Bamian – dzień 6

Odwiedziwszy prawie setkę krajów, mogę z całą pewnością stwierdzić, że prowincja Bamian znajduje się w pierwszej trójce miejsc, które najbardziej mnie zadziwiły. Może nie podróżowałem wystarczająco dużo, ale nawet po zobaczeniu wielu uznawanych za wyjątkowo piękne miejsc, Bamian uznaję za najbardziej uderzająco fantastyczne – lub przynajmniej jedno z takich – jakie kiedykolwiek odwiedziłem. Oszałamiający, ponadczasowy głęboki błękit jezior Band-e Amir, bogata historia starożytnych miast Gholghola i Zuhak oraz całkowicie puste nisze pozostawione przez posągi Buddy – wszystko to połączyło się, tworząc wspaniałą mozaikę niezapomnianych widoków. Nic dziwię się, że Bamian zapewniło sobie miejsce jako atrakcja Afganistanu w tak wielu ludzkich sercach na całym świecie.

Szczególnie chciałbym spędzić więcej czasu w spektakularnym Band-e Amir, niż pozwala na to jednodniowa wycieczka z Bamian. Jeziora Emira – grupa sześciu jezior o charakterystycznych barwach – od ultraszafirowej do ultraturkusowej – objętych ochroną przez utworzony tu w 2009 roku pierwszy w Afganistanie park narodowy. Samej wodzie z jezior przypisywane są moce uzdrawiające i wiele osób pielgrzymuje do wód. Myk jest jeden – taki, że nie wpuszczają do niego kobiet. Jedyna podróżująca z nami kobieta, praktycznie do końca nie wiedziała, czy ją wpuszczą i czy wystarczy dokument od brodatego pana z lokalnego urzędu. Problem w Afganistanie jest taki, że nawet najwłaściwszy papier wystawiony przez kogoś ważnego, może być podważony przez lokalnego policjanta, owłosionego obdartusa, który zasłaniając się niewiedzą, brakiem decyzyjności żąda potwierdzenia potwierdzeń, co przeciąga się w czasie i nakazuje uzbroić się w duże pokłady cierpliwości dla lokalnych praw.

Wpuszczono nas, nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale widoki które rozpostarły się zaraz po przejechaniu punktu kontrolnego sprawiły, że zaniemówiłem. Trudno się oddychało, bo park położony jest na wysokości prawie 3 tysięcy metrów. Górskie jeziora, połączone przez sieć naturalnych kaskad i wodospadów, zbudowanych ze śnieżnobiałej skały osadowej są prawdziwym skarbem parku. To, co przyciąga Afgańczyków do parku, to nie tylko piękno przyrody, ale przede wszystkim panujący tam spokój. Jeśli tylko sytuacja w kraju na to pozwala, to podobno park jest idealnym miejscem wypoczynkowym dla przyjezdnych z różnych części Afganistanu, bez względu na ich pochodzenie czy religię. Mówią o nim „kraina spokoju” a my tego dnia byliśmy tam sami. Sami otoczeni bezmiarem naturalnego piękna.

W parku spędziliśmy kilka godzin, mieliśmy okazję pospacerować po okolicznych wzgórzach, zobaczyć jeziora i kaskady praktycznie z każdej perspektywy. Ruhollah zaplanował dla nas piknik na świeżym powietrzu, który sam przygotował, zorganizował miejsce, wyłożył dywanami, poduszkami, które w efekcie wyglądem przypominało poduszowsko. Póki świeciło słońce miło się siedziało, gawędziło, popijało gorącą herbatkę, było rajsko przyjemnie, ale gdy zaszło słońce, zaczęło wiać i zrobiło się nieprzyjemnie. Ziąb był potworny, praktycznie nie do wytrzymania, wracając do hotelu marzyłem, żeby wziąć gorący prysznic i wskoczyć pod kołdrę. Nie było mi dane w hotelowych warunkach, poszedłem do łóżka spać, wiedząc, że nazajutrz na pewno będę chory.

Wracając do tutejszych pań. Afganistan już wcześniej nie był łatwym miejscem do życia dla kobiet. Teraz jednak Talibowie odbierają kobietom kolejne prawa: do edukacji, swobodnego poruszania się, a nawet używania głosu na ulicy. Myślę, że wraz z ograniczaniem wolności w Afgankach gaśnie swoista nadzieja. Żyją w kraju, w którym nigdy nie mogły robić tego, czego by chciały, nawet przed talibami. Musiały ubierać się w określony sposób, nie mogły robić rzeczy, które były dozwolone przez prawo, ale nieakceptowalne społecznie. Ale wciąż mogły się uczyć, wciąż jakoś widziały swoją przyszłość w tym państwie. Gdy mi to odebrano, straciły nadzieję. Obecnie Talibowie zdelegalizowali działalność salonów piękności, które wielu kobietom zapewniały nie tylko pracę, lecz także jedno z nielicznych miejsc odpoczynku i socjalizacji w ultrapatriarchalnym, konserwatywnym środowisku. Wymazywanie kobiet odbywa się na poziomie symbolicznym. Ich twarze są zamalowywane na plakatach i billboardach, nie widniały nawet na salonach piękności, gdy te jeszcze funkcjonowały. Z czasem sprzedawcy zaczęli zakrywać plastikowymi workami głowy kobiecych manekinów i widziałem to na własne oczy oglądając sklepowe witryny. Twarze prezenterek telewizyjnych i gościń w programach zostały zasłonięte co najmniej maseczkami. Podobnie jest na ulicach, bazarach, w sklepach dla kobiet. Kobiety muszą być nieustająco czujne, czy na przykład nie zsuwa im się chusta, nie powinny się śmiać.

Smutne jest to, że choć jeszcze żadne państwo świata nie uznało oficjalnie rządu talibów, obserwuje się swoistą normalizację ich władzy.

W Bamian natrafiliśmy na pozostałości z wojny z Rosjanami. Czołgi porozrzucane po całej okolicy, niektóre kolorowo pomalowane, inne po prostu porzucone z upływem lat zmieniły się w  metalowe wraki.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Bamian – dzień 5

Każdy poranek w nowym miejscu zaczyna się tak samo: od wizyty u lokalnego Dyrektora ds. Informacji i Kultury, który wystawia naszej grupie przepustki i bilety wstępu. Są niezbędne by przejechać przez rozlokowane wszędzie posterunki policji.

Kilka minut od naszego hotelu znajdują się pozostałości Shahr e Gholghola ostatniej walki z hordami mongolskimi. Mongołowie oblegali cytadelę, niszcząc ją i zabijając wszystkich w środku. Krzyki umierających ofiar słychać było w całej dolinie Bamyan. Hałas wściekłej przemocy nadał cytadeli współczesną nazwę „Miasto Krzyków”. Pogoda w środku jesieni jest błogo przejrzysta i słoneczna, każda chwila dziennego światła w prowincji jest niezapomniana. Ostrzegani nas tylko, że ruiny zostały zaminowane w czasie wojny i mimo że nie widać żadnych czerwonych ani białych skał, zdecydowanie zaleca się, aby trzymać się wyłącznie wydeptanej ścieżki na szczyt. Na szczycie zostaliśmy zatrzymani przez pakistańskich oficjeli, którzy zagadywali nas i robili zdjęcia z ukrycia. Ich dziwne zachowanie i jeszcze dziwniejsze pytania wzbudziły czujność Ruhollah, który przypomniał nam aby nie zdradzać żadnych szczegółów naszego przejazdu, nazwy hotelu ani dokąd planujemy pojechać. Sytuacja zrobiła się mało przyjemna, zeszliśmy ze wzgórza i odjechaliśmy..

Lokalny bazar mijaliśmy kilka razy dziennie, mijając rozlegle pola pszenicy i ziemniaków, pomyślałem że musi tu był szczególnie późnym latem, kiedy można oglądać młócenie zboża przez zaprzęgnięte woły. Niestety, w Afganistanie lepiej nie spacerować samemu ani spędzać dłuższego czasu w jednym miejscu, zwłaszcza jeśli nie mówi się w miejscowych językach. Nie pomagają nawet noszone lokalne stroje, wciąż przyciągamy ogromną uwagę jako ludzie z Zachodu, gdziekolwiek się udajemy musimy być w ciągłym ruchu. Lakalny bazar ma też swoją smutną historie, to tutaj kilkanaście miesięcy temu zastrzelono grupę turystów.

Shahr e Zohak – twierdza chroniona wałami obronnymi, zbudowanymi wzdłuż stromych klifów ograniczających teren, które były wyposażone w kilka wież strażniczych, z których niektóre stoją do dziś. Cytadela była chroniona przez trzy kolejne rzędy murów i znajdowała się na najwyższej części wzgórza. Z powodu długotrwałego narażenia i braku konserwacji, pogłębionego przez ostatnie okresy wojny, wiele konstrukcji na tym terenie zawaliło się lub jest podatnych na zawalenie. Wspinaczka nie trwała długo, ale ostre powietrze mroziło nozdrza i gardło. Część grupy zdecydowała się kontynuować wspinaczkę na sam szczyt, zostałem na przedostatniej stacji wystraszony, że droga prowadząca na wierzchołek prowadziła po drobnoziarnistej, piaszczystej skarpie, bez balustrady, zabezpieczeń, barierek czy choćby kijków.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Bamian – dzień 4

Prowincja Bamian jest bardzo konserwatywna, o tutaj w 2001 roku noworządzący Afganistanem Talibowie zniszczyli za pomocą rakiet i ognia artyleryjskiego oraz środków wybuchowych dwa największe posągi Buddy, bo uznali ich istnienie za sprzeczne z zasadami islamu. Miejsca po ich istnieniu w wykutej skalnej niszy widzę z hotelowego balkonu. Dwa kolosalne Bamiyan Buddhas były prawdopodobnie najważniejszym stanowiskiem archeologicznym w tym kraju od ponad tysiąca lat. Były to największe stojące postacie Buddy na świecie. Ogólnoświatowa burza protestów przeciwko zniszczeniu Bamiyan Buddów najwyraźniej zaskoczyła przywódców talibskich. Wielu obserwatorów, którzy być może nawet nie słyszeli o posągach przed marcem 2001 roku, było oburzonych atakiem na światowe dziedzictwo kulturowe. Rzeczywiście z bliska widok jest przytłaczający, spotkaliśmy paru Talibów z bronią, z wyrazami na twarzy tęskniącymi za rozumem, wokoło biegało mnóstwo obdartych dzieci żebrzących o pieniądze. Bamian stało się symbolem niebezpieczeństw związanych z radykalizacją polityczną, obecny rząd Afganistanu oficjalnie chce teraz zwiększyć wartość miejsca przesiąkniętego historią, aby przyciągnąć turystów z całego świata. Taka jest oficjalna wersja całej narracji. Z drugiej strony coraz głośniej mówi się, że jesteśmy świadkami cichej eksplozji w Bamian i w całym Afganistanie. Talibowie nie użyją materiałów wybuchowych, aby zniszczyć miejsca dziedzictwa kulturowego, to, co robią, jest gorsze. Pozwalają na stopniowy upadek Doliny Bamian i innych miejsc dziedzictwa, zmieniając system edukacji tak, aby historia i kultura nie były nauczane obiektywnie, a sztuki, które są sprzeczne z ich przekonaniami, były przechowywane w piwnicach muzeów i wymazywane z pamięci. Obszary wokół klifu padły ofiarą grabieży, nielegalnej budowy i wykopalisk, które zagrażają całkowitemu unicestwieniu tego miejsca. Zniszczenia wykraczają poza klif Bamian, a pobliskie stanowisko w Mieście Krzyków cierpi z powodu podobnego zaniedbania i złego traktowania.

Jest ciepło, świeci słońce, niebo jest bezchmurne i niebieskie. Przestrzegano nas żeby zabrać ze sobą cieple kurtki, ale zwykły polar noszony pod tuniką zdaje się mi wystarczać.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Herat – Bamian

Po śniadaniu pojechaliśmy zobaczyć Sanktuarium w Gazur Gah – kompleks grobowy sufickiego świętego. Przestrzegano nas przed pogodą, że może być zimno, ale jak dotąd nie marznę chodząc w samej tylko sukience. Nie opanowałem jeszcze wyrafinowanej sztuki korzystania z toalety w tym stroju, ale plan mam ambitny że do końca pobytu opanuję trudną umiejętność robienia jedynki bez pozostawiania śladów na sobie. Co do mojego nowego stylu to muszę przyznać że długie, luźne, obszerne, powłóczyste stroje są naprawdę wygodne, stanowią dobrą ochronę przed słońcem, a zarazem utrzymują ciało w wilgotności (pot nie wsiąka w strój, lecz zostaje na ciele). Wsiadając do auta za każdym razem przynajmniej jeden z panów musi powiedzieć: uważaj, nie siadaj mi na sukience, co za każdym razem jest bardzo zabawne.

Na terenie kompleksu spotkaliśmy jednego Talibana, znajomego naszego lokalnego przewodnika. Początkowo nieśmiało i z rezerwą podchodził do naszej grupy, groźnie patrząc w stronę jedynej kobiety w naszej grupie, podczas gdy my zafascynowani hipnotyzującym spojrzeniem chodziliśmy wokół niego i jego brody oraz karabinu. Podchody trwały dobry kwadrans, nasze spojrzenia były coraz dłuższe, potem pojawił się nawet lekki uśmiech suma summarum pan Talib zrobił sobie z nami pamiątkowe zdjęcie.

W południe wróciliśmy samolotem do Kabulu skąd odebraliśmy nasze bagaże, pojechaliśmy na wyśmienity lunch z prawdziwym espresso po czym wyruszyliśmy w czterogodzinną podróż do miasta Bamian – miasta w środkowym Afganistanie w górach Hindukusz. Bamian to głęboka prowincja w porównaniu z resztą kraju, ciepła woda leci w kranach tylko w wyznaczonych godzinach, podobnie prąd dostarczany jest tylko rano i wieczorem przez kilka godzin. Głęboka prowincja przejawia się też w bardzo dużym konserwatyzmie mieszkańców i lokalnych władz. Podczas kolacji w hotelu wpadła do nas banda zamaskowanych uzbrojonych po zęby talibańskich żołnierzy eskortująca lokalnego szefa prowincji, który chciał nam życzyć smacznego. Ze względu na liczebność ochrony i mało przyjazne spojrzenia nikt nie wychylił się, żeby zaproponować panom pozowania do wspólnego pamiątkowego zdjęcie.

Nasz hotel ma w swojej nazwie słowo „royal”, ale z królewskiego ma tylko określenie, bo obsługa jak i warunki panujące w hotelu pozostawiają wiele do życzenia. Jesteśmy w kraju trzeciego świata i wszyscy doświadczamy warunków tutaj panujących. Nie narzekamy, wiedzieliśmy na co sie pisaliśmy, ale moja łazienka jest delikatnie mówiąc brudna, sedes zasikany, jak w nocnej dyskotece w sobotni wieczór po godzinie 4. Z łóżka dopiero ktoś wyszedł, widać jeszcze odciśniętą głowę na poduszce, autentycznie jakby ktoś dopiero co wstał, wylazł z pokoju a ja dostałem po nim klucze. Żałowałem, że nie wziąłem własnego śpiwora, choćby najcieńszego albo większej ilości ręczników, żeby móc odseparować się od oferowanej pościeli, ludzkich włosów, jakiś resztek i bóg wie czego jeszcze. Syf nie do opisania, kiła i mogiła. Włączyłem klimatyzację jako jedyny sposób dogrzania pomieszczania, ale wywiew który wydobywał się z podwieszanej jednostki był pewnego rodzaju zagadką, nad którą wolałem się nie zgłębiać.

Mam bardzo ładny widok z balkonu, okazuje się, że hotel posiada basen.

Wieczorem wróciłem do pokoju, w ostatniej chwili wziąłem ciepły prysznic po czym wszędzie zgasło światło i trzeba było jakoś zasnąć.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Kabul – Herat

Spało mi się nad wyraz dobrze po mimo że budziłem się w nocy regularnie. Kładąc się wieczorem do łóżka dziękowałem szczęściu, że pod prysznicem była ciepła woda a zza gołych rur, wystających ze ścian, nic mi nie wypełzło kiedy akurat miałem zamydlone oczy. Wcześnie rano lecieliśmy na jeden dzień do Heratu – miasta i prowincji w zachodnim Afganistanie, skąd mieliśmy po dwóch dniach wrócić do Kabulu i wyruszyć na wschód w stronę Bamian w górach Hindukusz. Odkryłem że wszyscy podróżowali z małymi plecakami, tylko ja tarabaniłem się z wielką torbą na co miałem swoje usprawiedliwienie, bo przed i po podróży planowałem pobyt w gorącym Dubaju. Nie chciałem spowalniać grupy, kontrola na lotniskach jak i nadawanie bagażu nie należą do najprostszych tutaj, dlatego przepakowałem się do bardzo małego plecaka. Byłem z siebie dumny, że jak chcę, to potrafię i nie zostanę zapamiętany z wyjazdu jako „this guy with a huge bag”. Poza tym od dziś mogliśmy chodzić już tylko w lokalnych strojach, więc prócz bielizny na zmianę i paru kosmetyków nie potrzebowałem niczego dodatkowo.

Opatrzność nade mną czuwała, bo przed wjazdem na teren lotniska najpierw skontrolowano nam paszporty, potem kazano wyjść z samochodu i pokazać bagaż, nim doszliśmy do wejścia na teren terminalu jeszcze trzy razy przechodziliśmy przez bramki security, a po odebraniu kart pokładowych na kontroli bezpieczeństwa sprawdzali praktycznie każdy pojedynczy przedmiot wnoszony na teren stanowisk odlotu. Reguła opakowań płynów do 100mil nie wydaje się tutaj sztywno obowiązywać, Vivien wyrzucili połowę kosmetyków choć znajdowały się w przepisowych rozmiarach, w kuble bezlitośnie lądowało wszystko co było w spreju.

W samolocie zagadał mnie miły pan i opowiedział mi, m.in. że Herat znany jest z winogron, że tutejsze odmiany są wyjątkowo słodkie o oryginalnej barwie i smaku. Bez sensu wypaliłem czy produkują z nich wino na co pan popatrzył na mnie z niedowierzaniem.

W Heracie często wpadaliśmy na grupy Talibów, panów z długimi brodami, w restauracji przy stoliku obok przysiadło się do nas ośmiu, karabiny AK-74 ułożyli niedbale przy ścianie, częściowo za naszymi plecami przez co zrobiło się nam lekko nieswojo, ale tylko przez chwilę. Niestety cały czas obowiązuje nas zakaz beztroskiego robienia zdjęć wszędzie i każdemu, choć w takich jak ten momentach, każdego z nas niewyobrażalnie kusi żeby się wyłamać.

Na noc zatrzymaliśmy się w hotelu Sadaf International, jako jeden z dwójki szczęśliwców załapałem się na olbrzymi suit z osobną sypialnią i dwoma łazienkami. Jedyny mankament tego miejsca był taki, że w nocy było zimno i nie działało sprawnie ogrzewanie.

Prowincja Herat była jednym z pierwszych ważnych pól bitewnych podczas radzieckiej interwencji w Afganistanie i do dziś pozostała obszarem aktywnych walk partyzanckich. Herat jest miastem starożytnym z wieloma zabytkowymi budynkami, chociaż te ucierpiały podczas różnych konfliktów zbrojnych w czasie ostatnich kilku dekad. Miasto zdominowane jest przez resztki cytadeli zbudowanej z czasów Aleksandra Wielkiego, meczetów lekko sfatygowanych po ostatnim trzęsieniu ziemi.

Ludzie nazywają je miastem wiedzy i cywilizacji, a miejscowi urzędnicy starożytnym Heratem. W końcu ta prowincja szczyci się tysiącami lat historii, przed i po inwazji Aleksandra Wielkiego aż do rządów któregoś tam cesarza.

Sama prowincja Herat była miejscem narodzin wielu poetów, malarzy, architektów, muzyków i perskiego szacha najsilniejszego władcy irańskiej dynastii. Populacja szacowana jest na 4 miliony i jest drugim najbardziej zaludnionym miastem w Afganistanie po Kabulu.

Pierwszą atrakcją w mieście była wizyta w oszałamiającym, błękitnym Wielkim Meczecie miasta, położonego w sercu zatłoczonego bazaru. Raz po raz zaczepiali mnie tutejsi mieszkańcy z pytaniem czy mówię w paszto, farsi albo po uzbecku, bo po angielsku nie daje się z nikim tutaj dogadać.

Odwiedzając to miejsce po raz drugi późnym południem, skorzystaliśmy z okazji odwiedzenia pobliskich sklepów z antykami, pięknymi kamieniami oraz tradycyjną biżuterią.

Odwiediliśmy też cytadelę Qala Ikhtyaruddin, znajdującą się niedaleko meczetu, absolutnego miejsca do zobaczenia w Heracie. Fort/pałac z dużymi wieżami i murami widocznymi z daleka, został zbudowany przez Aleksandra Wielkiego na ruinach już istniejącego fortu, aby chronić Imperium Macedońskie przed buntem ludu. Służąc przez lata jako cytadela i zamek, fort popadał jednak w ruinę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Kabul – dzień pierwszy

Dziwnie czułem się oczekając z innymi współpasażerami przy bramce do wejścia do samolotu odlatującego do Kabulu. Kontrastowaliśmy gołym okiem w każdym szczególe. Odstawałem zarówno wyglądałem, jak i strojem. Na tle czarnych, białych czasami jasnobrązowych ubiorów wyglądałem jak kolorowy ptak w jasnobiałym t-shircie w paski, kolorowych adidasach, bez brody czy wąsów i jeszcze z ogoloną głową. W samolocie głównie mężczyźni, niektórzy z zegarkami jakby z odpustu: złotymi, mocno świecącymi, wysadzanymi świecidełkami imitującymi diamenty czy inne kamienie szlachetne. Raz po raz zdarzał się ktoś w bardziej zachodnim stroju, ale była to rzadkość zwłaszcza, że Talibowie zakazali mężczyznom noszenia zachodnich strojów czy nawet dżinsów. Samolot Airbus 340-300 prywatnych linii Kam Air na pierwszy rzut oka przeżył wiele, ale to i tak jedna z najbardziej rzetelnych linii lotniczych obsługująca kierunek Afganistanu. Dopiero niedawno dowiedziałem się do Kabulu znowu lata Turkish, ale że potrzebowałem wizy i tak skazany byłem na lot przez Dubaj. Siedzący obok mnie miły pan niespodziewanie wyciągnął woreczek wypełniony nerkowcami, prażonymi pistacjami, migdałami i rodzynkami, rozwinął go i częstował mnie smakołykami przez cały czas trwania lotu. Za każdym razem kiedy nie potrafiłem rozłupać pistacji, zabierał ją ode mnie, rozłupywał zębami i oddawał na dłoni. Po kwadransie uprzyjmosci było wspólne selfie w samolocie oraz wymiana numerów na whatsup. Przysnęło mi się nie długo po starcie, było grubo po 4 nad ranem, akurat roznosili posiłek. Sąsiad zadbał o mnie, bo kiedy otworzyłem jedno oko, na moich kolanach wylądował plastikowy pojemnik z ryżem i kurczakiem. W ramach barteru oddałem mu baton czekoladopodobny, za który podziękował. Na obsługę samolotu bałem się patrzeć, ciekawiło mnie jak pracują i jednocześnie jak dobrze wyglądają z tymi pełnymi, starannie dopracowanymi i zadbanymi brodami. Każde zbyt przydługie spojrzenie w ich stronę powodowało, że pan podbiegał do mojego fotela z wzorkiem pytającym czy czegoś mi nie potrzeba? Lecieliśmy nie całe 180 minut z czego 3/4 lotu przespałem.

Momentu lądowania oraz widoku po wyjściu z samolotu zaraz po wylądowaniu nigdy nie zapomnę: było magicznie, tak jakby filmowo, słońce dopiero wschodziło, mocno raziło oczy, olbrzymie silniki odrzutowe na tle olbrzymich pasm gór i budynek lotniska, które pamiętałem ze zdjęć zagranicznej prasy. Autobusem podjechaliśmy do terminalu, szybko dostałem pieczątkę w paszporcie, potem jeszcze jakaś deklaracja cudzoziemca, zdjęcie i mogłem stanąć w tłumie pasażerów czekających na bagaż. Nie było to łatwe zadanie, taśmy nie były ponumerowane, ktoś z obsługi wskazał mi taśmę skąd powinny wyjechać bagaże lotu z Dubaju. Przedostanie się tam nie było proste, przejście blokowały wszechobecne wózki oraz tłumy mężczyzn i ciekawskich dzieci. Kontrola celno-bagażowa odbyła się jeszcze szybciej, niezatrzymywany wszedłem do całkiem sporej strefy wolnocłowej, nie było czasu rozglądać się na boki, tłum napierał chciałem jak najszybciej dostać się do wyjścia gdzie czekał na mnie lokalny przewodnik. Minąłem olbrzymi znak z napisem I love Afghanistan, skręciłem w lewo i wszedłem w jeszcze bardziej dziki tłum oczekujących na przyjezdnych gapiów. Co któryś proponował taksówkę, internet, rozmaity obwoźny towar albo zwykłą pomoc – oczywiście nie bezinteresownie.

Mniej więcej w tym samym czasie co mój, wylądował samolot ze Stambułu, spotkałem znajome twarze, szybko i sprawnie zapakowaliśmy się do auta i ruszyliśmy w stronę hotelu w dzielnicy Shahre Naow. Nasz przewodnik pozwolił nam zjeść szybkie byle jakie śniadanie, napić się kawy, mieliśmy szansę osobiście przedstawić się naszemu afgańskiemu przewodnikowi, którym okazał się Ruhollah. Do końca wieczoru jego imię ewaluowało przechodząc przez każdą możliwą błędną odmianę: Ruhallo, Ruhajło, Rucollah, Ruhulla, Ricola itp.

Różne wymiany kulturowe w historii narodu wpłynęły na tradycyjne style i smaki współczesnych strojów i krojów afgańskich. Te tradycyjne, zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, zazwyczaj zakrywają całe ciało, ze spodniami zebranymi w pasie, luźną koszulą lub sukienką i jakąś formą nakrycia głowy. Standardowy tradycyjny strój męski składa się z tuniki, koszuli, spodni i opcjonalnego nakrycia głowy. Wybrałem kolor i wzór materiału, przewodnik pomógł dobrać mi kamizelkę, chustę dokupiłem sobie u lokalnego ulicznego sprzedawcy pod sklepem krawca. Turbany (lungis) noszone są w całym kraju, ale materiał, kolor i styl różnią się w zależności od regionu. Przymierzyłem kilka, ale z decyzją o kupnie wstrzymam się, aż odbiorę swoją tunikę.

Pieniądze, dolary wymieniamy wprost na ulicy, studolarowe chrupiące banknoty z niebieskim paskiem cieszą się lepszym przelicznikiem niż 20 i 50. Mniejszych w ogóle nie chcą wymieniać.

Prosto od krawca pojechaliśmy do świątyni Sakhi odwiedzanej głównie przez Hazarów. Kobiety podchodziły nieśmiało prosząc o wspólne zdjęcie z jedyną podróżującą z nami kobietą. Warunek był jeden, zdjęcia nie mógł robić lokalny mężczyzna. Raz w zamieszaniu jakiś Hazar wziął do ręki komórkę i zrobił kilka fotek, za co zaraz został skarcony uderzeniem w tył pleców przez patrolującego teren Taliba.

W ataku w lipcu 2016, do którego przyznało się tzw. Państwo Islamskie, zginęło tutaj 80 osób. Szyiccy muzułmanie stanowią około 15% populacji Afganistanu, a wielu z nich pochodzi z grupy etnicznej Hazara.

Na bardzo wczesną kolację udaliśmy się do restauracji Bukhara, kulinarnej oazy miasta, w której można delektować się bogactwem smaków i żywą kulturą kraju, który zwiedzamy. Pierwsza wspólna kolacja więc na stole musiał wylądować kebab z kurczaka, który spożywałem z czymś, co lokalni nazywają doogh albo dugh – napój wytwarzany z jogurtu i wody z dodatkiem soli i pieprzu podawany schłodzony z lekką pianką.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wypad do Abu Zabi

W Dubaju byłem razy naście, a w sąsiednim Abu Zabi nigdy, dlatego korzystając z dodatkowego dnia w ZEA postanowiłem ten brak poznawczy  nadrobić. Popijając kawę w Mall of Dubai i wciskając w siebie przeogromną porcję sałatki w ulubionej sieci Cheesecake Factory znalazłem lokalne biuro podróży i wraz z grupą przypadkowych osób, wybraliśmy się tam na krótki jednodniowy wypad. Stolica Zjednoczonych Emiratów Arabskich podobno zawsze była bardziej konserwatywna niż sąsiedni Dubaj, ale Abu Zabi, mimo że brakuje mu czegoś co nazywałbym „blaskiem”, stara się nadrabiać te braki tzw. kulturą wyższą. Nie oznacza to, że miejsce, w którym odbywa się najbogatsze Grand Prix świata, jest obce blichtrowi. Miasto szczyci się mnóstwem błyszczących galerii handlowych, drogich oraz luksusowych hoteli i klubów nocnych, które dorównują wszystkiemu, co można znaleźć w Dubaju. Podobnie jak jego sąsiad, Abu Zabi również lubi „myśleć na wielką skalę i iść w rekordy”. Jeśli nie jest to cud inżynierii, jakim jest Capital Gate (najbardziej pochylona na świecie wieża zbudowana przez człowieka na podobieństwo Krzywej Wieży w Pizie), to jest to Świat Ferrari, w którym znajduje się najszybszy rollercoaster na Ziemi.

Innym przyciągającym uwagę miejscem w emiracie jest wyspa Saadiyat, która kilka lat temu była opuszczoną ziemią niczyją. Teraz pełna jest luksusowych kurortów i pełnych przepychu klubów plażowych i to właśnie tam kochający słońce w pełni korzystają z prawdziwie dziewiczych białych piasków. Ta sama wyspa jest również domem dla innego imponującego nowego projektu, dzielnicy kulturalnej, w której znajduje się nowo otwarty Luwr Abu Zabi, zaprojektowany przez francuskiego architekta. Niebawem powstanie bliskowschodnia wersja Muzeum Guggenheima, z tysiącami dzieł sztuki współczesnej…

Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się tutaj przebogate, przerysowane, największe, najdroższe, najokazalsze przez to puste i sztuczne. Abu Zabi reklamuje się, że nie polega tylko na znajdowaniu sposobów na przekształcenie petrodolarów w budynki architektonicze perełki lub centra rozrywki. W centrum znajdują się jeden z najpiękniejszych meczetów w Zatoce Perskiej, a także mikro stare miasto i kilka zakurzonych domów, które nawiązują do nie tak bardzo dawnej pustynnej przeszłości miasta.

Malownicza promenada Corniche z przyjaznymi rodzinom plażami i długą promenadą również warta jest odwiedzenia, chociaż i tutaj nie da się uniknąć całkowicie wszelkich oznak i jednoznacznych skojarzeń z pieniędzmi pochodzącym z wydobycia ropy naftowej.

Dzień minął w bardzo przyjemnej, leniwiej atmosferze, czasami bywało gorąco i pot lał się po skroni, ale to Emiraty i pustynia. Jeśli miałbym siedzieć w hotelu przy basanie albo bez celu włóczyć się po którejś z olbrzymich galerii centrum, to cieszę się że wybrałem Abu Zabi.

Powrót do Dubaju był jednym koszmarnym wielogodzinnym staniem w korku, na szczęście nie spieszyło mi się, bo samolot do Kabulu odlatywał dopiero o 4 nad ranem. Zdążyłem się spakować, wykąpać i nawet krótko zdrzemnąć zanim pouberowałem na lotnisko. Pierwszy raz jechałem uberem Teslą – takie szczęście to tylko w Dubaju.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

Dubaj

Potwierdziło się to, o czym instruowano mnie przed wyjazdem do Afganistanu. „Jest bardzo prawdopodobne, że studenci i młodzi ludzie będą podchodzić i zadawać pytania. Zazwyczaj pytają, kim jesteś i dlaczego jesteś w Afganistanie. Zawsze możesz z nimi porozmawiać, powiedzieć im, jak się nazywasz, że jesteś turystą i z jakiego kraju pochodzisz, ale NIE podawaj im swojego adresu, hotelu ani trasy. Mogą poprosić o dane WhatsApp lub Facebook. Możesz je podać, ale NIE zamieszczaj żadnych postów w mediach społecznościowych, dopóki wycieczka się nie zakończy i nie opuścisz kraju”. Wyjeżdżam do niedostępnego turystycznie miejsca na świecie i nie mogę o tym trąbić w mediach społecznościowych.

Na poniedziałek wziąłem sobie wolne, miałem cały dzień na pakowanie się a im więcej mam na coś czasu, tym więcej zajmuje mi wykonanie czynności. „Podczas tej wycieczki będziesz musiał nosić lokalny strój. Po przyjeździe zabierzemy Cię na lokalny targ, aby odebrać trochę ubrań. Ponieważ będziesz nosić lokalne ubrania, będziesz musiał zabrać ze sobą tylko bieliznę, skarpetki, kilka koszulek i ciepły sweter do noszenia pod spodem”. Po mimo jasnej wskazówki spakowałem się do sporej walizki, bo nawet najkrótszy pobyt w Dubaju zawsze jest okazją do udanych zakupów. Późnym wieczorem dotarłem do Warszawy żeby przed 6 rano pojawić się na Okęciu. Odprawa, kawa, całkiem przyjemny lot, trochę snu, jakieś tam winko i dobry film na znieczulenie. W Dubaju wylądowaliśmy z opóźnieniem, ale czasu akurat mi tym razem nie brakowało. Ciapata obsługa lotniska wcisnęła nas wszystkich do automatycznych bramek biometrycznych, które koncertowo jedna po drugiej się blokowały a potem zaczęły dzwonić, zrobił się jazgot i szum, przyleciał jakiś pan w turbanie i kazał wszystkich wysłać do stanowisk kontroli paszportowej.

Plan był prosty, po śniadaniu pojechać do pobliskiego konsulatu i złożyć wniosek o wizę. Z duszą na ramieniu zamówiłem ubera, podjechałem do dzielnicy Al Jaffiliya pełnej zadbanych, wystawnych ale otoczonych wysokim murem willi, pod wskazanym adresem zadzwoniłem nieśmiało na dzwonek, bo brama była akurat zamknięta, choć zza muru dostrzegłem afgańską flagę. Drzwi się otworzyły, nikt po mnie nie wyszedł, więc ja śmiało wszedłem do środka, dostrzegałem wychodzącego z willi pana w turbanie, towarzyszyła mu jakaś kobieta: – chciałbym złożyć wniosek o wizę turystyczną do Afganistanu… Pan kazał mi powtórzyć, potem popatrzył na mnie podejrzanie dziwnie i wskazał willę obok, bo koncertowo pomyliłem budynki.

W konsulacie wysłali mnie do pokoju nr 4, miły pan napisał coś na kartce którą przykleił do okładki paszportu, odesłał do kasy w pokoju nr 2, zamiast 350 dolarów wydałem 130 płatne kartą, dostałem pokwitowanie z którym wróciłem do miłego pana z pokoju nr 4, który spojrzał tylko na wniosek, kazał podpisać, popatrzył na zaproszenie, przykleił dołączone zdjęcie i z lekkim uśmiechem zapytał czy poczekam, bo wystawi mi wizę. Zaczekałem w poczekalni, z jedną panią Szwajcarką taką zakrytą całą, która leciała do Afganistanu wyjść za mąż… Miły pan wrócił, wręczył mi paszport i życzył udanego pobytu w jego kraju. Wizyta zajęła mi mniej czasu niż się tego spodziewałem, wsiadłem w ubera i pojechałem uczcić ten fakt dobrą kawą w Mall of Dubai.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Pakowanie

W weekend miało odbywać się wielkie pranie, suszenie, potem prasowanie i pakowanie, dokończyć miałem też pracę, ogarnąć powierzchnie płaskie na chacie miałem, dodatkowo zakupy i wszelkie rzeczy do załatwienia pozostawione na ostatnią chwilę przed wylotem do Dubaju. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane. Podczas lunchu koleżanka z biura zaproponowała mi wyjście na koncert Kasi i Błażeja w NFM. Piosenki z płyty znałem i bardzo mi się podobały, parę kawałków często nuciłem pod nosem, widziałem parę wywiadów zapowiadających koncerty, bilety w sprzedaży wciąż były, więc nie dałem się długo prosić. Niedziela była więc produktywna, ale inaczej. I tak chwytając ostatnie promienie jesiennego słońca poszliśmy z A. na obiad na żeberka, potem na kawę, deser i mirto, po drodze spotkaliśmy wspólnych włoskich znajomych ze statku, poszliśmy na wspólny spacer a po koncercie wyszedłem w bardzo dobrym nastroju i wróciłem późno do domu. Popatrzyłem tylko na bajzel oraz skrupulatnie spisaną listę rzeczy do zrobienie i poszedłem spać. 

Dodaj komentarz

szalony okres

Z urlopu w Iraku wróciłem szybko i bezpiecznie. Udało mi się kupić bilet na bezpośredni lot do Berlina i choć z kilkugodzinnym opóźnieniem, nad ranem dotarłem do domu. Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, za wszystkie odwołane i opóźnione loty, linie lotnicze wypłacą mi odszkodowanie. Suma summarum wyszło więcej, niż zapłaciłem za pierwotny bilet Qatar Airways.

Z oczami na zapałki, jeszcze tego samego dnia o 10. rano pojawiłem sie w biurze paszportowym, żeby złożyć wniosek o nowy dokument. Mam niecałe 3 tygodnie aby go dostać i uzyskać nowe zaproszenie potrzebne do wizy do Afganistanu. Pomimo zmęczenia tego dnia byłem szczęśliwy, bo istnieje duża szansa, że to wszystko jeszcze uda mi się pospinać.

A co było potem? Biologii człowiek nie oszuka, dwa tygodnie w ascezie i o suchym pysku musiałem jakoś odreagować. Na szczęście w XXI wieku nie trzeba kupować krowy, żeby napić sie mleka, wystarcza dostęp do internetu i byle jakie konto na portalu randkowym, przy okazji lunch i szybki wypad do ulubionego koktajl baru i z człowieka schodzi całe ciśnienie i spina.

Weekend miał być zaplanowanym czasem relaksu, ale niespodziewanie znalazł sie chętny do wynajmu mieszkania, więc było jeżdżenie, pokazywanie, kompletowanie certyfikatów i podpisywanie umowy. W poniedziałek wieczorem odebrałem zaliczkę, oddałem klucze i nareszcie byłem szczęśliwy, że temat wynajmu nareszcie mam już z głowy.

W poniedziałek planowałem wrócić na luzie do pracy. W sobotę zadzwonili, że we wtorek będą demontować i montować mi nową kuchnię. To co przewidziane było na 2 dni przedłużyło się do 3 – na ten czas musiałem wyprowadzić się z mieszkania, w poniedziałek w nocy pakowałem naczynia, spożywkę, porządkując szafki, we wtorek wjechała ekipa, która jak to po każdym remoncie, zostawiła po sobie syf. Musiałem wziąć L4 na czwartek i piątek żeby uporać się ze sprzątaniem całego mieszkania, sprawami administracyjnymi w spółdzielni, wywieźć rower do garażu, ogarnąć balkon po sezonie, zakupy, znajomych.

Na potrzeby tego cyrku sporządziłem sobie specjalną listę rzeczy ważnych i nieważnych oraz pilnych i niepilnych, co pomogło mi ujarzmić ten chaos.

Teraz siedzę sobie nareszcie sam, w salonie, beztrosko pyka zapachowa świeczka, popijam lampkę ulubionego czerwonego wina, mieszkanie świeci, na podłodze można przeprowadzać operacje na otwartym sercu, wyniosłem stare graty, pozbyłem sie odpadów, nawet mokrą szmatą nogi od stołu i krzeseł w salonie przeleciałem i nie ma tam teraz pajęczyn. Okna w weekend ogarnę – tak sobie myślę. Jutro rano dentysta, bo ząb mi sie rusza – na szczęście to implant i nie boli. Niezłe Kongo.

Może to znak? Do Kongo polecę.

1 komentarz