kanadyjczyków z Quebeku. Ci ładnie zbudowani lub z imponującą muskulaturą zwykle odstraszali mnie swoimi sporych rozmiarów tatuażami. Widok fajnych chłopaków z tatuażami na pól ręki albo kiczowatymi obrączkami skutecznie niwelował chęć jakichkolwiek dodatkowych doznań.
A Latynosi? Wyglądali kusząco ale nie trzeba lecieć 11 godzin do Cancun żeby spróbować się z takim umówić.
Razem z M za to bacznie przyglądaliśmy się panom w wieku średnim, bo zadbanych nie brakowało. I tak wraz z ilością wypijanych mojito, margarity, miami vice, tequili sunrise strawberry daiquiri zacząłem bardziej skłaniać się ku opinii, że tak naprawdę nie ma facetów heteroseksualnych – istnieją tylko niewłaściwe sposoby podrywania.
A tak poza tym to nieustannie szukam potwierdzenia usłyszanej gdzieś opinii o mężczyznach: rich vocabulary zwykle przekłada się na small DICKtionary…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

Money money money must be funny in a reach man’s world

M zgubiła zachłanność. Po przylocie zaproponowano nam upgrade do grand suit. Nim się zdecydowaliśmy mogliśmy obejrzeć oba pokoje i wybrać ten, który odpowiadał nam najbardziej. Na widok dwupoziomowego apartamentu z balkonem i jacuzzi M wpadł w taki zachwyt, że decyzje została podjęta niemal jednomyślnie. Gorzej było tylko z płaceniem, bo wyszło na to, że dopłatę miałem pokryć sam z własnej kieszeni. Zapomniałem o tym szybko, bo pokój rzeczywiście był wielki, na piętrze garderoba i sypialnia, na półpiętrze łazienka a na dole wygodny salon połączony z aneksem kuchennym, wejściem na taras no i co dawało po oczach najbardziej, z przeogromnym jacuzzi usytuowanym przy samym oknie, gdzie leżąc wygodnie mieliśmy do wyboru: podziwiać morze i plaże albo wielki, zamontowany na ścianie telewizor LCD.
I wszystko byłoby szczytem komfortu, gdyby jeszcze tego samego wieczoru M nie doświadczył pewnych niedogodności. Otóż w sypialni znajdowały się ścięte ściany dachu pokryte białą farbą, zmieszaną z czymś co wyglądało jak grys i jeśli przypadkowo zahaczyło się o to głową powodowało to bardzo dotkliwy ból pozostawiając krwawe ślady.
Także poranne bieganie z góry na dół, po schodach i śliskiej posadzce dało nam się we znaki. Obiecałem sobie, że jeśli kiedyś postanowię kupić dom, to nie będzie w nim absolutnie żadnych schodów.
Z uroków jacuzzi korzystaliśmy parokrotnie, spożywanie w nim alkoholu nie było pomysłem najrozsądniejszym, któregoś wieczoru razu u M wywołało to osłabienie, tak że próbując wydostać się z wanny runął prosto na podłogę i pozapalane naokoło rozgrzane świece, które lekko go poparzyły.
Na przeciwległym brzegu wanny znajdował się kawałek, na którym można było swobodnie usiąść, niestety przylegał bezpośrednio do wielkiego, panoramicznego okna z widokiem na patio, na którym czasami odbywały się przyjęcia weselne. Gdy raz usadowiliśmy się wygodnie na skraju wanny a nasze gole pośladki ochoczo zassały się do przylegającej szyby usłyszeliśmy dobiegające z zewnątrz głośne gwizdy i śmiech. Nie częsty to widok oglądać dwa męskie blade zadki przyciśnięte do okna. Nie było wątpliwości, że zostaliśmy zauważeni i tym samym staliśmy się częścią wspomnień młodej pary.

130-139

Być w Meksyku i nie zobaczyć piramidy w Chichen Itza to jakby pojechać do Egiptu i nie zobaczyć piramid. M miał problem z zapamiętaniem poprawnej nazwy tego miejsca dlatego dla ułatwienia nazywał je Chicken Pizza. Pojechaliśmy odwiedzić też Tulum ale tak szczerze przeglądając później wszystkie zdjęcia mieliśmy problem z odróżnieniem obu miejsc. Tulum posiada urokliwą plaże którą co dzień zalewa masa turystów.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Welcome to Miami

O ile kiedyś uważałem, że nie ma to jak podróż pociągiem o tyle z czasem odkryłem inne zupełnie nieznane mi dotąd obszary doznań tych bardziej podniebnych. Uwielbiam latać samolotem, atmosferę lotnisk, całą tę otoczkę i zamieszanie wokół, niestanne dopieszczanie pasażerów, dbałość żeby było wystarczająco dobrze i przyjemnie.
Obaj z M na wygodnych rozkładanych fotelach czuliśmy się jakbyśmy wciąż leżeli na naszej kanapie wcale nie ruszając się z domu, oglądając film na płaskim ekranie LCD pałaszując ochoczo przekąski, które co chwilę donosiła nam podniebna kelnerka uzupełniając przy tym do pełna nasze puste kieliszki.
Latanie gdziekolwiek z przesiadką w USA jest jednak doświadczeniem mniej przyjemnym, bo zwykle utrudnione w związku z bardzo restrykcyjna polityka urzędu imigracyjnego, która w naszym przypadku otarła się o traumę, absurd i bezsens.
W Zurychu nadaliśmy bagaż do Cancun, ale że lecieliśmy przez Miami poinstruowano nas by po przylocie do Miami bagaż odebrać, osobiście przeprowadzić przez cło i nadać znowu. Po co? Nie wiem i nikt nie potrafił mi wytłumaczyć tego sensownie nawet pan ze Swissa, u którego odbieraliśmy karty pokładowe. Od kilku miesięcy dostaje wprawdzie maile od TSA, ale że przychodzi ich cała masa z automatu ładują w folderze spam. Z pracy zapamiętam najlepiej setki alertów dotyczących konieczności rejestrowania online formularza ESTA dla osób podróżujących w ramach programu Visa Waiver. Osobiście dopilnowałem żeby M go wypełnił, choć potem nikt nigdy tego nie sprawdzał ani nawet nie zapytał.
Najpierw okazało się, że bagażu odbierać nie musimy, bo automatycznie został nadany na lot do Meksyku (z powrotem już to nie działało, ale czemu też nie wiem).
Urzędnik imigracyjny opryskliwym i szorstkim głosem zapytał mnie o cel przyjazdu do USA, po czym wydał się zupełnie nie przejmować usłyszaną odpowiedzią że lecę do Meksyku, tylko z dociekliwością kontynuował swoje przesłuchanie czy zamierzam szukać pracy, ile planuję tu zostać i czy mam tutaj rodzinę. Ponadto dowiedziałem się, że w deklaracji miejsca pobytu w USA powinienem wpisać adres hotelu w Cancun a nie numer następnego lotu. Kolejny warczący komentarz usłyszałem podczas skanowania odcisków palców a nóż się w kieszeni pomału otwierał.
Gdy w końcu wbił mi pieczątkę zapytałem czy mógłbym zaczekać lub stanąć gdzieś, obok bo mój współtowarzysz podróży nie mówi słowa po angielsku. W odpowiedzi zbeształ mnie srogim wzrokiem i usłyszałem stanowcze nie i na dokładkę komentarz, że każdy, kto przyjeżdża do Ameryki musi mówić trochę po angielsku. Głupi byłem ze w ogóle zapytałem, bo przecież to takie oczywiste podobnie jak każdy Amerykanin, który przyjeżdża do Europy swobodnie potrafi zamienić kilka zdań w każdym z lokalnych języków, no chyba że jest upośledzony. Po chwili ciszę przerwało głośne ”następny”. Zanim się oddaliłem usłyszałem jak te same pytania i tym samym tonem zadał M, po czym nagły wrzask, krzyk że formularz jest niewypełniony do końca, świst rzucanego przez ladę paszportu i polecenie cofnięcia się za żółtą linie. M. z miną rozbawionego dziecka chwycił paszport i z dumą przeszedł na moją stronę co w ułamku sekundy postawiło na nogi połowę służby granicznej. Usłyszałem rozdzierające ”step back sir” i przez chwile myślałem że zaraz zastrzelą mojego M albo co najmniej potraktują paralizatorem żeby powstrzymać go przed nielegalnym i samowolnym wtargnięciem na teren USA (w celu nielegalnego podjęcia pracy i zabrania miejsca pracy porządnym obywatelom). Nadbiegło dwóch strażników, chwyciło M i pod eskortą odprowadziło do kolejki pełnej potulnych jak owce pozostałych podróżnych przybywających do ziemi obiecanej mlekiem i miodem płynącej. Za bardzo nie wiedziałem jak mogę pomóc M dlatego zadzwoniłem do niego, ale nim zdążyłem wymienić pierwsze parę zdań nagle jak spod ziemi wyrósł przede mną strażnik z rozbrajanym uśmiechem oznajmiając mi, że tu dzwonić nie wolno wskazując palcem na olbrzymi znak zakazu telefonowania pod którym właśnie stałem. Tym razem to ja byłem eskortowany w głąb hali przylotów i odbioru bagażu. M wypuścili po prawie 30 minutach po serii pytań, których nie rozumiał, był za to mniej przejęty ode mnie a wręcz rozbawiony całą tą szopką i zamieszaniem jakie wywołał.
Gdy emocje trochę opadły zaczęliśmy szukać stanowiska check-in American Airlines, co graniczyło z cudem. Nim dotarliśmy do właściwego wyjścia minęliśmy 2 stanowiska informacji, w których nikogo nie było a przypadkowo spotkany pracownik lotniska oznajmił, że on odpowiedzialny jest tylko za Aeromexico i stanowiska od 7 do 12 a wszystkie inne to nie jego bajka. Absurd gonił absurd.
W drodze powrotnej nauczeni poprzednim doświadczeniem w deklaracji miejsca pobytu w USA wpisaliśmy adres szwajcarski, za co wyzwano nas od analfabetów. Gdyby nie kilkunastoosobowa grupa podróżujących z Europy, których tak samo poinstruował w samolocie podniebny kelner skazani bylibyśmy na nowo wypełnić wszystkie druki.

Staram się pielęgnować swój zachwyt nad Ameryką i Amerykanami, ale pracownicy urzędu imigracyjnego to wyjątkowy przypadek. Za 2 miesiące lecę do San Francisco a listopadzie z M znowu do Miami i już nie możemy się doczekać tego ciepłego, pełnego serdeczności i zrozumienia powitania nas na lotnisku.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

z ostatnich dni

Humor mi się popsuł kiedy przypadkowo odkryłem, że ktoś posłużył się moją kartą kredytową robiąc w Szwecji zakupy na ponad 700 euro. Zablokowanie karty przez infolinie okazało się nie być sprawą najprostszą: po cyklu zrozumiałych dla tej sytuacji pytań przyszła kolej na te z serii ogłupiających i robiących z człowieka jelenia. Na końcu stanęło na tym, że to ja musiałem przekonywać i tłumaczyć pani, że kartę należy zablokować bo nikomu jej nie pożyczałem, nie kupowałem niczego przez internet o czym bym zapomniał, nie zabrała mi jej ani żona, ani mąż, ani matka, ani dzieci, ani kochanka.
Naiwny myślałem że to finał tej historii…
Na koniec miesiąca przyszedł wyciąg na którym zauważyłem następne transakcje na kilkaset euro tyle że z Norwegii, ale że kartę od dwóch tygodni miałem zablokowaną, a operacje były sprzed kilku dni zbytnio się nie przejąłem snując wyłącznie rajskie wizje zbliżającego się wielkimi krokami urlopu w Meksyku. Szlag mnie trafił dopiero gdy bank pobrał mi automatycznie z rachunku prawie 4,5 euro celem uregulowania zadłużenia karty. Szczęście w nieszczęściu zachował się profesjonalnie, od razu przyznał się do pomyłki, w ciągu kilku godzin od interwencji pieniądze wróciły na konto a na drugi dzień przeszedł list z przeprosinami od dyrektora działu.
W związku z tym że ostatnio znowu odezwała się we mnie głęboko skrywana słabość do dyrektorów banków szybko o całej sprawie zapomniałem. Nie mały wkład miał w tym mój nowy poznany nieznajomy z banku w Liechtensteinie – kosmiczny odjazd aż okna zaparowały mi w pokoju uwieczniony na nagraniu video. Późno w nocy zszedłem do hotelowego baru na zwyczajowy kieliszek Moeta gdy jakiś nieznajomy zapytał mnie jak mija mi wieczór. Ogólny stan, spieczone spierzchnięte usta, czerwone ślady, obolałość i spojrzenie wystarczyły mu za odpowiedź – po prostu, absolutny sukces z piękną bramką na finiszu…
W pracy spłynęły na mnie zaszczyty – zostałem ogłoszony pracownikiem kwartału za entuzjazm i temu podobne korporacyjne smęty. Wyróżnienie okazało się być współmierne do nagrody: uścisk dłoni szefa, wolny dzień od pracy i voucher na kolacje dla dwojga.
Kilka tygodni temu Lufthansa zwróciła się do mojej firmy z prośbą o wywiad na temat jednego z produktów ich spółki córki. Wywiad przeprowadzić chcieli ze mną na co koleżanka z działu stwierdziła jednoznacznie, żebym się odpalił i sobie odpuścił bo nasz Internal Communication nigdy się na to nie zgodzi, w przeszłości wszystkie podobne prośby odrzucali, w tym zapewne także jej. Moja szefowa była mniej sceptyczna bo chyba wcale mnie nie słuchała a na koniec usłyszałem od niej zdawkowe ”good luck”. O formalną zgodę wystąpiłem a lakoniczna odpowiedź ”approved” przyszła po chwili. Moja gęba będzie uśmiechać się do wszystkich pasażerów czerwcowego numeru Lufthansa Magazin.

Chciałbym napisać o sobie mitoman albo o czymś co mi się w tym tygodniu nie powiodło, ale nic sensownego nie przychodzi mi na myśl. I właśnie w aurze tak pozytywnego i przepełnionego pasmem sukcesów tygodnia lecimy do Miami i Cancun, nota bene podróżujemy w biznesie bo Swiss zrobił nam upgrade…. Wstrząsające. Poprostu szczęścia chodzą parami…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

Jeszcze a propos Amerykanów

Nie są tacy znowu biedni i nie ma się co nad tym rozczulać, bo to oni robią interesy takie, że gdyby nie administracja Busha Jr., to recesji tak dużej w Stanach by nie było. A i tak nadal żyje im się o niebo lepiej niż np. w Polsce.

Sondy ośmieszające poziom inteligencji przeciętnego Amerykanina są tak infantylnie tendencyjne, że nie chce się nawet oglądać. Wybiera się tylko odpowiedzi ośmieszające i upokarzające, żeby na siłę podtrzymać naciąganą tezę. To jakby pokazywać sondaże rodem z programu ”Podróże z żartem” – Można by na ich podstawie powiedzieć, że 100% Polaków to debile i nie znają się na geografii. Dla Amerykanów część wiedzy jest zbędna do codziennego życia i do tego, by zrobić zakupy odwieźć dzieci do szkoły i pojechać dla relaksu na Hawaje.

Nieobiektywizm w mediach i pokazywanie zaburzonego obrazu to niezdrowy objaw ”jaranie się” tym, świadczy tylko o niewiedzy.
Ale wyzywanie ich od opóźnionych i wyszydzanie to gruba przesada, bo się tak umieli ustawić, że mają to, czego potrzebują: i wakacje, i czas relaksu, i pieniądze i kariery. A jak im potrzeba mózgów do myślenia, to zmniejszają restrykcje wizowe dla inteligencji z Chin, Europy, Japonii i biznes się kręci.
Amerykanie to naród przewrotny, ale sprytny, i na pewno nie głupi.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

z krótką wizytą na Zielonej Wyspie czyli matrix w Dublinie

Wizyta w Dublinie nie wniosła żadnych dodatkowych emocji do i tak pełnego już ognistych, organoleptycznych przygód bagażu doświadczeń. Dzień przed wylotem spotkałem się przy drinku z kolega, który mocno starał się mnie przekonać by odwiedzić rajski Mauritius, z którego pochodził. Na koniec wytoczył swój największy z możliwych argumentów, wobec którego pozostałem zupełnie bezbronny i ostatecznie do tego pomysłu się przekonałem…

Za to następnego dnia mało brakowałoby a spóźniłbym się na samolot, bo na Heathrow choć przybyłem odpowiednio wcześnie, pomyliłem wyjścia i zamiast udać się w kierunku connecting flights przeszedłem bramkę Immigration. Nie pomogło spojrzenie smutnego pudla, kazano mi wyjść z lotniska i na nowo przejść security check, co na T1 w Londynie do zadań najprostszych nie należy. Do samolotu wbiegłem zgrzany, prawie bez jednego buta, z niedopiętymi portkami, ale w czasie mniejszym niż 15 minut. W Dublinie polecam hotel Westbury: wytwornie, elegancko, miło i można spotkać Laurence’a Fishburne’a.
Na wieczór zaprosiłem kolegę do siebie ”na mecz”. Niestety gola żadnego mu nie strzeliłem, nie wznosiłem się nawet na wyżyny intelektualne a to wszystko za sprawą kiepsko działającego ogrzewania. Od zimna twardniały mi tylko sutki…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

londyńskie achy i ochy

BTS spodobało mi się bardziej niż w zeszłym roku, choć głównie dlatego, że miałem pełną świadomość i zrozumienie dla tego wydarzenia, wiedziałem po co tam przyjechałem, z kim chciałem się spotkać i porozmawiać i o co zapytać.
W zeszłym roku byłem jak ta delikatna muślinowa firanka na wietrze, bardziej zlękniony, zagubiony i cieszący się niemal z każdego choćby najmniejszego przejawu zainteresowania moją osobą. Tym razem było inaczej, lepiej czułem się kiedy to ja wybierałem sobie rozmówców i sypałem pytaniami jak z rękawa bez obawy że wyjdę na laika.
Większą wpadkę zaliczyłem kiedy przedstawiono mnie dyrektorowi linii Emirates, którego w rozmowach nazywano ”emirem”. Myślałem, że to imię a podczas bankietu wyszło, że tytuł.
Stoiska Qatar Airways i Emirates w tym roku znowu prześcigały się w pomysłowości zaprezentowania swojej oferty. Pierwsza klasa w najnowszych modelach Boeing 777 czy Airbus A380 posiada zamykane drzwiami prywatne apartamenty z minibarem i super luksusowym fotelem zamieniającym się w poziome łóżko, 23 calowym monitorem z imponującym system rozrywki pokładowej, serwowanymi 7 posiłkami z karty dań oraz pełną kartą win do wyboru na najdłuższych trasach.
Na romantyczny weekend gdzieś w Europie odkryłem hotel Missoni w Edynburgu.
Z wypracowanym przez lata wdziękiem słodkiego łajdaka postarałem się o przychylność ujmującej i atrakcyjnej dyrektor generalnej, której obiecałem spotkanie podczas pobytu w jej hotelu.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze

w drodze do Londynu czyli spokoju mi nie dają te zwierzaki

Nim pociąg na dobre zdążył rozpędzić się na trasie Berno Zurych nieoczekiwanie odezwał się dawny nieznajomy z propozycją odświeżenia znajomości i powtórzenia spotkanie w hotelowym barze z widokiem na akrobatyczne show. Moja asertywność nie zadziałała wcale nie kazałem mu czekać na odpowiedź zbyt dlugo. Od chwili wysłania smsa podróż zdawala się nie mieć końca, podświadomie znowu odczuwałem trudny do opisania stan dziwnego upojenia, które tak naprawdę miało dopiero nadejść.
Finiszowaliśmy parokrotnie… a ostatecznie w barze, z lampką różowego szampana, papierosem i uczuciem błogiego wycieńczenia.

W temacie pogody Londyn nie rzucił mnie na kolana: zimno, śnieg z deszczem i porywisty wiatr. Nim dotarłem do hotelu byłem już podminowany i zniechęcony a nastrój, który udzielił mi się poprzedniego wieczoru uleciał bezpowrotnie (przynajmniej na następnych kilka godzin). W Szwajcarii też niby zima i śnieg, ale jakby w bardziej przystępnej formie.

Zatrzymałem się w tym samym hotelu, co rok temu, żeby mieć bliżej do Earls Court Exhibition Center.
Nie wiem jak inne hotele w Kensington, ale mój Radisson to typowa edwardianka z nisko osadzonymi w drzwiach klamkami tak że przemieszczając się między pomieszczeniami trzeba prawie kucać. Za każdym razem strasznie mnie to tutaj bawi, w przeciwieństwie do osobnych kranów z ciepłą i zimną wodą.
Dziwnym trafem przedzielono mi nawet ten sam pokój, z nieszczelnymi oknami, co niechcąco przywołało wspomnienia alternatywnego sposobu podnoszenia temperatury w środku…
W Londynie łatwo o estetycznie wyglądający wielopak dowolnej nacji z szeroką gamą usług dodatkowych (do wyboru Święty Mikołaj, policjant, pilot, strażak, kurier, medyk), tylko po drodze trzeba odpędzić się od całej chmary szukających szczęścia natręciuchów z Filipin i Ghany. Duża konkurencja i ogólnodostępność sprawiają, że klient ma wybór i czuje się naprawdę ”dopieszczony” poszukując tego typu rozrywek.
Pozostaje tylko jedna cecha wspólna: sex jest jak śnieg – nigdy nie wiadomo ile centymetrów można się spodziewać i na jak długo zostanie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 7 Komentarzy

w pociągu do Zurichu

W pracy straszne nudy, szefowej nie ma w biurze więc nie dostaję bojowych zadań, cały tydzień można by określić jako FIFO przychodziłem o 10 żeby o 15 pakować się do wyjścia. Codziennie liczyłem godziny do końca starając zając się czymkolwiek, z nudów wziąłem się za przeglądanie hoteli i resortów na Arubie, Bonaire, Antigui, Anquili, Kajmanach i Abaco, wieczorami w domu, leżąc w łóżku, tworzyłem zalegle prezentacje i notatki ze spotkań.
Na zewnątrz znowu śnieg, roztopy i plucha – udzielił mi się ten stan.
Dookoła koledzy i koleżanki obdarowywani są awansami a ja wciąż przed najważniejszą w tym roku rozmową z K.
Pakuje się do Londynu i Dublina więc następny tydzień też jakby już minął…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 4 Komentarze

Samostanowienie, równość, czas czyli jak to jest pracować z Amerykanami

Gdyby zapytać Amerykanina jakie są typowe wartości przeciętnego Amerykanina byłoby mu trudno dać konkretną odpowiedź. Pewnie nie odpowiedziałby w ogóle wykręcając się że trudno jest stworzyć taką listę, bo jedną z cech Amerykanów jest przeświadczenie, że wszyscy są wyjątkowi i unikalni, więc stworzenie jakiejkolwiek listy wspólnych cech jest niemożliwe ba! nawet określenie czegoś co nazwaliby cechą większości Amerykanów.

Mogą wydawać się płytcy i sztuczni, ale osobiście zazdroszczę im fioła na punkcie pozytywnego myślenia, tak jakby wszyscy przeszli ”pranie mózgu”, które sprawiło że nic już ich nie dziwi a rzeczy, które Europejczyka przyprawiają o zdumienie dla nich są rzeczami naturalnymi. Mają fajną cechę, że traktują zawsze wszystkich równo, bez względu na to czy jest się bogatym czy biednym i jak się wygląda. Nie rozmawiają z nikim jak z kimś wyjątkowym, bo każdy dla nich jest równy, żeby nie posądzono ich o rasizm czy uprzedzenie. U podstaw wyznawanych tam religii leży opinia, że wszyscy ludzie są równi, mają równe szanse do sukcesu i stąd jakby wzięła się popularna moda na karierę od pucybuta do milionera.

Amerykanom wpaja się, że należy nauczyć się radzić sobie samemu w każdej sytuacji. Gdyby zapytać takiego o kierunek jak dojść do jakiegoś miejsca to on bardzo dokładnie wskaże drogę tak żebyśmy sami mogli tam trafić. Za to przenigdy nie zaproponuje żeby samemu zaprowadzić kogoś pod szukany adres. Niektórzy odbierają to jako amerykańską nieprzyjazność. Amerykanom wydaje się, że żaden dorosły człowiek nie chciałby być w jakikolwiek sposób zależny od kogoś drugiego, nawet gdyby miało trwać to tylko krótką chwilę.
Amerykanie nie wierzą w przeznaczanie, los, kismet, że człowiek z góry jest na coś skazany. Nazwanie kogoś fatalistą to prawdziwa obelga – znaczy, że wierzysz w zabobony, jesteś leniwy, przesądny i niechętny do przejęcia inicjatywy i nie wierzysz, że można coś zmienić. W USA jest czymś normalnym, że to człowiek kształtuje naturę a nie na odwrót. Większość Amerykanów nie wierzy w istnienie rzeczy, na które człowiek nie ma wpływu albo których człowiek nie może dokonać. Najlepszym tego przykładem jest taki lot na księżyc.

Nawet zmiana z natury jest czymś naturalnym i pozytywnym. Wiąże się bezpośrednio z rozwojem, udoskonalaniem, progresją i rozwojem. Dla wielu europejskich kultur zmiana jest czymś niszczącym naturalny porządek rzeczy, destruktywną siłą której za wszelką cenę należy unikać. Dla nas liczą się stabilność, ciągłość, tradycja i bogactwo starożytnej spuścizny – żadna z tych cech nie jest ceniona w Stanach.

Także czas odgrywa dla Amerykanów ogromną role. We Francji Szwajcarii czy Włoszech nikt nigdy nie wyrzuci klienta z restauracji, który po skończonym posiłku ma ochotę na pogawędkę ze współbiesiadnikami – w USA to nie do pomyślenia, dla nich po jedzeniu należy wyjść, bo są inni chętni, którzy czekają na miejsce przy stoliku.
Dla Amerykanina większą rolę odgrywa ustalanie deadlinów niż rozwijanie interpersonalnych kontaktów. Nam może wydawać się że są niewolnikami czasu, że są niegrzeczni nagle przerywając rozmowę tłumacząc się następnym ustalonym spotkaniem. Do Amerykanina łatwo przemawiają argumenty w stylu: to oszczędzi mnóstwo dodatkowej pracy i czasu, to leży w twoim interesie, bo ”time is money”. Nawet w ich języku mnóstwo jest nawiązań do tej cechy jaką stanowi dla nich czas: time is something to be on, to be kept, saved, used, spent, wasted, lost, gained, planned, given, made of a nawet killed. Każdy kto przyjedzie do Stanów szybko zorientuje się jak niegrzecznie jest spóźnić się nawet 10 minut.

Praca w międzynarodowym środowisku ma wiele zalet, daje mnóstwo satysfakcji i trudnych do opisywania radości czy korzyści. Bywa też uciążliwa, ale za to pozwala zaobserwować cechy i wartości jakimi kieruje się dany naród.
Dla przeciętnego Europejczyka wszystkie te cechy wydają się być negatywne i niosą negatywne nacechowanie. Próba spojrzenie z amerykańskiego punktu widzenia pozwala dostrzec w tych cechach pozytywny aspekt. Te dwa elementy – że każdy ma prawo samostanowienia i że zmiana jest dobra, w połączeniu z cechą ciężkiej pracy i wiarą, że każdy sam kształtuje swój los, przyczyniają się do tego że Amerykanie odnoszą sukcesy więc czy to prawda czy nie to w sumie nieistotne.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 10 Komentarzy