Dopóki starczy sił…

… ile razy otrzymuję negatywną odpowiedź w sprawie pracy, powtarzam sobie niczym mantrę, że nie ma sensu żałować naszych życiowych wyborów, bo w momencie kiedy je podejmujemy, to wydają się najlepszymi decyzjami, a przecież nie jesteśmy w stanie przewidzieć ich konsekwencji.

Tkwię w stereotypach nie ważne czy siedzę bezczynnie w domu, pracuję, chodzę w garniturku, podróżuję, szukam pracy, robię zakupy czy planuję. życie stało się gonitwą. Ciągle szukam czegoś więcej i to przeraża. Ani pieniądze, ani kolejne mieszkania, złote karty, piękne przedmioty, ani kariera wcale nie przyniosły mi szczęścia ani spełnienia. Może za wyjątkiem podróży i M… Na początku wszystkiemu temu towarzyszyło bardzo przyjemne uczucie, ale im wyżej wchodzi się po drabinie, tym większy stres i tym mniej życia w życiu. Dawne przemyślenia dopadają mnie na nowo i jakby z większą intensywnością – zmienił się tylko powód.

Staram się trzymać z dala od ludzi głupich złośliwych, zazdrosnych i małostkowych. Z upływem ostatnich miesięcy przestałem być odporny na komentarze i głupio mądre porady od „go ahead be tough zwizualizuj swoją przyszłość” osób z portali społecznościowych, imprez towarzyskich, wszystkich pseudo znajomych, którzy na wszystko mają gotową receptę, pozjadali wszystkie rozumy i prowadzą „very cool” życie, nie mają żadnych wątpliwości, zakrętów w życiu, minimalnych zawirowań czy gorszych okresów, ślepych uliczek i jakichkolwiek traum, mogą gardzić każdym komu nie idzie zbyt dobrze, bo przecież sam jest sobie winien. Sypią jak z rękawa pomysłami i głupio mądrymi poradami: jak się podnieść z depresji, wiadomo, trzeba wziąć się w garść. Nie masz pracy, znajdź nową. Jak wyjść z długów? Też wiadomo, trzeba wziąć się do roboty. Jak nie czuć się samotnym? Ha, wiadomo, trzeba po prostu kogoś poznać. Ich ego i przekonanie o własnej nieomylności jest, niestety wprost proporcjonalna do prezentowanej ignorancji.

Odkąd moje życie zawodowe przestało być kolorowe, powróciło czarnowidztwo najbardziej w świecie boję się oceny i wyroków ferowanych przez takie właśnie okrutne, pozbawionych empatii ludzi.

Dopiero gdy wszystko się ułoży nie będę nawet pamiętał, że mogłem przejmować się zdaniem takich osób. Fachowo nazywa się to chyba syndromem ofiary: człowiek liczy się z tym, co ludzie gadają. Wstydzi się i kłamie na potęgę.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Campionato mondiale della pizza 2017

Był to pierwszy raz kiedy w związku z jego pracą, robiliśmy coś naprawdę wspólnie i muszę przyznać, bardzo mi się to doświadczenie podobało. Ostatni raz w gastronomii pracowałem chyba na studiach w Stanach i wspominam ten okres z sentymentem. Praca fizyczna czasem bardzo uszlachetnia. Pamiętam tylko, jak buntowało się moje ego, gdy zakładałem białą koszulkę z napisem pomocnik pizzaiolo… Z drugiej strony przecież tylko do tego, ograniczała się tutaj moja rola, przede wszystkim chodziło by pomóc M, dopingować go i o ogólną dobrą zabawę. Dumę pokornie schowałem więc do kieszeni.

Konkurencja była spora, prawie 1000 uczestników w samej tylko kategorii pizza classica. Wśród pozostałych kategorii można było wziąć udział jeszcze w stile libero, pizza senza glutine, in teglia, napoletana, in pala, pizza piu larga, a due i pare innych.

Przez cały dzień otoczeni byliśmy włoskimi smakołykami oraz tłumem ludzi przygotowujących swoje konkursowe dzieła, rozkładających na specjalnie ustawionych, długich stołach swoje produkty albo wcześniej przygotowane specjały, w wolnych chwilach podglądających pokazy innych mistrzów – pierwszy raz widziałem z bliska targi tej branży i naprawdę wszystko robiło niesamowite wrażenie.

M. przydzielony został numer 744 i tak naprawdę swój pokaz zaczynał dopiero za dwie 3 h. Jak zwykle był bardzo dobrze zorganizowany, przygotował wszystkie składniki już w domu a ja miałem za zadanie pilnować jak oka w głowie naszej przenośnej lodówki.

Z zaciekawieniem przyglądałem się naszej konkurencji i muszę przyznać, że niektóre pizzę wyglądały naprawdę apetycznie, czasem denerwowała tylko cała forma prezentacji i nienaturalny przesyt. Niektórzy, moim zdaniem, przesadzili z formą nad treścią. Wypieczone pizze otoczone były np. całą kupą owoców, sushi, mięsa albo warzyw. Inni stawiali na bardzo oryginalne formy prezentacji typu pizza podawana na taczce, otoczona szyszkami i gałęziami albo szopka bożonarodzeniowa z figurkami. Nie wiem tylko czy jezusek był na pewno jadalny.

Gdy wreszcie wywoływano nasz numer sprawy potoczyły się bardzo szybko. M. zaczął przygotowywać swoją pizzę i tłumaczyć pierwszemu sędziemu z jakich składników się składa, jakich użył produktów do zrobienia ciasta a ja na ten czas dostałem bojowe zadanie, by upewnić się, że jego kieliszek wina nie jest pusty. Gdy pizza była gotowa i wyciągnięta z pieca podeszliśmy do następnej grupy sędziów zaprezentować im nasze małe dzieło. Pamiętam tylko, że widziałem swoją twarz w olbrzymim telebimie jakby z profilu i próbowałem ustalić jak mam się odpowiednio ustawić i gdzie patrzeć, żeby dobrze wypaść w telewizji i na zdjęciach.

Potem musieliśmy podejść do kolejnego stolika i pozwolić ostatniej czwórce sędziów na degustację a ja w tym czasie miałem polewać im do pełna. Niby taka prosta rzecz, ale oczywiście zacząłem od pana sędziego zamiast od jedynej kobiety w tym gronie za co M. zrugał mnie spojrzeniem.

Ostatecznie zdobyliśmy 740 punktów i uplasowaliśmy się w pierwszej światowej 30. a w Szwajcarii w pierwszej trójce!

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Powrót do słonecznej Italii

Brakowało mi jego uśmiechu. M. cieszył się jak dziecko, gdy zobaczył mnie w drzwiach naszego mieszkania, dwa tygodnie może to żaden szmat czasu, ale zdążyliśmy się za sobą stęsknić. Nie było mi tylko dane długo cieszyć się Bernem, bo raptem po dwóch dniach pojechaliśmy razem do Mediolanu. Kilka miesięcy wcześniej udało mi się dostać bilety na Ostatnią Wieczerzę DaVinci. M. opowiedział mi, że dotarcie tam wymaga nieco zachodu – rezerwacja z dużym wyprzedzeniem, przechadzka z dala od pozostałych atrakcji miasta, zwiedzanie zaledwie przez kwadrans a jednak uważam, że było warto. Ten fresk ma swój urok mimo zniszczeń, nawet może dobrze, że jest taki osobny, bo można go kontemplować bez rozpraszania uwagi na inne pobliskie dzieła sztuki.

W zeszłym roku M. po raz pierwszy wziął udział w Międzynarodowym Konkursie na Najlepszą Pizzę organizowanym rokrocznie w Parmie. Wtedy pojechał tam sam, nie obiecując sobie zbyt wiele, chciał zobaczyć jak wygląda taki konkurs, jego organizację, sposób oceniania przez jurorów oraz podejrzeć konkurencję.

Widząc jego entuzjazm po powrocie i słuchając opowieści o swoich wrażeniach obiecałem, że w przyszłym roku powinniśmy pojechać tam razem. M. przypomniał mi złożoną rok wcześniej obietnicę i wyciągnął – potrzebował pomocnika a ja akurat znakomicie się do tego nadawałem. Dostałem bojowe zadanie nie przeszkadzać mu podczas konkursu i prezentacji, nie odzywać się bez pytania ani niczego nie dotykać – miałem ładnie wyglądać, uśmiechać się, nalewać jurorom wina, nosić talerze, kieliszki i roztaczać miłą i sielską aurę. Pestka.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Modena – sam ze sobą

Od zawsze uważałem się za osobę rozsądną i rozważną, która potrafi przewidzieć konsekwencje swoich zawodowych decyzji. Miałem instynkt a czasem po prostu pomagało mi zwykłe szczęście, tak czy owak uchroniło mnie to przed złymi decyzjami i niepotrzebnymi zawirowaniami.

Od najmłodszych lat wiedziałem, że jeśli kiedyś dojdę do większych pieniędzy będę potrafił nimi gospodarować, dorastałem w przekonaniu, że duże pieniądze to przede wszystkim odpowiedzialność. Wierzyłem, że nie zatracę się w hulaszczym życiu, używkach, nie uderzy mi sodówka, przyjaciele będą mogli liczyć na moją pomoc, będę potrafię dzielić się sukcesem. Nie będę chciał się od nikogo odgradzać ani afiszować odmiennym stylem życia. Nie czułem się  też niewolnikiem drogich, luksusowych przedmiotów na utrzymanie, których mnie nie stać. Daleko mi do typowego ciułacza odkładającego każdy zarobiony grosz, potrafię cieszyć się zbytkiem, podróżami i wygodnym życiem tyle że nigdy nie zapominam o rodzinie i przyjaciołach.. Osobiście nie znoszę tylko pozerstwa, choć z drugiej strony nic mi do tego kto jak wydaje swoje pieniądze.
Doprawdy nie wiem skład wziął się we mnie ten swoisty naturalny kręgosłup.

Latami obserwowałem tych, którym udało się osiągnąć wysoki status społeczny i dobra materialne. Dzięki wypadkowej pracy, talentu, układów i szczęściu, zaszli imponująco daleko na szczeblach zawodowej kariery by potem nagle spaść z piedestału. Im wyższy zajmowali stołek, tym upadek z niego był bardziej bolesny. Milkły telefony, odsuwali się znajomi, ograniczały się wpływy. A ci, którzy do tej pory się podlizywali, przestali to robić. Obserwując ich próbowałem samemu przygotować się na taki scenariusz. Wydawało mi się, że wystarczy mieć plan, wierzyć w siebie, poświęcić odpowiednią ilość czasu, siły, zapału i energii, wykorzystać zdobywane latami doświadczenie i znajomości, by wdrapać się na szczyt, powtórzyć dawny sukces i przywrócić niegdysiejszy stan rzeczy. A dziś spacerując po Modenie, niczym fale morski brzeg atakują mnie wątpliwości, zaczyna brakować mi sił, zatracam się ścigając przeszłość, powoli zaczyna docierać do mnie, że moje 5 minut trwało 10 lat i chyba czas pogodzić się z myślą, że tamto minęło już bezpowrotnie. Czas otrzepać poszarpane piórka i zastanowić się co mógłbym robić w życiu innego, ostatecznie zamykając za sobą dawny rozdział.

Tak, brak pracy jest zawsze okazją do zastanowienia się nad dotychczasowym życiem i przyszłością…
Taka sytuacja, która upokarza i niszczy, przede wszystkim płaszczyznę zaufania do samego siebie i do własnych sprawności.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Bolonia dzień za dniem

Codzienny spacer z domu do szkoly i z powrotem, kawa z ciastkiem na Piazza Santo Stefano, poranna wymiana uprzejmości z zaprzyjaźnioną właścicielką baru, lunch albo aperitivo na mieście zacząły na dobre wyznaczać rytm mojej codzienności, przeplatany paroma krótkimi wypadami do Rzymu, Rimini i San Marino. Polubiłem to miasto, swoją szkołę, grupę i nauczycieli, czas podczas zajęć zawsze mijał mi bardzo szybko i momentami żałowałem, że nie zdecydowałem się przyjechać tutaj na dłużej. Limit wszelakich kursów językowych w tym roku wyczerpałem, ale kto wie co wymyślę na jesień albo po nowym roku. Bolonia na pewno na długo utkwi mi w pamięci i chętnie kiedyś znowu tutaj wrócę.

W ostatni wieczór przed wyjazdem zaprosiłem swoich gospodarzy do restauracji. Początkowo się wzbraniali, proponując kolację w domu, ale że na samą myśl o kolejnych zielonych liściach sałaty, ryżu i szklance wody robiło mi się słabo, w końcu udało mi się ich przekonać – taki byłem zdeterminowany. Dzień wcześniej, niedaleko szkoły, przypadkiem natrafiłem na bardzo fajną neapolitańską restaurację serwującą owoce morza. Z ciekawości wstąpiłem tam na lunch, co okazało się strzałem w dziesiątkę, bo zamówiłem nie tylko danie główne, ale i deser i przystawki, bo wszystko wyglądało kusząco i smakowało przepysznie. Wracając z przedostatnich zajęć zamówiłem więc nam na wieczór stolik. Oboje Fernanda i Franco pracowali w czwartki do późna, niespodzianką okazało się, gdy na kolację przyszedł także ich syn i wspólnie spędziliśmy wyjątkowo udany wieczór. W ramach rewanżu Franco zabrał nas jeszcze do baru na drinka a potem do jeszcze innego i jeszcze innego i tak oto do domu wróciliśmy przeszło po 2. w nocy, lekko kiwając się, za to w szampańskich humorach. Muszę przyznać, że po tym wieczorze oboje bardzo zyskali w moich oczach a wszystkie wpadki poszły w niepamięć… Tylko poranek był już prawdziwym dniem świstaka… Zaspałem na zajęcia, pędząc do szkoły nie wiem jak o możliwe, ale pomyliłem ulice (cholerne arkady), nie zdążyłem zjeść śniadania w swoim ulubionym barze, na dodatek po drodze wszystkie bankomaty były nieczynne więc podczas zajęć burczało mi w brzuchu a jak biegłem do szkoły to okazało się, że zapomniałem wziąć kluczy od domu a Fernanda z Frankiem o 14. lecieli do córki do Paryża. Musiałem więc wyrwać się wcześniej z zajęć, biec do domu na łeb na szyję, w konsekwencji nie pożegnałam się ani ze swoją grupą, ani z nauczycielami, ani nawet nie odebrałem dyplomu. Do domu wpadłem z wywieszonym językiem, w ostatniej chwili kiedy moi gospodarze wyjeżdżali już na lotnisko. Buziaki przesłane w przelocie, pakowanie walizki i sam zaraz musiałem biec na dworzec, łapać pociąg do Ferrary. Niestety powrót do szkoły nie wchodził w grę, pieszo było z 30 minut a z walizką zajęłoby mi to z pewnie godzinę dlatego podarowałem to sobie i trochę było mi z tego powodu przykro, bo wyszedłem z kursu tak jakoś mało elegancko.

Ferrara okazała się bardzo inna od Bolonii, ale równie klimatyczna, wieczorem skutecznie się zrelaksowałem w brazylijskich rytmach i tak oto mój dzień dobiegł końca.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wsiąść do pociągu byle jakiego

Po Włoszech podróżowałem głównie pociągami, z Berna do Mediolanu, dalej do Parmy, stamtąd do Bolonii, a potem do Rzymu, Rimini, Ferrary i Modeny. Na własnej skórze sprawdziłem jak działa włoski system komunikacji kolejowej. O ile podróżowanie taką np. czerwoną strzałą 350km/h jest doświadczeniem porównywalnym do podróży japońskim Shinkansenem, to w pozostałych sytuacjach pięknej Italii bliżej było do krajów Trzeciego Świata.

Czym kieruje się zawiadowca przy ustalaniu, w której strefie peronu ustawią się odpowiednie klasy wagonów pozostaje dla mnie wielką nierozwikłaną zagadka. Na elektronicznej tablicy odjazdów napisane jest niby „wagony klasy pierwszej w tylnej części składu” ale dziwnym trafem, za każdym razem byłem zaskakiwany i wielokrotnie przyszło mi biec sprintem przez całą długość peronu, bo mój wagon nie zatrzymał sie tam gdzie powinien.

Także samo kupno biletu czasami nastręczało mi nie lada trudności: pociągi dzielą się ze względu na operatora: Trenitalia, Italo i jeszcze trzeci obsługujący połączenia autobusem.. Specyficzność polegała na tym, że w zależności od przewoźnika gdzie indziej kupowalo się bilet, zdarzylo mi się stać w kolejce po bilet do niewłaściwego automatu po czym odchodziłem z kwitkiem i musiałem na nowo ustawiać się w nowym szeregu.

Wracając z Rimini w Dniu Wyzwolenia pomyślałem: kupię bilet w pierwszej klasie, mniejszy tłok i bede mógł wygodnie posiedzieć. Wpadłem w lekkie osłupienie kiedy na stację wtoczył się pociąg tylko z jednym wagonem klasy pierwszej i zatrzymał się na innym peronie niż podawano, tak żeby wszyscy pasażerowie musieli pędem zbiec po schodach i przebiec przejściem podziemnym na właściwy tor. Naturalnie podróżujących pierwszą klasą okazała się cała masa, żeby było zabawniej sprzedano więcej biletów niż istniało miejsc w przedziale, ledwo zmieściłem się na korytarzu a żeby mieć czym oddychać wpakowałem się do toalety, bo tylko tam można bylo otworzyć okno. Zaje-wdupe-fajnie.

Pamietam jak zrobiło mi sie żal na widok dwóch podróżujących wspólnie japońskich turystek – nieskazitelnie umalowanych, elegancko ubranych, z kuframi od LV – gdy przyszlo stawić im czoło włoskim pociągowym standardom.

Do tej pory nie rozkminiłem sensu podbijania biletu przed wejściem do pociągu.

Systematycznie zdarzało się także, że pociąg miał 20, 50 a nawet 100 minut opóźnienia, traciłem następne połączenie i przy przesiadce zgodnie z regulaminem przewozu należało nabyć nowy bilet a stary próbować refundować. Tylko kto ma na to siły, czas i nerwy spiesząc się do celu podróży?! A spróbuj jeszcze wsiąść do pociągu ze starym biletem albo niepodstemplowanym – portfel od razu staje się lżejszy o 50 euro.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekend

Rano przy śniadaniu minę miał nie tęgą, do hotelu wrócił na mocnym kacu, szczerze mówiąc, nawet nie wiem nawet o której, bo jeszcze spałem. Zostawiłem go w Qube po tym jak zorientowałem się, że całkiem nieźle wychodzi mu urabianie tubylców a nieograniczony dostęp do kolejnych kolorowych drinków gwarantowany ma całą noc. Czy był świnką i robił coś w zamian w to już nie wnikałem. Cieszyłem się na myśl, że miałem go wreszcie z głowy.

Podczas gdy on odsypiał nieprzespaną noc zamówiłem taksówkę i kazałem zawieźć się pod Panteon. Mówi się, że jak człowiekowi niczego nie potrzeba i niczego nie szuka, wtedy najłatwiej o udane zakupy i tak właśnie było w moim przypadku. Wprost z ulicy wszedłem do sklepu z odzieżą dla panów i niechcąco znalazłem sobie piękny garnitur od włoskiego projektanta, który odbiorę przy następnej wizycie w Wiecznym Mieście. W ułamku sekundy poprawił mi się nastrój, w niepamięć poszła ostatnia noc i „garb” który za sobą tutaj ściągnąłem, potem jeszcze tylko kawka, aperol spritz i byłem gotowy odkrywać Rzym w pojedynkę, dziwna radość zapanowała w sercu a uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Goran dojechał do mnie dopiero po 14, zabrałem go na lunch do najbardziej zapyziałego turystycznego gniota w sercu Piazza Navona, gdzie serwują same turystyczne menu a taką np. caprese za  okazyjną cenę 18 euro… Rozkoszy podniebienia nie uraczyłem, ale za to pierwszy raz siedziałem na obiedzie w restauracji w samym sercu największej turystycznej atrakcji Rzymu, z cenami z kosmosu. Mocne słońce i kolejne dwa aperole sprawiły, że jakoś przełknąłem tę gorzką pigułkę a arcywysoki rachunek poszedł w niepamięć.

Nie wiem ile kilometrów zrobiliśmy tego dnia, pieszo dotarliśmy do Campio di Fiori, Piazza Navona, Castel Sant’Angelo, Watykanu, fontanny di Trevi, Forum Imperiali i Koloseum a na koniec dnia nie czułem już nóg. Nie było jednak zmiłuj się i kolejny wieczór spędziliśmy w klubie, tym razem w Planet na Via del Commercio. Pojawiliśmy się tam późno w nocy, było dobrze po pierwszej, obawiałem się, że może nie będą chcieli nas wpuścić, ale zupełnie niepotrzebnie. To miejsce o wiele bardziej przypadło mi do gustu: kolorowy, rozbawiony tłum, kilka sal tanecznych, różnorodna muzyka, brak kolejek do baru i względna czystość, mieli nawet pokaz karaoke, które kilka razy udało mi się zobaczyć przechodząc z jednej sali do drugiej i muszę przyznać, że niektórzy naprawdę dali popis talentu.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekend w Rzymie

Z upływem lat wydaje mi się, że głupiej torby życie niczego nie nauczyło, bo wciąż zdarza mi się pakować w bardzo dziwne sytuacje, na dodatek na własne życzenie i za własne pieniądze. Kiedyś miałem to samo ze spontanicznymi wyjazdami, wystarczyła jedna myśl a już kupowałem bilet na samolot i rezerwowałem hotel w jakimś odległym miejscu na świecie. Od kilku miesięcy miałem zaproszenie od G. do Belgradu, ale wpadłem na genialny pomysł, żeby ściągnąć małolata na weekend do Rzymu. Wydawało mi się to genialnym pomysłem, ale im bliżej było jego przyjazdu, tym mniejszy stawał się mój entuzjazm. Z Bolonii dotarłem do hotelu przed nim, wypiłem drinka na dachu hotelowego baru, zdążyłem wziąć gorącą kąpiel, ale na samą myśl, że wieczorem mamy iść na całonocne balety przewracałem oczami, klnąc w duchu, że potrzebny mi on tutaj jak kurwie różaniec, że też musiałem fundować sobie takie atrakcje i zawracanie dupy. Tak to już jest z małolatami, przeżywają takie wyjazdy jak żyd okupację, nie w głowie im kolacje i spokojne wieczory, ale dyskoteki, kluby i zabawa do białego rana. Na dodatek szybko okazało się, przystawiam drabinę do niewłaściwej ściany, dzieci z tej znajomości nie będzie, kolega zupełnie nie w moim klimacie, do tego mało wspólnych tematów – po prostu dwa różne światy. Przez chwilę nawet starałem się coś zagadać, ale szło mi to jak dziwce w deszcz, a kolega napalony był na wyjście do klubu jak Arab na kurs pilotażu. Przed północą nagle gdzieś zniknął, łudziłem się, że nie wróci ale wrócił około pierwszej i taksówką pojechaliśmy do Qube…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dzień za dniem

Zupełnie inaczej wygląda nauka języka na poziomie B2/C1. To całkiem inny poziom komunikowania się z nauczycielem i grupą, zupełnie inny sposób uczenia się i przyswajania wiedzy, niesamowite ile nowych rzeczy potrafię przyswoić w ciągu tych kilku porannych godzin. Ta swoboda w komunikowaniu się jest bardzo budująca i dodaje mi skrzydeł: z entuzjazmem robię zakupy w sklepach, rozmawiam ze sprzedawcami, pakuję się w sytuacje w aptece, u optyka, na dworcu byleby tylko mówić po włosku. Ktoś może zdziwić się, przecież na codzień po włosku mówię w domu, ale z różnica polega na tym, że nawet nie wiem kiedy M. przestał mnie poprawiać, wypracowaliśmy swój język, czasami zrozumiały tylko dla nas i nie ważne czy użyję conjuntivo, passato prossimo czy imperfetto on i tak mnie zrozumie. Z jednej strony to bardzo wygodne, z drugiej blokuje mnie w poprawnym mówieniu co wychodzi dopiero gdy rozmawiam z kimś obcym.

Najlepiej dogaduje się z Japonką, która tak zabawnie mówi po włosku, że aż miło się jej słucha. Nie dość, że jest bardzo ładna jak na Japonkę to jeszcze ma ten swój sexy akcent, przez który – zgaduje – złamała w Bolonii nie jedno męskie serce.

W grupie mam też dwie Szwajcarki, jedną z francuskiej części i tak subtelną i ładną, że aż miałbym ochotę się dla niej nawrócić, jednego wyluzowanego, długowłosego Szweda i wygadanego młodziutkiego Holendra z biżuterią nazębną. Może nie jesteśmy super zgrani, ale wspólne zajęcia zawsze są pełne śmiechu i miłą okazją do wymiany doświadczeń oraz ciekawostek o własnych kulturach.

Każdy poranek zaczynam swoim małym śniadaniowym rytuałem na Piazza Santo Stefano. Zrezygnowałem ze śniadań w domu, wolę wyjść wcześniej by po drodze na zajęcia zatrzymać się w swoim ulubionym barze na świeżo wyciskany sok, cappuccino i brioche. Po kilku takich wizytach pracujące tam panie zaczęły mówić mi dzień dobry a ostatnio nawet nie muszę podchodzić do baru by złożyć zamówienie, bo same wiedzą co podać. I jak tu nie kochać Włoch?!

Dla każdego kto po raz pierwszy odwiedza Bolonię, niezliczona ilość arkad może wydawać się istnym labiryntem, bo niemal każda z ulic wygląda identycznie. Nawet mnie zdarzyło się zabłądzić, choć drogę z domu do szkoły i z powrotem przemierzam regularnie kilka razy dziennie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

La famiglia

Zwykle podczas kursów zatrzymuję się w hotelu albo wynajmuję mieszkanie, ale tym razem uległem namowom M, który usilnie przekonywał mnie że przy włoskiej rodzinie będzie mi lepiej, otworzę się bardziej na kulturę, dostarczy mi dodatkowych atrakcji, zaproszą mnie do uczestnictwa w swoim codziennym życiu. Niestety nic takiego się nie stało, choć parę nieudanych prób juz było. Zdałem sobie sprawę, że wyobrażenie M. o mieszkaniu przy rodzinie podczas kursu językowego ma się niejak do rzeczywistości. Gdyby to on był godpodarzem myślę że dwoiłby się i troił aby zapewnić gościowi mnóstwo atrakcji, od tych codziennych, kulinarnych, po wycieczki za miasto, wspólne oglądanie filmów, imprezy i poznawanie wszelkich aspektów życia danego kraju. Nie narzekam, bo rozumiem że każdy ma swoje życie, nie jestem przecież dzieckiem. Wspólne spędzanie czasu ogranicza się tylko do wspólnych kolacji co 2-3 wieczór podczas, których moi opiekunowie raczą mnie minestrone, zieloną sałatą i wodą. No cóż, na szczęście wokół jest pełno barów i restauracji, więc prawie co dzień odkrywam jakieś nowe miejsce.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz