Nietypowe święta

Święta bożego narodzenia czy też wielkanocne od lat odbywają się według tego samego utartego od lat schematu. Najpierw wykosztowuję się na bilet i albo spędzamy ten dzień u nas w domu albo jedziemy gdzieś do rodziny, ostatnimi laty po kolacji zwykle ewakuuję się z bratem do baru w Sofitelu, byleby tylko nie musieć już jeść i słuchać tych samych pierdoletów i mądrości rodem z kolorowych pism dla kobiet, od słuchania których człowiekowi chce się strzelić sobie w łeb. Wiem, że nie tylko mnie męczy przygotowywanie świąt, zakupy, stanie przy garach, cała ta szopka z rodziną, wizytami i rewizytami, wpychaniem w siebie olbrzymiej ilości jedzenia. Ile razy słyszałem od bliskich, że najchętniej rzuciliby wszystko, spakowali torbę i pojechali gdzieś w góry albo do ciepłych krajów odpocząć, naładować akumulatory, po prostu nacieszyć się wolnym czasem. W zeszłym roku i ja sobie tak obiecałem: koniec ze świętami w domu, obżarstwem, telewizorem, wysłuchiwaniu całego tego biadolenia i bzdur. Przestańmy zwalać winę na święta jak grubym było się już w lipcu. Obiecałem sobie, że następnych świąt nie spędzę we Wrocławiu tylko po prostu gdzieś ucieknę. Musiałem trochę nakoloryzować, by mój plan mógł dojść do skutku, ale koniec w końcu chyba się udało.

Opublikowano podróże | 1 komentarz

Pewniacha

Śmiało mogę stwierdzić, że pracę którą włożyłem w szukanie nowego zajęcia zaczęła przynosić efekty. Rozpocząłem etap rozmów kwalifikacyjnych. Aplikując na niektóre stanowiska, wydawało mi się, że jestem absolutnym pewniakiem, młody, z międzynarodowym doświadczeniem, znający języki, w dodatku mobilny i bez garba rodziny – totally employable. Niespodziewanie nie dostawałem nawet zaproszenia na wstępne interview. Najgorzej, że człowiek zdążył się niepotrzebnie napalić a tu taki niefart, na szczęście z czasem pojawiło się kilka, całkiem interesujących ofert pracy m.in. z Kolonii i Lozanny.
Przy pierwszym kontakcie z niemieckim farmaceutykiem zaliczyłem lekką wpadkę, za to rozmowa telefoniczna była już profesjonalna i na tyle konkretna, że bardzo chciałem by zaprosili mnie do drugiego etapu. Tak też się stało, choć spotkanie w Leverkusen do tych najmilszych nie będę wspominał. Cztery godziny siedzenia bez możliwości zadawania pytań, plus brak kawy czy choćby szklanki wody wprowadził mnie w iście bojowy nastrój. Interview jest okazją dla pracodawcy do dowiedzenia się czegoś o potencjalnym nowym pracowniku, ale jednocześnie jest taką szansą dla kandydata poznania przyszłego stanowiska oraz specyfiki i kultury firmy. Niestety nie było mi to dane, kazali ciągle odpowiadać na różnej maści pytania, podawać przykłady – mówić musiałem wyłącznie ja. Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy dyrektora, kiedy podsumowując spotkanie skomentowałem, że nie wiem czy tak naprawdę chcę tutaj pracować bo tak naprawdę niczego nie dowiedziałem się ani o przyszłym stanowisku ani czego tak naprawdę oczekują. Podobnie HR menadżer dostał za swoje, bo nie usłyszałem od niego niczego w zamian – może się mylę, ale zawsze wydawało mi się że interview jest tak dla państwa jak i dla kandydata…
Szczęśliwie prawie równolegle, pojawiła się oferta z Lozanny a niedługo potem z Bazylei i Vevey. Wysłany w biegu szybki mail i od razu telefon na drugi dzień – tak jak lubię. Taka wiadomość od razu dodała mi o skrzydeł, bo to przyjemne uczucie i bardzo budujące, gdy starają się o ciebie 4 olbrzymie koncerny a poza tym widmo konieczności wyjazdu ze Szwajcarii zeszło na dalszy plan i przestało być nieuchronną alternatywą. Nagle nastąpił wysyp ofert pracy i poczułem, że chyba nie jest ze mną tak najgorzej. Niepodziewanie Dyrektor Aspirin jakby się zreflektował i wysłał mi już zaproszenie na rozmowę z nim i HR i coś czuję że po nowym roku złoży mi ofertę. Póki co przygotowuję się do rozmów z branżą tytoniową, jeśli dobrze to wszystko rozegram będę miał jeszcze z czego wybierać…

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

Oko na Maroko

Po długim i ekscytującym spacerze mieliśmy ambitne plany znalezienia fajnego miejsca na kolację, marzył nam się lokalny tanjarin i butelka wina, ale że byliśmy w kraju muzułmańskim o tym ostatnim mogliśmy zapomnieć. Krakowskim targiem wylądowaliśmy na kolacji w hotelu i były nawet moje ulubione ostrygi. Całkiem fajny ten Radisson, choć widać, że obsługa musi się jeszcze wiele nauczyć. Zadziwiające, że we wszystkich krajach arabskich powtarza się ten sam schemat, tłumy personelu do obsługi gości a jak klient chce coś zamówić musi uzbroić się w cierpliwość i czekać w nieskończoność.
Rankiem po śniadaniu pojechaliśmy na wycieczkę do Essaoury. W minibusie oprócz nas jechała jeszcze para Hiszpanów, wśród nich jeden taki wysoki, atletyczny, niezwykle ponętny podmiot w obcisłych dżinsach, na widok którego mógłbym zrezygnować z wycieczki, i z którym najchętniej zaszyłbym się w małej, ciasnej chatce Tuaregów, rzucił go na ręcznie robioną, bogato zdobioną marokańską karimatę i nie wychodził stamtąd przez cały dzień i noc pokazując sobie pozycje nieskończoność i strzelając jak petarda. Marrakesz jest podobno znany z oferowania różnych cielesnych uciech, ale nie skusiłem się na żadne prócz tych stricte wizualnych, a to przecież wiadomo, że nie grzech. Chodząc po lokalnym suku raz po raz dostawałem oferty masażu w specjalnej cenie, ale jak patrzyłem kto go oferował to brało mnie obrzydzenie, bałem się, że miałbym traumę po takim doświadczeniu.

Po wyczerpującej wycieczce i powrocie do Marakeszu nie mieliśmy zbytniej ochoty na nic więcej prócz kilku kartoników sushi na wynos i butelki czerwonego wina na hotelowym balkonie, po których znów spaliśmy jak zabici.
Na niedzielę zorganizowałem dla nas wycieczkę do Ourazaz, nasz kierowca Mustafa przyjechał po nas do hotelu o zabójczej porze 7 rano. Tym razem towarzyszką z Hiroszimy, która swoją łamaną angielszczyzną opowiadała nam o swoich wrażeniach z pobytu na Afrykańskim lądzie. Tak się wczuła w swoje opowieści, że na trasie pełnej zygzaków i górskich serpentyn dostała choroby lokomocyjnej która skutecznie ostudziła jej zapał.
Wizyta w studiu filmowym Atlas była bardzo miłą niespodzianką, nigdy przedtem nie byłem w takim miejscu dlatego oniemiałem gdy mogłem pozować do zdjęć podnosząc styropianowe głazy albo biegając po atrapie starożytnej egipskiej świątyni.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Długi weekend w Marakeszu

M. zziębnięty wrócił z pracy, akurat kiedy ja kończyłem nasze pakowanie. Czekała nas pobudka o 4 rano żeby spokojnie zdążyć dojechać do Genewy. Spałem jak zabity, a gdy nad ranem zawył budzik miałem ochotę tylko w niego walnąć – znowu wygrał zdrowy rozsądek, wstałem i zrobiłem nam kawy. Dzień wcześniej pół dnia walczyłem z nowym iphonem, tyle wydałem na niego kasy i byłem zły, że musiałem stawać na rzęsach żeby nie stracić starych danych. W pociągu do Genewy obaj smacznie spaliśmy, obudziłem się tylko raz w Lozannie, akurat gdy konduktor przyszedł sprawdzić bilety. Na zewnątrz ziąb, mało nam głów nie urwało a my wyletnieni w cienkich kurteczkach wyglądaliśmy jak zagubione pizdeczki, ale to dlatego, że w Marakeszu ponad 20 stopni. I rzeczywiście od momentu wyjścia z samolotu panowało już wyłącznie miłe ciepełko, zdarzały się momenty, że szukaliśmy potem cienia bo słońce dawało o sobie mocno znać. Po przylocie czekała mnie niespodzianka, ledwie włączyłem komórkę, odebrałem wiadomość z zaproszeniem na interview.
Do hotelu mieliśmy blisko, dojechaliśmy tam taksówka w niecałe 15 minut. Nowy Radisson w nowoczesnym centrum handlowym robił niesamowite wrażenie, dostaliśmy fajny pokój na czwartym piętrze, po chwili obsługa przyniosła nam butelkę czerwonego wina oraz kosz owoców – miły podarunek dla najbardziej lojalnych gości Club Carlson.

Zdążyliśmy się rozpakować, M. zepsuł swojego ipada, ja planowałem już w wyobraźni jakby to było pracować w Lozannie i nie myśleć o konieczności przeprowadzki do Kolonii. Moja koleżanka śmieje się ze mnie, że nie dostałem jeszcze znikąd żadnej oferty, a już doszukuje się wszędzie logistycznych problemów.
Chwilę po 14. pod hotelem pojawił się nasz przewodnik Youseff i zabrał do Mediny.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bujam się

Urząd Pracy zaczął wypłacać mi pieniądze z ubezpieczenia. Zawsze wydawało mi się, że doskonale wiem ile zarabiam, ale jak podliczyli mi wszystkie dodatki, akcje, benefity, bonusy to przetarłem oczy ze zdziwienia. Zgodnie z prawem przez najbliższe 24 miesiące należy mi się aż 70% dawnej pensji i zamierzam z tego prawa w pełni korzystać. Szczerze? Najchętniej w ogóle nie wracałbym teraz do pracy tylko jeszcze więcej bujał się po świecie za pieniądze z nikąd. Niestety zobowiązany jestem aktywnie szukać pracy co też robię, ale że to koniec roku to na rynku pracy panuje marazm i jest raczej bryndza. Ostatnio choruję na Seul, ale jakoś nie udało mi się skutecznie przekonać do tego pomysłu M. który woli lecieć do Hongkongu więc siłą rzeczy muszę uszanować jego wybór i do Korei chyba wybiorę się sam.

Szukam nowego zajęcia. Zdecydowałem nie ograniczać się tylko do Szwajcarii, ale szukać pracy także poza, w Niemczech i Austrii. M. wydaje się zaakceptował mój pomysł początkowego dzielenia życia między dwa domy, najprawdopodobniej przez pierwsze kilka, kilkanaście miesięcy póki nie ustabilizuje się sytuacja a ja przekonam się że nowe zajęcie rzeczywiście mi odpowiada. Jeśli spodoba mi się w nowym miejscu, wyjedziemy ze Szwajcarii, M. zrezygnuje z pracy, dojedzie do mnie i myślimy już nawet by kupić mieszkanie i przeprowadzić się gdzieś na stałe.

Mój rodzinny dom i jego członków dopadł przedświąteczny szał sprzątania. W tym roku matka zdecydowała wyręczyć się za pomocą Ukrainki, która przyjdzie na kilka godzin uprzątnie cały bajzel z podłogami, oknami i łazienką… Dzisiaj rano zadzwoniłem do niej z lotniska ciekawy jak się sprawy mają. Usłyszałem, że od 7 rano biega po domu ze szmatą i mopem, szoruje, pucuje i czyści wszystko na glanc. Nie bardzo rozumiałem po co, skoro w końcu to dziś przychodzi pani do pomocy. Matka oznajmiła mi, że wzięła się za sprzątanie, układanie i czyszczenie aby pani sprzątająca przypadkiem nie pomyślała sobie, że trafiła do domu bałaganiarzy, gdzie panoszą się syf, korniki, malaria, kiła i mogiła.

Zapisałem się na kolejny kurs niemieckiego. Tym razem w Bernie. Ostatecznie przekonała mnie cena i nadmiar wolnego czasu, który jakby zaczął uciekać mi między palcami. Teraz mam powód by wstać wcześnie rano i zrobić coś pożytecznego. Trafiłem na fajną grupę i jestem mile zaskoczony podejściem nauczyciela, który nie katuje nas gramatyką tylko kładzie nacisk na mówienie i konwersacje.

Opublikowano emigracja | Otagowano , | Dodaj komentarz

prezent niespodzianka

Dziewczyny zrobiły mi niespodziankę… Z okazji zaległych urodzin, zupełnie się nie spodziewałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ciąg dalszy

Ewidentnie się starzejemy bo następnego dnia nikt nie miał już ochoty na kolejne całonocne balety. Czułem się wyczerpany fizycznie, męczył mnie lekki kac dlatego do południa bojkotowalem dziewczyny i spotkałem się z nimi dopiero na kolacji w Jumeirah. Wchodząc pod ramię z dwoma eleganckimi paniami wzbudziliśmy zaciekawienie wsród przesiadujących tam gości, V. czuła się lekko zażenowana niezdrowym zainteresowaniem które wzbudziliśmy wśród  brzuchatych Rosjan siedzących przy stoliku obok, za to K.  jakby nagle odżyła i znów była w zabawowym nastroju. Nie minęło 5 minut jak na naszym stoliku wylądowały kolorowe koktajle a wieczór dopiero się rozkręcał. Miała rację, wyglądałem jak alfons, który przyprowadził swoje dziewczyny do pracy. Rzuciłem okiem po sali i prawie wszędzie widziałem eleganckie panie polujące na zamożnych klientów. Moje wprawne oko wyłapało też paru atletycznych i przystojnych młodych panów nie ukrywajacych się zbytnio ze swoimi zamiarami i szukajacych szansy łatwego zarobku z…innymi panami, bo Dubaj to niestety też kurwidołek tyle, że dla dysponujących zasobniejszym portfelem.

Dookoła ludzie pokroju celebrytów w najdroższych samochodach i najdroższych ubraniach, którzy po zamknięciu centrów handlowych przyszli się tutaj lansować. Mam wrażenie, że nie ma tu normalnego życia, wokoło liczą się tylko pieniądze i lans. Wydawałoby się, że to rajskie miejsce do mieszkania. Jednocześnie od czasu do czasu słyszę albo trafiam na artykuły o tym, jak bardzo wykorzystuje się tutaj imigrantów zarobkowych z Indii, Bangladeszu, Filipin i innych azjatyckich krajów. Ci ludzie, którzy tworzą ten miraż po środku pustyni, budują jego wspaniałe wieżowce, są zupełnie wykluczeni ze społeczeństwa. 

Efekt wow mam już za sobą. Na początku wszystko wydaje się tutaj jak z bajki. Wszystko nowoczesne, zadbane, czyste, uporządkowane, niezwykłe. Ludzie mili, uczciwi, pomocni, nie ma śmieci, nie ma żebraków, nie ma złodziei. Wszystko można zostawić na widoku, nikt niczego ci nie zabierze. Ciężko przestawić się z polskiej mentalności, która mówi żeby uważać na portfel, telefon, przeliczać co chwilę pieniądze itp. Niestety po kilku pobytach opadły mi klapki z oczu i zaczęłam dostrzegać Dubaj, którego turyści niestety z reguły nie widzą. Nie ma tu czego chłonąć, wszystko jest sztuczne i bez życia. Dubaj jest tworem absolutnie sztucznym, nie ma tu nic a nic prawdziwego, nie ma tu żadnej kultury.  Jest to miasto bez duszy – przynajmniej dla mnie, bo K. jest zakochana w tym mieście.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wciąż nie mam dość

Podczas tej naszej kilkugodzinnej wycieczki przyjemnie było znowu móc obserwować jak miasto zmienia się po zmroku, zapalić sziszę, wypić parę pysznych koktajli i przetańczyć całą noc w przeróżnych barach i klubach. K. uskuteczniała zawieranie nowych znajomości i trzeba jej przyznać miała do tego talent, raz po raz zerkaliśmy z V. w jej stronę upewnić się, że nie ładuje się w jakieś kłopoty a ja całkiem szczerze zazdrościłem jej niektórych smacznych kąsków z którymi jawnie flirtowała. Oboje z V. zdawaliśmy sobie sprawę, że K. walczy ze sobą by nie zadzwonić do swojego pilota, który kilka lat temu złamał jej serce a wcześniej przez kilka nocy nieźle druzgocząc jej miedniczkę. Około 2 nad ranem całą trójką przenieśliśmy się do Bottom Rock gdzie razem z V. od razu poczuliśmy klimat tego miejsca i zamiast do baru ruszyliśmy na parkiet by o 4 nad ranem na rzęsach wrócić do hotelu zahaczając po drodze o budkę z kebabem, który nota bene uratował nam życie bo rano nikt z nas nie miał śladu kaca. Spotkaliśmy masę przybyszów z Zachodu którzy nie zamierzali rezygnować z zasady „pracuj ciężko, baw się ostro”, wyznawanej przez wielu zagranicznych pracowników w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Podoba mi się w Dubaju. Jest tu ekscytująco, kosmopolitycznie i ultranowocześnie, miasto oferuje ciekawe nocne życie, rozbudowaną infrastrukturę, bezkres możliwości zakupów i prawdziwie magiczne chwile w najbardziej luksusowych hotelach na świata, chyba wszystko jest tutaj naj, ale mieszkać tutaj bym nie chciał. Urok Orientu, meczety ze złotymi kopułami, stare domy, przepych, kilkuset letni fort, targ przypraw i złota, zapach kardamonu i mocnej kawy w zaułkach starej dzielnicy, romantyczna miłość pod palmami, kruczoczarny, muskularny szejk, ferrari, sok z mango, humus, bezmiar arabskiego jedzenia, wiecznie blekitne niebo, muzyka i wiecznie błękitne niebo – nie, kultura arabska do mnie jednak nie przemawia i wolę naszą rozpustną hedonistyczną Europę i włoską pizzę. 

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Balety w Dubaju

Do hotelu wróciłem przed nimi, chciałem ogarnąć się przed kolacją i zrealizować się cieleśnie co mi się udało choć bez większych fajerwerków. Podczas wspólnej pierwszej kolacji w Souk Al Bahar humory średnio nam dopisywały. Jedna miała ewidentnego focha z kategorii niech mnie ktoś porządnie wyszturcha, druga była dziwnie skwaszona – pod znakiem zapytania stanęło nasze wyjście do klubu Barasti, ale chyba niepotrzebnie się o to martwiłem. Po złowieszczo zapowiadającej się kolacji w libańskiej knajpie z kiepskim jedzeniem, podczas której sam mało nie załapałem doła, dziewczyny niespodziewanie zniknęły na godzinkę u fryzjera, podczas gdy ja miałem wykorzystać ten czas na krótką drzemkę. Po dwudziestej drugiej spotkaliśmy się w pokoju K. na szklaneczkę czegoś wprawiającego w szampański humor. Pół godziny jazdy taksówką i byliśmy na miejscu. Barasti to tutaj niemal instytucja oferujące idealne połączenie wspaniałej muzyki najlepszych DJ-ów na świecie i boskich koktajli na przeciwko wspaniałej scenerii Dubai Marina.
Dubaj ewidentnie podrożał od ostatniej wizyty, nigdy nie należał do najtańszych miejsc ale teraz ceny alkoholu wydawały mi się przesadne: corona i naparstek tequili 100pln. I to było jeszcze tanio, bo w Jumeirah liczyli sobie 200 za byle koktajl. Rozbiliśmy się na dole przy plaży, bo na górze nie dało się na dłuższą metę ignorować wrzasko-śpiewu jednego zawodnika, któremu wydawało się że ma talent…

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Here we go – dzień pierwszy

Zmieniliśmy się. I to bardzo, od ostatniego razu kiedy podróżowaliśmy razem – uprzytomniłem to sobie następnego poranka, gdy wspólnie z V. spotkaliśmy się na śniadaniu. Przez cały czas dopytywała mnie jaki mam dokładny plan na resztę dnia, tak jakby od tego zależało nasze życie. Odniosłem wrażenie, że w jej mocno uporządkowanym rozkładzie dnia brak planu oznacza chaos, spędza jej sen z powiek – gdy nie mogła doczekać się ode mnie właściwej odpowiedzi spinała się a jej twarz nabierała oznak poirytowania. Faktycznie, z perspektywy czasu dziewczyny powychodziły za mąż, jedna się nawet rozwiodła, urodziły dzieci tak więc zorganizowanie wspólnego wyjazdu już samo w sobie było logistycznym majstersztykiem: jakimś trafem udało im się uzgodnić wspólny termin i zorganizować opiekę nad dziećmi. Może stąd ta potrzeba zapięcie wszystkiego na ostatni guzik. Osobiście nie czułem presji czasu, zaproponowałem spędzenie poranka na hotelowym basenie a potem wizytę w Dubai Mall no co ostatecznie chętnie przystała. Pech chciał że, K obudziła się kwadrans przed południem tuż przed naszym wyjściem i musieliśmy na nią poczekać, a gdy w końcu dotarliśmy do centrum handlowego nie mogliśmy się po prostu rozłączyć, bo najpierw należało wypić razem kawę, wypalić papieroska, poplotkować coś zjeść i wtedy to ja zacząłem świrować, że marnujemy czas na takie pierdoły. W końcu udało mi się wyrwać spod babskiego kieratu, od razu skierowałem się w kierunku Fashion Avenue i po niecałej godzinie maszerowałem dumnie z pierwszymi zakupami. Mogłem odetchnąć z ulgą, pieniędzy ubyło, ale jeśli chodzi o zakupy w Dubaju to jest to prawdziwa ziemia obiecana i nie ma co sobie tam żałować.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz