Manaus

Nie wiem co mnie podkusiło żeby wieczorem wyjść samotnie na miasto i pójść coś zjeść. Ze względu na bezpieczeństwo nie kusiło mnie ruszyć wprost przed siebie by zagubić się w gąszczu ulic, byłem za nadto rozważny, myślałem raczej żeby udać się w stronę placu gdzie znajdował się Teatr Amazonas do dobrze znanej mi już knajpki. Wypacykowałem się, wziąłem zimny prysznic i dobrze znaną drogą ruszyłem w kierunku teatru. Było już ciemno, sklepy i kramy z towarami, które otwarte były w ciagu dnia teraz były zamknięte, nic nie wydawało się podobne, brakował mi punktów odniesienia to i się zgubiłem. W swoich mocno kolorowych butach Nike, eleganckiej koszuli i spodniach w ciemnych ulicach wyglądałem na kogoś kto prosi się o problem. W niektórych miejscach na chodniku rozkładali swoje legowiska bezdomni, cuchnęło od nich nieziemsko, wolałem iść środkiem ulicy żeby nikogo nie podeptać. Co jakiś czas napotykałem grupki młodych, często pół nagich, atletycznie zbudowanych mężczyzn bacznie mi się przyglądających. Gdyby któryś mnie wtedy zaciukał nigdy by mnie nie odnaleźli. W głowie słyszałem głos matki, że chyba mi rozum odjęło, oszalałem wychodzić samemu na ulice w obcym mieście w Brazylii. Plułem sobie w brodę, z powodu własnej głupoty. Po pół godzinie błądzenia mokrusieńki od potu trafiłem do hotelu. Nie byłem juz głodny ani spragniony wrażeń, odechciało mi się wszystkiego. 

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień nad Rio Negro

Dzisiaj wcześnie rano znowu przebyłem całą trasę od siebie do hotelu Tripicana skąd wyruszała nasza całodniowa wyprawa łodzią do zbiegu dwóch rzek Amazonki i Rio Negro a stamtąd do amazońskiej dżungli. Gdy Rio Negro łączy się z Solimoes, by dalej tworzyć szeroką Amazonkę, przez kilkanaście kilometrów w korycie płynie woda w dwóch kolorach – czarnym i kawowo – mlecznym. Tak jest w pobliżu Manaus brazylijskiego miasta. Rio Negro, nad którym leży Manaus, przypomina bardziej morze niż rzekę. Szerokość koryta sięga tu bowiem ośmiu kilometrów. Z okien samolotów widać białe plaże, a z brzegu obserwowałam ogromne statki przywożące różnego rodzaju towary.

Wilgoć, wysoka temperatura i insekty, towarzyszyły tej wyprawie, wycierając z czoła grube krople potu czułem jak zabijam całą zgraję latających robali rozmazując sobie po twarzy ich martwe ciała. Na szczęście podstawili nam małą motorową i szybką łódź, stąd ile razy tylko rozwijaliśmy znaczną prędkość delektowałem się przyjemnym wiatrem. 

Odpływamy od brzegu, po chwili zatrzymujemy się po środku koryta, przy jednej z wielu wodnych stacji paliw. Podbnych stacji nest tutaj cała masa. Wzdłuż brzegu migają dźwigi i ogromne porty przeładunkowe, dopiero z czasem wyłaniają się zielone drzewa i małe drewniane chatki. Wśród współtowarzyszy wycieczki głównie Brazylijczycy ale znalazła się też para Japończyków mieszkających w Brazylii, kobieta mówiła całkiem dobrze po portugalsku, angielsku i włosku przez co od razu załapaliśmy dobry kontakt. Jej cichy i zdystansowany mąż podczas zwiedzania lokalnych wiosek na wodzie robił za naszego osobistego fotografa. Za to nasz przewodnik czarny, wysoki tłuścioch zabawiał nas niesamowitymi opowieściami o dżungli, pokazywał blizny po ukąszeniach przez węże, ataku krokodyla, wskazał nam legowisko anakondy, którą nieostrożnie przywołał brodząc kijem w wodzie.

Każda tutejsza wioska wyglądała podobnie, kilka lichych domów wzniesionych na palach, ściany zbite z byle desek pomalowane na jaskrawy kolor, dom, kościół, bar, szkoła – wszystko według tego samego schematu. Po niedzielnej mszy wszyscy mieszkańcy udają się do baru na szklaneczkę. Ludzie żyją tu głównie z rybołówstwa, gastronomii i sprzedaży lokalnych pamiątek.

Jak na typowego turystę odwiedzającego tę część Brazylii zrobiłem sobie pamiątkowe zdjęcia z krokodylem, wężem i leniwcem…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W sercu Amazonii

Manaus z góry w nocy wygląda jak rozświetlona osada w środku czarnej dziury.

Mieliśmy pół godziny opoźnienia i bałem się że mój kierowca zniecierpliwi się i odjedzie. Na szczęście czekał na mnie i gdy tylko przeszedłem przez kontrolę paszportową i odebrałem bagaż ruszyliśmy w kierunku hotelu.

Mój hotel znajdował się w centrum Starego Miasta, żaden Sofitel, Radisson czy inny St Regis, znalazłem go na tripsdvisorze jako najbardziej rekomendowany hotel w tej części miasta. Nie wiem ile miał gwiazdek, może 3 ale widok śpiących na kartonach przed jego wejściem bezdomnych nie obiecywał nic dobrego. Niosłem torbę wprost nad ich ciałami uważając żeby nie zrzucić komuś 23 kilogramowego klocka na głowę.

Eco Suit był bardzo prosto urządzony ale rzeczywiście miał wszystko: duży pokój z oknem i sprawną klimatyzacją, lodówkę, sejf, wygodne duże łóżko, przestronną czystą łazienkę z prysznicem i gorącą wodą, na dodatek sprawnie działał internet a rano serwowali za darmo śniadanie. Położyłem się do łóżka ale nie zasnąłem od razu.

Brazylijski portugalski brzmi okropnie. O ile włoski, hiszpański czy francuski mają jakąś melodię to ten portugalski brzmi jak bełkot niedorozwiniętego niepotrafiącego się wysłowić tryglodyty, gorzej brzmi już chyba tylko szwajcarski niemiecki, na dźwięk którego włos mi się jeży.. O 7.30 rano miałem zbiórkę na wycieczkę po Manaus, przyjechał po mnie ten sam kierowca, pokazał miejsce z przodu auta i zabrał mnie w nieznane. Jechaliśmy dość długo, zabierając po drodze dwie inne pasażerki, nie wiedziałem co się działo ani dokąd jedziemy bo nikt z nich nie rozumiał ani po angielsku ani po włosku. Dopiero gdy dojechaliśmy do hotelu Tropicana okazało się, że to miejsce zbiórki skąd małym busem zabrano nas na właściwą wycieczkę.
Skwar i wilgotność były nie do zniesienia. Nie wiem jak można w ogóle funkcjonować w tak tropikalnym klimacie. Wszyscy ludzie których widziałem na ulicy byli mokrzy od potu, spoceni dotykali się wszyscy na lokalnym bazarze przechodząc wśród mocnej woni egzotycznych owoców i zapachu świeżo złowionych ryb porozkładanych na metalowych blatach. Smród, skwar, wilgoć, bród, lichość, szczerbaci ludzie prawdziwie egzotyczna mieszanka. Co kilka kroków zaczepiali mnie lokalni straganiarze, nic nie robili sobie nic z faktu, że ich nie rozumiałem, nie przestawali trajkotać nawet przez sekundę.

Manaus położone jest w centrum amazońskiej dżungli, 320 lat temu wzniesiono tutaj port, ale miasto zaczęło prosperować dopiero u schyłku 19. wieku, kiedy gwałtownie ożywił się handel kauczukiem, miasto zaczęło kwitnąć stając się ośrodkiem gospodarczo-kulturalnym. W środku dzikiej dżungli wznoszono pałace, luksusowe kasyna i burdele. Nawet elektryczność podobno zawitała tu szybciej niż w Londynie. Wszystko nagle się skończyło gdy Anglicy wywieźli nasiona kauczukowca na Cejlon a potem do Malezji, gdzie stworzyli konkurencyjne plantacje. Pałace i wytworne sale opustoszały a bardzo reprezentacyjny bydynek jednej z najświetniejszych oper zaczęła porastać dżungla.

Widok na port Manaus, zacumowane statki, barki, mniejsze i większe łodzie przypomniał mi pewną ilustrację z podręcznika do geografii szkoły podstawowej, to był ten obraz który spodziewałem się zobaczyć i wcale się nie rozczarowałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

24 godzinna Panama

Na jeden dzień wróciłem do Panamy. Początkowo trochę uprzedzony, bez przekonania, za to z niesamowitymi planami na wieczór, postanowiłem dać szansę temu miejscu. Napaliłem się tak mocno, że rano musiałem się odpalić. Z wieczorowych planów, igrzysk za pieniądze z lokalnym kolorytem, wyszło wielkie nic, za to nazajutrz poznałem Julio z Kolumbii, który przez kilka godzin woził mnie po mieście. Pojechaliśmy zobaczyć Kanał Panamski, muzeum Miraflores, kolonialne budynki w starej części miasta i przejechaliśmy się Couseway i muszę przyznać, że nie jest ta Panama taka najbrzydsza, niektóre części miasta mają swój niewątpliwy urok.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Do widzenia Aeropeurto Internacional Mariscal Sucre de Quito!

Recepcjonista z hotelu Casa Gardenia zamówił mi taksówkę na 12.30 choć mój lot był o 15. Nie protestowałem, bo w końcu pewnie wie lepiej ile zajmuje dojazd na lotnisko w sobotę. Trochę zacząłem się niecierpliwić kiedy kierowca zaczął się spóźniać z powodu korków. Te wąskie uliczki, często jednokierunkowe na starym mieście miały to do siebie, że szybko się blokowały i nie pomagała nawet interwencja policjantów drogowych stojących na każdym niemal skrzyżowaniu próbujących upłynnić ruch.

Samochód się nie zjawiał, utknął dwa bloki od hotelu, zaproponowałem żebyśmy nie czekali aż podjedzie pod hotel tylko podeszli w jego kierunku, będzie szybciej.

Na lotnisko pędziliśmy jak szaleni, ciągle zerkałem na zegarek bo Copa wymaga stawienia się na odprawie najpóźniej 90 minut przed odlotem. Wparowałem do hali odlotów spóźniony. Na dodatek zatrzymali mnie do kontroli zadając mnóstwo pytań o cel pobytu w Ekwadorze. Koleś drążył temat, ledwo klejąc zdania po angielsku a ja oczami wyobraźni widziałem już jak zamykają mi check-in. Uff udało, miły chłopak na odprawie przymknął oko na moje spóźnienie za co obdarowałem go najszczerszym uśmiechem na jaki potrafiłem się zdobyć. Przed kontrolą paszportową zatrzymano mnie ponownie, znowu musiałem pokazywać paszport, tłumaczyć się z pieczątek, celu pobytu w Quito, gdzie byłem i mieszkałem, w jakich krajach byłem i po co, kazano pokazać mi bilety i rezerwacje hotelowe. Odprawa paszportowa odbyła się już bez większych przeszkód za to gdy dotarłem pod wyznaczone wejście do samolotu i wygodnie rozsiadłem się w fotelu niespodziewanie wywołano moje nazwisko. To że je wyczytano nie wzbudziło mojej czujności. Miła pani z obsługi Copa Airlines poinformowała mnie, że mój bagaż został wybrany to szczegółowej kontroli. Poprosiła mnie żebym poczekał, bo zaraz ktoś tutaj po mnie przyjdzie. Razem z celnikiem zjechaliśmy gdzies na dół, może nawet do osobnego budynku, prowadzony wieloma korytarzami zszedłem do jakiegoś niewielkiego pokoju, w którym czekali na mnie policjanci i żołnierze. Rosły mundurowy z surowym wzrokiem spytał mnie, która torba jest moja. Poprosił żebym ją otworzył. Potem kawałek po kawałku sprawdzano mój bagaż. Zaglądali w skarpetki, wkładki do butów, sprawdzali zawartość tubki z pastą do zębów i buteleczki z płynem do soczewek, worek z brudną bielizną i etui na okulary, otworzyli nawet paczkę papierosów i wąchali jej zawartość. Potem zaczęło się obstukiwanie torby i szukanie drugiego dna albo ukrytej skrytki. Na koniec sprowadzono psa, który jeszcze wszystko obwąchał włącznie z moją teczką i kieszeniami u spodni a urzędnik rozpoczął na nowo tyradę pytań: dlaczego, jak długo, po co , do kiedy, gdzie, z kim. Choć nie miałem nic do ukrycie zestresowałem się całą sytuacją, chyba każdy by się na moim miejscu by tak zareagował. 15 minut później było już po wszystkim, odetchnąłem z prawdziwą ulgą, mogłem wrócić do hali odlotów bo właśnie ogłoszono boarding.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Przepraszam się z Quito

Od rana dziś swieci słońce. Pierwszy raz od kilku dni moglem obudzić się wtedy kiedy chciałem a nie z pomocą budzika spiesząc się na kolejną zaplanowaną wycieczkę. Leniwe, beztroskie śniadanie z pięknym widokim na Quito, wypiłem chyba z 3 kubki kawy byle jak najdłużej cieszyć oko tym niesamowitym obrazkiem. Wyszedłem na miasto, pospacerować i zagubić się w tutejszych wąskich uliczkach. Chodziłem jak zaczarowany raz po raz zaglądając a to do jakiegoś kościoła, muzeum, sklepu z pamiątkami albo kawiarni. Za kilka godzin miałem samolot do Panamy a nie chciało mi się stąd wyjeżdżać.

Myślałem by odwiedzić Wenezuelę ale po tym co nasłuchałem się o tym w kraju w Kolumbii, Ekwadorze i Panamie stwierdziłem, że to poroniony pomysł. To zarazem przerażające, jak i fascynujące widzieć, jak niegdyś bogaty kraj na własnych oczach zamienia się w ruinę. Jak staje się miejscem, gdzie głodni ludzie napadają na samochody dostawcze, a ceny z dnia na dzień potrafią skoczyć w górę o kilkaset procent. Wenezuela znajduje się na skraju ekonomicznego załamania. Wszystkiemu winne gwałtowne spadki cen ropy, które znacząco nadwątliły budżet opartej na eksporcie surowca gospodarki. Sytuację dodatkowo pogarsza rekordowa inflacja oraz przerwy w dostawach prądu i żywności. W kraju brakuje podstawowych produktów, racjonowany jest między innymi papier toaletowy. W sklepach brakuje towaru, więc ludzie starają się zdobywać pożywienie na różne sposoby. Media donoszą o grabieżach i polowaniach na bezpańskie zwierzęta. Celem wygłodniałych Wenezuelczyków padają koty, psy, a nawet gołębie. Ludzie emigrują, Kolumbia pełna jest uciekinierów z Wenezueli szukających lepszego życia.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Cityboy in Quito

Francesco został moim przewodnikiem drugiego dnia pobytu w Quito. Grupowa wycieczka okazała się prywatną, z czego nie robiłem żadnego problemu i chętnie dopłaciłem 95 dolarów.

Droga do Quilotoa wiodła malowniczą Pan-American Highway, pokonanie całej trasy zajęło nam niecałe 3 godziny, po mimo chronicznego zmęczenia spowodowanego brakiem snu nie spałem, bo Francisco okazał się bardzo chętnym towarzyszem rozmów.

Zadeklarowałem się, że zejdę na brzeg laguny a potem ochoczo wrócę dłuższą za to malowniczą 3 godzinną trasą po stromym zboczu krateru. Zejść było łatwo, wysokie stopnie schodów przysypane grubą warstwą piasku i żwiru, choć stromo zajęło nam to niecałe 30 minut. Nad brzegiem jeziora posiedzieliśmy może z kwadrans lub dwa ciesząc oko pięknymi widokami i słońcem które tego dnia było dla nas bardzo łaskawe, po czym zaczęliśmy powrotną wspinaczkę. Po 10 minutach wiedziałem że taki spacer to nie dla mnie, Francisco zaoferował że może chciałbym za 10 dolarów wynająć konia albo muła, ale nie chciałem wyjść na niemotę. Wróciliśmy tę samą trasą którą  schodziliśmy tyle że tym razem zajęło nam to całe 70 minut. Że jestem nieprzyzwyczajony do takich marszów, zaraz miałem mokro w majtkach, na plecach i skroniach czułem pot, ale najgorszy był brak tchu, musiałem stawać na odpoczynek 4-5 razy bo inaczej bym się chyba uświerkną. Po takim wysiłku byłem głodny jak wilk, rzuciłbym sie nawet na grillowaną świnkę morską, która jest tutaj lokalnym przysmakiem. Francisco znalazł jednak lepsze miejsce – małą, klimatyczną, przytulną gospodę prowadzoną przez jedną z lokalnych rodzin. W zacisznym, ciepłym miejscu, otoczony gromadką ciekawskich dzieci, cieszących się na widok nieznajomego, wśród psów i kotów zjedliśmy prosty posiłek składający się z ryżu, mięsa, warzyw, który po tak forsownym wysiłku smakował jak najpyszniejsze danie świata.

Pogoda nas rozpieszczała do końca dnia, jadąc autostradą wreszcie udało mi się zobaczyć ośnieżony wierzchołek wulkanu Cotopaxi. Zatrzymalismy się jeszcze po drodze u jednej rodziny mieszkającej w bardzo prymitywnych warunkach, lichej chatce zlepionej z gliny i pokrytej byle jaką strzechą, w środku wyścielonej słomą po której biegało całe multum morskich świnek. Podobno ich obecność gwarantuje w nocy ciepło. Prócz rodziców i dziadków mieszkało tam pięcioro dzieci. Troje stało przede mną umorusane ziemią i błotem a dwójka pracowała ciężko fizycznie kopiąc coś w niby przydomowym ogrodzie. Rzadko ktoś ich tutaj odwiedza, a ja wyglądałem jak przybysz z innej planety w kolorowych butach i żółtych oakleyach. Dziewczynka zaproponowała mi gorącą czekoladę ale szczerze bałem się sensacji gastrycznych jakie mogło spowodować wypicie tego wywaru z brudnego kubka. Przygnębiający widok. I znowu myśl, że mam w życiu tyle szczęścia.

Francesco bardzo dobrze mówił po angielsku, był bardzo rozmowny, zabawny, wobec turystów nie uznawał tematów tabu czym od razu mnie sobie zjednał bo od kogo usłyszałbym o zwyczajach panujących w tej kulturze, rozwodach, podatkach, sąsiednich krajach i dowcipach z tym związanych, zarobkach, oszukiwaniu urzędu podatkowego, mechaników, przekupywaniu policjantów i urzędników, niewydolnym systemie opieki zdrowotnej, rozwodach, imigrantach, problemach społecznych, szkolnictwie, religii i instytucji Kościoła, wypadkach z wprowadzaniem dolara jako lokalnej waluty, problemach ludzi z głębokiej prowincji żyjących pod strzechą ze stadem morskich świnek.
Bardzo przypominał mi Adilego z Omanu, który opowiadał nam o seksie przedmałżeńskim w krajach islamskich, piciu alkoholu albo demonstrowaniem tego co  dokładnie nosi pod białym thawbem. Dla takich chwil właśnie odwiedzam różne kraje, człowiek uczy się jak żyją inni, czy mają gorzej czy lepiej, jak radzą sobie z problemami i z jakim nastawieniem je przyjmują w konsekwencji to bardzo dobra lekcja pokory.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Quito dzień 2 ciąg dalszy

Nie poznałem żadnego przedstawiciela lokalnego kolorytu, jakieś próby z mojej strony były, ale wszystko rozbijało się o nieznajomość hiszpańskiego, niekompatybilność, brak czasu albo ogólne niezdecydowanie. 

Nieznajomość hiszpańskiego w tej części świata to rzeczywiście problem, mało osób mówi tutaj po angielsku, którego zwykle uczą w szkole jedną godzinę w tygodniu. Po 2-3 latach nauki większość uczniów nie wychodzi poza etap „hello, how are you”. Gdyby nie włoski piszczałbym i kwiczał nie potrafiąc wypełnić samodzielnie deklaracji wjazdowej, porozumieć się z celnikami, urzędnikami imigracyjnymi czy taksówkarzami. Nawet w sklepach z pamiątkami, hotelach czy muzeach angielskiego zero.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Quito dzień 2

Coś mi się ubzdurało, że walutą obowiązującą w Ekwadorze są ekwadorskie peso. Nie mogąc wypłacić ich z bankomatu na lotnisku poprosiłem o nie w hotelu czym wprowadziłem recepcjonistę w konsternację. Od 16 lat używamy amerykańskich dolarów – usłyszałem od niego a w tonie jego głosu wyczuwałem rozbawienie.

Casa Gardenia położony był w samym sercu starego miasta, składał się tylko z 9 pokoi co miało swój niebywały urok. Mój pokój znajdował się na najwyższym trzecim piętrze z widokiem na kolorową zabudowę miasta. W dzień kiedy ulicami jeździły autobusy cały trząsł się i zawsze myślałem, że to trzęsienie ziemi, które tutaj zdarzają bardzo regularnie. Uliczny hałas był nieznośny, na szczęście mijał w nocy, ale wtedy robiło się zimno. Jak nie urok to sraczka powiedziały mój ojciec.

Pierwszej nocy nie mogłem spać, z powodu wysokiego położenie nad poziomem morza i rozrzedzonego powietrza brakowało mi tlenu. Ciężko oddychało mi się przez cały pierwszy dzień gdy odwiedzałem Park Narodowy Cotopaxi i spacerowałem wokół Laguny Limpiopungo. Pogoda w górach jest nieprzewidywalna i zmienia się z minuty na minutę, choć w programie zaplanowane mieliśmy podziwianie Wulkanu Cotopaxi z powodu gęstej mgły nie było to możliwe. Musiałem się pogodzić, że wulkanu mogę w ogóle nie zobaczyć podczas swojego krótkiego pobytu w tej części świata.

Grayline z usług którego często korzystam przemierzając kontynenty, niestety nie mogło odebrać mnie rano bezpośrednio z hotelu, dlatego na miejsce zbiórki wyznaczone przy Hilton Colon musiałem dotrzeć sam. Wstałem wcześnie, było dopiero po 6, ale chciałem leniwie i bez zbytniego przygotować się do wyjazdu do Parku Cotopaxi. Przed 7 byłem na śniadaniu, którego nie było bo właściciele hotelu dopiero co poszli po świeże pieczywo… Taki urok małych hoteli, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Juan, mój przewodnik po Narodowym Parku okazał się bardzo sympatycznym człowiekiem, oprócz mnie towarzyszami podróży była dwójka Kanadyjczyków i Ekwadorka ze swoją koleżanką pochodzącą z Peru. Jako grupa okazaliśmy się bardzo zgrani, żywo rozmawialiśmy podczas całej wycieczki, lunchu, chętnie pozowaliśmy do wspólnych zdjeć. Dziewczyny okazały się być bardzo miłe oferując mi swoje towarzystwo na lokalnym targu. Jako samotny gringo stanowiłem potencjalnie łatwą ofiarę dla lokalnych natarczywych sprzedawców naciągaczy, którzy nie niepokoili mnie tylko dlatego, że widzieli mnie w towarzystwie kogoś lokalnego.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Quito

Dzięki miłemu recepcjoniście z hotelu dotarłem do klimatycznej Vista Hermosa, do której portier zawiózł mnie starodawną elegancką windą. Usiadłem na tarasie, skąd rozciągał się majestatyczny widok na nocną panoramę Quito. Poszedłem na spacer wokół Plaza de Independencia i okolicznych uliczek. Miasto wydawało się być zamarłe, ale czułem się bardzo bezpiecznie. Bardzo mi się tutaj podobało, wszystkie miejsca i budynki wydawały się być bardzo klimatyczne a architektura olśniewała kunsztem dawnych lat.

Deszczowa pogoda i zimne powietrze powitały mnie w Quito. Ekwador to ostatni kraj, na liście odwiedzanych miejsc, gdzie muszę znosić niskie temperatury. W ciągu dnia jest ciepło 17-23 stopnie ale rano i wieczorem robi się naprawdę przenikliwie zimno, że chodzę opatulony a w pokoju muszę włączyć elektryczny grzejnik inaczej w nocy chyba bym nie usnął.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz