Przepraszam się z Quito

Od rana dziś swieci słońce. Pierwszy raz od kilku dni moglem obudzić się wtedy kiedy chciałem a nie z pomocą budzika spiesząc się na kolejną zaplanowaną wycieczkę. Leniwe, beztroskie śniadanie z pięknym widokim na Quito, wypiłem chyba z 3 kubki kawy byle jak najdłużej cieszyć oko tym niesamowitym obrazkiem. Wyszedłem na miasto, pospacerować i zagubić się w tutejszych wąskich uliczkach. Chodziłem jak zaczarowany raz po raz zaglądając a to do jakiegoś kościoła, muzeum, sklepu z pamiątkami albo kawiarni. Za kilka godzin miałem samolot do Panamy a nie chciało mi się stąd wyjeżdżać.

Myślałem by odwiedzić Wenezuelę ale po tym co nasłuchałem się o tym w kraju w Kolumbii, Ekwadorze i Panamie stwierdziłem, że to poroniony pomysł. To zarazem przerażające, jak i fascynujące widzieć, jak niegdyś bogaty kraj na własnych oczach zamienia się w ruinę. Jak staje się miejscem, gdzie głodni ludzie napadają na samochody dostawcze, a ceny z dnia na dzień potrafią skoczyć w górę o kilkaset procent. Wenezuela znajduje się na skraju ekonomicznego załamania. Wszystkiemu winne gwałtowne spadki cen ropy, które znacząco nadwątliły budżet opartej na eksporcie surowca gospodarki. Sytuację dodatkowo pogarsza rekordowa inflacja oraz przerwy w dostawach prądu i żywności. W kraju brakuje podstawowych produktów, racjonowany jest między innymi papier toaletowy. W sklepach brakuje towaru, więc ludzie starają się zdobywać pożywienie na różne sposoby. Media donoszą o grabieżach i polowaniach na bezpańskie zwierzęta. Celem wygłodniałych Wenezuelczyków padają koty, psy, a nawet gołębie. Ludzie emigrują, Kolumbia pełna jest uciekinierów z Wenezueli szukających lepszego życia.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Cityboy in Quito

Francesco został moim przewodnikiem drugiego dnia pobytu w Quito. Grupowa wycieczka okazała się prywatną, z czego nie robiłem żadnego problemu i chętnie dopłaciłem 95 dolarów.

Droga do Quilotoa wiodła malowniczą Pan-American Highway, pokonanie całej trasy zajęło nam niecałe 3 godziny, po mimo chronicznego zmęczenia spowodowanego brakiem snu nie spałem, bo Francisco okazał się bardzo chętnym towarzyszem rozmów.

Zadeklarowałem się, że zejdę na brzeg laguny a potem ochoczo wrócę dłuższą za to malowniczą 3 godzinną trasą po stromym zboczu krateru. Zejść było łatwo, wysokie stopnie schodów przysypane grubą warstwą piasku i żwiru, choć stromo zajęło nam to niecałe 30 minut. Nad brzegiem jeziora posiedzieliśmy może z kwadrans lub dwa ciesząc oko pięknymi widokami i słońcem które tego dnia było dla nas bardzo łaskawe, po czym zaczęliśmy powrotną wspinaczkę. Po 10 minutach wiedziałem że taki spacer to nie dla mnie, Francisco zaoferował że może chciałbym za 10 dolarów wynająć konia albo muła, ale nie chciałem wyjść na niemotę. Wróciliśmy tę samą trasą którą  schodziliśmy tyle że tym razem zajęło nam to całe 70 minut. Że jestem nieprzyzwyczajony do takich marszów, zaraz miałem mokro w majtkach, na plecach i skroniach czułem pot, ale najgorszy był brak tchu, musiałem stawać na odpoczynek 4-5 razy bo inaczej bym się chyba uświerkną. Po takim wysiłku byłem głodny jak wilk, rzuciłbym sie nawet na grillowaną świnkę morską, która jest tutaj lokalnym przysmakiem. Francisco znalazł jednak lepsze miejsce – małą, klimatyczną, przytulną gospodę prowadzoną przez jedną z lokalnych rodzin. W zacisznym, ciepłym miejscu, otoczony gromadką ciekawskich dzieci, cieszących się na widok nieznajomego, wśród psów i kotów zjedliśmy prosty posiłek składający się z ryżu, mięsa, warzyw, który po tak forsownym wysiłku smakował jak najpyszniejsze danie świata.

Pogoda nas rozpieszczała do końca dnia, jadąc autostradą wreszcie udało mi się zobaczyć ośnieżony wierzchołek wulkanu Cotopaxi. Zatrzymalismy się jeszcze po drodze u jednej rodziny mieszkającej w bardzo prymitywnych warunkach, lichej chatce zlepionej z gliny i pokrytej byle jaką strzechą, w środku wyścielonej słomą po której biegało całe multum morskich świnek. Podobno ich obecność gwarantuje w nocy ciepło. Prócz rodziców i dziadków mieszkało tam pięcioro dzieci. Troje stało przede mną umorusane ziemią i błotem a dwójka pracowała ciężko fizycznie kopiąc coś w niby przydomowym ogrodzie. Rzadko ktoś ich tutaj odwiedza, a ja wyglądałem jak przybysz z innej planety w kolorowych butach i żółtych oakleyach. Dziewczynka zaproponowała mi gorącą czekoladę ale szczerze bałem się sensacji gastrycznych jakie mogło spowodować wypicie tego wywaru z brudnego kubka. Przygnębiający widok. I znowu myśl, że mam w życiu tyle szczęścia.

Francesco bardzo dobrze mówił po angielsku, był bardzo rozmowny, zabawny, wobec turystów nie uznawał tematów tabu czym od razu mnie sobie zjednał bo od kogo usłyszałbym o zwyczajach panujących w tej kulturze, rozwodach, podatkach, sąsiednich krajach i dowcipach z tym związanych, zarobkach, oszukiwaniu urzędu podatkowego, mechaników, przekupywaniu policjantów i urzędników, niewydolnym systemie opieki zdrowotnej, rozwodach, imigrantach, problemach społecznych, szkolnictwie, religii i instytucji Kościoła, wypadkach z wprowadzaniem dolara jako lokalnej waluty, problemach ludzi z głębokiej prowincji żyjących pod strzechą ze stadem morskich świnek.
Bardzo przypominał mi Adilego z Omanu, który opowiadał nam o seksie przedmałżeńskim w krajach islamskich, piciu alkoholu albo demonstrowaniem tego co  dokładnie nosi pod białym thawbem. Dla takich chwil właśnie odwiedzam różne kraje, człowiek uczy się jak żyją inni, czy mają gorzej czy lepiej, jak radzą sobie z problemami i z jakim nastawieniem je przyjmują w konsekwencji to bardzo dobra lekcja pokory.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Quito dzień 2 ciąg dalszy

Nie poznałem żadnego przedstawiciela lokalnego kolorytu, jakieś próby z mojej strony były, ale wszystko rozbijało się o nieznajomość hiszpańskiego, niekompatybilność, brak czasu albo ogólne niezdecydowanie. 

Nieznajomość hiszpańskiego w tej części świata to rzeczywiście problem, mało osób mówi tutaj po angielsku, którego zwykle uczą w szkole jedną godzinę w tygodniu. Po 2-3 latach nauki większość uczniów nie wychodzi poza etap „hello, how are you”. Gdyby nie włoski piszczałbym i kwiczał nie potrafiąc wypełnić samodzielnie deklaracji wjazdowej, porozumieć się z celnikami, urzędnikami imigracyjnymi czy taksówkarzami. Nawet w sklepach z pamiątkami, hotelach czy muzeach angielskiego zero.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Quito dzień 2

Coś mi się ubzdurało, że walutą obowiązującą w Ekwadorze są ekwadorskie peso. Nie mogąc wypłacić ich z bankomatu na lotnisku poprosiłem o nie w hotelu czym wprowadziłem recepcjonistę w konsternację. Od 16 lat używamy amerykańskich dolarów – usłyszałem od niego a w tonie jego głosu wyczuwałem rozbawienie.

Casa Gardenia położony był w samym sercu starego miasta, składał się tylko z 9 pokoi co miało swój niebywały urok. Mój pokój znajdował się na najwyższym trzecim piętrze z widokiem na kolorową zabudowę miasta. W dzień kiedy ulicami jeździły autobusy cały trząsł się i zawsze myślałem, że to trzęsienie ziemi, które tutaj zdarzają bardzo regularnie. Uliczny hałas był nieznośny, na szczęście mijał w nocy, ale wtedy robiło się zimno. Jak nie urok to sraczka powiedziały mój ojciec.

Pierwszej nocy nie mogłem spać, z powodu wysokiego położenie nad poziomem morza i rozrzedzonego powietrza brakowało mi tlenu. Ciężko oddychało mi się przez cały pierwszy dzień gdy odwiedzałem Park Narodowy Cotopaxi i spacerowałem wokół Laguny Limpiopungo. Pogoda w górach jest nieprzewidywalna i zmienia się z minuty na minutę, choć w programie zaplanowane mieliśmy podziwianie Wulkanu Cotopaxi z powodu gęstej mgły nie było to możliwe. Musiałem się pogodzić, że wulkanu mogę w ogóle nie zobaczyć podczas swojego krótkiego pobytu w tej części świata.

Grayline z usług którego często korzystam przemierzając kontynenty, niestety nie mogło odebrać mnie rano bezpośrednio z hotelu, dlatego na miejsce zbiórki wyznaczone przy Hilton Colon musiałem dotrzeć sam. Wstałem wcześnie, było dopiero po 6, ale chciałem leniwie i bez zbytniego przygotować się do wyjazdu do Parku Cotopaxi. Przed 7 byłem na śniadaniu, którego nie było bo właściciele hotelu dopiero co poszli po świeże pieczywo… Taki urok małych hoteli, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Juan, mój przewodnik po Narodowym Parku okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, oprócz mnie towarzyszami podróży była dwójka Kanadyjczyków i Ekwadorka ze swoją koleżanką pochodzącą z Peru. Jako grupa okazaliśmy się bardzo zgrani, żywo rozmawialiśmy podczas całej wycieczki, lunchu, chętnie pozowaliśmy do wspólnych zdjeć. Dziewczyny okazały się być bardzo miłe oferując mi swoje towarzystwo na lokalnym targu. Jako samotny gringo stanowiłem potencjalnie łatwą ofiarę dla lokalnych natarczywych sprzedawców naciągaczy, którzy nie niepokoili mnie tylko dlatego, że widzieli mnie w towarzystwie kogoś lokalnego.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Quito

Dzięki miłemu recepcjoniście z hotelu dotarłem do klimatycznej Vista Hermosa, do której portier zawiózł mnie starodawną elegancką windą. Usiadłem na tarasie, skąd rozciągał się majestatyczny widok na nocną panoramę Quito. Poszedłem na spacer wokół Plaza de Independencia i okolicznych uliczek. Miasto wydawało się być zamarłe, ale czułem się bardzo bezpiecznie. Bardzo mi się tutaj podobało, wszystkie miejsca i budynki wydawały się być bardzo klimatyczne a architektura olśniewała kunsztem dawnych lat.

Deszczowa pogoda i zimne powietrze powitały mnie w Quito. Ekwador to ostatni kraj, na liście odwiedzanych miejsc, gdzie muszę znosić niskie temperatury. W ciągu dnia jest ciepło 17-23 stopnie ale rano i wieczorem robi się naprawdę przenikliwie zimno, że chodzę opatulony a w pokoju muszę włączyć elektryczny grzejnik inaczej w nocy chyba bym nie usnął.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

No to jestem w Quito

W Panamie miałem 40 minut na przesiadkę na następny samolot, wydawało mi się, że z Cartageny przylecieliśmy z opóźnieniem, bo gdy wysiadałem ogłaszali już ostatnie wezwanie dla pasażerów odlatujących do Quito. Trochę jakby nabzdyczony całą tą sytuacją z rozmysłem szedłem bardzo powoli do drugiej części lotniska. Nakręciłem się, że jak dolecę do Ekwadoru bez bagażu będę w tak wielkiej dupie, że aż czarnej bo nie mam ze sobą żadnych cieplejszych ciuchów, podróżuję w t-shircie i z teczką a wszystkie rzeczy trekingowe mam w walizce. Najrozsądniejsze wydawało mi się celowe spóźnienie i przebukowanie biletu na następny lot. Na pokład wchodziłem prawie jako ostatni, przez okno samolotu obserwowałem jak dowożą kolejne bagaże i uparcie szukałem swojej walizki czy aby na pewno zdążą ją przerzucić na następny lot. Z czarnowidztwa wyrwała mnie stewardesa oferując lampkę wina i wdając się w powszednią pogawędkę o tym jak trudno wymówić moje nazwisko. Banał. Po trzeciej lampce doszedłem do wniosku, że nawet jak mi tę walizkę zgubią to muszę wziąć to na klatę, najwyżej będę miał co później wspominać. W Quito byłem już bardzo zrelaksowany, że nawet nie zauważyłem jak moja walizka wyjechała na taśmę jako pierwsza.

Otumaniony winem i bardzo rzadkim powietrzem (Quito podobnie jak Cusco leży na znacznej wysokości) zapytałem się recepcjonisty w hotelu gdzie mogę nabyć ekwadorskie peso czy inne escudo. Popatrzył na mnie jakbym był szurnięty i przebąkną o amerykańskich dolarach. Dlatego nie wychylam się, że jaki ze mnie wielki podróżnik, tylko że lubię zwiedzać inne kraje…

Hotel Casa Gardenia robi wrażenie swoją architekturą i nowoczesnym wnętrzem, trzy piętrowa bryła z atrium i z widokiem, że aż chwyta za głowę. Gdyby był ze mną tutaj M. na pewno by się ze mną zgodził.

Wyruszyłem w poszukiwaniu czegoś na kolację, chodząc wciąż w górę albo w dół po wąskich uliczkach czułem jak brakuje mi powietrza w płucach. Nim zdążę się zaklimatyzować do tej wysokości będę już wyjeżdżał. Postanowiłem się tutaj zbytnio nie forsować i nie puszczać nawet symbolicznego dymka bo mi jeszcze siądzie pikawa.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kreolska perła

Cartagena może nie zachwycać przyjezdnych, za to starówka wprost oszałamia, swoją architekturą oraz bogatą historią – jedno z najokazalszych miast kolonialnych na kontynencie południowoamerykańskim. Wewnątrz murów miejskich można spotkać miejscowych, którzy zarabiają na turystach: sprzedawców, artystów, restauratorów.

Poza starówką niestety brud a z budynków sypie się tynk. Wewnątrz okazałych domów gruzowisko i śmietnik. Niektóre budynki wykupywane są przez bogatych obcokrajowców, którzy pompują w nie swoje pieniądze i przywracają dawny blask tym architektonicznym perełkom. Zgubienie się w uliczkach i błądzenie po nich bez celu jest fajne, gdyby tylko nie żar lejący się z nieba, człowiek w ciągu kilku minut zaczyna się pocić tak intensywnie jakby dopiero co wyszedł spod prysznica. Uliczni naganiacze próbują sprzedawać wodę na każdym kroku, odpędzam ich ale po pół godziny wspinaczki i zwiedzania fortu San Felipe de Barajas kapituluję. Trochę żałuję, że nie przyjechałem tu wcześniej kiedy powietrze było chłodniejsze, jest dopiero po 10. a ukrop leje się z nieba.

A noc spędziłem z prawdziwą petardą.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Spacerując po kolumbijskiej plaży

Srogo wyglądający urzędnik kontroli paszportowej na lotnisku w Cartagenie długo przeglądał mój paszport, wertując po kolei każdą stronę i zadając mi przy tym wiele pytań o cel mojej podróży. Gdy zobaczył w swoim komputerze, że to moja druga wizyta w Kolumbii w ciągu tego roku, uśmiechnął się promiennie, z wyraźnym entuzjazmem wbił kolejną pieczątkę i wręczył mi paszport. Z klimatyzowanego, lodowatego pomieszczenia wyszedłem na zewnątrz i od razu uderzyła we mnie fala gorącego powietrza. W Cartagenie było ponad 30 stopni – od razu zabrzmiał w głowie głos Marii i wypowiadane przez nią słowa „sole picante”.

Cartagena w Kolumbii było pierwszym miejscem w Ameryce Południowej gdy nie bałem się wsiąść do taksówki bez obawy że zostanę oszukany przez kierowcę. Za 13 tys pesos bardzo uprzejmy kierowca zawiózł mnie pod same drzwi hotelu. Przejeżdżając trasą wzdłuż morza mogłem cieszyć oczy pięknymi widokami oraz skąpanymi w słońcu nowoczesnymi hotelami, które wybudowały się tutaj jeden przy drugim. Na widok pokoju 824 znowu zrobiło mi się bardzo przyjemnie a w myślach dziękowałem Radissonowi, że mnie tak rozpieszczają. Nawet się zbytnio nie rozpakowywałem, przebrałem się tylko w spodenki i byle jaki t-shirt i poszedłem na spacer po plaży, która niestety z powodu jakiegoś pyłu nie wyglądała zbyt efektownie, za to woda w oceanie była ciepła niczym zupa. O ile gdzie indziej woda w oceanie jest raczej zimna i odświeżająca o tyle tutaj jest po prostu ciepłą breją. Kilkakrotnie mijałem pary gejów, o smakowicie wyrzeźbionych na siłowni ciałach, często wytatuowanych, wywalonych w pełnym słońcu a przy nich lokalne kobiety oferujące masaż, za śmieszne pieniądze. To kolejna strona Kolumbii…

 

Gdybym urodził się tutaj, jakże inaczej wyglądałoby moje dzieciństwo, grałbym pewnie często w piłkę na plaży, jak robią to prawie wszyscy lokalni chłopcy. Miałbym czekoladowe albo opalone sprężyste, ubite mocne ciało, białe zęby i twarz z której rzadko schodziłby uśmiech. Byłbym biedny, z jedną parą odświętnych spodni, koszuli i butów, na codzień chodzący w shortach i klapkach, za to z głową pełną marzeń i nadziei, gotowy zrobić wszystko żeby się stąd wyrwać do innego, lepszego świata.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dręczony przymusem kontrolowania

Przymus kontrolowania. U mnie. To żadna obelga czy wstyd, to najprawdziwsza prawda o mnie – wyraźna, oczywista, żałosna prawda. Jestem silną osobowością, przyzwyczajoną dostawać od życia to, czego chcę, a jak nie dostaję tego, czego chcę – obojętnie czy chodzi o pracę, związek – wszystko się we mnie zacina. M. nie robi tego czego chcę, nie dostaję pracy, której chcę, coś nie idzie po mojej myśli, nie tak jak powinno. Nic nie wkurza osoby, która ma bzika na punkcie sprawowania kontroli, jak życie, które nie układa się po jej myśli.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Panama bez granic

Panama to taki pierdolnik podobny do Kolumbii Wenezueli czy Brazylii, każdy z każdym, bez oporów, zbytniego gadania, najchętniej 3 razy dziennie za każdym razem z kimś innym. Całkowita nonszalancja w tych sprawach bez pruderii. Propozycje dostaje się na twarz bez zbędnego owijania w bawełnę, wspólnego drinka, słowo flirt nie funkcjonuje w tutejszym języku a romantyzm to ulotna chwila między sciągnięciem spodni a włożeniem członka w dowolny otwór w ciele.
Usłyszałem dziś od pięknego czekoladowego chłopca „I wanna hook up with a sexy daddy like you” i nie wiedziałem czy się cieszyć czy płakać. Mało nie zapadłem się pod ziemię.
Ląduję właśnie w Kolumbii i strasznie się z tego powodu cieszę…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz