Wypad do Korei

Ten kraj nigdy nie był na liście miejsc które chciałbym odwiedzić. Może kiedyś przez chwilę kiedy przez Azję przytaczał się boom gospodarczy, przyszło mi przez myśl żeby kiedyś móc odwiedzić Seul, ale to była raczej krótka fascynacja. Pamiętam też opinie znajomych pracujących w LG, narzekających na bardzo trudne warunki pracy i różnice kulturowe. Kiedy potem odwiedziłem Hongkong, Singapur, Chiny Indochiny i Japonię to Korea przestała zupełnie być dla mnie atrakcyjna, zupełnie jakby się odczarowała w moich oczach i nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić co mogłoby mnie tam zainteresować. Nawet GH kiedy poruszałem z nią ten temat nigdy nie wyrażała się o tym kraju inaczej, niż jako o dobrym miejscu na tanie zakupy.

W związku z tym, że odwiedziłem już prawie wszystkie kraje Azji Południowej i Wschodniej przyszedł czas żeby wreszcie tam polecić. 

Akurat dobrze się złożyło, bo LOT miał promocję. Przy okazji miałem okazję po raz pierwszy polecieć polskim przewoźnikiem na dalekiej trasie i wcale się nie rozczarowałem. Może faktycznie wystrój klasy biznes kojarzy się ze sklepami IKEI, a wybór programów i filmów z pokładowego systemu rozrywkowego nie rzucał na kolana, ale cena za całkowicie rozkładany fotel była wprost bezkonkurencyjna. Poza tym samolot wyleciał o czasie, jedzenie było przepyszne, obsługa bardzo miła, więc pozostało mi się tylko cieszyć.

Znalazłem nam lokalne biuro podróży, które zabrało nas w pare fajnych miejsc w Seulu. Dodatkowo pojechaliśmy na Nami Island a wizyta tam była prawdziwą wisienką na torcie tej wycieczki. Tak malowniczego miejsca zobaczyć się nie spodziewałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Mam dziwne przeczucie, że…

…moja rozmowa o pracę okaże się jak randka z transwestytą: najpierw wymiana komplementów i grzeczności, potem nosio-nosio-eskimosio, fiku-miku, kiziu-miziu i niby wszystko cacy a tu nagle ch..j.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Dzień świstaka c.d.

Ten dzień miał swój ciąg dalszy… pojechałem do Zurichu. Wyjechałem 3 godziny wcześniej żeby spokojnie dotrzeć na umówione spotkanie. Mało mi się uśmiechało wbijać w garnitur w taki upał, ale jak trzeba to trzeba więc bez zbytniego marudzenia zawiązałem grzecznie krawat pod szyją. Pociągiem dotarłem na HB skąd tramwajem w 20 minut dotralem do Uetlihof nim zacząłem się na dobre przegrzewać i roztapiać. Pierwszy etap misji zakończony całkowitym powodzeniem. Niki z HR która dzwoniła do mnie z UK zarezerwowała dla mnie salkę konferencyjną i umówiła spotkanie z dyrektorem z Nowego Jorku. Na miejscu byłem 20 minut przed czasem akurat żeby spokojnie zarejestrować się na recwpcji, znaleźć salę i w ogóle. Powitanie, wymiana uprzejmości i standadrowe pytanie o cel wizyty wszystko odbywało się według schematu. Schody zaczęły się gdy okazało się, że nie jestem pracownikiwm CS i nie mam przepustki, zaczęli pytać mnie o osobę kontaktową. Z dwóch osób których nazwiskami dysponowałem pierwsza pracowała w Warszawie a Niki okazała sie pracować …w Makati na Filipinach. Zwiódł mnie brytyjski numer telefonu z którego do dzwoniła. Strażnik nie dał się przekonać dlatego nIe czekając długo wybrałem numer Niki. Rozmawiała ze mną krótko a po chwili poprosiła do słuchawki strażnika. Jak w każdej wielkiej firmie czy instytucji finansowej procedura wejścia do budynku jest jednakowa, należy mieć kartę albo osobę kontaktową która przez cały czas wizyty będzie opiekowała się wizytującym gościem.

Standardowo recepcjonista kontaktuje się z odwiedzanym pracownikiem i przekazuje informację kto do niego przyszedł i ewentualnie w jakiej sprawie. Pracownik wyraża zgodę na wpuszczenie gościa lub schodzi po niego do recepcji. Pracownicy ochrony mają obowiązek sprawdzenia czy gość skierował się do odpowiedniego lokalu itd.

Niki dała ciała bo okazało się że nie ma tam nikogo, kto mógłby mnie odebrać. Próbowała, ale bez skutku. Zniesmaczony wróciłem do domu. Po prostu nie wierze że takie rzeczy dzieją się w Szwajcarii.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Dzień świstaka

Było już po 17., gdy z popołudniowej drzemki wyrwał mnie ostry dźwięk przychodzącego maila. Obiad był syty, M. otworzył butelkę barolo, a że na zewnątrz od kilku dni utrzymuje się nieznośne 30 kresek powyżej zera, niewiele było nam trzeba by nas zmogło. Nagle nabrałem rumieńców i niespodziewanie zasnąłem wtulony w niego na kanapie. Przyszło zaproszenie na interview do eB na jutro na 12. Trochę kolidowało mi to z interview o 17, ale przy dobrej organizacji mogłem przecież zaliczyć dwa spotkania jednego dnia. Ucieszyłem się podwójnie i na nowo zacząłem widzieć wszystko w tęczowych kolorach. Rano wstałem o 8. zrobić nam kawy, otworzyłem pocztę i znalazłem mail, że spotkanie w Bernie zostało jednak anulowane. Nie było podanego powodu ani czy skontaktują się ze mną w innym terminie, trochę dziwne, ale mało rzeczy mnie już dziwi w mojej dawnej firmie. eB jak to on, niewiele się zmienił, chaos w pełni, wysyłają zaproszenie na interview, po czym niespodziewanie, bez podania powodu je anulują. Zero profesjonalizmu. HR zamiast skontaktować się z kandydatem telefonicznie woli o 17. wysyłać zaproszenia na spotkanie następnego dnia, nie pytając kandydata nawet o dyspozycyjność. Podejrzewam, że głupie HR Shared Service narzucają spotkania kandydatom przeglądając dostępność managerów w Outlooku, a po fakcie okazuje się, że ci jednak są zajęci, więc trzeba anulować. Brak słów.

Nie przejąłem się tym zbytnio, dokończyłem robić nam śniadanie i zacząłem koncentrować się na czekającej mnie rozmowie w Zurichu.

Około południa odezwała się do mnie B. – koleżanka z recepcji w eB – komentując dziwne zachowanie naszego HR. Właśnie wpadł jej w ręce mail dotyczący planowanego interview gdzie padło moje nazwisko. Jej uwagę przykuło, że spotkanie organizowane było w Amsterdamie. B. nie była wtajemniczona w moje plany dlatego do końca nie wiedziała czy może taka była umowa między mną a kadrami. Przypadkiem uprzedziła mnie o zbliżającym się nowym terminie spotkania… Niecały kwadrans później ciszę przerwał dzwonek telefonu i miła pani oznajmiła mi, że zostałem zaproszony na rozmowę w środę. Pamiętając jeszcze spostrzeżenie B. dla pewności spytałem z kim i gdzie mam się spotkać. Nazwisko się zgadzało, sala konferencyjna tylko brzmiała mało znajomo, ale nie dałem po sobie poznać, że coś mi się nie zgadza. Powtórzyłem dla pewności nazwisko managera, nazwę sali i miasto Berno. I wtedy pani mnie poprawiła, że spotkanie jest w Amsterdamie… Zapytałem czemu w Amsterdamie? I wtedy chyba na nowo pani zaczęły pracować zwoje w mózgu, bo przeprosila mnie i zaproponowała, że oddzwoni za moment. Pani ewidentnie potrzebuje wakacji…

cdn

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Zamki na piasku

To co wydawalo się tylko zwykłą formalnością, nagle wyrosło na ogromny problem. Kilka dni temu pojawiłem się w Fremdenpolizei, by zgodnie z obowiązującym prawem przedłożyć akt ślubu i przy okazji przedłużyć swoje pozwolenie na pobyt w Szwajcarii. Wszystko szło jak z płatka, dopóki urzędniczka nie zapytała mnie o kontrakt o pracę, którego nie miałem… Kilka pytań z czego żyję, od kiedy trwa ta sytuacja, o powód odejścia z poprzedniej pracy i wysokość pobieranego zasiłku i miła pani zwróciła mi wszystkie formularze oznajamiając, że zmieniła się moja sytuacja, więc urząd musi na nowo rozpatrzyć zasadność przyznania mi prawa pobytu w tym kraju. To, że nasz ślub odbył się raptem tydzień temu też wyglądał podejrzanie, wcale mi nie pomogło a wręcz wywołało większe zdziwienie na twarzy urzędniczki. Poprosiła mnie o całą listę dodatkowych dokumentów, zaświadczeń i opini zaświadczających powód, dla którego miałbym zostać tutaj następne 5 lat i pobierać ogromny zasiłek, który nota bene jest większy niż jej pensja. Nie musiała nic więcej tłumaczyć, jej spojrzenie mówiło wszystko. Wyszedłem na darmozjada żyjącego na koszt ich państwa. Skruszony opuściłem budynek urzędu i przekląłem siarczyście, bo w ogóle się tego nie spodziewałem. Mieszkam tutaj 10 lat i wiem jak skrupulatni i upierdliwi potrafią być szwajcarskie urzędy, ale myślałem, że skoro mam ślub, to pozwolenie na pobyt dostanę bez żadnego ale. Pomyliłem się…
M. pociesza mnie, że nic nie mogą mi zrobić, mogą sobie prosić o dodatkowe dokumenty, ale suma summarum prawo jest po mojej stronie, a że nie pracuję i żyję z pieniędzy z ubezpieczenia, to zasługa ich prawodastwa. Gdybym nie był zobligowany do zarejestrowania się jako bezrobotny, to wcale bym tego nie robił, ale tutejsze prawo nakazuje inaczej.
Jeszcze tego samego dnia spłodziłem długie uzasadnienie swojego podatnia, dołączyłem całą stertę dokumentów, wydruków, zaświadczeń i kopii dokumentów, zapakowałem do koperty i wysłałem do Urzędu. Teraz czekam na ich ruch…

W międzyczasie odezwali się z CS i na tapetę powrócił temat pracy w Warszawie, zaprosili mnie na videokonferencje do Zurichu i dziś tam jadę.

Równolegle trwają rozmowy dotyczące szansy mojego powrotu do eB.
M. namówił mnie, abym schował dumę do kieszeni i spróbował tam wrócić. Nie przyjmuje na razie jakichkolwiek innych argumentów. Polska jest dla niego ostatnim krajem, w którym chciałby zamieszkać.
Wiem, że ma sporo racji. Powrót do eB nie jest najgorszym rozwiązaniem, bo stanowisko choć niższe, nie rokujące kariery, praca odtwórcza i nudna, to przynajmniej wskoczyłbym do dobrze znanego mi już bagienka i kultury pracy, zaczął pobierać wcale niemałą pensję i rozwiązałby się problem mojej zbyt długiej przerwy w życiorysie, który z każdym miesiącem coraz bardziej zaczyna razić. Byłbym skłonny do powrotu i byłby to ukłon w stronę M., ale przemyślałem to i byłoby to rozwiązaniw na góra rok czy dwa. Odkuć się finansowo, zainwestować pieniądze i spieprzać stąd jak najdalej. Wymyśliłem sobi, że moglibyśmy spędzić ten czas z M. na podszkoleniu się w językach, odłożeniu paru groszy na mieszkanie i jego wyśniony własny biznes we Włoszech a potem zacząłbym rozglądać się za czymś dla siebie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, kariery w eB na pewno już nie zrobię, jeśli nawet nie cofnę się w rozwoju, ale trudno jest mi przekonać M. do innego rozwiązania. Przez te kilka lat mógłbym spróbować go urobić i lepiej przygotować do ewentualnej zmiany kraju a czy docelowo Niemcy czy Warszawa? Pod kątem mieszkania i znalezienia jemu zajęcia nie ma drastycznej różnicy.

Ale póki nie mam niczego w ręku, na  razie wszystko jest tylko gdybaniem i pisaniem palcem na wodzie.

Opublikowano emigracja, praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Niepewność

…mną targa. Żyję w zawieszeniu od kilku dni, bo okazało się, że może nie będę mógł zostać w Szwajacarii, Urząd Emigracyjny- Fremdenpolizei z miejsca cofnął mój wniosek o przedłużenie pobytu i zażądał tak wielu dodatkowych dokumentów że aż złapałem się za głowę. Gybyby nie pieniądze z ubezpieczenia myślę, że byłoby łatwiej, ale że dostaję tyle forsy za nic, kłuje to innych po oczach. Napisałem odwołanie, ale nie wiem czym przyniesie to zamierzony skutek.
Rozmowy się toczą, choć przyznam trwa to długo i jest opornie. Czuję się jakby zawieszony, bo na żadną z decyzji nie mam wpływu, próbuję wpłynać na innych, ale przecież mam swoją dumę i honor, niektóre rzeczy nie przejdą mi przecież przez gardło. Na dodatek za tydzień wszyscy wyjaltują do Indii, ja będę nadal trwał w zawieszeniu i chyba zwariuję z tej niepewności.

Opublikowano emigracja, praca | Dodaj komentarz

niezwykły dzień

Rano wstaliśmy w bardzo dobrych nastrojach. Zrobiłem nam kawy i przyniosłem ją M do łóżka. Za kilka godzin mieliśmy być w ratuszu, ale wszystko mieliśmy już zaplanowane, jeszcze wczoraj rezerwowaliśmy taksówkę na konkretną godzinę, żeby nie mieć żadnych niespodzianek.

M przyznał mi rację, że dobrze zrobiliśmy rezerwując dla nas olbrzymi apartament z dwoma łazienkami, myślę, że inaczej byśmy się powściekali blokując sobie nawzajem miejsce nad umywalką. Słońce świeciło mocnymi promieniami, było ciepło ale nie upalnie. Nie wiem ile talku w siebie wklepałem, żeby w jednym z najważniejszych momentów w życiu się nie spocić jak świnia, żeby wyglądać świeżo, elegancko i czuć się po prostu komfortowo. Goliłem się 10 minut, żeby tylko się czasem nie podrażnić sobie skóry, bo chciałem wyglądać w punkt. M pomógł zapiąć mi muchę, przed wyjściem po raz ostatni popatrzyliśmy po sobie czy aby na pewno wszystko leży i wygląda jak należy, nie zapomnieliśmy o dokumentach ani o kwiatach w butonierce. Czarnym, eleganckim mercedesem podjechaliśmy pod Urząd Stanu Cywilnego w Lugano na widok, którego ucieszyłem się jak dziecko. Musieliśmy trochę poczekać, bo okazało się że nas ślub był pierwszą uroczystością tego dnia a przygotowania do ceremonii jeszcze trwały. Trudno nazwać to ślubem z pompą, w końcu z naszej rodziny nikt nie przyjechał, ale zupełnie się tym nie przejmowaliśmy, bo dzisiaj liczyliśmy się tylko my. Jak dla mnie moglibyśmy zorganizować tę uroczystość tylko dla nas, bez obecności świadków, w zwykłych strojach, choćby klapkach i spodenkach, nasmarowani olejkiem do opalania, gdzieś na plaży w tropikach.

Otagowano , | Dodaj komentarz

wieczór przed wielkim dniem

Szczerze, miałem nadzieję, że ostatni wieczór będzie należał tylko do nas, w końcu czekał nas wielki dzień, ale oczekiwania okazały się trochę na wyrost, bo M. zdecydował inaczej, na wspólną kolację zaprosił D & M. I może wszystko byłoby w porządku, gdybym tylko nie miał takiej alergii na D. a on nie był takim cholernym egocentrykiem zachowującym się jak pępek świata, za co najchętniej walnąłbym go prosto w łeb. Nie chciałem się kłócić ani psuć nam humorów, zagryzłem zęby z mocnym postanowieniem, że nie dam się wyprowadzić z równowagi. 

Może jestem zbyt wymagający i powinienem był się bardziej wyluzować, ale w moim przeświadczeniu dzień wesela należy do nas i wszystko i wszyscy powinni kręcić się wyłączenie wokół nas, nikt nie ma prawa skraść nam tych chwil… chociaż mam wrażenie, że nawet niektórzy najbliżsi o tym zapomnieli.

Po przyjeździe do Lugano poszliśmy z M. na spacer, świeciło słońce, nad jeziorem spacerowało mnóstwo osób, rodzin z dziećmi, par i turystów. Po drodze, w pobliżu Hotelu Dante znaleźliśmy przyjemną restaurację, gdzie na wieczór zarezerwowaliśmy nam stolik. Ceny w Lugano są jakie są, miasto do najtańszych nie należy, w końcu to cały czas Szwajcaria, dlatego przez wzgląd na D. i M. wybraliśmy coś mniej horrendalnie drogiego, tak aby nie czuli się skrępowani.
Z czasem emocje opadły, w końcu każdy Włoch ma swojego migliore amico i nic tego nie zmieni. Prawie przestałem z tym walczyć, kiedy D. zadzwonił zapytać czy moglibyśmy dziś i jutro odebrać ich z Airbnb, bo parkingi w centrum Lugano są drogie. M. jeszcze rozmawiał z nim przez telefon, kiedy we mnie zaczęło kipieć, kazałem ruszyć mu swoje cztery litery i wziąć taksówkę albo jechać autobusem. Na samą myśl, że w dniu ślubu M. miałby jechać odebrać go z hotelu i wieźć do ratusza, bo tamten jest leniem patentowanym, prawie strzeliła mi żyłka na czole. Już sobie wyobrażałem jak M. wypacykowany, wypichcony, wymuskany i wypachniony zostawia mnie, bo w dniu naszego wesele jedzie odebrać tłustą gwiazdę Bari, by zawieźć ją na nasz ślub. Na szczęście M. się w porę opamiętał, wybrał dobrze i odmówił.
Na naszą kolację D. spóźnił się ponad pół godziny, na dodatek z oddali piszczał jak popieprzony a mój M. mu wtórował, bo niestety, gdy ci dwaj się spotkają, zawsze dostają małpiego rozumu.
Stolik prawie nam przepadł, na szczęście goście, którzy go zajęli zgodzili się nam go oddać. Potem było już tylko miło, lało się dużo wina, jedzenie było wyśmienite. Schody zaczęły się dopiero, gdy przyszło do płacenia. Od początku było mówione, że dziś każdy płaci za siebie, ba była nawet mowa, że to D. zaprasza nas na tę kolację, ale obaj z M. zgodnie stwierdziliśmy, że byłaby to lekka przesada. Tyle że D. nagle zapomniał gotówki, przestała działać mu karta, jedna, druga i już prawie M. miał zaproponować, że zapłacimy za nich kiedy zmroziłem M. wzrokiem: zapłać za tego bałwana teraz a jutro w ratuszu mnie nie zobaczysz – powiedziałem w myślach. Jeśli jeszcze raz usłyszę, że D. to wielki dyrektor banku, to chyba wbiję mu widelec w czoło. Dusigrosz, mitoman i kłamczuch.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Na dobę przed Wielkim Dniem…

Wstałem rano i zrobiłem nam kawy. Od wczoraj boli mnie gardło, niby nałykałem się pastylek strepsils, ale wciąż czuję jakby coś piłowało mnie w gardle. Co chwilę muszę odchrząkiwać, bo inaczej mówię z dziwną chrypką. Mam tylko nadzieję, że w najważniejszym momencie nie stracę nagle głosu – pomyślałem i szybko odgoniłem tę myśl, po czym na pół jeszcze zaspany poczłapałem w kierunku kuchni. M. zszedł po samochód kiedy pośpiesznie wrzucałem nasze rzeczy to walizki. Kupiony w Rzymie elegancki garnitur od kilku dni dumnie wisiał na framudze drzwi przypominając, że to wielki dzień wydarzy się już niedługo. W Szwajcarii czwartek był dniem wolnym od pracy, dlatego wyjeżdżając zbyt późno ryzykowaliśmy, że utkniemy w wielokilometrowym korku przy wjedzie do Tunelu Świętego Gotarda.

Ostatecznie nie było źle, w korku utknęliśmy jedynie w okolicach Lucerny, a potem droga minęła już prawie bez przeszkód.

Novotel Paradiso sprawił nam miłą niespodziankę, przydzielając nam olbrzymi suit z widokiem na Lugano. Pomyślałem, że nawet dobrze się składa, bo posiadanie dwóch osobnych łazienek, dwóch pokoi i większej przestrzeni sprawi, że przynajmniej nie będziemy na siebie ciągle wpadali, wzajemnie pośpieszali czy jakkolwiek działali sobie na nerwy.

Ticino przywitało nas słoneczną pogodą, było przyjemnie ciepło ale wcale nie duszno.

Nie czuję stresu, ale każdą chwilę mam wrażenie przeżywać intensywniej, staram się zwracać uwagę na szczegóły żeby jak najwięcej zapamiętać z tego dnia. W drodze do Lugano odebraliśmy kwiaty do butonierki podarowane nam przez A.

Nawet przez moment nie żałowałem, że wybraliśmy na tę wyjątkową okazję właśnie to miejsce. Ticino i jezioro Como wydają się najbardziej trafnym miejscem do spędzenia tak wyjątkowego dla nas dnia. Piękne szwajcarskie widoki, niesamowita sceneria, gwarancja pogody, bliskość Włoch.

Przez chwilę planowałem zaszyć się w jakimś spa ale nic nierobienie może wykończyć. W spa czuję się jak w psychiatryku, tylko z leżakami w sztucznym świetle i szlafrokami zamiast kaftanów. Nie, to byłby chybiony pomysł.

Zawsze miałem szczęście do płytkich, nieodpowiedzialnych i niedojrzałych facetów. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek zdecyduje się na ślub, ale od miesięcy niezmiennie uważam to za najlepszą życiową decyzję. Miałem dużo związków, długotrwałych lub mniej, zawsze byłem pewien, że to ten jedyny. Ale później zrozumiałem, że nie ma czegoś takiego jak jedyna miłość. Ciągle poznajemy kogoś nowego, ludzie nas fascynują, M. jest czasami  nieodpowiedzialnym facetem, a ja temperamentnym facetem. Kochamy się, ale czasami dochodzi do sytuacji, że wsiadam w samolot i na cztery dni lecę gdzieś nad morze. Myślę, że tak już zostanie i wcale mnie to nie odstrasza.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Wychodzę za mąż

Długo uważałem, że papierek do niczego nie jest nam potrzebny. Nic nie jest wstanie scementować związku między dwoma osobami, zatrzymać uczucia, przywiązania nie zmieni jakiś papier. Prawo także nie sprawi, że będziemy kochać się ani bardziej ani dłużej.
Jestem w szczęśliwym i stabilnym związku od 10 lat, mieszkam i pracuję w Szwajcarii, tutaj społeczeństwo akceptuje nieformalne związki bez większych problemów, więc nie wzbudzamy niezdrowych emocji. Z czasem jednak zaczęło okazywać się, że choć mieszkamy i żyjemy ze sobą od lat, to wciąż traktowani jesteśmy jako tzw. niezależne osoby fizyczne: osobno płacimy podatki, osobno ubezpieczenie, w kilku przypadkach okazało się nawet, że płacimy za niektóre rzeczy podwójnie albo że nie możemy skorzystać ze zniżek bo te zarezerwowane są dla par, nie możemy posiadać razem konta w banku, bo formalnie jesteśmy dla siebie obcy. Pamiętam jak koleżanka z pracy zapytała mnie kiedyś czy nie planowaliśmy z M. sformalizować naszego związku. Szczerze, nie myślałem wcześniej o tym, ale po tamtej rozmowie zacząłem o tym intensywniej myśleć. Odezwała się we mnie natura „sknery i liczydła” i kiedy policzyłem ile na tym obaj tracimy, pierwszy raz zapaliła mi się w głowie lampka, że może warto byłoby się nad tym poważniej zastanowić.
Ludzie kochają się, mieszkają ze sobą, dzielą ze sobą życie, inwestują razem w dom, mieszkania, samochód, psa, kota, lepsze życie i najpierw wydaje się że wszystko jest wspólne, ale potem wychodzi że jednak de facto nie, bo brak jest papierka. Z papierkiem jest łatwiej, taniej, bez tłumaczeń bez zbędnych stresów. W Szwajcarii papierek często czyni cuda i otwiera drzwi możliwości.

Poza tym – rozważałem –  kiedy człowiek osiąga coś w życiu, dorabia się tzw. majątku, chce wiedzieć, że ma wybór komu to wszystko potem zostawić. Do tego dochodzi odpowiedzialność za drugą osobę: gdyby mnie zabrakło to co zrobi M. ? Z czym zostanie? Moja rodzina pewnie dostanie wszystko a on, który ze mną na to wszystko pracował nie dostanie nic?
Na samym końcu pojawił się też problem z lekarzem, szpitalem i dostępem do informacji o zdrowiu pacjenta. Wtedy zrozumiałem, że nie dopuszczę do takiej sytuacji, nie chcę dodatkowego stresu i niepotrzebnych negatywnych emocji.
Decyzję podjęliśmy wspólnie, ktoś może powiedzieć, że była to czysta kalkulacja i pragmatyzm, ktoś inny że dojrzałość i odpowiedzialność za drugą osobę. Nieważne.

Urząd Stanu Cywilnego Zivilstandskreis w Bernie przedstawił nam listę dokumentów, które należało przedłożyć celem otrzymania zgody na zawarcie związku partnerskiego w Szwajcarii. By móc w ogóle zarejestrować związek cywilny, jeden z partnerów musiał tutaj mieszkać czyli posiadać pozwolenie na pobyt, do tego paszporty (mój polski, jego włoski), wypełnione i podpisane wnioseki, kopie pełnego aktu urodzenia oraz zaświadczenie o stanie cywilnym z kraju pochodzenia, przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego (szwajcarskiego nie polskiego) na jeden z obowiązujących w Szwajcarii języków.

Otrzymanie dokumentów z Włoch nie stanowiło żadnego problemu, wystarczył jeden telefon do konsulatu.
Z polską stroną sprawa wyglądała inaczej. Po pierwsze USC podobno wydaje zaświadczenia o możliwości zawarcia związki małżeńskiego, w rubryce dla mężczyzny napisane jest z panią…. więc nie można otrzymać dokumentu, że pan taki i taki może zawrzeć związek małżeński z panem takim i takim.
Skontaktowałem się z polskim konsulatem w Szwajcarii i okazało się, że oni takie zaświadczenie mi wydadzą (o stanie cywilnym a nie o możliwości zawarcia związku małżeńskiego) ale liczyli sobie za to bardzo słono i mogło to trochę potrwać.

Akurat wybierałem się do Polski postanowiłem spróbować więc przez USC we Wrocławiu. Rok wcześniej mój kolega, Polak, potrzebował takiego zaświadczenia i na hasło związek partnerki pani najpierw odmówiła przyjęcia wniosku a potem (w związku że nalegał że wniosek mają obowiązek przyjąć) listownie otrzymał odpowiedź odmowną. Ryzykować nie było więc sensu.
Ku mojemu zaskoczeniu zaświadczenie mi wydali, ale chcieli wiedzieć w jakim celu. Pokoloryzowałem trochę, użyłem swojego uroku osobistego, powiedziałem że potrzebuje dla kilku celów: chcę zmienić obywatelstwo plus potrzebuje zaświadczenia dla banku, by wziąć kredyt za granicą i dostałem dokument od ręki.

Z kompletem dokumentów wróciliśmy do USC w Szwajcarii, niecały tydzień czekaliśmy na wydanie zgody i mogliśmy już ustalać termin uroczystości oraz jej formę, do wyboru: zwykła przysięga czy większa bardziej wyrafinowana uroczystość z wymianą obrączek, harfistkami, występem Lizy Minnelli, płatkami róż, bukietami kwiatów, koszami z których z jednego wylatywałoby np. stado białych gołębi a z drugiego tysiące egzotycznych motyli.
Pamiętam, że sposób zadawania wszystkich pytań przez urzędnika był oschły i mechaniczny, entuzjazmu próżno było szukać a najbardziej zapamiętałem kiedy na koniec beznamiętnie zapytała o formę płatności: gotówka czy plastik?… – bardzo romantyczne.

Po otrzymaniu zgody właściwego dla miejsca zameldowania USC mogliśmy wybrać też Urząd, w którym chcieliśmy żeby odbyła się ceremonia. Wybraliśmy Lugano, bo to włoska cześć Szwajcarii, obaj w tym język mówimy (jeżeli chcielibyśmy pobrać się w kantonie niemieckojęzycznym a jedno z nas nie mówiłoby w tym języku, musielibyśmy wynająć tłumacza). Obaj byliśmy zgodni, że ceremonia po szwajcarsko-niemiecku albo niemiecku nie wchodzi w grę, bo to mało ładne języki, poza tym nasi goście mówili w innych językach (włoski, angielski, polski, francuski) więc musieliśmy zastanowić się nad całą logistyką. Ticino w Szwajcarii jest bardzo malownicze, zwykle słoneczne i leży blisko Włoch. Ceremonia odbędzie się w Pałacu Ślubów w Lugano, a wesele w restauracji w Como.

***
Pisane po czasie…
Formalnie niczego nie musiałem zgłaszać do Urzędu w Polsce. Takie związki nie są u nas uznawane (czytałem nawet o tzw. czarnej liście).
Jest na pewno jedna dobra strona takiej sytuacji. Mając polskie obywatelstwo, będąc w związku z partnerskim w Szwajcarii mogę np. przepisać majątek na partnera, podjąć pracę w Polsce i nie mam obowiązku zgłaszania niczego polskiemu fiskusowi bo wg litery prawa mój mąż/partner mieszkający zagranicą jest dla nich osobą obcą, więc de facto nie ukrywam majątku za granicą. A za 2-3 lata mogę starać się o włoskie obywatelstwo tyle tylko żartujemy czy my ze sobą wytrzymamy w ogóle tyle czasu?

We Włoszech, gdzie od niedawna takie związki są uznawane, wcale nie obyło się bez komplikacji. Ostatnio mój partner próbując odnowić swój włoski dowód osobisty usłyszał, że owszem związki są akceptowane, ale we wniosku wydaniu nowego dowodu w rubryce stan cywilny, nie ma rubryki partner/ partnerka tylko kawaler, żonaty, wdowiec albo rozwiedziony i dowodu nie dostał. Musiał czekać aż konsulat skontaktuje się z urzędem w jego prowincji, potwierdzi zmianę stanu cywilnego i dopiero po ponad 2 miesiącach dostał nowy dowód.

Za to karty do głosowania dostaje na podwójne nazwisko: swoje i moje i biedak ostatnio uczył się jak się to moje okropnie skomplikowane nazwisko literuje.

Opublikowano emigracja | Otagowano , , | Dodaj komentarz