La quotidiana

Jest dobrze, z rodziną u której się zatrzymałem praktycznie się nie widujemy. Oboje dużo pracują i albo siedzą po godzinach na dyżurach albo znikają gdzieś na całe godziny odwiedzając swoich znajomych. Na początku trochę mi ta ich nieobecność i zarazem niedostępność przeszkadzała, nie określili bowiem żadnych reguł jak mam przez tych następnych parę tygodni z nimi egzystować. Mało przydatny okazał się Gaston, który głównie siedzi zamknięty w swoim pokoju, przegląda rzeczy na internecie, uczy się albo nawet onanizuje. Zaproponowałem mu wspólne wyjście wieczorem, ale wybrał naukę… Może to i dobrze bo jako towarzysz do odkrywania smaczków Bolonii raczej mało się nadaje: nie pije wina, w ogóle alkoholu, jest wegetarianinem, w dodatku typowym mrukiem, który mało co ma do powiedzenia i gdyby jeszcze tego było mało jest mało urodziwy, więc Bolonię poznaję sam, tudzież poprzez lokalny koloryt, który może nie najinteligentniejszy, ale za to optycznie smakowity.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bel far niente

Przyznam szczerze że mialem kilka momentów kiedy zastanawiałem się, co ja tutaj właściwie robię. Mimo że przyjechałam do Bolonii, by uczyć się języka i doznawać przyjemności obcowania z włoską kulturą, to podczas pierwszych dni pobytu w tym mieście zaczęłam odczuwać dziwny dyskomfort a czasem nawet nudę, nie bardzo wiedząc, co mam ze sobą zrobić. W końcu przecież czysta przyjemność nie jest mi ostatnimi czasy obca, od kilkunastu miesięcy jest nieodłączną częścią mojego codziennego rytuału. Ma to trochę związek z pogodą, bo z dnia na dzień zrobiło się zimno, rano jest raptem 7 stopni a słońce prawie nie wychodzi zza chmur, wczoraj na dodatek lało przez większość dnia i wychodząc w przerwie zajęć na szybki lunch zmarzłem na kość.

Dziś wieczór mieszkanie zamieniło się w strefę wojny domowej. Mecz piłki nożnej. Słyszałem że Włosi się tym ekscytują i faktycznie tak było, dziadki darły gęby na całe gardło i od progu wyglądali mi na mocno rozgorączkowanych. Rzucali w stronę graczy mięsno kwieciste i językowo skomplikowane wiązanki a ja wsłuchiwałem się w tę tyradę. Potoczyste przekleństwa wlewały się od czasu do czasu do mojego ucha i wychodziły drugim, za każdym razem gdy na płycie boiska dochodziło do jakiś niesprawiedliwości podskakiwali, wymachiwali wściekle rękami i spektakularnie klęli jakby awanturowali się na ulicy. Takiego włoskiego na kursach nie uczą.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Niczym Un Bel Addormentato

Kolacja przy desce mortadeli i prosciutto oraz butelce cudu zwanym Lambrusco – nigdy wcześniej nie próbowałem czereśnio-czerwonego musującego wina z dziwną pianką i w sumie smakowało lepiej niż wyglądało choć moc miało chyba zerową.

Pierwsza noc upłynie mi pod znakiem śpiącej królewny czy raczej śpiącego królewicza,   dostałem bowiem pokój córki, która wyjechała do Francji na studia. Pokój jak pokój za to oczojebnie różowy – od ścian, po firany, zasłony, meble i pościel. Czuję się trochę jak w słodko pierdzącym świecie Matel. Od razu podzieliłem się zdjęciami pokoju z M. który tylko mnie rozwalił, uświadamiając że prócz różowego i fuksji istnieje jeszcze róż antyczny…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nietypowa wielkanoc

Pomysł spędzenia wielkanocy we Włoszech okazał się naprawdę dobry. W polsce leje i zapowiadają nawet śnieg a w Parmie 25 stopni! Dzień przed wyjazdem wybraliśmy się z M. na kolację do Giardino, nazajutrz mogłem spokojnie spakować walizki i zdążyć na pociąg. Pierwsza na trasie była Parma, z rejonu znanego z surowej podsuszanej i bardzo delikatnej szynki o chakakterystycznym lekko słodkawym smaku. Uhm pychota. Z dworca do hotelu dotarłem pieszo, bo położony był raptem 300 m od głównej stacji. Przedarłem się tylko przez hordy czarnoskórych emigrantów okupujących rejon dworca jak i okalające jego okoliczne ulice. Słońce grzało późnopopołudniowym cieplem i aż się chciało wygrzewać w jego promieniach. Znalazłem miły, przytulny bar, zamówiłem aperol i zdawało mi się że niczego już więcej nie potrzebuję do pełni szczęścia. Wyróżniałem się jako obcokrajowiec, bo jako jeden z nielicznych paradowałem w krótkim rękawku podczas gdy rodowici mieszkańcy spacerowali opatuleni szalikami, w cieplejszych okryciach albo nawet kurtkach. Miasteczko jest małe i ma swój urok, ale jeden dzień w zupełności mi wystarczył żeby nacieszyć się jego atmosferą. Brakowało mi M., gdyby tu był na pewno wyszukałby dla nas jakieś magiczne miejsce na wyjątkową kolację a tak zdany byłem wyłącznie na siebie.

Śniadanie wielkanocne jadłem sam, było nietypowo bo wcisnąłem w siebie dwie salaterki świeżych owoców, żadnych żurków, jajek czy święconki. Nie było mi z tym źle, bo czy wszystkie śniadania wielkanocne muszą składać się z niemal obiadowego obfitego posiłku? Pociągiem w ciągu niespełna godziny dotarłem do Bolonii. Bolonia jest cudowna! To pierwsze wrażenie kiedy wyszedłem z hotelu. Dziesiątki eleganckich sklepów, restauracji, trattorii, osterii, kiosków tabacchi zlokalizowanych w starych kamienicach, wśród wąskich, brukowanych uliczek, a wszystko skryte pod kilkudziesięcioma kilometrami arkad, które sprawiają wrażenie ciągnących się w nieskończoność. Niespiesznie moglem włóczyć się po mieście odkrywając kolejne przydomki i symbole miasta nazywanym czasem miastem arkad, dwóch wież, jak również tłustym, czerwonym i wszystko to wydaje się być prawdą. Powód nazywania Bolonii „miastem arkad” staje się oczywisty przy pierwszym spacerze. Wysokie i przestronne arkady (tudzież portyki) ciągnące się głównie wzdłuż ulic jego historycznej części. Niektóre fragmenty są bardziej zadbane, odmalowane, ale nie przy każdej kamienicy farba trzyma się ścian. Można odnieść wrażenie chodzenia po wielkim, średniowiecznym labiryncie, który ciągnie się niemal przez całe stare miasto. Poza niewątpliwymi walorami estetycznymi, taka architektura ma swoje względy praktyczne. Ciągnące się kilometrami arkady skutecznie chronią zarówno przed promieniami słońca w upalnym lecie, jak i jesiennym deszczem czy wiatrem. Jest niedziela wielkanocna, ale część sklepów i większość restauracji i barów jest otwarta, wszędzie widać tłumy ludzi i jest cudownie. Nie wiem czemu, ale czuję że będzie mi się tutaj bardzo podobać.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Katania – Malta

Uwielbiam włoskie podejście do klienta w restauracjach. Nawet jeśli czegoś nie mają w karcie zawsze warto spytać czy aby przypadkiem nie dałoby się zrobić jednej porcji ekstra, dania można dowolnie łączyć, mieszać, porcje zwiększać, zmniejszać, cos dodać, coś odjąć i rzadko kiedy usłyszy się słowo nie. W dodatku na koniec zawsze dostaje się coś za darmo, jeśli nie kawę to domowy likier albo pędzony chałupniczą metodą samogon. W jednej takiej osterii niespodziewanie spędziliśmy bardzo udany wieczór, który przeciągnął się do późnych godzin nocnych.

Z Katanii wylatywaliśmy bardzo wcześnie, okazało się, że zmienili nam lot i zamiast Air Maltą polecieliśmy Posta Italiana na szczęście nie jako paczki, ale ściśnięci byliśmy jak sardynki, bo podróżowały z nami dwie grupy młodzieży, które najpierw darły mordy, potem opóźniały boarding a na koniec rzygały jak jeden mąż z powodu turbulencji.

Rano przed oddaniem auta do wypożyczalni musieliśmy wcześniej zatankować paliwo. Coś co wydaje się rzeczą banalną nas przerosło. Piąta rano, wyjechaliśmy z hotelu, po drodze GPS wskazywał kilka stacji… Pierwsza – nieczynna, druga – zepsuta, do trzeciej M nie wiedział jak wjechać, do czwartej minęliśmy wjazd, podobnie jak do piątej i szóstej, w końcu znaleźliśmy jedną, ale okazało się że nie przyjmowała naszych kart kredytowych, co wydawało mi się niemożliwe że, aż osobiście pofatygowałem się to sprawdzić przeklinając po ciuchu M. Dopiero przed samym lotniskiem znaleźliśmy stację nie samoobsługową i byliśmy z tego faktu szczerze uradowani.

Dla M. był to pierwszy pobyt na Malcie, choć krótki zdążyłem pokazać mu kilka swoich ulubionych miejsc na wyspie i przekonać, że warto przyjechać tu kiedyś na długi weekend.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień z nieustającym widokiem na Etnę

Z Messyny wyjechaliśmy wcześnie rano, zaraz po śniadaniu. Po obfitej kolacji ostatnią rzeczą, o której myślałem było wpychanie w siebie kolejnej porcji paszy, ale M. był nieugięty. Podczas gdy on pałaszował słodkie rogaliki skusiłem się jedynie na kawę. Siedząc wygodnie na olbrzymim tarasie w milczeniu obserwowałem nielicznych hotelowych gości i dopijając powoli filiżankę cappuccino, cieszyłem oczy słonecznym porankiem.

Taormina jest pięknie, położona wysoko na skałach a znaleźć tam jakiś parking to istny koszmar, udało nam się dopiero przy piątej czy szóstej próbie podejścia. W centrum pełno amerykańskich turystów, różnej maści Azjatów wlewających się z jednej galerii do drugiej, odwiedzających luksusowe butiki, których jak na tak małe miejsce jest tu bez liku. Ceny iście szwajcarskie, ale biznes się kręci co widać było po zarobionych po łokcie sprzedawcach, zajętych bogatą klientelą. Nie w głowie były nam jednak zakupy, znaleźliśmy przytulny bar i zamówiliśmy sobie kawę i cytrynową granitę z brioche. Podziwiam M. który był wstanie wbić w siebie kolejną porcję słodkości, ale we Włoszech a zwłaszcza na Sycylii, bardzo trudno odmówić sobie kulinarnych przyjemności, po prostu nie da rady utrzymać jakiekolwiek diety.

Późnym popołudniem dojechaliśmy do Katanii. Po niektórych budynkach i ich pozostałościach da się odczytać burzliwą historię miasta, co zupełnie nie ujmuje im piękna. Lekko brudnawe, poczernione od pyłu wulkanicznego mury kryją w sobie nutkę tajemnicy. Mimo widocznych zniszczeń, spacerując po Katanii można się zakochać – w tych klimatycznych uliczkach, niezliczonej ilości pięknych zdobionych kościołów, które wyrastają na przypadkowo odwiedzanych placach. Budynki, balkony, barokowe kościoły, kontrast wspaniałego, białego wapienia i czarnej lawy.

Po wyłaniających się straganach z owocami i warzywami, sporej ilości osób z torbami na zakupy, po odgłosach targowania i charakterystycznym rybim smrodku zorientowałem się gdy zaczęliśmy zbliżać się rybnego targu. Wspaniałe i folklorystyczne miejsce, gdzie triumfują kolory, zapachy i okrzyki rybaków którzy przekrzykują się na wzajem aby zwrócić na siebie uwagę. Rozsypane krewetki, kalmary, najróżniejsze gatunki ryb – wszystkiego pod dostatkiem. Ukradkiem przyglądałem się M, który nie zniechęcony odorem próbował uśmiechać się jakby przez łzy dzielnie brodząc w śmierdzącej rybiej chlapie w swoich arcyeleganckich butach.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Palermo – Cefalu – Messyna

Uwielbiam Cefalu! Na pierwszy rzut oka nie przypomina kurortu, zwłaszcza w marcu, gdzie po wąskich uliczkach błąka się niewielu turystów, a plaże są nieomal puste. Ale jest kurortem na pewno. Cefalu ma opinię perły Sycylii. Miasteczko położone jest na cyplu u stóp potężnej skały La Rocca nad samym brzegiem morza.

Koniecznie musimy wrócić tutaj na dłużej, podziwiam mojego brata, który na podróż poślubną wybrał Palermo, bo tutaj jest o wiele ładniej, urokliwiej i ciekawiej. Spędziliśmy raptem kilka godzin okraszonych krótkim zwiedzaniem, lodami i wyśmienitym lunchem nad brzegiem morza, ale to nam wystarczyło by chcieć tutaj wrócić. Uliczki czyste, budynki odremontowane i bardzo zadbane, razem M. oglądaliśmy hotele przy plaży i już wybraliśmy ten, w którym zatrzymamy się tutaj następnym razem.
Kolejne 160km i dotarliśmy do Messyny. Hotel Vmaison prze-cu-za-je-fajny w samym centrum aż nie chciało mi się opuszczać eleganckiego apartamentu i nawet dobrze, bo miasto jakoś nas rozczarowało. Może to ze zmęczenia i natłoku wrażeń, ale zrobiliśmy tylko krótką rundę po mieście i wróciliśmy do hotelu. Po drodze wpadł nam w oko jeden taki butik z modą męską, weszliśmy niby na chwilę a po godzinie M. wyszedł z kompletem garderoby na nasz ślub! Zakupy we Włoszech to świetna sprawa i nie daje po kieszeniach tak bardzo jak w Szwajcarii.
Na swoją urodzinową kolację M zaprosił mnie do restauracji, wybrał bardzo przyjemną małą restauracyjkę gdzie właściciel próbował wytłumaczyć nam, że najlepsze ostrygi pochodzą z (sic!) Francji z regionu Szkocji. Do hotelu wróciliśmy pieszo, bo tego wieczoru pierwszy raz od przyjazdu trochę się przejedliśmy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Deju vu

Hotel mieliśmy zarezerwowany na via Maqueda na wprost Teatru Massimo, akurat gdzie cała ulica zablokowana jest dla ruchu samochodowego. Dzięki przedsiębiorczości i zakupoholizmowi M. jechaliśmy z trzema walizkami i niezliczoną ilością torb, torebek, siatek i reklamóweczek więc aż się prosiło, żeby podjechać pod główne wejście hotelu. Jak tak niespodziewanie wjechaliśmy na deptak, w środek spacerującego tłumu nagle przypomniałem sobie ostatnie ataki terrorystyczne w Nicei, Berlinie i Londynie, zdążyłem wycedzić tylko jedno przekleństwo a już po 3 metrach zatrzymali nas karabinierzy i służby Esercito. Oczami wyobraźni widziałem już nas skutych kajdankami, leżącymi twarzą do ziemi, z karabinam przy głowie, przesłuchiwanych, torturowanych i nocujących w areszcie aż się spociłem z wrażenia a M. się tylko uśmiechnął i załatwił nam wolny przejazd.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Włoskie born to be wild

Jazda samochodem po Sycylii przyprawiała mnie o strach, tutaj nie ma żadnych zasad, każdy jeździ jak mu się podoba, limity prędkości zdają się nie obowiązywać, wyprzedzanie możliwe jest z każdej strony i dowolnym momencie, czerwone światło albo zakaz wjazdu to tylko nic nie znaczące sugestie, można też jeździć z włączonym non stop kierunkowskazem albo w ogóle go nie używać, w zależności od widzimisię kierowcy a przejazd przez rondo to prawdziwy taniec śmierci. Wydaje się, że nie trzeba mieć tutaj prawa jazdy, żeby poruszać się autem – wystarczy brak wyobraźni i brawura.

W Palermo pierwszy raz natrafiliśmy na hordy imigrantów łażących i żebrzących, nie dało się spokojnie wypić kawy, by nie zostać zaczepionym przez kogoś. Włosi traktowali ich wszystkich jak powietrze i wcale nie rzucali się, żeby pomóc kobietom z dziećmi czy biegającym wolno głośnym bachorkom. Czarno to ja ich wszytskich widzę jeśli kiedyś taki widok zobaczę w Polsce.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Miasta skąpane w słońcu

Przejechane kolejne 150 km, M. prowadzi podczas gdy ja mogę wygodnie rozsiąść się na przednim siedzeniu, podziwiać zmieniające się krajobrazy albo albo po prostu sobie kimać. Dotarliśmy do Mazara del Vallo po drodze na krótko zatrzymując się w Sciacce. Na zdjęciach Sciacca prezentowała się bardzo obiecująco, jako portowe miasteczko, ale prócz malutkiego Piazza Duomo i portu pełnego rybaków, targu albo firm zajmujących się ich przetwórstwem niewiele było tam do oglądania. Od takie sobie miasteczko położone nad morzem, z daleka przyciąga piękną architekturą i kolorami, ale szybko traci po bliższym poznaniu. W Mazara wynajęliśmy sobie hotel ze SPA i pokój z jacuzzi na tarasie, ledwo weszliśmy do pokoju, rzuciliśmy tylko walizki i wskoczyliśmy do wanny spragnieni bąbelków i relaksu. Dzień minął nam bardzo nieskomplikowanie, wieczorem pojechaliśmy do centrum Mazara na krótki spacer, ale bez wizyty w restauracji bo te trochę nam się przejadły. Choć jest tutaj największy we Włoszech port rybny i drażniący co niektórych odór rzeki, wszystko wynagradzają najwspanialsze owoce morza na talerzu koniecznie z kuskusem. Miasto przyciąga swoim północnoafrykańskim charakterem, można zakochać się w wąskich uliczkach jakby nie z tego kontynentu, wąziutkie, przeplatane łukami przypominały bardziej widziane w Maroku. Poza tym pomarańcze obficie rosną na przykład przy… głównej ulicy. Okazało się też, że jazda z GPS-em aż do celu nie zawsze jest najlepszym pomysłem – parokrotnie utknęliśmy w beznadziejnie wąskich uliczkach starego miasta i M. nieźle się nakombinował żeby nas stamtąd wydostać.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz