przymusowy postój

Powrót z Astany do domu minął niespodziewanie szybko, rankiem przed wylotem jeszcze spokojnie zjadłem śniadanie w hotelowej restauracji, bez pośpiechu spakowałem się i przed 12 wyszedłem przed hotel, gdzie akurat czekał już na mnie kierowca. Bardzo się zachmurzyło tego dnia, ale nie miało to już dla mnie żadnego znaczenia, bo przecież wracałem do domu. Pomyślałem nawet wtedy jaki miałem fart, że jeszcze wczoraj, kiedy zwiedzaliśmy miasto świeciło słońce i aura sprzyjała poznawaniu zakątków stolicy.
Kierowca nie mówił po angielsku, więc droga na lotnisko minęła nam w zupełnym milczeniu. Wyjeżdżałem zadowolony, że zdecydowałem się tutaj przyjechać, ale czy chciałbym tutaj kiedyś wrócić? Może kiedyś i na pewno nie sam. Czego zabrakło mi podczas tego krótkiego pobytu to możliwość poznania tutejszej kuchni i odwiedzeniu paru restauracji, a do takich atrakcji najbardziej nadawałoby się towarzystwo M. Może więc następnym razem wrócimy tutaj obaj i rzucimy się w wir kulinarnych doznań Astany.
Droga na lotnisko trochę mi się dłużyła, choć była sobota i wcale nie było korków. Po drodze oglądałem kolejne powstające projekty architektoniczne, to miasto to ewidentnie jeden wielki plac budowy, za kilka lat gdy tu wrócę pewnie nie poznam tego miasta a z lotniska do centum będę jechał kolejką nadziemną, która aktualnie dopiero co powstaje.
Na lotnisku pustki, kilka sklepów wolnocłowych oferujących arcydrogie zachodnie produkty, nie warto było nawet tego oglądać. Myślałem że przywiozę M. jakieś lokalne wino, ale cena 55 eur za butelkę kazaskiego specjału ostatecznie mnie zniechęciła.

Na Okęcie przylecieliśmy prawie o czasie, miałem przed sobą ponad 5 godzin czekania na przesiadkę do Zurychu, czas ten spędziłem w loungu przeglądając prasę i wlewając w siebie od czasu do czasu lampkę wina. Takie wielogodzinne, bezczynne czekanie męczy mnie najbardziej, z reguły wolę od razu przesiąść się na kolejny samolot, by jak najszybciej dotrzeć do celu podróży, ale niestety mój samolot odlatywał dopiero wieczorem. Kiedy zbliżał się czas boardingu opuściłem wygodny fotel i poszedłem w stronę wyjścia. Boarding jeszcze się nie rozpoczął więc z niecierpliwością stukałem butem i raz po raz spoglądałem na zegarek. Po kwadransie zobaczyłem jak z samolotu wychodzą piloci i cała obsługa samolotu a po chwili z megafonu usłyszałem komunikat: samolot będzie miał opóźnienie około 3 godzin. W jednej chwili, na sama myśl że muszę wrócić do saloniku i przeczekać tam kolejne kilka godzin, jakby uszła ze mnie resztka energii. Przyszło mi wtedy przez myśl, że mógłbym spróbować przebukować swój powrotny bilet na jutro na rano a na ten wieczór pójść i przespać się gdzieś do hotelu. Wymieniłem parę uprzejmych zdań z miłą Panią w informacji i po niecałej godzinie leżałem już wygodnie w hotelowym łóżku. Przez moment nawet zdawało mi się, że wróciły mi siły żeby spotkać się z kimś w Warszawie, ale nie trwało to długo – zasnąłem z komórką w dłoni a obudził mnie dopiero dźwięk telefonu zamawianego wcześniej budzenia.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

ostatnie godziny przed wylotem

Największą ciekawość wzbudzałem wśród dzieci, które przyglądały nam się ukradkiem, uśmiechały się by zaraz potem nieśmiało łamaną angielszczyzną próbować zagaić rozmowę.

Ponieważ miasto znajduje się na półpustynnych stepach, klimat jest tu specyficzny. Zima rozpoczyna się w połowie października i trwa pół roku. Temperatura spada wtedy nawet do -40 stopni. Wiatr również rzadko sprzyja spacerom. Na szczęście pogoda mi dopisała, przed przyjazdem w nocy temperatura spadała do -21 stopni, ale w dzień raptownie wzrastała do kilku stopni powyżej zera. Poza tym nieustająco świeciło słońce więc było całkiem znośnie.

Astana jest miejscem bardzo specyficznym – zbudowana praktycznie od zera na stepie ma być wizytówką Kazachstanu. Niepowtarzalna architektura łączy style Wschodu i Zachodu, tradycję i nowoczesność. Nie znajdziesz tu zabytkowych budowli, ale nowoczesną architekturę, która robi niesamowite wrażenie, szczególnie na tle stepowego krajobrazu. Z relacji przypadkowo spotkanych studentów z Krakowa środkowoazjatyckie stepy są coraz popularniejszym miejscem na interesujące wyprawy.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

autem po Astanie – ciąg dalszy

Im dłużej przejeżdżaliśmy przez Astanę wiedziałam już, że „coś takiego” nie mogłoby powstać nigdzie indziej. By zrealizować projekt, który stworzył prezydent potrzeba było niewielkiego miasta, zajmującego stosunkowo niewielką powierzchnię, mającego w koło mnóstwo terenów do zagospodarowania.

Głównym celem Nazarbajewa bylo stworzenie miasta, które stałoby się wizytówką całego kraju, jego chlubą i największą atrakcją. Każdy architekt zgodzi się z tym, iż znacznie łatwiej piękny budynek wybudować od podstaw niż dostać za zadanie zrobienia „cudu” z czegoś co powstało dziesiątki lat wcześniej i niekoniecznie jest w dobrym stanie. Co więcej taki niczym nieograniczony architekt, który dysponuje ogromnymi przestrzeniami, o zapleczu finansowym nie wspominając, w takim „nowym mieście” zaprojektować może nie tylko piękne, nowoczesne budynki, ale i ogrody, place, osiedla mieszkalne.

Trzeba przyznać, iż miasto budowane jest z wielkim rozmachem. Przez zaledwie kilkanaście lat z małego miasteczka, niczym niewyróżniającego się zmieniło się w piękne, nowoczesne miasto; czyste, zadbane, atrakcyjne. Ciągle powstające bloki mieszkalne są ładne, istniejące wcześniej odmalowane.

Astana robi ogromne wrażenie na odwiedzających ją turystach, jednak nie ma co się temu dziwić, przeznaczono ogromny budżet na ten cel i stoi za tym praca ogromnej rzeszy ludzi. Na tym chyba prezydentowi zależało – przybysz ma w stolicy Kazachstanu patrzeć zachwycony na otaczające go niebosiężne obiekty ze szkła i stali o nowoczesnej konstrukcji i urzekającej linii.

Obok ładnych osiedli mieszkalnych widać również przepiękny Pałac Pokoju, pełniący funkcję siedziby prezydenta, niczym nie ustępujący tym opisanym w baśniach „Tysiąca i jednej nocy”. Wszędzie niesamowita ilość fontann, mieniących się we wszystkich kolorach tęczy. Na środku ogromnego placu, otoczonego zewsząd ogromnymi biurowcami i trawnikami z równiutko przystrzyżoną trawką i kwietnikami, stoi Bayterek Tower, czyli wielka kula, mieniąca się jak drzewko bożonarodzeniowe. Jest to pewnego rodzaju znak rozpoznawczy stolicy, miejsce z którego roztacza się widok na całe miasto, a główną atrakcją samej „kuli” jest księga z odciśniętą na niej dłonią prezydenta, z którą każdy odwiedzający ochoczo robi sobie zdjęcie.

Jej nietypowy kształt ma nawiązywać do kazachskiej ludowej opowieści o drzewie życia, podtrzymującym niebo, w którego szczelinie jajo złożył mityczny ptak szczęścia. Tak powstać miało słońce. Taras widokowy znajduje się w złotej kuli, mającej symbolizować jajko. Wieżę rozpoznałem od razu – znajduje się na odwrocie narodowych banknotów.

Jakby tego było mało kolejnym pomysłem mającym na celu uatrakcyjnienie stolicy było postawienie w odległości kilkuset metrów od pałacu ….. piramidy o skomplikowanej symbolice i pompatycznej nazwie. Piramida Pokoju i Pojednania – składa się ze szklanych trójkątów umieszczonych na pięciu kondygnacjach, tworzących ogromną piramidę. Budowla powstała z okazji Kongresu Liderów Religii Światowych i Tradycyjnych i choć nie ma tu widocznych żadnych symboli religijnych, piramida przez niektórych nazywana jest świątynią pradawnego Kultu Słońca. Kolejne piętra przepełnione są symboliką – w piwnicach znajduje się ciemny Teatr Operowy z wizerunkiem słońca na suficie. Wyżej – sala kongresowa z ogromnym “słonecznym” stołem pośrodku. Najwyższa kondygnacja jest całkowicie przeszklona, co pozwala na bezpośredni kontakt ze Słońcem.

Oglądając atrakcje miasta miałem wrażenie że odwiedzam kraj dyktatorski, wszystkie najważniejsze budowle, obiekty, mosty, uniwersytety, muzea nosiły nazwę obecnego prezydenta. Pieniądze które wpompowano w całą inwestycję są niesamowite i niektórzy uważają, że całe miasto to tylko kolejna jego fanaberia.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Autem po Astanie

Po śniadaniu umówiony byłem z przewodnikiem na zwiedzanie miasta. Nie wiem dlaczego, ale w hotelowym lobby spodziewałem się spotkać mężczyznę, kiedy to niespodziewanie wyrosła przede mną drobniutka, za to śliczna i bardzo sympatyczna Nazgul – studentka ostatniego roku matematyki na Uniwersytecie Nazarbajeva. Kierowcą okazał się ten sam pan, który poprzedniego wieczoru odebrał mnie z lotniska i w takim składzie wyruszyliśmy na zwiedzanie stolicy.

Astana to miasto, które zadziwia i zachwyca zarazem. Według Nazgul dla jednych to miasto, które powala nowoczesnością i bogactwem, dla innych to tylko ogromna ilość wyrzuconych w błoto pieniędzy i ekstrawagancja prezydenta. Z tonu w jakim to opowiadała szybko zrozumiałem, że jej największym życiowym marzeniem jest jak najszybsza emigracja najlepiej do Stanów na Florydę. Jeśli ktoś, kto nigdy nie był w Centralnej Azji, a o Kazachstanie wie tyle ile wrażeń dostarczył mu głupawy Borat, znalazłszy się w tym kraju doznałby szoku. Jeśli jednak ktoś taki wylądowałby w Astanie to myślę że uznałby, że śni.

Do prawie końca 2000 roku, kiedy to przeniesiono tutaj stolicę kraju to niewielkie miasteczko w północnej części Kazachstanu nie wyróżniało się niczym szczególnym. Koszt przeniesienia stolicy z Ałma Aty do Astany wyniósł podobno 15 miliardów dolarów, widać jednak, że był to dobry krok – dzięki temu nowoczesna architektura nie jest hamowana poprzez nakazy i zakazy dotyczące zabytków, a miasto z każdym rokiem pięknieje, nabiera ogłady i staje się zgodnie z zamysłem wizjonerów jedną z najważniejszych metropolii Azji Centralnej.

Specyficzna historia miasta sprawiła, że Astana nie powstawała jak większość miast, poprzez rozrastanie się, ale została w całości zaprojektowana. Próżno szukać tu wąskich uliczek, w których można się zgubić, cały układ urbanistyczny jest bardzo czytelny. Symetria, ład i porządek są wręcz przytłaczające. Dość szybko zauważyłem, że na ulicach brakuje ludzi, a drogi nigdy nie są zakorkowane. Ciągle powstające nowe budynki mieszkalne, mimo iż zadziwiają swoimi rozmiarami, nowoczesnością i niekonwencjonalnymi kształtami, czy kolorami, stoją w większości puste. Budynki są nieproporcjonalnie duże w stosunku do liczby mieszkańców.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Seul – Astana

Wiem, że nie powinno się z nikogo nigdy naśmiewać i że niektóre uwagi i komentarze najlepiej zachować tylko dla siebie. To lepsze niż ogłaszanie ich wszem i wobec niczym prawdy objawione, bo każda narracja ma to do siebie, że bywa myląca… Ale nie dałbym rady nie wspomnieć o swoich wrażeniach z podróży do Kazachstanu. W związku z tym, że w maju zaczynam nową pracę i najprawdopodobniej mogę zapomnieć o jakimkolwiek dłuższym urlopie przez najbliższe kilka miesięcy, postanowiłem wykorzystać ostatnie dni wolności i kupiłem bilet do Seulu z powrotem przez Astanę w Kazachstanie.

Sam z siebie pewnie nigdy nie zdecydowałbym się tam polecieć, bo Kazachstan raczej nie pozycjonował się wysoko na liście krajów, które jakoś szczególnie pragnąłbym odwiedzić, ale w ramach uatrakcyjnienia drogi powrotnej Korei pomyślałem: a co mi szkodzi? Z Seulu do stolicy kraju Astany leciałem Air Astana z przesiadką w Ałmaty. Zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać, na forach internetowych naczytałem się strasznych historii o korupcji, wysokiej przestępczości, ogólnie panującej biedzie, ale i o bogactwie i nowoczesności Astany. Żeby za nadto nie spaprać sobie urlopu, w Astanie postanowiłem zatrzymać się tylko na kilka dni. Nie miałem doświadczenia w przelotach ich narodowym przewoźnikiem, dlatego bilet na trasie Seul Almaty Astana kupiłem w klasie biznes. Air Astana reklamuje się jako jedna z najnowocześniejszych linii pasażerskich w tamtej części świata, co roku dostaje nagrody i podobno ma najnowocześniejsze samoloty, ale kto ich tam wie. Na youtube obejrzałem sobie parę filmików przedstawiających wrażenia z podróży na pokładzie ich samolotów i nawet zacząłem się cieszyć, że podróż minie mi w tak przyjemnych warunkach. No ale niestety, w Seulu ostatniej chwili zmienili typ samolotu i zamiast Boeingiem 767 poleciliśmy 757 z biznes klasą pamiętającą lata 90. – obszarpane, toporne, zdezelowane fotele, brak indywidualnych monitorów, wszystko jakieś takie siermiężne. Pasażerowie którzy wsiadali ze mną na pokład samolotu stanowili kolorową mozaikę podróżnych niczym z lat 80. – bezzębni, srebrnozębni, złotozębni, szarzy i pstrokaci, czasem jaskrawo kolorowi, zamszowo-futrzano-skórzani, brzuchaci, nieogoleni i niedomyci, pszeniczno-buraczani, mógłbym przysiąc że niektórzy panowie noszący się w obcisłych dresach nie nosili pod spodem żadnej bielizny, bo fafiki albo mocno odznaczały się im w spodniach albo bezwolnie latały na prawo i lewo. Moim zdaniem mało urodziwi, ale może to kwestia gustu.

Po starcie dopiero okazało się, że każdy z pasażerów otrzymał własny ipad z kolekcją filmów, kosmetyczkę, słuchawki a uroczy i nawet całkiem męski na krótko ostrzyżony pan steward jak nalał mi whiskey to od razu potrójnej, co by nie tracić czasu na późniejsze dolewki. Serwowane posiłki okazały się całkiem smaczne a fotele choć zdemolowane zębem czasu nawet wygodne i prawie rozkładane. W Ałmaty wylądowaliśmy punktualnie, miałem tylko godzinę na przesiadkę. Lotnisko okazało się małe, dlatego przestałem martwić się, że nie zdążę na następne połączenie do Astany, poza tym kartę pokładową otrzymałem już w Seulu a na kontroli paszportowej nie było kolejki. W Ałmaty było 22 stopnie, w hali odlotów panował okropny zaduch, nim przeszedłem przez kontrolę bezpieczeństwa byłem nawilżony w każdym otworze ciała jakbym szykował się na seksmaraton. Gdy znalazłem swój gate, akurat rozpoczęto wpuszczanie pasażerów. Ku wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że nie wiadomo czemu Air Astana przebukowała mnie na następny lot, za godzinę. Musiałem się cofnąć do hali odlotów, na nowo zrobić check-in i przejść całą kontrolę bezpieczeństwa od początku. Nie obyło się bez zamieszania, bo obsługa lotniska nie potrafiła zrozumieć dlaczego chcę (albo raczej) muszę wrócić. W tzw. międzyczasie próbowałem połączyć się z wi-fi żeby dać znać kierowcy że przylecę innym samolotem. Nie uśmiechało mi się korzystać z usług lokalnych firm taksówkowych, ich kierowcy rzucali się na przylatujących turystów jak sępy czego przedsmak miałem na hali przylotów w Ałmaty – prawie sami łapali za walizki i prowadzili delikwentów do swoich aut. Taki kurs u nich z lotniska do centrum Astany 100 dolarów, podczas gdy ja płaciłem tylko 20.

Za to dwugodzinny lot z Ałmaty do Astany to jawna rozpusta: nowoczesny samolot, eleganckie wnętrza, przemiła obsługa, szyk, smak i bardzo wysmakowany gust. Lot przebiegł w przyjemnej atmosferze, kilka godzin minęło zadziwiająco szybko i już po chwili zniżaliśmy nad bezkresnymi stepami, ciągnącymi się praktycznie do progu pasa. Lotnisko w Astanie sprawia wrażenie prowincjonalnego, jednak do insfrastruktury nie można mieć zastrzeżeń

Późnym wieczorem dotarłem do hotelu. Pierwsze wrażenie? Nie da się ukryć, że Kazachstan to biedny kraj, infrastruktura w większości kraju kuleje, ale Astana robi bardzo dobre wrażenie. Astana rozświetlona jest neonami świateł, reklam i billboardów, a wielopasmowe drogi przywołują obrazy Dubaju albo innej arabskiej bogatej metropolii.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Specyficzne podejście do życia

W lipcu 2007 dostałem prezent w postaci możliwości pracy zagranicą. Z perspektywy lat ten prezent wystarczył za wszystkie prezenty świata, przynajmniej takie mam wrażenie.

Gdy odszedłem z firmy pękła szklana kula w której żyłem a przez kilkanaście miesięcy bujałem się na obrzeżach rynku pracy. Dowiedziałem się, że moja praca i sukcesy z nią z związane przez lata były solą w oku innych. Usłyszałem też, że mam fajne cv i doświadczenie, ale zupełnie nikomu niepotrzebne, a przynajmniej ani w Szwajcarii ani w Polsce.

Minęło wiele lat, zmieniłem się ja i zmienił się świat, zapewne z powodu zastoju zawodowego jakby częściej zdarzało mi się podsumowywać moje dotychczasowe życie, taki mój mały prywatny fiś. Wielokrotnie zdarzało mi się łapać w myślach na jednym twierdzeniu: że miałem piękne życie, że gdyby teraz przyszło mi się z nim rozstać, w dowolnych okolicznościach, tak nagle, to nie dałbym szat, nie płakałbym bo miałem naprawdę piękne życie, zupełnie wyjątkowe. Po prostu wydarzył się scenariusz, który się zrealizował i którego byłem uczestnikiem, a którego nie byłem w stanie przewidzieć. Nie miałem żadnych powodów, żeby przypuszczać że moje życie będzie kolorowe i wyjątkowe. Mam wrażenie, że decyzja o emigracji uaktywniła we mnie człowieka, którym się stałem, wcześniej nie miałem pomysłu na siebie, właściwie żadnego planu na życie.

Moje pokolenie nie miało planu, bo wchodziło w życie w momencie totalnie przełomowym a szczęście polegało na tym, że kompletnie nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że jest to przełom. Moje pokolenie uczestniczyło w spektakularnym przełomie dla Polski i jednocześnie jest ostatnim pokoleniem łączącym przeszłość z przyszłością, która jest wielką niewidomą. Pamiętam jeszcze niektóre rzeczy z tamtych czasów, pamiętam zachwyt nad kolorowymi opakowaniami, wstrząsające kolorowe napoje w puszce albo kartonie z zagranicy, pamiętam zapach i smak produktów niedostępnych na rynku. Pamiętam jak czasem bardzo się tego wstydziłem, chowałem to przed koleżankami i kolegami w szkole, ukrywałem, żeby nie było im przykro, bo miałem za mało, żeby się podzielić ze wszystkimi. Nie wstydzę się ani tego, ani tamtych czasów, bo dało mi to swoisty życiowy bagaż. Potrafię nadal mieć szacunek dla pewnych dóbr, człowiek który nigdy nie zaznał biedy, nie musiał zacisnąć pasa albo zagłuszyć w sobie jakiegokolwiek „głodu” to nigdy nie będzie w stanie docenić tego, że doświadcza przyjemności pełni.

W dniu, w którym zaczynasz mieszkać w innym kraju, nie jesteś już turystą ani podróżnikiem, ale nie jesteś też tubylcem. Stajesz się czymś pomiędzy swoim starym życiem a nowym i nie ma znaczenia, jak długo to trwa albo czy wrócisz, bo zawsze będziesz częścią wspólnoty, który przeżył to wyjątkowe doświadczenie i dobrze zna poczucie przynależności i swoistej nieprzynależności, wynikające z życia pomiędzy, zdając sobie sprawę, że oba uczucie tęsknota za domem i komfortu bycia u siebie oraz to co nieznane, mogą istnieć w tym samym czasie.

Opublikowano emigracja, Mądrości, podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Eksperyment ucieczka czyli odkrycie wieku dorastania

Minęło przeszło 2 lata od czasu kiedy moje myśli intensywnie krążyły wokół tamtego pomysłu. Myślałem wtedy, że po niemal 15 latach to jest najlepszy moment, aby zobaczyć jak to jest na podstawie własnych, przemyślanych decyzji doświadczyć jak to jest odrzucić linę asekuracyjną, przestać powielać codzienne schematy. Po co? Bo to ciekawe przekonać się kim jestem, sprawdzić na sobie czy istnieje życie po życiu. Wybrałem świetny moment, to była ryzykowna, odważna, ale wspaniała decyzja, pamietam tamten entuzjazm i strach w tych samych proporcjach…

W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie chcę popełnić błędu zakładania, że zrobię coś na starość. Nie wiedziałem tego wcześniej, ale nagle dostrzegłem że nie ma czegoś takiego jak gwarantowana starość, że kolejny dzień może być tym ostatnim, więc trzeba dbać o to, co ma się wokół. Z wiekiem coraz bardziej zaczynam szanować swój czas i siebie w nim także. Czas jest bardzo cenny.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Poranny njus

Wiadomość o wyniku rekrutacji dotarła do mnie w drodze do toalety, ze spuszczonymi spodniami i gołą dupą biegłem odebrać telefon. Okazało się, że próbowali kontaktować się ze mną już w piątek wieczorem, o 16. miałem rozmowę z babką ze Stanów a przed 18. byli zdecydowani złożyć mi ofertę.
Jak ja się cieszę! Kamień z serca, banan na twarzy, radość i ulga zarazem, smutek też, bo M. przecież na razie zostanie w Bernie.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Tour po Polsce – Wrocław

To, że rozmowa o pracę może być miła, przyjemna a zarazem profesjonalna przekonałem się we Wrocławiu. Miła pani z HR najpierw napisała do mnie maila, zaprosiła na wstępną rozmowę, potem zadzwoniła i przez godzinę dyskutowaliśmy o moim doświadczeniu, o tym kogo szukają i co możemy sobie zaoferować. Na spotkanie we wrocławskim oddziale przygotowywałem się dwa dni, pierwszy raz uczyłem się opowiadać o swoim doświadczeniu po włosku i było to trochę dziwne doświadczenie a nawet lekko dołujące, za to M. miał przy mnie niezły ubaw, bo nareszcie po ponad dekadzie zrozumiał, czym tak naprawdę zajmowałem się przez ostatnie kilkanaście lat spędzonych w Szwajcarii.
Zaliczyłem małego zonka, gdy odkryłem, że owszem, zabrałem ze sobą pełno koszul, tyle tylko że żadna nie nadawała się pod krawat, więc w konsekwencji na rozmowę poszedłem bez zwisu męskiego. Zostało mi to szybko wybaczone, bo i oni zmienili trochę agendę: rozmowy odbywały się nie z jednym, ale dwoma menadżerami a raczej menadżerkami.
Jak bardzo zmienia się nastawienia człowieka do firmy i stanowiska kiedy na spotkaniu na dzień dobry słyszy się: ma pan bardzo ciekawe doświadczenie, mam nadzieje, że uda nam się przekonać pana do pracy u nas.
Takie słowa na starcie od razu burzą wszystkie bariery i sprawiają, że dalsze rozmowy odbywają się na zasadach bardziej partnerskich i z większym zaangażowaniem obu stron..
Nie zmieniło to faktu, że pani zrobiła mi mentalną ścieżkę zdrowia, przeczołgała krzyżowym ogniem pytań i sponiewierała przykładami, by sprawdzić czy podołam oczekiwaniom na tym stanowisku. Odbyło się to jednak w sposób bardzo kulturalny i cywilizowany.

Na koniec usłyszałem, że wypadłem dobrze, jest chemia i że będę zaproszony na rozmowę z szefową ze Stanów. Na tę drugą rozmowę nie musiałem długo czekać, termin został wyznaczony następnego dnia – piątek o 16.

Zastanawiałem się potem dlaczego tak się w ogóle dzieje, że interview są mało przyjemnym doświadczeniem. Czy Polacy tak mamy? Ludzie leczą swoje kompleksy? Czujemy się lepiej gdy widzimy, że rozmówca czuje się gorzej? Nie lubimy, gdy przychodzi do nas profesjonalnie uśmiechnięty i dobrze ubrany kandydat? Czy to znaczy, że za dobrze się czuje, więc trzeba go zdołować? Przez kilka ostatnich miesięcy miałem wiele prób przeczołgania po stronie potencjalnego pracodawcy z nastawieniem typu: no to co takiego ciekawego pokaże nam Pan tutaj, że nas olśni?

 

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Tour po Polsce – Opole

Po kilkunastu latach wróciłem odwiedzić Opole. Wczesnym rankiem dotarłem do dworca w Płaszowie, żeby złapać jedyny, bezpośredni pociąg do Opola. Jakoś mało atrakcyjna wydawała mi się opcja przesiadania się na jakiejś stacji w jakimś Miechowie i czekanie na kolejne połączenie 45 minut, na mrozie, na dworcu w jakimś piździmiu dolnym. Trochę się nagimnastykowałem, żeby kupić ten bilet, ale ostatecznie byłem bardzo zadowolony. Jak by nie patrzeć cała podróż była bardzo sentymentalna, bo kiedyś spędzałem w Opolu wiele czasu, miałem grono znajomych a miasto nie miało przede mną tajemnic, tyle tylko że to było nawet zanim powstał ten blog. Z okazji tego wyjazdu odnowiłem nawet dawną znajomość ze swoim ex. Ba! Zostałem nawet zaproszony do jego nowego mieszkania i przedstawiony nowemu partnerowi, który okazał się mieć 23 lata. Przez dwie dekady niewiele się w tym względem zmieniło – uśmiechnąłem się jedynie do siebie w myślach, ale nie skomentowałem, nie chcąc nikomu robić przykrości. Mam tylko nadzieję, że ja nigdy taki nie będę dobijając 50 wiosen.
Opole zmieniło się i to bardzo, z dawnych miejsc pozostała tylko Maska, w całym mieście pootwierało się mnóstwo nowych restauracji, barów, powstał nowy hotel, galeria centrum i muzeum. Pomimo siarczystego mrozu poszedłem przejść się po opolskim rynku i zobaczyć na własne oczy zmiany, które dokonały się odkąd byłem tutaj po raz ostatni. Sentyment jakiś pozostał, ale emocje na pewno opadły, przechadzałem się dawnymi ulicami i głównie uśmiechałem się na widok dawnych miejsc i wspomnień z nimi związanych. Zupełnie jakbym oglądał swoje życie w starym kinie, czarno-białe zdjęcia nieustająco przewijały mi się przed oczami, nieustannie coś sobie przypominałem jakby w mojej głowie otworzyły się dawno nie używane przegródki ze wspomnieniami.
Późny obiad w Biesiadzie Opolskiej a potem impreza domowa zupełnie tak jak kiedyś, przez cały wieczór przez ich dom przewinęło się mnóstwo osób. Śmieszne to było jakbym cofnął się w czasie.
W ramach rozpoznawania miasta zajrzałem do Muzeum Polskiej Piosenki, gdzie dyrektorem okazał się dawny znajomy – i znowu wróciły wspomnienia, dużo wspomnień, bardzo dużo.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz