Miszmasz

Jak co roku pojechaliśmy na wakacje do Lecce, ja jak zwykle tylko na kilka dni a M. na prawie 3 tygodnie. Tegoroczny wyjazd był jak najbardziej planowany, bo nikt z rodziny M. nie był zaproszony na nasze przyjęcie weselne w maju. Od początku planowaliśmy zorganizować jedno przyjęcie we Włoszech a drugie w Polsce.
Tego lata niestety zaskoczyły nas ceny biletów na samolot, jak i cena wypożyczenia auta na lotnisku w Brindisi. Kalkulując wszystkie wydatki wyszło nam że tym razem najlepiej opłaciłoby się nam pojechać tam ze autem. Wypożyczyliśmy więc w Bernie wygodne Renault i zaplanowaliśmy drogę tak, by w ciągu dwóch dni pokonać trasę 1400km, zatrzymując się pod drodze na noc w Anconie. M. trochę protestował i mruczał pod nosem z niezadowolenia, w jego przekonaniu dałby radę przejechać i 3000km non stop, ale że życie mi jeszcze miłe wymusiłem na nim dodatkowy nocleg. Ostatecznie mogę jednak mówić o niesamowitym szczęściu – przypadkiem odkryłem w Anconie bardzo wygodny hotel Ego z super restauracją, że sam M. cieszył się, że namówiłem go na ten przystanek.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekendowe Costa del Sol 3

Kocham to miejsce! Po co mam latać na Karaiby czy inne Mauritiusy albo tłuc się z przesiadkami do Brindisi w poszukiwaniu plaży jak do Malagi samoloty ze Szwajcarii latają bezpośrednio 4 razy dziennie, a ceny biletów i hoteli w sezonie są śmiesznie niskie? Malta, którą bardzo lubię zniechęca mnie brakiem piaszczystych plaż, Barcelona i Nicea odstraszają drożyzną a Costa del Sol wydaję się posiadać wszystko czego mi trzeba na krótkie, weekendowe wyprawy w poszukiwaniu plaży i słońca. Razem z M. zacieramy już ręce kiedy znowu tutaj przylecimy albo nawet ja sam.

Z okazji moich urodzin zaprosiłem M. na kolację, w tym roku wybrałem Sollo 20 km od Torremolinos. W samym Torremolinos nie uraczysz niczego co nie podawane byłoby z frytkami, ryżem albo pastą dlatego musiałem się trochę nagimnastykować by znaleźć w okolicy coś bardziej wykwintnego. Same nazwy dan onieśmielały: zielone skorupki z jesiotra, kawior, macaroni z pastą z pstrąga i pralinkami z orzeszków ziemnych, sos Huancaina, pstrąg marynowany, kulki krabowe z tamaryndowym beszamelem, węgorz z sosem Kabayaki, chorizo z grillowanym jesiotrem po prostu niebo w gębie.

Leżenie plackiem na leżaku pod parasolem, z ciekawą książką w ręku, w oddali szum morza a pod stopami gorący piasek, na wyciągnięcie ręki zimne piwo albo koktajl z parasolką. Wygrzałem swoje stare kości bo strasznie mi tego brakowało.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekendowe Costa del Sol 2

Po tym jak dzień wcześniej przepłaciliśmy za niedosmażoną rybę 60 € przez cały wieczór chodziłem nabuzowany. Jeszcze widok pijanych Angoli na przyhotelowym basenie potęgował mój nastrój niezadowolenia. W nocy pomimo cienkich ścian na szczęście nikt nie ujadał ani nie krzyczał i mogliśmy się wyspać.

M. nie zapomniał zabrać ze sobą naszej elektrycznej mokki przez co o poranku mogliśmy celebrować nasz rytuał porannego espresso. Sala śniadaniowa okazała się halą-fabryką do wydawania śniadań i najpierw trochę mnie to przeraziło ale potem muszę przyznać organizację mieli na tip top, całkiem sprawnie im tam wszystko hulało pomimo tłumów na sali. Niczego nie brakowało, zimny i ciepły bufet przez cały czas uginał się od jedzenia, świeżych owoców, soków oraz napojów a kelnerzy w ukropie uzupełniali braki.

Poszliśmy na plaże wynajęliśmy dwa leżaki z parasolem, za które zapłaciliśmy tylko 10€ i od razu mi się humor poprawił. Miła strzaskana na mahoń Hiszpanka  przyniosła nam jeszcze dwa zimne piwa, które też kosztowały jakieś śmieszne pieniądze i wtedy poczułem, że chyba zaczyna mi się tutaj podobać i nie przeszkadza mi że Torremolinos jest głośne i byle jakie i nie ma nic z klimatu Hiszpanii. Plaża nieciekawa, piasek lekko czarny, za to gorący tak, że drugiego dnia poparzyłem sobie stopy próbując bez klapek dojść do morza. Obsługiwał nas bardzo miły Niemiec, na którego pozostali pracownicy wołali słodko Hasselhoff. Żar lał się z nieba przez cały dzień, smażyliśmy się w słońcu wcierając w siebie duże ilości kremu, przynajmniej ja bo M. jak zwykle był mądrzejszy przez co opalił się w czerwone ciapki.

W hotelu dowiedzieliśmy się, że mamy darmowe obiadokolacje co było bardzo miłym zaskoczeniem, bo po kilku godzinach spędzonych na słońcu burczało nam w brzuchu.

Wieczorem pojechaliśmy pociągiem do Malagi, pokręcić się po krętych uliczkach, zobaczyć Stare Miasto, katedrę i zrobić delikatne zakupy. Wcale się nie rozczarowaliśmy, było bardzo miło i sympatycznie. Muszę przyznać że co jak co, ale jak się tutaj odpowiednio zakręcić to może być naprawdę fajne miejsce na urlop.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekendowe Costa del Sol 1

Wyobrażenia miałem o tym miejscu jakieś przejaskrawione, że piękna plaża będzie, szeroka promenada, bujne palmy, hotel pięciogwiazdkowy, pokój z widokiem na morze. Rzeczywistość jednak okazała się być okrutna. Costa del Sol to taki jakby raj dla ubogich, hotele i atmosfera przeniesione rodem z lat 80., szary piasek, w knajpach królują głównie odgrzewane sandwicze, frytki, kiełbaski, pizza i porcje czegoś, owoce morze jeśli są to z cenami wyjechanymi w kosmos, hotele od dawna nie widziały większego remontu, na ulicach watahy pijanych Angoli, wystylizowanych na swój sposób Rosjan i małych, krępych, głośnych niedomytych Hiszpanów. Ci ładniejsi, albo pochodzący z Ameryki Południowej są za pieniądze… Ogólnie drożyzna i wyzysk. Staram się jednak niepotrzebnie nie uprzedzać, bo zostaniemy tutaj krótko. Przez te kilka dni damy sobie radę, ale pewnie z własnej woli nigdy już tutaj nie wrócimy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

na huśtawce nastrojów i myśli

Z szukaniem pracy idzie mi jak po grudzie. Próbowałem szukać pracy w Niemczech, w Szwajcarii, ostatnio aplikowałem nawet do eB na stanowisko poniżej swoich kwalifikacji. Mimo wszystko przychodzą chwile gdy myślę sobie – może udałoby mi się jeszcze cofnąć czas i przywrócić dawny stan rzeczy? Z takimi myślami biłem się wysyłając maila do Jackie, spotykając się na lunch z Angelą i byłym szefem. Nawet M., GH i rodzina próbowali przekonać mnie, że powrót tam nie byłby najgorszym rozwiązaniem. Przełknąłem nawet lunch z byłym szefem, od którego przecież wszystko się zaczęło. Z trudem przyszło mi wysłanie tam papierów…
Rozmowa kwalifikacyjna odbyła się w bardzo przyjemnej atmosferze a mój przyszły manager wcale mnie nie rozczarował, nie oszczędził mi ani kocopałów ani wynaturzeń na poziomie 2+2=4 . Wiedziałem że tak naprawdę robię to wszystko dla M. i że jest to tylko rozwiązanie tymczasowe. Kiedy jednak zadzwonił poinformować, że zdecydował się na innego kandydata zrzedła mi mina.

Teraz myślę sobie, że dobrze się stało, że nie dostałem tej roli – choć nie ukrywam liczyłem, że wybiorą mnie po starej znajomości.
Było mi to potrzebne aby zacząć patrzeć jedynie w przyszłość i nie oglądać się za eB, zamknąć ostatecznie tamten rozdział, bo nie mam tam powrotu. Jakikolwiek powrót byłby oznaką klęski, słabości i swoistej porażki

Czasem zastanawiam się czy dobrze zrobiłem. Z pieniędzmi na koncie mogłem kupić kolejne mieszkanie w Polsce i żyć jak dotąd. Codziennie rano chodzić do pracy, której nienawidziłem i uśmiechać się do szefa, którego utopiłbym w łyżce wody. Podtrzymywać wizerunek wesołego, pełnego energii pracownika corpo. Gdzieś w środku czułem jednak krzyk, który stopniowo narastał, aż miałem wrażenie, że dłużej nie wytrzymam. W końcu zdecydowałem, że czas pójść za tym wewnętrznym głosem, bez względu na konsekwencje.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wypad do Korei

Ten kraj nigdy nie był na liście miejsc które chciałbym odwiedzić. Może kiedyś przez chwilę kiedy przez Azję przytaczał się boom gospodarczy, przyszło mi przez myśl żeby kiedyś móc odwiedzić Seul, ale to była raczej krótka fascynacja. Pamiętam też opinie znajomych pracujących w LG, narzekających na bardzo trudne warunki pracy i różnice kulturowe. Kiedy potem odwiedziłem Hongkong, Singapur, Chiny Indochiny i Japonię to Korea przestała zupełnie być dla mnie atrakcyjna, zupełnie jakby się odczarowała w moich oczach i nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić co mogłoby mnie tam zainteresować. Nawet GH kiedy poruszałem z nią ten temat nigdy nie wyrażała się o tym kraju inaczej, niż jako o dobrym miejscu na tanie zakupy.

W związku z tym, że odwiedziłem już prawie wszystkie kraje Azji Południowej i Wschodniej przyszedł czas żeby wreszcie tam polecić. 

Akurat dobrze się złożyło, bo LOT miał promocję. Przy okazji miałem okazję po raz pierwszy polecieć polskim przewoźnikiem na dalekiej trasie i wcale się nie rozczarowałem. Może faktycznie wystrój klasy biznes kojarzy się ze sklepami IKEI, a wybór programów i filmów z pokładowego systemu rozrywkowego nie rzucał na kolana, ale cena za całkowicie rozkładany fotel była wprost bezkonkurencyjna. Poza tym samolot wyleciał o czasie, jedzenie było przepyszne, obsługa bardzo miła, więc pozostało mi się tylko cieszyć.

Znalazłem nam lokalne biuro podróży, które zabrało nas w pare fajnych miejsc w Seulu. Dodatkowo pojechaliśmy na Nami Island a wizyta tam była prawdziwą wisienką na torcie tej wycieczki. Tak malowniczego miejsca zobaczyć się nie spodziewałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Mam dziwne przeczucie, że…

…moja rozmowa o pracę okaże się jak randka z transwestytą: najpierw wymiana komplementów i grzeczności, potem nosio-nosio-eskimosio, fiku-miku, kiziu-miziu i niby wszystko cacy a tu nagle ch..j.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Dzień świstaka c.d.

Ten dzień miał swój ciąg dalszy… pojechałem do Zurichu. Wyjechałem 3 godziny wcześniej żeby spokojnie dotrzeć na umówione spotkanie. Mało mi się uśmiechało wbijać w garnitur w taki upał, ale jak trzeba to trzeba więc bez zbytniego marudzenia zawiązałem grzecznie krawat pod szyją. Pociągiem dotarłem na HB skąd tramwajem w 20 minut dotralem do Uetlihof nim zacząłem się na dobre przegrzewać i roztapiać. Pierwszy etap misji zakończony całkowitym powodzeniem. Niki z HR która dzwoniła do mnie z UK zarezerwowała dla mnie salkę konferencyjną i umówiła spotkanie z dyrektorem z Nowego Jorku. Na miejscu byłem 20 minut przed czasem akurat żeby spokojnie zarejestrować się na recwpcji, znaleźć salę i w ogóle. Powitanie, wymiana uprzejmości i standadrowe pytanie o cel wizyty wszystko odbywało się według schematu. Schody zaczęły się gdy okazało się, że nie jestem pracownikiwm CS i nie mam przepustki, zaczęli pytać mnie o osobę kontaktową. Z dwóch osób których nazwiskami dysponowałem pierwsza pracowała w Warszawie a Niki okazała sie pracować …w Makati na Filipinach. Zwiódł mnie brytyjski numer telefonu z którego do dzwoniła. Strażnik nie dał się przekonać dlatego nIe czekając długo wybrałem numer Niki. Rozmawiała ze mną krótko a po chwili poprosiła do słuchawki strażnika. Jak w każdej wielkiej firmie czy instytucji finansowej procedura wejścia do budynku jest jednakowa, należy mieć kartę albo osobę kontaktową która przez cały czas wizyty będzie opiekowała się wizytującym gościem.

Standardowo recepcjonista kontaktuje się z odwiedzanym pracownikiem i przekazuje informację kto do niego przyszedł i ewentualnie w jakiej sprawie. Pracownik wyraża zgodę na wpuszczenie gościa lub schodzi po niego do recepcji. Pracownicy ochrony mają obowiązek sprawdzenia czy gość skierował się do odpowiedniego lokalu itd.

Niki dała ciała bo okazało się że nie ma tam nikogo, kto mógłby mnie odebrać. Próbowała, ale bez skutku. Zniesmaczony wróciłem do domu. Po prostu nie wierze że takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Dzień świstaka

Było już po 17., gdy z popołudniowej drzemki wyrwał mnie ostry dźwięk przychodzącego maila. Obiad był syty, M. otworzył butelkę barolo, a że na zewnątrz od kilku dni utrzymuje się nieznośne 30 kresek powyżej zera, niewiele było nam trzeba by nas zmogło. Nagle nabrałem rumieńców i niespodziewanie zasnąłem wtulony w niego na kanapie. Przyszło zaproszenie na interview do eB na jutro na 12. Trochę kolidowało mi to z interview o 17, ale przy dobrej organizacji mogłem przecież zaliczyć dwa spotkania jednego dnia. Ucieszyłem się podwójnie i na nowo zacząłem widzieć wszystko w tęczowych kolorach. Rano wstałem o 8. zrobić nam kawy, otworzyłem pocztę i znalazłem mail, że spotkanie w Bernie zostało jednak anulowane. Nie było podanego powodu ani czy skontaktują się ze mną w innym terminie, trochę dziwne, ale mało rzeczy mnie już dziwi w mojej dawnej firmie. eB jak to on, niewiele się zmienił, chaos w pełni, wysyłają zaproszenie na interview, po czym niespodziewanie, bez podania powodu je anulują. Zero profesjonalizmu. HR zamiast skontaktować się z kandydatem telefonicznie woli o 17. wysyłać zaproszenia na spotkanie następnego dnia, nie pytając kandydata nawet o dyspozycyjność. Podejrzewam, że głupie HR Shared Service narzucają spotkania kandydatom przeglądając dostępność managerów w Outlooku, a po fakcie okazuje się, że ci jednak są zajęci, więc trzeba anulować. Brak słów.

Nie przejąłem się tym zbytnio, dokończyłem robić nam śniadanie i zacząłem koncentrować się na czekającej mnie rozmowie w Zurichu.

Około południa odezwała się do mnie B. – koleżanka z recepcji w eB – komentując dziwne zachowanie naszego HR. Właśnie wpadł jej w ręce mail dotyczący planowanego interview gdzie padło moje nazwisko. Jej uwagę przykuło, że spotkanie organizowane było w Amsterdamie. B. nie była wtajemniczona w moje plany dlatego do końca nie wiedziała czy może taka była umowa między mną a kadrami. Przypadkiem uprzedziła mnie o zbliżającym się nowym terminie spotkania… Niecały kwadrans później ciszę przerwał dzwonek telefonu i miła pani oznajmiła mi, że zostałem zaproszony na rozmowę w środę. Pamiętając jeszcze spostrzeżenie B. dla pewności spytałem z kim i gdzie mam się spotkać. Nazwisko się zgadzało, sala konferencyjna tylko brzmiała mało znajomo, ale nie dałem po sobie poznać, że coś mi się nie zgadza. Powtórzyłem dla pewności nazwisko managera, nazwę sali i miasto Berno. I wtedy pani mnie poprawiła, że spotkanie jest w Amsterdamie… Zapytałem czemu w Amsterdamie? I wtedy chyba na nowo pani zaczęły pracować zwoje w mózgu, bo przeprosila mnie i zaproponowała, że oddzwoni za moment. Pani ewidentnie potrzebuje wakacji…

cdn

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zamki na piasku

To co wydawalo się tylko zwykłą formalnością, nagle wyrosło na ogromny problem. Kilka dni temu pojawiłem się w Fremdenpolizei, by zgodnie z obowiązującym prawem przedłożyć akt ślubu i przy okazji przedłużyć swoje pozwolenie na pobyt w Szwajcarii. Wszystko szło jak z płatka, dopóki urzędniczka nie zapytała mnie o kontrakt o pracę, którego nie miałem… Kilka pytań z czego żyję, od kiedy trwa ta sytuacja, o powód odejścia z poprzedniej pracy i wysokość pobieranego zasiłku i miła pani zwróciła mi wszystkie formularze oznajamiając, że zmieniła się moja sytuacja, więc urząd musi na nowo rozpatrzyć zasadność przyznania mi prawa pobytu w tym kraju. To, że nasz ślub odbył się raptem tydzień temu też wyglądał podejrzanie, wcale mi nie pomogło a wręcz wywołało większe zdziwienie na twarzy urzędniczki. Poprosiła mnie o całą listę dodatkowych dokumentów, zaświadczeń i opini zaświadczających powód, dla którego miałbym zostać tutaj następne 5 lat i pobierać ogromny zasiłek, który nota bene jest większy niż jej pensja. Nie musiała nic więcej tłumaczyć, jej spojrzenie mówiło wszystko. Wyszedłem na darmozjada żyjącego na koszt ich państwa. Skruszony opuściłem budynek urzędu i przekląłem siarczyście, bo w ogóle się tego nie spodziewałem. Mieszkam tutaj 10 lat i wiem jak skrupulatni i upierdliwi potrafią być szwajcarskie urzędy, ale myślałem, że skoro mam ślub, to pozwolenie na pobyt dostanę bez żadnego ale. Pomyliłem się…
M. pociesza mnie, że nic nie mogą mi zrobić, mogą sobie prosić o dodatkowe dokumenty, ale suma summarum prawo jest po mojej stronie, a że nie pracuję i żyję z pieniędzy z ubezpieczenia, to zasługa ich prawodastwa. Gdybym nie był zobligowany do zarejestrowania się jako bezrobotny, to wcale bym tego nie robił, ale tutejsze prawo nakazuje inaczej.
Jeszcze tego samego dnia spłodziłem długie uzasadnienie swojego podatnia, dołączyłem całą stertę dokumentów, wydruków, zaświadczeń i kopii dokumentów, zapakowałem do koperty i wysłałem do Urzędu. Teraz czekam na ich ruch…

W międzyczasie odezwali się z CS i na tapetę powrócił temat pracy w Warszawie, zaprosili mnie na videokonferencje do Zurichu i dziś tam jadę.

Równolegle trwają rozmowy dotyczące szansy mojego powrotu do eB.
M. namówił mnie, abym schował dumę do kieszeni i spróbował tam wrócić. Nie przyjmuje na razie jakichkolwiek innych argumentów. Polska jest dla niego ostatnim krajem, w którym chciałby zamieszkać.
Wiem, że ma sporo racji. Powrót do eB nie jest najgorszym rozwiązaniem, bo stanowisko choć niższe, nie rokujące kariery, praca odtwórcza i nudna, to przynajmniej wskoczyłbym do dobrze znanego mi już bagienka i kultury pracy, zaczął pobierać wcale niemałą pensję i rozwiązałby się problem mojej zbyt długiej przerwy w życiorysie, który z każdym miesiącem coraz bardziej zaczyna razić. Byłbym skłonny do powrotu i byłby to ukłon w stronę M., ale przemyślałem to i byłoby to rozwiązaniw na góra rok czy dwa. Odkuć się finansowo, zainwestować pieniądze i spieprzać stąd jak najdalej. Wymyśliłem sobi, że moglibyśmy spędzić ten czas z M. na podszkoleniu się w językach, odłożeniu paru groszy na mieszkanie i jego wyśniony własny biznes we Włoszech a potem zacząłbym rozglądać się za czymś dla siebie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, kariery w eB na pewno już nie zrobię, jeśli nawet nie cofnę się w rozwoju, ale trudno jest mi przekonać M. do innego rozwiązania. Przez te kilka lat mógłbym spróbować go urobić i lepiej przygotować do ewentualnej zmiany kraju a czy docelowo Niemcy czy Warszawa? Pod kątem mieszkania i znalezienia jemu zajęcia nie ma drastycznej różnicy.

Ale póki nie mam niczego w ręku, na  razie wszystko jest tylko gdybaniem i pisaniem palcem na wodzie.

Opublikowano emigracja, praca | Otagowano , | Dodaj komentarz