W samolocie do Belfastu

2 tygodnie temu skończyłem oglądać siódmy i niestety ostatni sezon „Good Wife” a dzisiaj rano w samolocie z Londynu do Belfastu spotkałem Christine Baranski. Cóż za miły zbieg okoliczności … Uwielbiam ją w roli Diane Lockhart – niezależnej, pięknej, mądrej, silnej kobiety i tak cudownej czasem zimnej suki kiedy mówiła ludziom co naprawdę myśli! Fantastyczna drugoplanowa rola, aż miałem ochotę ją wyściskać, ale dobre wychowanie i wrodzona powściągliwość mnie powstrzymały żeby nie poprosić ją o wspólne selfie…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

z notatnika podróżnika

W opinii niektórych Uber i Airbnb psują rynek, ale dla wielu przeciętnych ludzi takie platformy internetowe go ubogacają, bo aplikacje mobilne zdobywają świat, sektora gospodarki współdzielenia nie da się wyeliminowac i nic tego zjawiska już nie zatrzyma. Dobrze rozumiem rozgoryczenie taksówkarzy oraz niechęć właścicieli hoteli, którzy mogą czuć dziejową niesprawiedliwość. Osobiście jestem zwolennikiem zmiany poziomu regulacji obu branży tzn. aby obie strony nie tylko konkurowały na równych zasadach, ale też płaciły podatki w Polsce.

Ludzie kochają jednak nowinki, a jeśli jeszcze mogą przy tym zaoszczędzić to zawsze znajdą się chętni żeby wypróbować takie rozwiązanie. Miejska mobilność ulega dynamicznym zmianom na całym świecie, rośnie liczba konsumentów, którzy wybierają innowacyjne, przejrzyste usługi oparte o nowe nechnologie. Kiedyś latanie samolotem było bardzo drogie i niewielu mogło sobie na to pozwolić, bilety za ocean kosztowały tysiące, ale odkąd weszły tanie linie lotnicze nagle wszyscy zaczęli latać, wszystkich na to stać a wielkie linie lotnicze musiały zmienić taktykę i zacząć konkurować innymi instrumentami, by przyciągnąć czy też raczej zatrzymać klientów.

Taksówka w Auckland z lotniska to BCD kosztuje średnio 80NZD, ale jak trafi się na korki to lekką ręką można wydać 150 i więcej. Przekonałem się o tym raz a potem plułem sobie w brodę za taką bezmyślną rozrzutność. Dlatego ostatnio wracając do domu zamówiłem Ubera i zapłaciłem niecałe 70 i byłem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Przyjechał po mnie jakiś Pakistańczyk, taki z rodzaju bardzo rozmownych. Opowiedział mi że wysłał dwójkę swoich dzieci na wakacje do Pakistanu i kiedy po feriach nie wróciły do szkoły dostał telefon z sekretariatu z zapytaniem, kiedy zamierzają wrócić na zajęcia. Był zbulwersowany że szkoła domaga się ich powrotu skoro to przecież jego dzieci, ale rozmówczyni była nieugięta, zaproponowała nawet zapłacić za bilety lotnicze, bo dzieci muszą wrócić do Nowej Zelandii. Kiedy opowiadał mi że jest z nimi w telefonicznym kontakcie i że ciągle słyszy od nich jak bardzo im się podoba w Kabulu uśmiechałem się tylko pod nosem. Z tego, co się orientuję w Nowej Zelandii nie ma prawa ziemi więc dzieci tam urodzone nie dostają automatycznie obywatelstwa, ale może czegoś nie wiem.

Korzystałem z Ubera w Warszawie i też byłem zadowolony. Miły pan zadzwonił nawet na mój szwajcarski numer, bo nie mógł mnie znaleźć i pewnie wydał więcej na tę rozmowę niż zarobił za przejazd Krucza – Sofitel.

W Kuala Lumpur taksówka na lotnisko kosztuje od 78 do 150 MYR, dlatego żeby wyszło mniej niż więcej zamówiłem Ubera. Wszystko działo sprawnie, dopóki 2 minuty przed przyjazdem kierowca anulował zlecenie, cena podskoczyła do 150 i zniknęły wszystkie dostępne auta. Bywa. Pojechałem zwykłą hotelową, za 150 bo bałem spóźnić się na samolot. Kolejnym razem braliśmy Ubera do Blueboya i wszystko byłoby w porządku gdybyśmy tylko nie musieli tłumaczyć kierowcy drogi, bo biedaczyna zupełnie nie znał miasta.

W stolicy Chile – Santiago aplikacja jest całkiem popularna ze względu na taksówkarzy, którzy przez lata oszukiwania klientów zasłużyli sobie na złe traktowanie. Problem stanowił jedynie weekend, kiedy po ulicach nie jeździł nawet jeden samochód, więc do centrum musiałem jechać zwykłą taksówką.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

weekend

W Szczecinie byłem raz w życiu, dawno temu, studiowałem jeszcze, pojechałem tam na romantyczny weekend z jednym takim, z perspektywy czasu mogę przyznać, że gustu nie miałem i stać było mnie na kogoś lepszego, no ale czasem krew nie woda a hormony robią kisiel z mózgu, ale wrzuciłem to do kosza z napisem błędy młodości. Miło wspominam to miasto, wyjście do klubu i dwie lokalne ewenementy wołające na nasz widok „cześć siostry” oraz wieczór w Cafe 22 i Radissona, który zrobił wtedy na mnie piorunujące wrażenie. Dowiedziałem się wtedy, że Szczecin wcale nie leży nad morzem a do plaży w Międzyzdrojach dzieli dystans jakichś 100 kilometrów.

Z perspektywy lat muszę przyznać, że miasto zdziadziało i straciło dla mnie swój urok aż nie chce się tam żyć, na każdym kroku oczojebny prowincjonalizm i hordy niemieckich turystów ubogacających lokalne tandetę i marazm. Ulice pełne malkontentów i jakby nigdy niezadowolonych z życia mieszkańców. Radisson lata świetności ma już za sobą, bliżej mu do zdezelowanej wersji Sobieskiego niż do 4-gwiazdkowego obiektu skandynawskiej marki. Pokoje i wnętrza czyste, ale czas jakby się tam zatrzymał w latach 90., pretensjonalna obsługa i ciężko wzdychające młode kelnerki, na szczęście nie wszyscy są tacy, bo niektóre panie po prostu do rany przyłóż. Miałem szczęście, bo przez cały mój pobyt świeciło słonce i było całkiem przyjemnie. Jakie było moje rozczarowanie, że Szczecin nie posiada Starego Miasta a to, co stanowi Rynek no cóż, urocze na swój sposób, choć sielski to on nie jest. W Galeriach handlowych buractwo i kawiarniano-odpustowe spędy, 20 kilo nadwagi, legginsy, kurtki z futerkiem, torebka Gucci i klapki Kubota – nic dodać nic ująć.

Opublikowano podróże | Otagowano | Dodaj komentarz

M. martwi się o mnie czyli woda na mój młyn…

M. mnie zaskoczył. Z okazji złożenia wszystkich dokumentów w Zivilstandskreis wieczorem wybraliśmy się do Giardino na kolacje przy świecach. Taki mały romantyczny akcent na koniec dnia, żeby uczcić nasz małe nadzwyczajne wydarzenie.

Szczerze, myślałem że skompletowanie wszystkich dokumentów zajmie nam sporu czasu a mnie szczególnie będzie kosztowało wiele stresu i konieczność użerania się z polskimi urzędami, ale okazało się to zadaniem całkiem prostym. Wystarczyła jedna wizyta w urzędzie stanu cywilnego, szczery uśmiech i pani wydała mi od ręki wszystkie potrzebne dokumenty i zaświadczenia. Doszły mnie słuchy o współczesnej wersji Akcji Hiacynt, w którą zaangażowany jest wrocławski USC, ale guzik mnie to obchodzi. Za 3 lata teoretycznie będę mógł posiadać obywatelstwo włoskie i szwajcarskie a do Polski nam się nie śpieszy. Rozmawiając i śmiejąc się przy stole, wspominając wydarzenia ostatnich dni M. przyznał się, że martwi go ta moja martwota i stan zawieszenia, siedzenie w domu i brak aktywności, zachęcał mnie bym czymś się zajął, przypomniał mi o tym co mówiłem rok wcześniej, że miałem plany kursu włoskiego we Włoszech, że chciałem odpocząć i zwiedzać świat, więc czemu teraz nagle siedzę w domu, gotuję, piorę, robię zakupy, sprzątam, oglądam tv i pierdzę w sofę, jak mam pieniądze, niezrealizowane marzenia i mnóstwo wolnego czasu? Jemu szkoda byłoby tak bumelować więc najzwyklej na świecie mi się dziwi. To była muzyka dla moich uszu, upewniłem się czy aby na pewno dobrze usłyszałem i wcale się nie przesłyszałem. Szczerze? Owszem, zasiedziałem się w domu, bo było mi trochę przykro, że większość dalekich podróży odbyłem bez niego, nie chciałem wybierać się w kolejną egzotyczną wyprawę w obawie że, będzie mu smutno, że znowu zostaje sam w domu. Zaraz na drugi M. znalazł mi kurs językowy w Bolonii, będę mieszkał przy rodzinie i przez dwa tygodnie rzetelnie zmuszał do nauki tego pięknego języka..

Jeśli mi się uda w czerwcu polecę na kilka tygodni do Ameryki Centralnej, marzy mi się trasa Meksyk Gwatemala Belize Kostaryka Kolumbia, ale czy do tego dojdzie – nie wiem. Nie mam jeszcze biletu, ale bacznie przyglądam się ofertom. Razem z M. lecimy za dwa tygodnie na Sycylię i Maltę, potem jedziemy do Mediolanu zobaczyć sławną Ostatnią Wieczerzę da Vinci. By zobaczyć to cudo trzeba zapisać z dużym wyprzedzeniem, mieliśmy szczęście bo zdobyłem bilety na jeden jedyny wolny termin w tym roku w maju. Na koniec razem z M&M spotykamy się w Rzymie i w Wiedniu na długi weekend. Teraz jak na ironię modlę się bylebym tylko pracy nagle nie znalazł, bo szlag trafi moje piękne plany wyjazdowe….

Otagowano , | Dodaj komentarz

Przygotowania

Razem z M. wybraliśmy się do Zivilstandskreis w Bernie zacząć załatwiać legalizację naszego związku. Stolica kraju, z czterema oficjalnymi językami i angielskim ogólnie ponoć znanym a kobieta za ladą mówi tylko po szwajcarsku. W takich momentach ręce opadają z bezsilności. Niech mi ktoś jeszcze powie że Szwajcarii ludzie znają języki obce, bo na pewno nie w urzędach. Albo im się nie chce no bo po co…

Dostaliśmy listę dokumentów i zaświadczeń, które musimy złożyć by zarejestrować nasz związek partnerski. Zdecydowaliśmy jednak, że nie zrobimy tego w Bernie tylko w Lugano, bo na samą myśl że miałbym składać przysięgę w języku którego słów nie potrafię wymówić od razu mnie odrzuca. Odpadnie nam pomoc tłumacza, poza tym Ticino jest o wiele ładniejsze i zawsze świeci tam słońce.

Od powrotu z Wrocławia chodzę przeziębiony, zasmarkany i zrezygnowany. Na fali tego podłego nastroju postanowiłem zrobić sobie prezent i kupić bilet gdzieś do ciepłych krajów by mieć jakaś perspektywę. Znowu wybieram się na Filipiny.

Opublikowano emigracja | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Niczym królowa w ulu

Atmosfera staje się coraz cięższa. Matka całymi dniami praktycznie przykuta jest do kanapy, z ostentacyjnie rozłożoną noga w gipsie, otoczona – metaforycznie mówiąc – artystycznym nieładem… Dookoła walają się niedbale porozrzucane różnego rodzaju przedmioty, których w każdej chwili mogłaby potrzebować: telefony, leki, jakieś książki, gazety, kule, wypis ze szpitala, program telewizyjny i pilot od telewizora – wszystko na wyciągnięcie reki. Takie jej osobiste centrum dowodzenia skąd wydaje polecenia i komendy, bo niestety rzadko towarzyszy temu słowo proszę. Brzmienie jej głosu jest nieznośne i opryskliwe, szorstkie i takie władcze. Staram się być cierpliwy i wyrozumiały, za każdym razem delikatnie przywracając ją do pionu i wyjaśniając subtelną różnicę między słowami pomoc a wyręczanie się kimś. Niemniej jednak kilka razy musiałem zdusić w sobie urazę i chęć odpowiedzenia jej w podobnym tonie.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że cały ten swój negatywny ładunek emocjonalny (świadomie lub nie) przekazuje babci, która potrzebuje dużo ciepła, życzliwości i pewnie jakiejś terapii jeśli jej stan ma się nie pogorszyć. Niestety babcia głównie może liczyć na krzyki, pretensje i niezadowolenie, stąd więc jak cień tylko snuje się z kąta w kąt i coraz bardziej gaśnie w oczach. Nie trzeba być lekarzem, żeby zauważyć że w bardzo zwolnionym tempie wypowiada swoje myśli. Matka odbiera jej zachowanie jako przejaw złośliwości, lekceważenia buntu i braku chęci rozmowy. Nieustannie ją pogania, okazuje złość i niezadowolenie co w konsekwencji prowadzi do niepotrzebnych konfliktów. Babcia fiksuje, nie śpi, ma zjawy, wygaduje i robi niestworzone rzeczy.

Początkowo ambitnie próbowałem trochę załagodzić całą sytuację, ale dość szybko skapitulowałem, bo nie zmienię 61 letniej kobiety. Dlatego odpuściłem i usunąłem się daleko daleko od huśtawek nastroju, przykrych komentarzy, słownego gradobicia i durnych pomysłów od których człowiekowi otwiera się nóż w kieszeni. Jak na ironię zawsze była taka rozsądna i wyważona, ale teraz wychodzi z niej wszystko co najgorsze i podłe, jest opryskliwa, arogancka, bezlitosna i okrutna. Obawiam się że to dopiero początek możliwości jej charakteru i w przyszłości będziemy jeszcze mieli z nią niemały problem.

Matka od nikogo nie chce słyszeć o jakiejkolwiek pomocy, warczy i nie daje sobie nic powiedzieć, wszyscy którzy próbowali wyciągnąć pomocną dłoń zostali zbesztani i odeszli z niczym, summa summarum odechciewa się człowiekowi cokolwiek proponować w obawie przed słowną chłostą. Wszyscy chodzimy podenerwowani i nabuzowani, każdy nosi w sobie pretensje i niezadowolenie, które nie mają ujścia. Nie dałbym rady wytrzymać długo w takiej atmosferze, a jestem tam przecież tylko przez parę godzin dziennie, współczuję ojcu żyć w tym wariatkowie. Starość jest straszna – mam nadzieję że nie dożyję wieku kiedy przestanę być samodzielny i będę potrzebował czyjejś pomocy.

Pobyt we Wrocławiu nie należał do najprzyjemniejszych, spotkałem się z kilkoma znajomymi, odwiedziłem parę ulubionych miejsc, ale w sobotę przed odlotem odetchnąłem z nieukrywaną ulgą, że rano już mnie tutaj nie będzie i nie będę musiał dalej uczestniczyć w tej rodzinnej szopce.

Otagowano | Dodaj komentarz

Z serii ciekawych i niezapomnianych interview

W tygodniu przed wylotem do Malezji znalazłem ogłoszenie o pracy w Düsseldorfie. Stanowisko brzmiało całkiem sensownie, profil kandydata wypisz wymaluj cały ja, na dodatek gigant telekomunikacyjny, olbrzymia międzynarodowa firma, z obietnicą ciekawych wyjazdów – jedyne ale to, że był to chińczyk, więc mogłoby mi być nie po drodze z ich kulturą pracy. Postanowiłem się jednak za wczasu nie uprzedzać i wysłałem swoje cv. Wróciłem właśnie z imprezy z Blueboy gdy zadzwoniła komórka, miła pani z typowo chińskim imieniem Yiting opowiedziała mi po krótce o stanowisku, zadała kilka pytań, zanotowała oczekiwania finansowe i ustaliliśmy, że jeśli klient będzie zainteresowany zorganizuje dla mnie videokonferencję. Na wynik pierwszej rozmowy nie musiałem długo czekać, w poniedziałek dzwoniła już, żeby potwierdzić moją dostępność. Na początku łudziłem się, że rozmowę przeprowadzimy przez skype’a, ale okazało się, że „Make it possible” ma swoje biuro w Bernie i zapraszają mnie do siebie.
Imponujący szklany biurowiec w sąsiedztwie HP, banku i paru innych mniejszych firm, na pierwszy rzut oka typowo korporacyjny standard: recepcja, przepustki, open space, laptopy, tu i ówdzie salki konferencyjne wszystko oczywiście sygnowane logo marki.
Moja przyszła manager w średnim wieku, ok 40 lat, z dłuższymi ciemnymi włosami, elegancka w stylu chińskim, powiedziałbym że wyglądała schludnie i nijako, trudno było mi wyczuć emocje, bo mówiła po angielsku w ten sam jednostajnie bezbarwny sposób, zero emocji.
Słyszałem, że u Chińczyków pracuje się dużo i długo, ale praca od 9 do 18, 2-3 godziny dodatkowo każdego dnia i na dodatek za darmo trochę ostudziły mój zapał, brak możliwości pracy z domu, choćby wieczornej telekonferencji z zacisza własnej sofy – wszystko musiało odbywać się w biurze, nawet laptopa nie pozwalali wynosić do domu. Nie wyglądało to kolorowo. Chcieli żebym zaczął za nie całe 2 tygodnie, ale nie zgodzili się pomóc znaleźć mieszkania czy choćby jakiejś agencji na pierwszy miesiąc. Wspaniałomyślnie potwierdzili najgorsze przypuszczenia, że work-life balance mogłem uskutecznić od piątku do poniedziałku od 21 do 9.
W kółko pytali tylko ile byłbym wstanie dla nich zaoszczędzić, bo mają bardzo wyśrubowane targety, choć sami nie wiedzą jakich używają systemów i aplikacji, kto zarządza polityką, czy planują wdrożyć dostępne na rynku technologiczne rozwiązania, jedyne co chcieli usłyszeć to deklaracje, że pomogę zaoszczędzić im miliony.
Na drugi dzień rano dzwonili, już z zaproszeniem na ostateczną rozmowę w Düsseldorfie.

Odmówiłem. Okazało się, że nie ja pierwszy, przede mną aplikowało już kilku podobnych śmiałków. Żółte, kulturowo upośledzone debile próbują zrobić w Niemczech drugie Chiny i dziwią się, że nikt nie chce u nich pracować.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kalejdoskop

Trochę pechowo zaczął się ten rok…
Z pracą posucha – przeszedłem dwie wieloetapowe rekrutacje, w obu dotarłem do finału i w każdym przypadku okazałem się tym „drugim” najlepszym. Nie mam sobie nic do zarzucenia, bo sumiennie przygotowywałem się do wszystkich rozmów, a przegrałem bo, nie chcę sprzedać się tanio. Stawiam mocno wyśrubowane warunki finansowe i jestem tego świadom, że może nie być łatwo, ale kto nie ryzykuje ten nie ma.
Na początku stycznia M. utknął na lotnisku we Włoszech. Poleciał na 2 dni do domu na urodziny siostrzenicy, gorliwie przedtem namawiając mnie żebym mu towarzyszył. Z dwudniowego wyjazdu zrobił się pięcio, bo niespodziewanie spadł śnieg, który sparaliżował życie w całych południowych Włoszech, zamknięto wszystkie lotniska, szkoły, wiele sklepów, na ulicach brakowało pługów a w domach ogrzewania, którego nigdy się tutaj nie instalowało. M. codziennie jeździł na lotnisko w Brindisi licząc na to, że może tego dnia wyleci do Zurychu i przez 2 dni neokrągło wracał z kwitkiem. Klął przy tym jak szewc, bo codziennie od rana musiał stać w korku na autostradzie, oddawać auto do wypożyczalni, na nowo je wypożyczać, by w potężnym korku, na śliskiej nawierzchni, bez zimowych opon przedzierać się mało przejezdną autostradą, bo inaczej nie dostałby się do rodzinnego domu. Pierwszego dnia nie zapomnę nigdy, bo mieliśmy ze sobą gorącą linię, na bieżąco informowałem go czy wyleciał samolot z Zurychu, dzwoniłem po wszystkich centrach obsługi Swissa próbując dowiedzieć się kiedy najprawdopodobniej będzie mógł wrócić do Szwajcarii.

Moja matka zemdlała i złamała nogę. Narobiła tym wszystkim strachu, na pogotowiu wsadzili ją w gips i pewnie poczułaby się już lepiej gdyby na kontrolę do ortopedy nie poszła z cycami wywalonymi na mróz – wieczorem dostała dzikiej gorączki, bólu zatok, straciła apetyt i z dnia na dzień dosłownie zaczęła niknąć nam w oczach. Powinna była pójść do neurologa, zrobić sobie badania, ale ona niczym samozwańcza doktor z Leśnej Góry, żyjąca serialami o lekarzach, postanowiła nie słuchać nikogo i leczyć się sama nie szczędząc nam wszystkim przy tym iście teatralnych przeżyć. Skutek był taki, że ojciec musiał w końcu znowu zadzwonić po karetkę, ale nawet wtedy cierpiąca z bólu i przelewająca się przez ramię nie przestawała być sobą: lekarze pogotowia mogli wynosić ją tylko po zmroku, kiedy na dworze było już ciemno, tak żeby sąsiedzi nie widzieli, musiała mieć nałożony make-up, umyte włosy i zrobione pazurki, ojciec pod jej dyktando pakował najpotrzebniejsze i najwłaściwsze jej zdaniem części garderoby i dopiero wtedy dała hospitalizować. W ostatniej chwili prawie się wyłamała gdy lekarz pogotowia, napomknął, że może spać na korytarzu… Publiczne szpitale w Polsce rzadko przypominają te z Leśnej Góry, o pojedynczych pokojach z łazienką raczej się nie słyszy i nie wiem kogo ona postawiła tam do pionu, ale na miejscu dostała dwójkę tylko dla siebie.
Przez pierwsze dwa tygodnie od wypadku nie chciała zrobić sobie badań, nieustannie przekładała wizytę u neurologa, znajdując różne wymówki, bo ona sama wie lepiej co jej jest. Dopiero w szpitalu zrobili jej rezonans i prześwietlenie głowy, ale nic nie znaleźli tzn. nic prócz – o dziwo – mózgu.
Na weekend byłem akurat w Warszawie, zostałem dwa dni dłużej i w niedzielę poleciałem na cały dzień do Wrocławia na własne oczy przekonać się do czego zdolna jest moja matka. To dopiero pierwsza tak poważna sytuacja kiedy to ona potrzebuje naszej pomocy i po tym co przeżyliśmy, boję się pomyśleć jak trudno będzie z nią wytrzymać w przyszłości.

Jak się wali to się wali już wszystko. Babcia też wylądowała w szpitalu, niemal całkowicie przestała słyszeć, nie ma z nią prawie kontaktu, z dnia na dzień przestała rozpoznawać członków rodziny. Przeleżała w szpitalu Lubiniu 3 dni po czym matka kazała przywieźć ją do nas do domu do Wrocławia, bo u siebie w mieszkaniu gotowała mleko na patelni, w oczy wlała sobie oliwkę dla dzieci przez co podrażniła sobie narząd wzroku i ogólnie zrobiła się niebezpieczna dla samej siebie. Ojciec mało nie wyszedł z siebie i nie stanął obok jak usłyszał, że przez najbliższe kilka tygodni będzie miał pod opieką cudowny duet – żonę i teściową.
Matka wtrąca się teraz we wszystko co dotyczy leczenia jej matki, telefonicznie i whatsupowo wydaje rozkazy, zdalnie kieruje opieką nad nią, rzuca komendy i wydaje dekrety, ustawia jej nawet leki, a najgorsze jest chyba to, że w ogóle nie daje sobie nic powiedzieć, bo uważa się za specjalistką od wszystkiego. Powoli mamy wszyscy dość całej tej szopki, sytuacja nas eykańcza, ojciec jest jak tykająca bomba. Ja i mój brat i tak mamy przy tym farta, ja – bo mieszkam daleko a on, że poleciał na 3 tygodnie służbowo do Palo Alto.

Nie wyobrażam sobie jak długo to jeszcze wszystko potrwa, ale wiem jedno, że gdyby ode mnie to zależało byłbym bardziej radykalny.

Otagowano | Dodaj komentarz

Bujam się i źle prowadzę

Kolejny wyskok widzimisię, byleby gdzieś daleko i egzotycznie, nagła potrzeba upału i poczucia słońca w trakcie mroźnej zimy, chęć złapania promieni słonecznych i wygrzania się w tropikalnym klimacie. Niespodziewanie odezwał się stary znajomy, zaproponował wspólne wyjście i spędzenia piątkowego wieczoru przy paru drinkach w Blueboy. Przyprowadził ze sobą swoich znajomych i bawiliśmy się przednio, wystawiając swoje wdzięki na oczy lokalnego kolorytu, który niestety muszę przyznać urodą nie grzeszy, przynajmniej w tamtym miejscu. Złowieszczo brzmiące „chodź, będziesz atrakcją wieczoru” nie zapowiadało niczego dobrego, ale kto by się tym przejmował po 6 ginach z tonikiem. Pamiętam tylko, że od jakiejś starej pudernicy drag queen po tym gdy przyznałem się skąd przyjechałem dostałem łatkę „sweet chocolate”.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Welcome to Kuala Lumpur

Drogę z KLIA znam już chyba całą na pamięć, liczyłem tylko bramki na autostradzie kalkulując za ile dojedziemy do Bukit Bintag. Na szczęście była niedziela i nie staliśmy w korkach. Identyczny pokój, z widokiem na wieże Petronas i ten sam scenariusz spotkań z lokalnym kolorytem. Jak zwykle było niezapomniane – mam tylko nadzieję, że te ekscesy nie odbiją mi się w przyszłości na moim zdrowiu. Pomimo pory deszczowej przez te parę dni prawie w ogóle nie padało, trochę dokuczał mi tylko jet lag, ale nauczyłem się już sobie z nim radzić. Ja to jednak mam narąbane jak cyganka w tobołku, dopiero co wylądowałem i wsiadłem to taksówki a już obmyślałem kiedy znowu uda mi się wrócić do Kuala Lumpur? Wszystko zależy od tego kiedy znajdę nową pracę, najchętniej przyleciałbym tutaj znowu w maju, ale póki nie mam nowego zajęcia M. krzywo patrzy na wszystkie tego typu eskapady. Przez chwilę zamarzyło mi się Bali i Nowa Zelandia, wszystko przez D. który wysłał mi fragment swojego koncertu w Operze w Sydney, ze wzmożoną siłą wróciło dobrze znane mi już ściskanie w dołku i pragnienie, nawet znalazłem sobie bilet, ale w ostatniej chwili przed zakupem powstrzymał mnie zdrowy rozsądek.

https://www.youtube.com/watch?v=OLOZiMAzokc

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz