Azja Express 3

M. nie musiał wiedzieć, że lecę biznes klasą, bo pewnie dostałoby mi się za to po głowie. 12 godzin w samolocie, non stop to mordęga i póki nie jestem rozparcelowanym ex bogaczem, zamierzam podróżować na bogato czyli komfortowo. Plan mam bogaty: Bangkok – Kuala Lumpur – Malaka – Vientiane – Luang Prabang – Bangkok i dopięty na ostatni guzik. Znajomi powiadomieni

Wylot mam o 17, do Bangkoku przylatuję ok 10 rano a stamtąd po kilku godzinach dalej do Kuala Lumpur. Lot mi się dłużył, zupełnie nie miałem co oglądać w pokładowym systemie rozrywkowym, bo wszystkie filmy były albo stare albo z serii odmóżdżających wywołujące szybko postępującą martwicę mózgu. Gdy wylądowaliśmy na lotnisku w Kuala Lumpur czułem jak cieszą mi się oczy, podnosi mi się endorfina, zmęczenie i znużenie odeszły w niepamięć. Nik – mój zaprzyjaźniony kierowca – czekał na mnie przed wyjściem z terminalu, zawiózł mnie prosto hotelu Traders, przy okazji opowiedział mi co ominęło mnie od lutego w KL, uzgodniliśmy kiedy wybierzemy się razem do Melakki. Nie wiem ile razy byłem w Kuala, chyba ponad 10, i od zawsze zatrzymuję się w tym samym hotelu. Traders ma bardzo dobrą lokalizację, pokoje z widokiem na wieże a ceny nie rujnują człowiekowi portfela. Z przykrością zauważyłem, że obok wież wyrósł ogromny budynek hotelu Four Seasons, który wysokością sięga prawie czubków wież. Trochę to smutne, bo obok stawiają kolejny budynek i jeśli równie wysoki to za kilkanaście miesięcy KLCC park pokryje cień otaczających go wysokościowców a majestatyczne srebrne wieże Petronasu znikną przytłoczone nowopowstałymi konstrukcjami.

Bolały mnie trochę plecy, czułem się połamany, marzył mi się masaż. Telepatycznie myślami przywołałem chyba Ray’a, bo niespodziewanie wpadliśmy na siebie ,a pół godziny później leżałem pod nim jak kłoda, podczas gdy on doprowadzał mnie do stanu użyteczności. Potem mój portfel uszczuplił się jeszcze o kolejne 150 zł a mój pokój przypominał dworzec autobusowy, ciągle ktoś wchodził i wychodził. Niewątpliwie pierwszy wieczór należał do bardzo udanych co wywołało zazdrosne i uszczypliwe komentarze Willa a Kareema.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Bolonia 48 godzin

Po bardzo udanym wspólnie spędzonym długim weekendzie w Rzymie M. zaproponowała kolejny tym razem w Bolonii. W kwietniu byłem tam na kursie i bardzo miło wspominam zarówno tamten czas, jak i miasto dlatego powiedziałem spoko, jedźmy. W tzw. międzyczasie wiele się u mnie pozmieniało, niestety nie na lepsze, bo w czarnej dupie jak byłem tak jestem, nastroje zdołowania i przygnębienia zdarzają mi się regularnie, a mój M. zaczął trochę kręcić nosem, że wszędzie jeżdżę bez niego, że niepotrzebnie szastam kasą i że wziąłbym się za coś pożytecznego. Dlatego, żeby nie dolewać oliwy do ognia, wytłumaczyłem M. swoją sytuację i ostatecznie wycofałem się z październikowego wyjazdu. Zamiast mnie, miała polecieć z naszą wspólną koleżanką z liceum. Na kilka dni przed wyjazdem M. oczywiście nie byłby sobą, gdyby w ostatniej chwili nie zmienił zdania i praktycznie wypchnął mnie z domu. Szczęście, że znalazłem jeszcze tani bilet do Mediolanu a dziewczyny zaproponowały mi wspólne wynajęcie mieszkania przez airbnb. Przyjechałem pierwszy, odebrałem klucze od właściciela mieszkania, zrobiłem nam podstawowe zakupy a potem poszedłem odebrać z dworca dziewczyny. S. nie byłaby sobą gdyby nie zapoznała w samolocie jakiegoś smakowitego cherubinka, który obie panie z bananem na twarzy przywiózł do centrum Bolonii taksówką. Zaraz po ich przyjeździe poszliśmy na miasto oraz kolację okraszoną dużą ilością prosecco , martadeli, mozzareli i wina. Humory nam dopisywały, padało tylko raz i tylko przez chwilę, w drodze do domu S. wczołgała się nawet pod jakieś zaparkowane auto szukając swojej zguby, zaliczyliśmy po drodze też kilka barów a nazajutrz spaliśmy do późna by potem znowu cały dzień beztrosko chodzić po uliczkach Bolonii. Dziewczyny chciały się zrelaksować i chyba im się to udało.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Szybka decyzja

Znalazłem tani bilet do Bangkoku i listopadzie lecę do Laosu. Zakomunikowałem to M. podczas kolacji w Londynie tonem nieznoszącym sprzeciwu. M. pozostał niewzruszony, nawet się nie zająknął, tylko pogratulował mi pomysłu i zapytał kiedy. Poczułem wielką radość i zapał, gdy zacząłem organizować sobie ten wyjazd, jeszcze nigdzie nie wyjechałem a ja już planowałem co zobaczę, kiedy, z kim się spotkam i co będziemy robić. Jeszcze tego samego dnia kupiłem bilety do Kuala Lumpur i Laosu, skontaktowałem się z biurem podróży i palcem po mapie zacząłem wyznaczać trasę zwiedzania.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

Nicea potwornie jest rozkopana

Nicea potwornie jest rozkopana. Z powodu budowy kolejnej linii tramwajowej, masa ulic została wyłączona dla ruchu, drogi stały się jednokierunkowe a dojazd z jednego miejsca do drugiego może przyprawić człowieka o ból głowy, zwłaszcza jeśli nie zna się miasta. Nawet GPS stał się zbędny i kilka razy wariował, przez co trasy przejazdu musieliśmy szukać metodą prób i błędów.

W całym mieście widać obawy przed atakiem terrorystycznym, chodniki w centrum otoczone są wzmocnionymi słupami i solidnymi barierkami oddzielającymi ruch samochodowy od pieszego a na ulicach często spotyka się uzbrojonych w broń automatyczną żołnierzy. Wieczorem kiedy spacerowaliśmy po Promenadzie Anglików co jakiś czas oglądaliśmy się za siebie, jakby znowu miało się coś tu wydarzyć. Następstwem wydarzeń sprzed roku było mniejsze zainteresowanie turystów regionem, które ponoć już prawie wróciło do stanu przed atakiem. W końcu podobne smutne wydarzenia mogą zdarzyć się teraz w każdym miejscu na świecie.

Świeże ryby i owoce morza oraz śródziemnomorska kuchnia skusiły nas by wieczorem zasiąść w jednej z restauracji przy targu kwiatowym. Przechodząc między stolikami w oko wpadło mi szczególnie jedno miejsce, z bogatą ofertą owoców morza a serwowane na stolikach gości potrawy wyglądały bardzo apetycznie, zachęcając do spróbowania.

Przywołałem M., zająłem nam stolik a potem trochę za głośno skomentowałem, że inne miejsca wcale mi się nie podobają, bo za bardzo kojarzą mi się z „menu turistico” rodem z Piazza Navona… Właściciel restauracji, Włoch, uśmiechnął się, gdy niechcący usłyszał mój komentarz i na koniec wieczoru podarował nam mały prezent.

***

Kilka tygodni po powrocie z Nicei przyszedł do M. list z Francji. Mandat. Prawie 50euro. Oczywiście za speed na autostradzie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jeśli dziś nastąpi koniec świata to …

… przynajmniej zginiemy w pięknym miejscu – powiedział do mnie M. gdy przed 6 rano wychodziliśmy z domu, łapać pociąg na lotnisko. Niebo było bezchmurne i czyste, całkowicie rozświetlone od gwiazd, pomimo wczesnej pory na zewnątrz panowała przyjemna temperatura. Spakowałem nas wieczór wcześniej, tak aby M. po powrocie z pracy mógł po prostu rzucić się na lóżko, zasnąć i wyspać się przed czekającym nas długim dniem. W Nicei wylądowaliśmy punktualnie o 10, choć samochód zarezerwowany mieliśmy z lotniska prawie 1,5 godziny zajęło nam jego odebranie. Najpierw M. nie mógł znaleźć karty kredytowej, potem zapomniał swojego pinu a na koniec okazało się, że mamy auto, ale bez ubezpieczenia, na co kategorycznie zaprotestowałem znając z doświadczenia talent francuskich kierowców do prowadzenia pojazdów. Klucze do auta otrzymaliśmy dopiero po dotarciu na drugi termial, co też nie było najprostszą sprawą bo cały teren wokół lotniska był rozkopany z powodu remontu. Dotarłszy tam, znowu musieliśmy ustawić się w kolejce, by odebrać kontrakt a potem połapać się w korytarzach piętrowego garażu i odnaleźć właściwy punkt odbioru auta. Przygoda goniła przygodę, w dużej mierze dzięki M. któremu tylko wydaje się, że mówi po francusku…

Saint-Paul de Vence to niewielkie miasteczko na poludniu kraju, w pobliżu Nicei. Pierwszy raz odwiedzilem je kilka lat temu z K. Dzięki artystom, galeriom i pielgrzymkom turystów będących ich wielbicielami stało się artystyczną stolicą Lazurowego Wybrzeża. Niebo wydaje sie być tutaj bardziej niebieskie, cykady głośniejsze, wysokie sosny wyższe i bardziej zielone, a ciepłe powietrze jakby pachnące. Takie właśnie jest Południe Francji. Kraina zachwycająca wszystkich przybyszów urodą krajobrazu i łagodnością klimatu. Szczególnie wrażliwi na południowe uroki i przyjemności życia są artyści i nie dziwilo nas że stało się ich ojczyzną. Spacerujac po krętych uliczkach z M. łatwo przyszło nam zrozumieć doaczego artyści wszelkiej maści docenili właśnie ten kawałek Europy, przyjazny klimat, światło i wdzięk, uczynili nieustannymi motywami swoich dzieł.

Kilkanaście minut drogi od Nicei, na jednym z licznych wzgórz usadowiło się właśnie Saint-Paul de Vence – perła w koronie Lazurowego Wybrzeża. 3 tysiace mieszkańców i tysiące odwiedzajacych spragnionych spotkania ze śródziemnomorską rzeczywistością znana z obrazów Chagalla, Picassa: szaro- beżowo kamienice, wysoka wieża kosciola, wokół morze kwiatów : pelargonie, irysy, a dookoła labirynty wąskich, brukowanych uliczek, galerie sztuki i sklepy z pamiątkami prowadzące do średniowiecznej fontanny i kaplicy. Zaraz po dotarciu do tego urokliwego miasteczka poszliśmy na lunch do przypadkowo Starego Młyna, który okazał się wyrafinowaną przyjemnością łączącą urodę miejsca z bardzo dobrą kuchnią i swobodną atmosfery. Wlaścicielka mówiąca po angielsku z rozczulającym francuskim akcentem przypomniała nam Le Chanteclair w Marigot i cudowną Mirellę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wiedeń 36

Zrozumiałem na czym polega urok tego miejsca: eleganckie, historyczne wnętrza, bogaty wybór słodkich przekąsek, deserów czy całych zestawów śniadaniowych, do tego prosecco albo szampan i kawy do wyboru, bezszelestna i miła obsługa. Siedzieliśmy tam oczarowani splendorem i wcale nie spieszyło nam się z opuszczeniem tego lokalu. B. zadbała o każdy najmniejszy szczegół tego dnia, co było niesamowitą wygodą, bo zwykle to ja jestem tym, który musi wszystko organizować. Myślałem, że w Wiedniu robiłem już wszystko i dzień spędzę na powtórnym oglądaniu dobrze znanych mi miejsc i odwiedzaniu oklepanych atrakcji. Po śniadaniu B. zabrała mnie na Schwedenplatz skąd odpływał nasz statek na rejs po Dunaju. Mieliśmy niesamowitego farta z pogodą, świeciło słońce, było ponad 20 stopni, biegałem w krótkich spodenkach i cieszyłem się na tą przejażdżkę jak dziecko. Żeby dodać sobie humoru B. zamówiła nam kolejną porcję prosecco i campari z sokiem, bo kto powiedział, że o 11 nie można pić alkoholu? Siedzieliśmy sobie we dwójkę na pokładzie statku, leniwie wystawiając nasze ciała na miło prażące słońce, sączyliśmy drinki i cieszyliśmy się oczy widokami Wiednia. B. wydaje się rozumieć, że nigdy nie wrócę już do firmy tudzież wcale nie próbuje mnie przekonywać, do zmiany decyzji. Zdaje sobie sprawę z mojej sytuacji i rozumie, że w niektóre rzeczy nie ma co brnąć na siłę, by móc sobie jeszcze spokojnie spojrzeć w twarz.

W stolicy Austrii mnóstwo Polaków, na każdym kroku słyszałem nasz fenomenalnie pięknie brzmiący, szeleszczący język albo swojską kurwę. Żaden inny język nie jest dla mnie tak kolorowy jak właśnie polski, pełen chrząstkich, twardych, szeleszczących, hardych zgłosek a potem tylu tych miękkich ś ć ń psi wsi ci przez co cały pięknie szeleści i tak jakoś rytmicznie pięknie gra.
B. od dziecka marzyła o wizycie na Praterze, choć alkohol szumiał mi trochę w głowie a z nieba zaczął lać się lekko uciążliwy żar chętnie przystałem, by spełnić jej dziecięcy sen. Stare konie wgramoliły się na Wielki Młyn robiąc sobie przy tym całą masę pamiątkowych zdjęć. Następny w kolejce był lunch i nieśmiertelny wienersschnitzel i to był już ukłon w moją stronę. Miłym spacerkiem udaliśmy się w kierunku Ratusza, ogrodów, Opery i Miejskiego Parku zataczając piękne koło wokół wiedeńskiej starówki by na koniec wylądować w moim ulubionym barze na happy hour. Niestety mój ulubiony kelner wydaje się już tam nie pracować, za to wymieniono go na młodszy i optycznie atrakcyjniejszy model, co zauważyła nawet B. Przed powrotem na dworzec, weszliśmy jeszcze nieopodal na pizzę, gdzie jeszcze tydzień temu biesiadowałem z M. Przed wyjściem B. wbiła się do łazienki, ogarnąć się i przebrać przed czekającą nas podróżą pociągiem. W drodze powrotnej mieliśmy ciekawe towarzystwo w przedziale: ojca z córką. On mocno starszy, brodaty i wąsaty, o czarno-siwych, mocno kręconych włosach, krzaczastych brwiach, z olbrzymim odstającym brzuchem tzw. typ niedomyty trącający smrodkiem. Ona, typowa szara myszka, bez makijażu, w krótko ostrzyżonych jasno blond włosach, ubrana jakby w przypadkowe rzeczy. Oboje spali w łóżkach na dole i do końca myślałem, że to ojciec z córką, gdyby nad ranem Rumcajsowi śmierdziogębie nie zachciało się amorów i nie wśliznął się kobiecie do łóżka ładując jej język do ust. Odgłosy mlaskania roznosiły się echem po całym naszym przedziale. Widać niektórzy lubią na brudaska, co mnie akurat zawsze odrzucało.

Suma sumarum, oboje z B. wróciliśmy do Berna bardzo szczęśliwi i rozentuzjazmowani, ona za parę dni wylatuje na Dominikanę ale po powrocie obiecaliśmy wybrać się w podobnym stylu do Nicei.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wiedeń 36

Po wejściu do wagonu okazało się, że B zadbała oto, by nasze łóżka znajdowały się na górze. Stamtąd mogliśmy swobodnie sterować oświetleniem w całym przedziale sypialnym, jak i dysponować olbrzymią, wysoko zawieszoną nad drzwiami półką, na której swobodnie dało rozłożyć się nasze plecaki, buty, ciuchy, rzeczy do przebrania i wszystkie inne szpargaly. B. wyprawiona w tego typu podróżach pościeliła moje łóżko jako pierwsze, następnie zajęła się swoim, po czym zaczęła wyciągać z plecaka wszystkie dodatkowe przedmioty, które zabrała ze sobą z domu: zatyczki do uszu, opaskę na oczy, ręcznik, opaskę z uchwytem na latarkę, spray zabijajacy zarazki i przykry zapach przechrzczony na „sperm killer”, balsam kokosowy do ciała, skarpety do spania i budzik!
Po paru minutach od odjazdu ze stacji do przedziału wszedł bardzo przystojny pan konduktor i na nas zamurowało. Na szczęście tylko na chwilę, bo zaraz oboje z B. załapaliśmy klimat i zaczęliśmy biednego konduktora na zmianę podrywać. B. znowu mnie zaskoczyła wyciągając z torby dwie małe butelczki wina, które według jej zapewnień miały być tymi ostatnimi przed grzecznym pójściem spać. Nasz przedział lekko przerażał, składał się z dwóch, trzy piętrowych, metalowych łóżek-pryczy przerobionych na dwie dwójki. Konduktor wspomniał, że od Buchs będziemy mieli współpasażerów i wtedy zrobiło się nam jakby mniej do śmiechu, ale z drugiej strony, kto by się takimi szczegółami przejmował.
W Buchs mieliśmy kilkunastominutową przerwę, B. wyszła na papierosa a ja wybiegłem zaraz za nią rozprostować nogi. W oddali zobaczyliśmy sylwetki, dwóch par starych zramolałych Szwajcarów, lat sto niebezpiecznie zbliżających się w naszym kierunku. B. początkowo zaśmiała się na ich widok, ale po sekundzie oznajmiła, że to są chyba nasi… Dziadek z brzuchem, stary, siwy, brodaty i wąsaty, zaniedbany, śmierdział jakby dopiero co wrócił z pola a za nim babuszka z siwymi włosami i paprochami na głowie, gadająca do siebie i wyglądająca równie odpychająco jak on.
Całe szczęście, że miałem zatyczki do uszu, bo w nocy oboje równo chrapali a B. im wtórowała, ale nie żebym się czepiał. Przespałem spokojnie całą noc. Trochę się wierciłem, bo łóżko było za krótkie, nie mogłem do końca rozprostować nóg, nie uderzając przy tym głową o brzeg półki. B zbudziła się pierwsza, było po 6, zeszła po ciuchu po drabince ze swojego łóżka i zniknęła za drzwiami korytarza. Gdy wróciła, kazała mi szybko biec do toalety dla niepełnosprawnych, bo ta była naprawdę duża, jasna i przede wszystkim czysta, z czego chętnie skorzystałem. B. obadała patent z łazienką dla niepełnosprawnych już wcześniej, podczas gdy wszyscy inni tłoczyli się w kolejce do łazienek po przeciwległym krańcu wagonu.

Punkt 7.40 dojechalismy do stacji Wiedeń HB. Wskoczyłem w spodenki, spakowałem resztę rzeczy do plecaka, na dworcu kupiliśmy sobie po kubku świeżego, warzywnego soku o wdzięcznej nazwie „wake up juice” po czym metrem pojechaliśmy w kierunku Herrengasse. Na pierwszy rzut poszło Cafe Central. Tyle razy byłem w Wiedniu, mój Radisson jest rzut berem, ale jakoś nigdy nie uśmiechało mi się stawać tam w długaśnej kolejce, by zjeść śniadania a’la Sissy. Byliśmy tam przed 8, większość stolików była prawie pusta, z uznaniem przyjąłem więc pomysł B. by zjeść tam nasze sobotnie śniadanie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wiedeń 36

Któregoś pięknego dnia koleżanka z recepcji idąc w moje ślady, postanowiła zadbać o nieskazitelność swojego uśmiechu, za moją namową zadecydowała poprawić sobie uzębienie. Padło na zagranicę, bo w malowniczej Szwajcarii zapłaciłaby podwójnie jeśli nie potrójnie. Jej chłopak B. polecił jej sprawdzonego dentystę w stolicy Węgier i tak przez kilka miesięcy, co parę tygodni przemierzała trasę Berno-Budapeszt celem kolejnych wizyt u specjalisty. Któregoś razu, przypadkiem wypatrzyła, że pociąg z wagonami sypialnymi kursuje na trasie Zurych Wiedeń. Pomyślała, że mogłaby być z tego niezła przygoda wybrać sie z kimś na przejażdżkę tam i z powrotem, zmontować małą imprezkę przez noc, w ciągu dnia zwiedzić Wiedeń, w którym nota bene nigdy nie była, a wieczorem wrócić do domu. Ucieszyłem się jak dzieciak kiedy zaproponowała mi ten wyjazd! Oboje mamy swoje lata, przeto cenimy wygodę i luksus, ale podobnie czasami lubimy spontan, z gwarancją dobrej zabawy. Wtedy nie przeszkadza nam jeśli się przy tym trochę pobrudzimy, spocimy, zbrukamy i prześmierdniemy, w końcu od brudu się nie umiera. Kiedy zadzwoniła, że znalazła termin i tanie bilety nie wahałem sie ani sekundy! Przez następnych kilka tygodni żyliśmy tym wyjazdem, przy każdym spotkaniu planowaliśmy kto co ze sobą zabierze i co będziemy robić.

W końcu nadszedł długo wyczekiwany koniec tygodnia. Spotkaliśmy się na dworcu, B dotarła na miejsce zbiórki 5 minut przede mną i zdarzyła zamelinować się w Cafe Spetaccolo z kieliszkiem białego wina, a że do odjazdu pociągu mieliśmy prawie pół godziny nie mogłem do niej nie dołączyć. Przed wyjściem z domu zdążyłem się cały odrobaczyć, wymyć, wyszorować, zdezynfekować i oklepać talkiem oraz wonnymi perfumami, bo najbliższe 36 godzin mieliśmy spędzić bez kontaktu z bieżącą wodą. Wskoczyłem w wygodny dres i gdy B zobaczyla mnie na dworcu mało nie padła z wrażenia. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy się w aż tak luzacko-wygodnych strojach. Pociąg podjechał punktualnie, okazało się że B przygotowała małą niespodziankę w postaci butli szampana i kanapek. W dodatku zadbała o odpowiednią temperaturę bąbelków taszcząc ze sobą izotermiczną siatkę. Ze swojej strony mogłem jedynie wbić się pierwszy do pociągu i zająć nam wygodne miejsca na piętrze wagonu, przy okrągłym stole a’la prywatny lounge! Współpodróżujący z ciekawością patrzyli na butelkę Moeta i zjawiskowo piękne kanapki z szynką i awokado, ale B od razu zastrzegła, że to tylko dla nas i nikogo do biesiadnego stołu zapraszać nie zamierzamy. Butelka pękła nim dojechaliśmy do Zurychu, w drodze robiliśmy zdjęcia i kręciliśmy video bezpośrednio relacjonując wszystko na instagramie, próbując uchwycić wyjątkowość tych chwil. Musiałem przyznać, że B naprawdę sie postarała, zimny szampan, kolorowe kanapki i dobry humor udzielały się nam przez całą drogę.

C.d.n.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zero

Tydzień temu odszedł Zero, byłem akurat z K. w Rzymie kiedy drżącym głosem zatelefonował do mnie M., że musi jechać do weterynarza uśpić kota. Nie było mnie wtedy przy M. dlatego przez następne kilka dni nosiłem w sobie wyrzuty sumienia. Gdybym był w Rzymie sam, na pewno skróciłbym swój pobyt i wrócił do Berna. Po powrocie do Szwajcarii poczucie winy i podły nastrój wciąż się utrzymywały. M. przekonywał mnie, że nic się takiego nie stało, tłumaczył, że dobrze mu zrobiło pożegnać się ze swoim pupilem sam na sam. Wcale lepiej się przez to nie czułem. Kiedy wspomniał, że obawia się trochę zbliżającego się długiego weekendu, zaproponowałem spędzić ten czas poza domem. W ten sposób próbowałem zagłuszyć w sobie nieprzerwane poczucie winy. M. o dziwo nie protestował, chętnie przystał na mój pomysł i dał się wyciągnąć na kilka dni do Wiednia.

Przyleciałem tam dzień przed nim, miałem jeszcze swoje plany do zrealizowania, ale od soboty czas spędzaliśmy już razem. W południe odebrałem M. ze stacji i zawiozłem do Radissona, po czym poszliśmy w miasto. Okres upałów nareszcie minął, ma nadzieję że bezpowrotnie, na zewnątrz panowało przyjemne 20 stopni w cieniu. Spacerowaliśmy godzinami odwiedzając nasze ulubione miejsca, kręciliśmy się bez celu po urokliwych uliczkach starego miasta, uległem nawet chwili impulsywnych zakupów odzieży. Na kolację  poszliśmy do restauracji Zum Leupold, którą regularnie odwiedzamy bedąc w Wiedniu. Taki nasz mały rytuał w tym mieście.

M. zapragnął odwiedzić Albertinę i choć nie miałem na to zbytniej ochoty zagryzłem wargi i mu towarzyszyłem. Spędziliśmy ze sobą bite 3 dni i noce, nadarzyła się okazja by wymienić myśli dotyczące ostatnich wydarzeń, porozmawiać o przyszłości i podzielić się obawiami. M. znowu mnie namawia żebym gdzieś pojechał, odkrył nieznane, mocno egzotyczne miejsce i wrócił z głową pełną nowych pomysłów. Sam nie wiem czy mam ochotę gdzieś jeszcze jeździć, ale nie byłbym sobą gdybym wieczorem nie zasiadł przed komputerem i zaczął szukać informacji o połączeniach z Wyspami Palawan.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Rzym

Razem z K. zwiedziliśmy pół świata, od USA i Kanadę, po RPA, Australię Tasmanię i kilka europejskich stolic. Najśmieszniejsze jest to, na początku obiecałem zabrać ją do Rzymu, ale jakoś nigdy nie było nam tam po drodze, więc lataliśmy raczej dalej wychodząc z założenia, że do Rzymu mamy przysłowiowy rzut beretem.

Dwa tygodnie temu K. dowiedziała się, że niebawem wyjeżdża na projekt do Johanesburga, taki który może potrwać dobre kilka miesięcy i gdy mi o tym oznajmiła, nie było sensu dalej zwlekać, bo co jeśli nie wróci albo zostanie tam naprawdę długo. Kupiliśmy więc pośpiesznie bilety do Rzymu.

M. wróciwszy z pracy popukał się w głowę, przecież dopiero co byłem w Wiecznym Mieście w marcu i maju, ale widząc mój nieschodzący z twarzy uśmiech w końcu uległ, kazał jechać i dobrze się bawić.

Wczoraj wieczorem jeszcze prasowałem i pisałem nowe cv, rano zerwałem się wcześnie, żeby je powysyłać, ogarnąć się i spakować a potem popędzić na lotnisko. Od rana mam mega dobry humor, że aż energia mnie rozpiera. Za kilka godzin widzimy się na Fiumicino!

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz