Dzięki za miłość

Otrzymałem wczoraj smutną wiadomość.
Zmarł S.
Nie znam szczegółów i chyba nie chcę znać, nie wiem czy pogrzeb odbędzie się we Wrocławiu czy w Kutnie, nie wiem czy pójdę.
17 lat temu kiedy powstawał ten blog, działo się to poniekąd za jego sprawą. Nie widziałem i nie interesowałem się nim przez lata. Spotkaliśmy się ponad dekadę później, rozmawialiśmy, czułem się skrępowany, choć tamte uczucie dawno umarło.
Nie szukałem z nim nigdy potem kontaktu, choć raz po raz zdarzało mi się zaglądać w miejsce gdzie pracuje, żeby na niego popatrzeć.
Spotkaliśmy się przypadkiem w lecie, w Rynku, było ciepło, świeciło słońce, dosiadł się do mnie do stolika, wypiliśmy razem kawę i było bardzo poprawnie, naturalnie, miło, niezobowiązująco.
A teraz go nie ma, zostały tylko wspomnienia.

Mam na imię…
Miło mi…
Udajemy że
Znamy się od kilku chwil
Milczę… nie bój się
Nie uwierzysz… tak to ja…
Gdy zerkam w twoją twarz
Nie potrafię znaleźć siebie tam
Nie pozostał po mnie żaden ślad
Dzięki za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Dzięki że to już skończone
Dzięki że minąłeś we mnie już
Ciągle za mną
Oddech twój
Ciągle czuję cię
Znikam w tłumie
Znów twój śmiech
Ktoś zatrzasnął drzwi
Nagle sami – ja i ty
Przeklęte de ja vu
Zabłądziły gdzieś
Głupie dłonie me
Ale usta… one nie śpią więc…
Nie… dzięki… za wszystko coś mi dał
Dzięki za ten ból
Przeszły dawno i skończony
Dzięki …
Wierz mi
Gdziekolwiek jeszcze jest
Miłość – znajdę ją
Klęczysz
Z głową…

Opublikowano podróże | 4 Komentarze

Sabina szaleje a ja mam głupie myśli

Dziś lecę do Frankfurtu, bo jutro prowadzę workshopy w Bad Homburg. Rano wstałem a za oknem mżawka, mżawunia że balkon cały zalany, drzewa powyginane nienaturalnie, bloku na przeciw nie widziałem, tak było ciemno i niewyraźnie od ściany deszczu, która lała się z nieba. Poranne samoloty do Monachium, Frankfurtu, Amsterdamu, Warszawy i Zurichu zostały odwołane już wczoraj, nic nie przyleciało wieczorem, więc nie było komu odlatywać rano. Siedziałem dziś cały dzień w domu jak na szpilkach, polecę – nie polecę, polecę – nie polecę i tak cały dzień. Na szczęście miałem co robić, więc miałem czym zająć myśli inaczej bym ześwirował od tego ciągłego kontrolowania sytuacji na lotniskach.
Przypomniały mi się dawne czasy, kiedy z powodu tajfunów, huraganów, wybuchu wulkanu, strajków, zamieszek nie było mi dane wylecieć w podróż. Sabina przypomniała mi ten dreszczyk emocji, który towarzyszy każdej podróży. A może wsiądę dziś do samolotu, uderzy w nas piorun, wpadniemy w uskok powietrzny, rozbijemy się i okaże się że to moja ostatnia notatka na blogu.
Widzę anioły. Jest pięknie. Jem ambrozję i śpiewa Jantar…

Opublikowano podróże | 3 Komentarze

We Włoszech tak łatwo jest mi być romantycznym

Na resztę dni pobytu w Rzymie nie planowaliśmy niczego. Miasto podoba nam się tak bardzo, że chętnie wracamy tam tak po prostu poszwendać się po uliczkach starego miasta czy modnym Trastevere. Cappuccino na śniadanie w jakiejś uroczej kawiarni, obiadokolacja w trattorii która przypadkiem wpadnie nam w oko, koktajl w barze albo najlepiej lody – najlepsze na świecie.
W niedzielę zrobiliśmy drugie podejście do Villi Borghese, tym razem dotarliśmy do samych drzwi muzeum, ale odprawiono nas z kwitkiem, bo nie było już biletów. Za to mogłem zobaczyć Via Veneto niezwykle niegdyś popularnej – założono na niej wiele eleganckich kawiarni i luksusowych sklepów. Słynna Cafe du Paris niestety była zamknięta ale urok „ulicy słodkiego życia” pozostał (wciąż można na tablicach na ścianie kawiarni zobaczyć zdjęcia aktorów i aktorek odwiedzających lokal). Każdy kto oglądał film Federico Felliniego „Dolce vita” zna tą ulicę. To znajdująca się w centrum miasta enklawa stosunkowo rzadko odwiedzana jest przez turystów – symbol rzymskiej ekstrawagancji i elegancji, symbol słodkiego, arystokratycznego życia. Zupełnie nie przypomina innych typowych uliczek Wiecznego Miasta, jest szeroka i w całości wysadzana drzewami. Po jej bokach wyrastają pięciogwiazdkowe hotele, ekskluzywne butiki i niewiarygodnie drogie restauracje, w których relaksują się gwiazdy kina, teatru, muzyki i sportu. Nocą natomiast na ulicy można spotkać ekskluzywne prostytutki, alfonsów oraz naganiaczy nocnych klubów.

Wróciliśmy na Campo Marzio i wpadliśmy na naszego specjalistę od pachnideł i perfum – Diego. Tylko on potrafi tak pięknie zakołysać biodrami, zatrzepotać rzęsami, wzruszyć się teatralnie, ale przede wszystkim bardzo fachowo i profesjonalnie doradzić w zapachach i od niechcenia dorzucić w zdaniu coś o Pierpaolo (Piccioli tym od Valentino). M znowu mu uległ i wyszedł z jakąś butelką perfum za 350 euro.

Przypadkiem przechodziliśmy obok Teatrom Sistina, w którym grali Ducha a że mieli jeszcze bilety, wieczorem zabrałem M na romantyczny spektakl o nieprzemijającej miłości. W Rzymie łatwo o romantyzm.

Magiczny sekret: „Jak zatrzymać na zawsze kogoś, kogo kochasz? Musisz się na niego bez przerwy gapić, zrobić mu zdjęcie, zamknąć oczy, trzymać je długo mocno zamknięte. Ten obraz przejdzie do twojego serca i od tej chwili ta osoba będzie już z tobą na zawsze”.
To nie moje, to z La Dea Fortuna Ozpetka, po włosku brzmi o wiele lepiej: un segreto un po’ magico: «Come fai a tenere per sempre con te qualcuno a cui vuoi molto bene? Devi guardarlo fisso, prendi la sua immagine, chiudi di scatto gli occhi, li tieni ben chiusi. E lui ti scende fino al cuore e da quel momento quella persona sarà per sempre con te».

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | 5 Komentarzy

Nie ma łatwo, za to jest przyjemnie czyli znowu Rzym

Człowiek leci do Rzymu z nastawieniem że nie zrobi tam żadnych zakupów, bo w grudniu nie było w sklepach na czym oka zawiesić. Wziąłem nawet specjalnie bardzo małą torbę a tu bach – piątek, z pierwszego sklepu wyszedłem z dwoma torbami pełnymi zakupów. Kurtka, swetry, spodnie, koszule, pasek wszystko takie jakie zawsze chciałem i szukałem i jak na złość akurat były wyprzedaże więc ceny -70%.
M początkowo się ze mnie śmiał a po chwili sam dał się porwać zakupowemu szałowi.

Wieczorem mieliśmy zaplanowany koncert Renato Zero, dojazd na stadion nie trwał długo, ale znalezienie odpowiedniego miejsca już tak. Na sali panował potworny gorąc, nie wiem czy włączyli tam jakieś ogrzewanie czy to może efekt braku wentylacji. Przedstawienie rozpoczęło się punktualnie o 21, Renato zaśpiewał kilka piosnek ze swojego nowego albumu na zmianę ze starymi szlagierami. Ludzi była cała masa, miejsca wypełnione były do ostatnich rzędów, nasze miejsca znajdowały się trochę wyżej na trybunach, ale wciąż wystarczająco blisko widoku sceny. M śpiewał pod nosem wszystkie piosenki, ja znałem raptem 4, ale i tak mi się podobało. Atmosfera była genialna, mnóstwo osób przebrało się na ten koncert albo przyszło ze sztandarami którymi wymachiwali przez cały czas widowiska. A było to prawdzie widowisko, Renato przebierał się z 16 razy, za każdym razem prezentując się w innym bogato zdobionym kostiumie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Ostatni wieczór w Dubaju

K miała dobry pomysł żeby nie tarabanić się przez całe miasto do Dubai Mall tylko pojechać bliżej do Mall of Emirates, w końcu ani jednego ani drugiego nie da się obejść w ciągu kilku godzin a w tym drugim przybytku zakupowej rozpusty nigdy nie byłem, więc nadarzyła się okazja żeby wreszcie to miejsce odwiedzić. Tego dnia świeciło piękne słońce i wreszcie poczuliśmy to, po co przylecieliśmy do Dubaju: wiosnę w środku europejskiej zimy. Wieczorami było chłodnawo, wychodząc na balkon musiałem ubierać kurtkę, ale teraz pogoda była idealna.
Rozdzieliliśmy się zaraz po śniadaniu w Din Tai Fung, aby każdy mógł spokojnie w swoim tempie, połazić po 3 piętrach niezliczonych korytarzy tutejszych sklepów i butików. Miałem akurat nastrój zakupowy, więc taka forma spędzania czasu bardzo mi odpowiadała. Nie jestem fanem centrów handlowych, ale w tej części świata i jeszcze podczas shopping festiwal, nie było lepszego miejsca i czasu, żeby sprawić sobie parę miłych upominków.
Tylko tutaj każdy znajdzie szeroką ofertę sklepów dostępnych o każdej porze dnia. Niezależnie od tego, czy poszukujemy czegoś designerskiego, czy lokalnego rękodzieła, aromatycznych przypraw czy pamiątek – Dubaj zachwyca bogactwem asortymentu.

Nie wiem ile godzin tam spędziłem, wiem tylko, że do hotelu postanowiłem wrócić kiedy poczułem całkowite znużenie i zaczęły boleć mnie nogi a każdy kolejny sklep wydawał mi się dziwnie znajomy.

Kiedy ostatni raz byłem tu trzy lata temu z M Bluewater Island dopiero powstało, dziś widać ją w pełnej okazałości. Ain Dubai, największy na świecie diabelski młyn, porwał wyobraźnię całego miasta, gdy tylko pojawił się niedaleko wybrzeża Mariny. Ta nowa atrakcja turystyczna choć wciąż nieotwarta (nie ma jeszcze wagoników) stała się wyrazistym elementem krajobrazu. Dodatkowo oczy przyjezdnych zwróciły się właśnie na wyspę Bluewaters, która stosunkowo niedawno otworzyła podwoje dla gości i turystów. Wyspę wyróżnia charakterystyczny klimat łączący wyspiarski spokój z żywym, miejskim rytmem. Wiele tu obiektów mieszkalnych, turystycznych i rozrywkowych, które odpowiadają praktycznie każdej dziedzinie życia. W połączeniu z nowymi malowniczymi miejscami widokowymi, wyspa jest wyjątkowym dodatkiem dla obecnej panoramy Dubaju. Można dostać się na nią pieszo z JBR Walk, statkiem albo autem bo skomunikowana jest z autostradą. Budynki mieszkalne przyprawiają o zawrót głowy a widoki z ich okien, nie boję się tego napisać, o zazdrość. Wszystkie okna sięgają od podłogi do sufitu, a z każdego apartamentu rozciąga się przepiękny widok na Ain Dubai, na morze, na otaczającą kompleks mieszkalny zieleń lub na bulwary. Dookoła siłownie, baseny, starannie zaprojektowane ogrody, boiska do koszykówki i place zabaw dla dzieci, sklepy, nawet meczet we współczesnym stylu.

Usiedliśmy z K w barze w Caesars Palace i najchętniej w ogóle bym się stamtąd nigdzie nie ruszał.

Dubai jest kiczowaty i bez zabytków, jest luksusowy i wyrafinowany, potrafi być bardzo drogi i nieznośnie upalny w lecie, ale lubię tam wracać. Chciałbym przylecieć tutaj podczas Expo, ale nie wiem czy mi się to uda.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Dubaj ciąg dalszy

Bar Barasti zmienił się od ostatniej wizyty. Klub, plaża, widok na morze i okoliczne drapacze chmur pozostały te same, tylko klientela inna: więcej ciabatych, strachliwych Pakistańczyków, żyjących w swoim zacofanym skansenie, który oni nazywają tradycją a co dla nas jest ciemnotą i średniowieczem – oni nazywają dziedzictwem. O wiele mniej multikulturowych expatów czy choćby młodych Anglików. Muzyka na szczęście pozostała na wysokim poziomie, DJ dawał czadu więc mogliśmy sobie poskakać do woli. K. nie wiadomo czemu, nie była w nastroju do zabawowy, ale wspierałem ją jak mogłem, byleby nie wyszła i nie poszła spać. Dużą rolę odegrała w tym Corona i tequila, za sprawą których utrzymywałem jej wewnętrznego ducha na odpowiednim poziomie aktywności i radości.
A. za to nie potrzebowała żadnej zachęty, żeby wbić się w roztańczony tłum, ledwo weszliśmy do klubu rzuciła się w wir tańca i przestała dopiero wtedy, gdy musieliśmy już wychodzić. Przekonałem K. by do hotelu wracać pieszo. Widać go było z resztą z drugiej strony ulicy, tylko przechodzenie przez nią w Dubaju zawsze jest nie lada wyczynem, bo rzadko tworzą tam chodniki i jakiekolwiek przejścia dla pieszych. Zabawnie zrobiło się gdy wsiadając do windy prowadzącej do pasażu nad jedną z ulic, przypadkowo spotkamy Arab zapytał nas, czy wiemy jak dojechać do Abu Dhabi? No na pewno nie tą windą..

A. przez cały pobyt nie przestawała ekscytować się przeżyciem na widok arabskiej księżniczki robiącej zakupy i wydającej fortunę w luksusowym butiku. No cóż, ludzie w tamtej częściej świata potrafią i cieszę jeśli jeśli daje im to poczucie szczęścia i satysfakcji z faktu posiadania czegoś wyjątkowego i unikalnego. Tyle tylko, że akurat mnie mało to interesuje. Zdałem sobie sprawę, że jest wielu ludzi, którzy są bogatsi ode mnie i nie muszę się nad tym codziennie roztrząsać, bo dawno się z tym pogodziłem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dubai non stop

Drzwi od pokoju otworzyła mi K. Czekała na mój przyjazd pomimo tego, że sama przyleciała do Dubaju wcześnie rano a w ciągu dnia nie zmrużyła nawet oka. Bezbłędnie odczytała moja niewypowiedzianą potrzebę i podała mi drinka. Nie wiem kiedy zdążyła zrobić zakupy, ale widać pracująca matka dwojga potrafi się bardzo dobrze zorganizować. Poszliśmy spać po północy…
Koleżankę która przyleciała razem z nią poznałem dopiero nazajutrz późnym popołudniem. Było po 10 kiedy do pokoju ktoś zapukał. Housekeeping. Miły śniady mężczyzna przyniósł suszarkę, którą rzekomo ktoś zamawiał. Nie byłem to raczej ja, a w całym naszym ogromnym apartamencie nikogo nie było. Wspomniał też coś o skardze na źle działający prysznic i wymienionych ręcznikach. Przytakiwałem tylko bezradnie głową. Pan trochę się zdziwił, kiedy odpowiedziałem mu, że nawet nie wiem kto mieszka obok, bo dopiero co wstałem. Czeski film od samego rana.

Na brunch/lunch poszliśmy już razem. Koleżanka K okazała się typem osoby trochę roztrzepanej, skomplikowanej, narzekającej i zadającej mnóstwo dziwnych pytań. Nie mogła po prostu zamówić sobie jedzenia, bo musiała zamęczyć kelnera o skład dania, sposób podania, cenę, możliwość wymiany składników i czas oczekiwania a gdy talerz wylądował ostatecznie na naszym stole zmieniła zdanie, bo jej się odwidziało. Nie znoszę takich osób.

Marina doskonale nadawała się jako miejsce do długich spacerów wśród nowoczesnych szklanych błyszczących wieżowców. Zewsząd atakowała supernowoczesność, innowacyjność, bogactwo i czystość. Piękni zadbani ludzie często, w oczojebnych markowych ciuchach, w najbardziej luksusowych autach, przepych, puch i bogactwo.

Barasti było kolejnym punktem dnia po chwilach spędzonych na hotelem basenie, w saunie i na kolacji u Libańczyka w Abd El Wahab.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Praca, dom, urlop

Jeszcze wczoraj do samego końca dnia siedziałem nad komputerem próbując pozamykać przed urlopem wszystkie tematy. Nie było szans żeby wyjść wcześniej z biura, na spokojnie ogarnąć temat pakowania. Na dodatek na głowę zwalił mi się jeszcze J i wieczór wcześniej musiałem zabawiać go w knajpie przy wrocławskim rynku.

Przygotowując wieczorem walizkę przypomniały się emocje jakie towarzyszyły mi kiedyś, gdy wracałem do domu późno z pracy z widmem konieczności pakowania się na kolejny daleki wyjazd. Przez cały czas myślałem tylko o tym czy aby na pewno o niczym nie zapomniałem i nie raz zasiadałem przed komputerem wysłać ostatniego maila, bo akurat coś mi się przypomniało. Spałem może 3 godziny
W Zurychu piękne słońce, na lotnisku samoloty lądowały i startowały bez opóźnień. Lot w klasie cargo do najbardziej luksusowych nie należał, ale wciąż mogłem wybrać sobie siedzenie, wejść pierwszy na pokład, dostałem nawet voucher na darmowe wifi i pudełko ekstra czekoladek na dzień dobry. Potem było już trochę jakby mniej luksusowo, ale nie siedział koło mnie żaden rzygający bachor tylko Amerykanka irackiego pochodzenia, która okazała się całkiem sympatyczną współtowarzyszką podróży.
Tym razem hotel wybierała K, zatrzymaliśmy się w Marinie w Marriocie w apartamencie na 42. piętrze. Nazwa hotelu kojarzy się dobrze, ale szału nie ma. Przyjechaliśmy tutaj głównie żeby się bawić więc ważne że każdy ma swój pokój, osobną łazienkę i że jest czysto, a najważniejsze, że do Barrasti mamy przez ulicę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Lenistwo

Im więcej czasu mam na zrobienie czegoś, tym więcej czasu zajmuje mi wykonanie tego zadania. Przed świętami zbijałem bąki w pracy, w przerwie międzyświątecznej też nie zhańbiłem się pracą, we wtorek po powrocie do biura pomyślałem ok dziś ostatni dzień laby, od jutra się zacznie…
Minął tydzień a ja do biura przychodzę ostatni, nim usiądę przy biurku zdążę wypić dwa cappuccino i pogadać z paroma osobami, przejrzeć rachunki, instagrama i kalendarz na dziś. Po czym zamiast zakasać rękawy myślę gdzie by tu sobie pojechać na jakieś wakacje, a może by na algi się umówić albo masaże albo zrobić sobie w końcu przegląd medyczny. Tomografia mózgu by mi się ewidentnie przydała. Potem następna kawa albo dla odmiany herbatka i zastanawianie się gdzie pójdę dziś na lunch…
Oni mnie stąd wywalą coś tak czuję, bo moje nieróbstwo jest coraz większe. Dopiero jak mam nóż na gardle rzucam się i pracuję bez przerwy.
Pojutrze lecę do Dubaju, przez kilka dni wygrzać kości i poskakać w lokalnych klubach dwa wieczory z rzędu. Wczoraj w Dubaju spadł deszcz, samoloty były opóźnione albo odwołane.
Ja to mam zawsze pod górkę…

Opublikowano podróże | 2 Komentarze

Tutaj nic nie jest proste

Do Ostuni wyjechaliśmy po 11 w drodze do musieliśmy koloryzować, że spotykamy się tam ze znajomymi. Najpierw zadzwonił szwagier, potem szwagierka, potem siostrzenica z wyrzutami, potem jeszcze raz szwagier z pytaniem czy chociaż matkę już dziś odwiedziliśmy.
Osobiście szczerze tego nie cierpię, dla mnie zawsze jest to strata czasu: „chodź wpadniemy do nich chociaż na kawę” znaczy 2-3 godziny w plecy i pogaduchy o dupie Maryny.
Żeby przyjechać do Południe na urlop albo na długi weekend nie można po prostu założyć że tylko przy okazji odwiedzi się rodzinę. Tutaj trzeba meldować się trzy razy dziennie przez telefon i przynajmniej raz dziennie wpaść na co najmniej kawę, bo inaczej obraza majestatu.

Mówi się, że wychodząc za Włocha dostaje się w spadku całą jego rodzinę i nie wypada mi się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Rodzina M jest bardzo liczna i nawet kuzyni n-tego stopnia zaliczani są do najbliższych członków familii. Wciąż trudno mi było się połapać kto jest kim, ponieważ M ma dwóch braci, kilku kuzynów, a szwagierka ma tak liczną rodzinę że do tej pory nie objąłem swoim umysłem kto jest kim, gdzie mieszka i co robi.

Niesamowite jest to, że zawsze, gdy tam jestem, poznaję dotąd nieznanego kuzyna/wujka/szwagra/cioteczną babcię ze strony matki etc. Pojawiają się znikąd i szybko wtapiają się w resztę rodziny, a M tłumaczy mi zawiłe familijne koligacje, aczkolwiek nigdy nic nie kapuję.

Włosi lubują się w czułościach, więc buziaki i uściski na powitanie to dla nich zupełnie normalna sprawa. A kiedy przyjeżdża się w strony rodzinne po dwóch latach nieobecności, trzeba uzbroić się w naprawdę duże pokłady cierpliwości, ponieważ zwłaszcza starszym przedstawicielom rodziny zdarzają się niekontrolowane napady serdeczności.

Kolacje w towarzystwie Włochów – nie ma zmiłuj się, oni nie jedzą, oni się delektują, co jest subtelną różnicą. Włoska kolacja nie składa się z chleba, kiełbasy i paprykarzu, jak to jest na polskich stołach, tylko z kilku ciepłych posiłków i różnych regionalnych pyszności, które lepiej spróbować, żeby nikogo nie obrazić. Przy włoskim stole oprócz jedzenia najważniejsza jest dobra atmosfera i nie patrzy się jedynie do talerza, ani w telefon ale zajmuje się też rozmową, a właściwie to przede wszystkim się nią zajmuje. Kolacje u rodzony M zaczynają się po 21 a kończą grubo po północy. Nie można się szybko z nich wymigać i zawsze przychodzi mi swoje odsiedzieć, czasem to sama przyjemność, gdyż konwersacje z Włochami bywają inspirujące a czasami no cóż… Włosi nie wstydzą się rozmawiać gwarą, co więcej, uważają ją za bogactwo kulturowe i chwała im za to, ale wtedy siedzę jak na tureckim kazaniu. To według mnie wielki przywilej, ponieważ czasami lepie nie wiedzieć, co tak naprawdę „rodzina” ma do powiedzenia.

Jestem świadom, że gdybym miał wszystkich w pobliżu, najpewniej bym oszalał. Być zaś jej częścią to dla mnie powód do radości i dumy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz