urlop w czasach zarazy

Pojechałem, wróciłem, nie oszalałem ba – wypocząłem, bo oderwałem się od wielkomiejskiego zgiełku i codzienności. Żubry ani bobry mnie nie zaatakowały, poligony były puste, czas szybko zleciał i na jakiś czas zapomniałem o szaleństwie, które dzieje się wokół.

Dzień przed wyjazdem poszedłem na lekki melanżyk i było grzecznie, o 2 wgniatałem już poduchę w swoim łóżku i nie musiałem przed snem nawet karmić łabędzi, bo całkiem dobrze się czułem. Matka dzwoniła do mnie w ciągu dnia z pięć razy i umówiliśmy się, że o 8 przyjadą mnie odebrać, żebym był gotowy. Spoko loko luz i spontan. Nastawiłem sobie budzik na 7, wyciągnąłem podróżną torbę do spakowania rzeczy, wziąłem butelkę wina i zniknąłem na pół nocy. Sekretariat Trzeciej Rzeczy zadzwonił do drzwi pół godziny przed czasem, usłyszałem cały paternoster, że jestem niegotowy, jeszcze niespakowany, że nie włączyłem na noc zmywarki, że pranie już dawno suche na balkonie, że kwiatki mają sucho, że śmieci nie wyniosłem, że w korytarzu naniosłem piachu i poczułem się jakbym cofnął się w czasie, znów miał 17 lat i mieszkał z rodzicami. Samo życie, wyjazdy na urlop zawsze są stresujące.

W aucie głównie spałem, może za wyjątkiem dwóch przerw: na wypęcherzenie się i jedną na drugie śniadanie – obudził mnie wtedy zapach kanapek, kiszonych ogórków, jajek na twardo i pykniecie otwieranego termosu oraz odgłos szeleszczącej aluminiowej folii. Poczułem zapachy smak rodem z lat 80.

W czasie jazdy byłem też indagowany: co u mnie w pracy, wybijano mi pomysł podjęcia pracy w innym mieście, odpytywano mnie z moich bliskich znajomych oraz przyjaciół, jak radzi sobie M. i co słychać w naszym związku. Na koniec kochana mamusia wygłosiła tyradę o tym, jak bardzo jest światowa, nowoczesna i tolerancyjna, ale zaraz potem usłyszałem, żebym lepiej przy ludziach (zwłaszcza sąsiadach) nie opowiadał o M., a jak przyjedziemy tutaj sami na urlop, to najlepiej gdybyśmy zabrali ze sobą jakieś dwie dziewczynki, bo Borne to małe miasteczko i lokalsi mogą spuścić nam łomot.

Domek rzeczywiście ładny, położony w samym środku lasu, blisko jeziora, sklepów, poczty i warzywniaka. Ogródek spory, wypieszczony, pełen roślin i kwiatów, ale za niedługo będzie jeszcze bardziej, bo to dopiero początek letniego sezonu, chyba żeby zniszczy go pies sąsiadów z ADHD.

Pobudka o 6, wyprawa po świeże bułki do lokalnego sklepu, codzienne spacerki z ojcem do lasu i nad jezioro, czasem na poligon, 12. – obiad, zupa i drugie danie, koniecznie z surówką, kolacja o 18 i od 20. cisza nocna, przerywana wyprawami do toalety o 23 i koło 3 nad ranem. Dawno nie żyłem w tak regularnym rygorze. W tzw. międzyczasie obowiązkowe grzecznościowe wizyty i rewizyty sąsiadów emerytów okraszane kanapkami, grillem i oczywiście wódeczką nawet o 10 rano.

Opublikowano podróże | 13 Komentarzy

Przymusowy urlop

W pracy szef poprosił mnie abym wziął urlop.
Nie obniżyli nam pensji, nie zwolnili, pomogli zorganizować pracę z domu, ogólnie pracodawca staje na głowie, żeby było nam wszystkim dobrze, bezpiecznie, łatwo i przyjemnie.
Poprosili tylko o jedno, aby na drugie półrocze nie mieć 25 dni urlopu do wykorzystania, bo jak wszystko ruszy wszyscy jak jeden mąż poproszą o urlop a pracować ktoś przecież musi.
Projekt dostałem: jeden w Chinach drugi w Stanach i stoję przed wyborem jak nie urok to sraczka, ale nie narzekam, przecież mogliby mnie zredukować i nie miałbym w ogóle żadnych zawodowych dylematów.

Rodzice mają dom nad jeziorem, położony gdzieś w lesie niedaleko Drawskiego Parku Krajobrazowego. Nigdy tam nie byłem, a mówią że ładnie go urządzili i chętnie spędzają tam swój czas na emeryturze. Zaryzykowałem i zdecydowałem się tam z nimi wybrać na kilka dni. Siedzenie w domu a pobyt w domku w lesie nad jeziorem to bardzo łatwy wybór. Najwyżej z nimi oszaleje, bo ostatni raz z rodzicami na wakacjach byłem jak miałem 15 lat.

Opublikowano podróże | 21 Komentarzy

leniwa sobota

Siedzę sobie na balkonie, wyginam śmiało ciało, wygrzewam skórę, kości, czytam mądre książki i artykuły: „Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie posiadamy, aby zaimponować ludziom, których nie lubimy”.
Rzeczywiście w ten sposób mógłbym opisać otaczający mnie świat. Wydarzenia ostatnich tygodni, globalna pandemia podobno to wszystko zmieni. Ma ostatecznie pogrążyć konsumpcjonizm globalnego kapitalizmu, świata jaki znam. Nastąpić ma transformacja z ja na my. Wiele firm, organizacji, struktur umrze, zgubi ich przesadny, niestabilny, zepsuty, gigantyczny wzrost niemal przepych, ale narodzą się inne, zupełnie nowe. Możliwych scenariuszy rozwoju jest wiele.
Kryzys, przez który właśnie przechodzimy, przemodeluje społeczeństwo i biznes bardzo głęboko, stanie się katalizatorem zmian.
Gospodarka nie wróci do kondycji sprzed pandemii, obecny dobrobyt doprowadzi do katastrofy, wzrośnie bezrobocie, produkcja ucieknie do krajów z niższymi kosztami produkcji.
Spadnie wartość marki, która przestanie dyktować produktom cenę. Produkt sam w sobie przestanie mieć sens. Nie ważne jaka będzie na nim metka. Spadnie popyt na dużą ilość dóbr materialnych. Sporo naszych codziennych produktów skurczy się do ikonki aplikacji w naszym smartfonie. A najlepsza dumą zacznie być dobry rower, jazda autem będzie największym wstydem, lepiej będzie już poruszać się transportem publicznym.
Nastąpi nowa powszedniość, stara normalność, gdy człowiek idzie i cały czas kupuje się skończy, uderzymy o mur w postaci przetwarzania śmieci i zanieczyszczenia Ziemi.
Dawna ekonomia przestanie iść w górę, bo konsumenci przestaną kupować śmieci. Przestaną kupować coś, co ma krótki okres ważności, a potem nadaje się tylko do wywalenia, by zaraz kupić nowe. Nastąpi zmierzch napompowanego dobrobytu i ciągłej wymiany na nowe nakręcanej dodatkowo marketingiem pt. „musisz to mieć, weź kredyt, zastaw się, a postaw się”. Świadomość społeczna wzrośnie na tyle wysoko, że społeczeństwo odmówi kupowania śmieci.

Opublikowano podróże | 9 Komentarzy

pół żartem, pół serio

Nie wiadomo czemu poczułem niesamowitą chęć obejrzenia po raz wtóry „Epidemii Strachu” z Matem Damonem i Gwyneth Paltrow. Pamiętam, że film wydał mi się interesujący po tym jak bohaterka grana przez Paltrow umiera w 9. minucie filmu. Jeśli taką gwiazdę uśmierca się zaraz na początku, znaczy że fabuła jest ciekawa a film wart obejrzenia. Film wydaje się tak aktualny, że musiałem go sobie odświeżyć. Nie wiem czy scenariusz był inspiracją dla współczesnych wydarzeń, bo podobieństw aż nadto i przemawia bardziej niż „Epidemia” z Rene Russo i Dustinem Hoffmanem.
Oglądając telewizję głównie zżymam się z powodu serwowanej przez media papki dla mózgu, pseudo newsów podrasowanych, wyolbrzymionych i rozdmuchanych do granic możliwości.
W czwartek po raz pierwszy wyszedłem po zakupy w masce. Tragikomedia z nią była, bo jak ją nałożyłem straciłem cały swój męski wdzięk – przyprawiający o palpitacje serca i wywołujący chęć pójścia na całość – gumka tak naprężyła mi uszy, że z wyglądu bliżej było mi do Plastusia albo bajkowego Dumbo – ogólnie bardzo niewyjściowo. Założyłem na nos ogromne okulary przeciwsłoneczne, licząc na to, że może nikt mnie nie rozpozna w tym dziwnym przebraniu. Nim doszedłem do sklepu osiągnąłem stan skraju szaleństwa, było mi gorąco, duszno, niewygodnie, przez te szmatę nie da się normalnie oddychać, poza tym twarz poci się z powodu wydychanej pary, skóra czerwienieje – masakra jakaś. Tak przyodziany wszedłem do osiedlowego sklepu nie wzbudzając niczyjej uwagi. Już byłem przy ladzie, gdy guma mi strzeliła, okulary wystrzeliły jak z procy i przeleciały w stronę półek za plecami sprzedawcy. Znajomy sprzedawca parsknął śmiechem, usmarkał się i popłakał, przez co jeszcze bardziej mu współczułem, bo biedny musiał później jeszcze wdychać te paskudztwa. Mam traumę i mieszane uczucia do tej szopki z noszeniem maseczek, w Szwajcarii nikt ich nie nosi, WHO je odradza a u nas straszą mandatami. Wiem jedno: zabije mnie wirus albo się uduszę. Na razie postanowiłem robić zakupy w nocy albo zamawiać wszystko do domu, byleby nie fundować sobie dyskomfortu i nie stanowić zagrożenia dla otoczenia. Jak tylko Szwajcaria złagodzi restrykcje i otworzy granice jadę do M., bo u niego takie przygody mi nie grożą.

Opublikowano podróże | 13 Komentarzy

I am getting ga-ga…

…bo od 4 tygodni pracuje głównie z domu. Na początku szczerze podobało mi się, że nie muszę zrywać się wcześnie z łóżka i biec do biura. Możliwość pracy zdalnej, szlafrokowe cały dzień, cisza, jednostajność, spokój, brak pośpiechu, jedzenie na dowóz – wydawało mi się, że taki stan mógłby trwać wiecznie.
Po dwóch tygodniach zacząłem jednak osiągać lekki stan niedorozwoju umysłowego, bo środa nie różniła się niczym od soboty, zbyt dużo czasu spędzałem przed telewizorem albo grając na konsoli, z nosem w lodówce i butelką wina w ręku, a przeglądając się w lustrze przestałem widzieć ósmy cud świata a coraz bardziej dostrzegałem niedogolonego faceta z własną półką w sklepie spożywczym, który za kilka tygodni będzie miał co opowiadać swojemu terapeucie.
Narzuciłem sobie rytm dnia, 5-godzinny czas pracy, czas na spacer i zrobienie 10 tysięcy kroków, ćwiczenia co drugi dzień, zapisałem się na kurs szybkiego pisania na klawiaturze, pół godzinny dziennie na czytanie książki i spędzam max. dwie godziny przed telewizorem lub ipadem, kilka razy dziennie rozmawiam z M., z przyjaciółmi regularnie organizujemy video śniadania na skypaju. Zorganizowałem sobie namiastkę normalności i rygoru, od tak dla własnego lepszego samopoczucia, choć wciąż gadam do storczyków i przesadzam kwiatki na balkonie…

Kilka tygodni temu odpowiedziałem na ofertę pracy w Krakowie, w ciągu niecałego miesiąca przeszedłem przez sito rekrutacji a gdy oferta pracy wylądowała przede mną na stole zacząłem się zastanawiać czy to aby najlepszy czas na zmianę pracy i przeprowadzkę. Z jednej strony kusiła firma, pieniądze i perspektywa nowych wyzwań, z drugiej zaczęła się szopka z pandemią, znajomi lądowali na przymusowych urlopach, postojowym albo wręcz z dnia na dzień tracili prace. Niezdecydowanie rozwiązał przyszły pracodawca zbyt mocno naciskając na podjęcie decyzji tu, teraz i zaraz oraz rozmowa i ocena roczna z szefem. Do rozmowy z szefem przygotowałem się w myślach, gotowy odeprzeć jego argumenty, chowając w ukryciu mocnego asa. Zamiast tzw. pełnej wkurwy spłynął na mnie deszcz adoracji, komplementów i korpo zachwytów, dowiedziałem się, że mówią o mnie wszyscy i wszędzie: jelenie, sarny, łosie, dziki, borsuki, kuny, jenoty, wilki i rysie, z ptaków: kuropatwy, bażanty, dzikie kaczki, gęsi, łyski, bekasy i cietrzewie, a na koniec dostałem w twarz premią oraz dwucyfrową podwyżką. I choć drażni mnie kolesiostwo, brak decyzyjności oraz niskie standardy to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestałem rozmyślać się czy gdzieś indziej byłoby mi lepiej i po raz kolejny okazałem się podręcznikową sprzedajną korporacyjną dziwką.

Nie mam złudzeń co do swojej pracy i towarzystwa przyjaciół płaskiej Ziemi, ale chyba zdołam się jeszcze trochę powstrzymać przed zbyt pochopnymi wyborami.

Opublikowano praca | Otagowano | 12 Komentarzy

miłość w czasach zarazy

M. przyleciał w piątek, bo miał już dawno kupiony bilet. Samoloty latały, lotniska nie były zamknięte, ja miałem wolny weekend więc nic nie wskazywało na to, że sytuacja miałaby się diametralnie zmienić. Wieczór wcześniej siedziałem u znajomych w Papa barze, sączyłem kolorowe koktajle i nawet zarezerwowałem nam stolik na piątek wieczór, bo nie chciałem siedzieć z M w domu, ale spędzić go miło na mieście. W południe odebrałem go w centrum miasta, zjedliśmy obiad w nowo otwartym Pumo. Faktycznie byliśmy jednymi klientami restauracji, ale była dopiero 15. a o tej porze zwykle wszystkie restauracje świecą pustkami.
Załatwiliśmy na mieście kilka zaległych tematów, zrobiliśmy zakupy, poszliśmy odwiedzić pare ulubionych miejsc. Gdy sielanka weekendowa zaczęła się na dobre, usłyszeliśmy że od soboty wieczór Polska zamyka granice, anulują wszystkie połączenia lotnicze i M. w poniedziałek nie ma szans na powrót do Szwajcarii. Obróciłem to w żart, ciesząc się że najprawdopodobniej od poniedziałku M utkwi we Wrocławiu na bliżej nieokreślony okres czasu. Praca nie zając, nie ucieknie, cieszmy się przygodą w końcu nie z takich opresji wychodziliśmy obronną ręka. Niestety M. nie podzielał mojego dobrego humoru, szybko zauważyłem jak bardzo stresuje się zaistniałą sytuacją, przerażała go myśl, że nie wróci do pracy, nie będzie miał jak opłacić rachunków, że nie będzie mógł wsiąść w samochód i pojechać do Włoch jeśli rodzina potrzebowałaby jego pomocy. Znam go bardzo dobrze, nie robiłem mu wyrzutów że martwi się o rodzinę, o to że obiecał Franko wrócić do pracy, bo bez niego restauracja nie będzie zarabiać. Zaczęło się nerwowe szukanie alternatywnych połączeń do Szwajcarii, rozważaliśmy nawet taksówkę na lotnisko w Berlinie byleby tylko zdążyć przed zamknięciem granic i koniecznością poddania się kwarantannie.
W sobotę rano o 8 byliśmy na lotnisku, okazało się że choć udało mu się kupić bilet na polaczenie Eurowings nie znaczy, że znajdzie się dla niego miejsce w samolocie. Trochę nerwówki i czekania, ale w końcu udało mu się ostatnim samolotem z Wrocławia wylecieć do Szwajcarii.
Nie wiem kiedy zobaczymy się znowu, nasz urlop w Libanie oddalał się coraz bardziej, Lot oficjalnie nie odwołał przelotu, ale była to tylko kwestia czasu. Najgorsze że nawet Szwajcaria zamknęła granice dla przyjezdnych i każdego kto jest nierezydentem, więc nie ratuje mnie nawet, fakt, że jesteśmy związkiem partnerskim.

Opublikowano podróże | 5 Komentarzy

Przymusowy home office

W poniedziałek nie wróciłem już do biura, w związku z tym że podróżowałem zagranicę zostałem przymusowo oddelegowany do pracy zdalnej i objęty 14 dniową kwarantanną. Za namową koleżanki, która wpadła w histerię słysząc że byłem w Szwajcarii i w bratałem się Włochami, napisałem rano do szefa z prośbą o jednoznaczną instrukcję, przychodzić czy nie, biorąc pod uwagę że wyjazd był prywatny a oprócz mnie kilkanaście innych osób podróżowało wtedy służbowo. Kazano mi zniknąć, zresztą nie tylko mnie, pół biura zostało uziemione.

M. przyleciał do mnie w piątek. Kilka razy zastanawialiśmy się czy to dobry pomysł, analizując wszystkie za i przeciw, ale skoro latały samoloty a granice nie były zamknięte czego mieliśmy się obawiać. Moja matka tylko trochę ześwirowała. Zaprosiła nas w weekend na śniadanie, które później odwołała, w obawie że M. przywiezie zarazki. Próbowała wpłynąć na mnie i przekonać mnie do daleko posuniętej rozwagi, odwoływała się do zdrowego rozsądku, między wierszami dając do zrozumienia że nie powinienem zapraszać M. do swojego domu.

Staraliśmy się z M. obrócić całą sytuację w żart. M. ze swoim paszportem stawał się persona non grata w kilkudziesięciu krajach, mnie wydawało się że będzie okupacja a ja staję przed wyborem czy ukrywać w domu Żyda czy go wydać.

Myśle, że są rzeczy ważniejsze od strachu.

Opublikowano podróże | 7 Komentarzy

Zbieranie się do kupy

Autentyczny dołek dopadł mnie dopiero w kilka dni po tych wydarzeniach. Przyczyniło się do tego zaskakujące i nieoczekiwane zachowanie jednej osoby, które gwałtownie wybiło mnie ze stanu skupienia i ogólnego wyciszenia, doprowadzając do skraju, coś jakby we mnie nagle pękło, że przestałem być wstanie skutecznie kontrolować swoje emocje. Chodziłem mocno struty przez kilka dni, nie liczyłem się z niczym i nikim, byłem nieobecny i jakby refleksyjny, słuchałem smutnych piosenek, oglądałem rzewne filmy a wieczorami płakałem jak bóbr. Unikałem ludzi, rozmów z kimkolwiek, chciałem zniknąć. Zdarzały się irytujące chwile, gdy łzy same napływały mi do oczu w najmniej odpowiedniej momentach, mocno starałem się ten stan zagłuszyć i w jakiś sposób kontrolować, bo istniało ryzyko, że wybuchnąłbym płaczem w środku spotkania albo przed nieznajomym, podczas rozmowy telefonicznej. Chciałoby się napisać taki los porzuconego kochanka…

W środę znalazłem w sobie resztki optymizmu, postanowiłem wyrwać się z tego marazmu i depresyjnego stanu, pojechać na dwa dni do Szwajcarii, zobaczyć M. Wydawało mi się, że same zobaczenie go pomoże mi uporać się ze swoimi demonami i słabościami. Niepotrzebnie tylko pochwaliłem się o tym w biurze, bo kilka dni później zostało to wykorzystane przeciwko mnie.

I tak do Szwajcarii poleciałem w sobotę o 5 rano, w Warszawie okazało się jeszcze, że samolot ma jakąś usterkę i możliwe, że wylecimy z opóźnieniem. Wzmógł się wtedy mój niepokój, powrócił niewytłumaczalny lęk, zastanawiałem się przez moment czy to aby nie odwołać wszystkiego i wrócić do domu. Na szczęście godzinę później wylecieliśmy już do Zurychu a kiedy dotarłem na spotkanie z W., zobaczyłem M. uwijającego się w kuchni, znajome twarze włoskich kolegów i koleżanek uspokoiłem się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Strach i lęk jakby wyparowały. Przez cały weekend świeciło pięknie słońce, było błogo, rześko i przyjemnie ciepło, poszedłem na spacer nad Aare, spędziłem kilka godzin szwendając się bez celu po znajomych miejscach w Bernie. Ładowałem baterie i czułem jak uchodzą ze mnie wszystkie negatywne emocje, ustają i oddalają się dręczące mnie myśli.

Opublikowano podróże, Szwajcaria | Otagowano , | 3 Komentarze

Abstrakcyjny tydzień

W poniedziałek dotarła do mnie kolejna smutna wiadomość. Telefon od brata późno w nocy mógł oznaczać tylko jedno, że dzieje się coś niedobrego.
W sobotę wyrwałem się z domu na szybkie igrzyska dla dorosłych, po których nabrałem wigoru i ochoty, by wpaść odwiedzić rodziców i babcię. Nie byłem w rodzinnym domu z dobry miesiąc, bo odkąd ojciec zaczął wałkować temat pożyczki na kupno nowego auta zżymałem się na samą myśl, że będzie próbował wrócić do tego tematu. Wypiłem u rodziców kawę, pogadałem trochę z babcią, uważnie starając się nie zostać sam na sam z ojcem. Jeden głupi  komentarz o pieniądzach i pewnie bym eksplodował. Babcia ratowała sytuację, nie zostawiała nas samych, w przerwie między jedną a drugą zdrowaśką opowiadała mi co słychać.
W poniedziałek wieczorem już nie żyła.

Tragiczną wiadomość przekazał mi brat, potem na moment zadzwonił ojciec. Rozmawiałem z matką, która w każdej skrajnej sytuacji reaguje „zadaniowo”. Nie mówiła nic jak się czuję, kazała za to sprawdzić na internecie ile kosztuje zamówienie i dostawa wieńców. Potem zaskoczyła mnie pytaniem czy gdy przyjedzie zakład pogrzebowy to przywiozą jej paletę kolorów drewna, z którego będzie trumna, bo ona nie wie czy dąb czy może coś jaśniejszego. – Mamo, a gdzie jest babcia? Próbowałem się dowiedzieć. – Pogotowie ją zabrało…? – Nie, leży tutaj w pokoju, lekarz wypisał akt zgonu.
Zakład pogrzebowy dostał przykaz, że mają przyjechać dopiero po północy, bo matka nie chciała, żeby sąsiedzi przypadkiem nie zauważyli jak z domu wynoszą od nas worek z ciałem.

Szybko zrzuciłem to na karb szoku, cała rozmowa z nią wydawała mi się abstrakcyjna, więc przestałem zadawać jakiekolwiek pytania.

Pogrzeb odbył się w piątek. W międzyczasie okazało się, że lekarz wypisał złe dokumenty, urząd stanu cywilnego kazał poprawiać, zakład pogrzebowy wykopał dół w złym miejscu i na dodatek pomylił imiona zmarłej na klepsydrze. Dużo było perypetii i zaniedbań z ich strony.
Na pogrzebie zjawiła się cała rodzina, przyszło paru sąsiadów. Padało. Nie płakałem, nie płakała też moja mama. Było mi smutno, ale nie potrafiłem wykrzesać z siebie choćby jednej łzy. Ale i tak to był fatalny dzień.

Wczoraj byłem na pogrzebie S. R. z którym nie utrzymuje kontaktu wysłał mi wiadomość gdzie i o której odbędzie się ceremonia. Wyrwałem się z pracy i na 13.20 pojechałem na cmentarz. Kolejny pogrzeb i kolejne abstrakcyjne uczucie, że kogoś już nie ma.
Prócz rodziny i C. pojawiło się dużo grono znajomych i przyjaciół. Chociaż nie wiem czy S. kiedykolwiek miał jakiś przyjaciół, był strasznym introwertykiem. Był.
Nigdy nie przypuszczałem, że będę uczestniczył w jego ostatnim pożegnaniu.

Opublikowano podróże | 7 Komentarzy

Dzięki za miłość

Otrzymałem wczoraj smutną wiadomość.
Zmarł S.
Nie znam szczegółów i chyba nie chcę znać, nie wiem czy pogrzeb odbędzie się we Wrocławiu czy w Kutnie, nie wiem czy pójdę.
17 lat temu kiedy powstawał ten blog, działo się to poniekąd za jego sprawą. Nie widziałem i nie interesowałem się nim przez lata. Spotkaliśmy się ponad dekadę później, rozmawialiśmy, czułem się skrępowany, choć tamte uczucie dawno umarło.
Nie szukałem z nim nigdy potem kontaktu, choć raz po raz zdarzało mi się zaglądać w miejsce gdzie pracuje, żeby na niego popatrzeć.
Spotkaliśmy się przypadkiem w lecie, w Rynku, było ciepło, świeciło słońce, dosiadł się do mnie do stolika, wypiliśmy razem kawę i było bardzo poprawnie, naturalnie, miło, niezobowiązująco.
A teraz go nie ma, zostały tylko wspomnienia.

Mam na imię…
Miło mi…
Udajemy że
Znamy się od kilku chwil
Milczę… nie bój się
Nie uwierzysz… tak to ja…
Gdy zerkam w twoją twarz
Nie potrafię znaleźć siebie tam
Nie pozostał po mnie żaden ślad
Dzięki za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Dzięki że to już skończone
Dzięki że minąłeś we mnie już
Ciągle za mną
Oddech twój
Ciągle czuję cię
Znikam w tłumie
Znów twój śmiech
Ktoś zatrzasnął drzwi
Nagle sami – ja i ty
Przeklęte de ja vu
Zabłądziły gdzieś
Głupie dłonie me
Ale usta… one nie śpią więc…
Nie… dzięki… za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Przeszły dawno i skończony
Dzięki …
Wierz mi
Gdziekolwiek jeszcze jest
Miłość – znajdę ją
Klęczysz
Z głową…

Opublikowano podróże | 4 Komentarze