Ucieczka od marności tego świata

W ramach detoksu korporacyjnego GH zaproponowała mi 5 dniowy pobyt w SPA Yoga retreat na Bali. Z jej opowiadań miejsce wydawało się lekko sekciarskie… Spanie na pryczy, brak alkoholu, mięsa, wifi, żadnego mini baru w pokoju czy innych zdobyczy cywilizacji, ponadto nie wolno tam dzwonić, palić ani rozmawiać – w kółko tylko chodzenie po dżungli, wąchanie kwiatków, masaże, algi, medytacje, yoga i pozycje łuk, latający żuraw, lotos, martwe ciało albo nieskończoność. Na samą myśl że moje ciało może sie tak wyginać to…. Najbardziej odczułbym brak mięsa, bo jak patrze na te ziarna i owoce, którymi tam karmią to dlugo bym tam nie pociągną…chyba pożarłbym któregoś z uczestnikow kursu… Trudno uwierzyć że są takie miejsca gdzie ludzie ludziom zgotowali takie atrakcje… Martwi mnie asceza, czy przypadkiem nie wpłynie ona na mój umysł oraz duszę, co może skutkować pisaniem psalmów, nuceniem mongolskich pieśni stepowych i piciem soku z pokrzywy albo nawet lekturą „Nad Niemnem” Orzeszkowej…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Spotkanie

GH przyjechała po mnie taksówką wprost do hotelu, skąd zabrała mnie na lunch do Swissotel Shopping Center. Wynalazła dla nas fantastyczne miejsce, bufet z owocami morza gdzie ostrygami mogliśmy jeść garściami do oporu. Po kilkunastu miesiącach nic nierobienia wreszcie podjęła pracę, nie jest to szczyt jej marzeń ale spokojnie pozwala popłacić wszystkie rachunki i dwa razy w roku wybrać się na zakupy do Korei. Choć nie widzieliśmy się ponad rok, oboje byliśmy na bieżąco z naszymi sprawami, często rozmawiamy ze sobą przez telefon, wspieramy się albo komentujemy wydarzenia wewnątrz EB albo PP – nasz dawny dyrektor snake ogłosił niedawno zamknięcie centrów w Singapurze oraz San Jose i przeniesienie wszystkiego do Kuala Lumpur, Salt Lake i Warszawy, nikogo nie starają się zatrzymać stąd w PP pracuje się coraz gorzej.

Spacerując po dobrze znanych mi korytarzach i sklepach centrów handlowych, po których kiedyś chodziłem z M. kilka razy łapałem się na dziwnym wrażeniu, że zaraz zza któregoś rogu może wyjdzie M. i rozpromieniony pochwali się swoimi zakupami.

Zarezerwowałem pokój w Lai Chun Yuen, przed nocnym lotem do Sydney chciałem się ogarnąć, wziąć prysznic by ze zwieszonym językiem i mokry jak szczur nie pakować się w kolejny miedzykontynentaly lot. Pokój opłacony był z góry za całą noc, mój samolot odlatywał o północy dlatego odstąpiłem go GH, która zaprosiła tutaj na noc swoich siostrzeńców. Z tego co opowiedziała mi nazajutrz basen na hotelowym dachu był dla nich największą atrakcją. Sam So Sofitel to osobna historia, w Singapurze nie brakuje pięknych hoteli ale ten wyróżnia się swoją nowoczesnością, butikowym stylem i dbałością o szczegóły – przestronność, elegancja i dobry smak połączone z nowinkami technicznymi. Choć moje urodziny wypadały dopiero nazajutrz na urodzinowy kawałek tortu zaprosiłem GH już teraz – solidny kawałek tiramisu o wdzięcznej nazwie terrarium podawany w oryginalnej szklanej kuli.

GH odprowadziła mnie na lotnisko, praktycznie do samej bramki, żegnając się nie ukrywała łez.

Opublikowano Australia, podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

stereotypy

Nie przepadam za Tajlandią, bo kojarzy mi sie bajzlem, pieprznikiem i prawem dżungli, słowo organizacja raczej nie istnieje w ich słowniku. Tajowie choć uśmiechnięci i gościnni z natury są jak dla mnie zbyt potulni i czołobitni co w niektórych sytuacjach bywa irytujace. Wolę Malajów bo choć w większości to Muzułmanie nigdy nie miałem problemu żeby sie z nimi porozumieć. No może dzisiaj mieli słabszy dzień…

Na KIA panował straszny burdel, nie było jeszcze 8 rano a w kolejce do odprawy czekało ponad 10 osób. Malaysian Airlines otworzyło tylko jedno stanowisko do odprawy pasażerów w klasie biznes, z jednym agentem który nie tylko sprawdzał dokumenty, wydawał karty pokładowe, ale dodatkowo musiał nosić bagaże. Cała procedura trwała średnio 15-20 minut ludzie klęli bo wszystko wydawała się trwać wieczność.
Po ostatnich redukcjach etatów w tej lini lotniczej nie powinno to nikogo dziwić, szkopuł tylko że kiedy mieli nadwyżkę zatrudnienia takie sytuacje też się zdarzały: 5 osób pomagających w odprawie a każda tylko stała jakby przyćmiony i czekała niewiadomo na co.
Mam do nich słabość potęgowaną znajomością ich innych ukrytych talentów, stąd nigdy nie potrafię się na nich gniewać.

GH zupelnie się ze mną nie zgadza, ale ona jest z Singapuru a ci potrafią być aroganccy i bardzo protekcjonalni jak chyba żaden inny naród w tej części Azji. Czasami musiałem poskramiać GH kiedy roztrząsała przy obcych nasze sprawy w Malezji bo ocieralo sie to o pogardę, stereotypy i brak poprawnosci politycznej. Według niej Singapurczycy są wybitni a cała reszta to nieskomplikowane popychadła, na dnie przykryte trzy metrową warstwą mułu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Odliczanie

Szwajcaria ma jeden z najwyższych wskaźników samobójstw w Europie (1100 osób w ciągu roku). Tak się składa że mieszkańcy Helwetii zamiast próbować radzić sobie z problemami wolą kulkę w łeb albo rzucić się pod pociąg (średnio co 10). Praktycznie nie ma tygodnia żeby SBB nie musiało zmienić trasy pociągu bo jakiś nieszczęśnik postanowił zakończyć żywot na torach. Samobójcy najczęściej wybierają trasę Berno – Zurych, dla podróżujących na tej trasie jest to zawsze zmora zwłaszcza w porannych godzinach szczytu albo dla takich jak ja, śpieszących się na samolot.

Dziś mało brakowało a spóźniłbym się na samolot do Frankfurtu skąd lecę dalej do Singapuru i Kuala Lumpur. Zamiast 1.16h podróż trwała 1.40h bo pociąg musiał jechać dłuższą trasę w związku z „incydentem” na torach. 

M. został w domu, w sobotę jedzie do Włoch i w tym roku po raz pierwszy nie będę mu towarzyszył. Trochę mi smutno z tego z powodu ale niestety nie udało się nam pogodzić wszystkich planów urlopowych.

Opublikowano emigracja, podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Mannheim – Belgrad – Warszawa – Berno

Na kilka dni wracam do Szwajcarii. Zaplanowana podróż dookoła świata wymaga ode mnie całkowitej wymiany ekwipunku. To co przydawało mi się podczas kursu w Mannheim lub podczas krótkich wypadów do Heidelbergu, Speyer, Frankfurtu, Belgradu i Warszawy byłoby zupełnie bezużyteczne w Malezji, Singapurze, Australii czy krajach Ameryki Południowej. Marynarki, eleganckie spodnie i koszule nie przydadzą mi się w równikowym klimacie Singapuru, wędrując po krętych uliczkach kolumbijskiej Kartageny, stolicy Ekwadoru Quito, w lasach Amazonii w Manaus czy na plażach Rio de Janeiro.

Stęskniłem się za domowymi pieleszami z M., jego kuchnią i naszymi wieczornymi rozmowami o tym jak każdemu minął dzień. Z nieukrywaną radością zamykam rozdział pt. kurs niemieckiego. Nadal uważam, że był to bardzo dobry pomysł, ale cieszę się, że nie byłem tutaj pozostawiony sobie, że odwiedzili mnie rodzice, M z P. i F, właściwie pożegnałem się z R, że spędziłem weekend w Belgradzie odwiedzając Iron Gate przy granicy z Rumunią i że ostatni mecz polskiej reprezentacji na Euro 2016 obejrzałem siedząc wśród polskich kibiców we Flow na Chmielnej w Warszawie. Inaczej po 4 tygodniach bycia sam ze sobą zacząłbym chyba mówić do siebie.

Lubię wracać do Belgradu. Pomimo widoków ubóstwa, niesamowitą radość sprawia mi chodzenie po zaniedbanych ulicach stolicy Serbii, poznawanie miejsc wszystkimi zmysłami a moje serce przepełnia niewytłumaczalne uwielbienia dla tego kraju i do jego dumnych, przystojnych i krewkich mieszkańców zmagających się miłosnymi uniesieniami. Przyjeżdżam tutaj od czasu do czasu przypomnieć sobie jak daleko zaszedłem. Podobnie jest Warszawą.

Czy naganne jest poddawanie się atmosferze takich miejsc, czy okropne jest podróżować przez czas, wieki historii, bez ambicji większych niż dotarcie do miejsc gdzie można smakowicie zjeść, skosztować lokalnego wina albo innego lokalnego trunku. Albo zdrzemnąć się z książką w parku na trawie w centrum ruchliwego miasta na wprost fontanny i Wasserturm. Oczywiście nie można żyć bez końca w taki sposób, rzeczywistość, obowiązki, rachunki, zdrowie oczywiście na to człowiekowi nie pozwolą. Ale może akurat w krótkiej perspektywie to najlepsze rozwiązanie biorąc pod uwagę nieznośną rzeczywistość i zamęt w życiu zawodowym. Dlaczego wszystko musi mieć praktyczne zastosowanie? Przez całe lata byłem taki skrupulatny i ułożony – pracowałem, jeszcze pracowałem, zawsze dotrzymywałem deadlinów, nie zaniedbywałam bliskich mi osób ani swoich zębów, rat kredytu, rachunków, zobowiązań towarzyskich itd. Czy życie składa się wyłącznie z obowiązków? Daleko mi do porównywania moich osobistych zamętów z tragediami wielkich miast, mój kryzysik tożsamości nie ma wymiarów epickich, moje życie osobiste nie rozsypało się na kawałki, nie przeżyłem wojny czy lat tyranii. Poza tym posiadam finansowe środki by z łatwością go opanować.

Kiedy człowiek zagubi się w takim gąszczu, czasami zajmuje mu dłuższą chwilę, nim uświadomi sobie, ze się zgubił. Bardzo długo jesteśmy przekonani, że zboczyliśmy ze ścieżki tylko odrobinę, że już lada moment znajdziemy się z powrotem na szlaku. A potem przychodzi jedna noc za drugą i nadal nie mamy pojęcia, gdzie się znajdujemy, i wreszcie musimy przyznać, ze tak daleko odeszliśmy od ścieżki, ze już nawet nie wiemy, po której stronie wschodzi słońce.

Przeczytałem gdzieś, że doświadczanie przyjemności może być kotwicą od której zaczyna się budowanie nowej tożsamości. Podczas ostatnich kilku tygodni dostrzegłem zapowiedzi szansy powrotu do normalności, powrotu do pracy i znalezienia w sobie sił chwycenia życia za rogi.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Mannheim na finiszu

Kryzys mnie dopadł albo wrodzone lenistwo. 4 tygodnie intensywnego kursu językowego to jednak za dużo, w zupełności wystarczyłoby mi 3 – teraz to wiem. Monotonia dnia też daje mi się we znaki. Obudziłem się, wróciłem do domu i na kwadrans przed wyjściem zdecydowałem że pier…e nie idę. Zrobiłem sobie kawy, obejrzałem kolejny odcinek House of Cards i pojechałem do Heidelbergu. Konwersacje najlepiej ponoć ćwiczyć na mieście w codziennych sytuacjach więc szybko się przed sobą usprawiedliwiłem. Od dawna nie jest już tak że muszę…

Ten miesiąc poza domem miał swoje zalety i wady, w Bernie chyba bym oszalał, bo nie było tam pogody, M i znajomi codziennie pracowali a siedzenie w domu rzuciłoby mi się na głowę. Gdyby jeszcze chociaż można było pójść na rower, ale prawie naokrągło lało. Lato w mieście potrafi być dobijające.

Moje mieszkanie które początkowo tak bardzo mi sie podobało po kilku tygodniach zaczęło mnie przytłaczać, czuję się jakbym nie był u siebie, w dodatku ten zaduch, dziwny zapaszek unoszący się się w powietrzu, brak światła, balkonu i wilgoć. Wszystko wydaje mi się brudne, zgrzybiałe, mokre i nie moje.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Mannheim – dzień za dniem

Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do cen panujących w Niemczech. Ile razy szedłem na zakupy nosiłem w portfelu przynajmniej z 300 euro, tak na szelki wypadek, bez strachu że nagle mogłoby zabraknąć mi pieniędzy. Kupując jedzenie raczej się nie ograniczałem, ale ile razy patrzyłem na ostateczny rachunek to kwota wydawała się dziwnie mała.

To Szwajcaria mnie tak wypaczyła, sprawiła, że wchodząc na zakupy i kupując tylko podstawowe produkty liczę się z wydatkiem przynajmniej 100fr. Tutaj robię zakupy na dwie torby a często wciąż nie udaje mi się przekroczyć tej kwoty.
Grupę mam mieszaną: kilka Chinek, dwie Francuzki, Kanadyjka, Japończyk, kilku Irańczyków, Kurd z Syrii i Erytrejczyk. za każdym razem kiedy któryś Azjata próbuje mówić po niemiecku muszę nieźle się namęczyć żeby ich zrozumieć. Nie przeszkadza mi to, wręcz odwrotnie, mam z tego niezły ubaw ale nie okazuję tego, żeby ich nie zrazić. W klasie (brzmi dziwnie) już pierwszego dnia porobiły się grupki, każdy siedzi tylko ze „swoimi” a na przerwach trzyma się swojej grupy. Nikt nie chce rozmawiać z „imigrantami” który ten kurs mają za darmo, opłacony przez niemiecki rząd. Trochę z ciekawości a trochę z przekory usiadłem właśnie z nimi zupełnie nie przejmując się spojrzeniami innych a zwłaszcza nauczyciela. To tak w ramach przełamywania barier.

W pierwszym tygodniu złapało mnie jakiś dziwny choróbsko. Wstałem rano, normalnie zjadłam śniadanie, poprzedniego dnia też dobrze się czułem ale jak dotarłem do szkoły to nagle po prostu takie coś zemdliło, że wylądowałem w kiblu przez godzinę obejmując klozet. Wieczorem przyjechali rodzice. Od matki usłyszałem spicz, że od azylantów pewnie złapałem jakiś egzotyczny wirus, wysłuchałem exposé na temat chorób roznoszonych przez imigrantów z Afryki a na koniec pouczony żeby na zajęciach siedzieć w maseczce na twarzy…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Czuję się jakbym wrócił na studia

Kilka tazy sprawdzałem czy dobrze zapamiętałem adres, za każdym razem przekonywałem się, że go pamiętam. Z dworca Mannheim HB poszedłem pieszo, wiedząc, że ulica na której znajdowało się moje mieszkanie jest w odległości kilkuset metrów od kolejowej stacji. Jakie było moje zdziwienie gdy w okolicy wyłapałem zasięg sygnału sieci CWT, okazało się, że lokalne biuro R. jest zaledwie blok od mojego nowego miejsca zamieszkania. 

Pomyliłem tylko numery i zamiast 96 usilnie próbowałem znaleźć 65 lekko zrezygnowany skontaktowałem się z właścicielką mieszkania. B. wyszła po mnie, spotkaliśmy się w pół drogi, zaprowadziła mnie do właściwego budynku, potem oprowadziła mnie po mieszkaniu, pokazała gdzie, co i jak działa a po kwadransie zostałem tam sam. Miałem cały wieczór, żeby się rozpakować ale wolałem wyjść na miasto, w końcu miałem spędzić tutaj następne kilka tygodni.

Na zewnątrz panował nieznośny upał, w powietrzu unosiła się też wilgoć przez co spacerowanie po okolicy nie należało do najprzyjemniejszych. Wróciłem stosunkowo wcześnie, rozpakowałem walizki i zacząłem przygotowywać się do pierwszych zajęć zaplanowanych na rano. 

Spałem niespokojnie, wierciłem się i przerzucałem z boku na bok, około 4 obudziłem się i włączyłem sobie jakiś film. Pomogło, nie dotrwałem do końca, za to gdy obudziłem się było już dobrze po 9. Po śniadaniu wskoczyłem w wygodne letnie pidżamowe spodnie kolorowy tshirt i pojechałem do szkoły. Instytut znajdował się zaledwie dwa przystanki o Kopernikus Strasse, gdy tam dotarłem zostałem przywitany przez tłum studentów, którzy podobnie jak ja przyszli zarejestrować się na kurs. Wśród tłumu przeważali Azjaci, w większości Chińczycy i Japończycy, drugą największą grupę stanowili różnej maści habibi habibi wyróżniający się kolorem skóry albo burką. Patrząc na tłumy studentów, które wolno przemieszczały się między kolejnymi pokojami uzupełniając swoją wiedzę na temat planu kursu, poruszające się jak stado owiec przypomniał mi się mój pierwszy dzień na studiach i zagubienie jakie mi tego dnia towarzyszyło. Wszyscy zdawali się patrzeć błagalnym wzrokiem, wielu ciągnęło za sobą walizki nie wiedząc w którym z akademików zostali zakwaterowani. Byłem w komfortowej sytuacji, że stać było mnie na wynajęcie samodzielnego mieszkania bo ostatni raz próg akademiku przekroczyłem dobre 15 lat temu.

Napisałem test, napisałem jakieś bzdetne opowiadanie i odbyłem rozmowę z lektorem. Okazało się, że lepiej idzie mi mówienie niż gramatyka, a zawsze wydawało mi się że jest na odwrót. Podczas testu przyglądałem się innym studentom, ewidentnie byłem tutaj najstarszy, na szczęście swobodny strój pozwolił mi trochę zamaskować mój prawdziwy wiek. Większość wydawała się zagubiona, zestresowana i nieśmiała, wiele osób stało ze spuszczonym wzrokiem albo zajęte było oglądaniem czegoś w swojej komórce. Same takie sierotki Marysie albo cipki niewydymki. Niechcąco wzrokiem wyłowiłem grupkę osób która znacznie odstawała od całej reszty, uśmiechnąłem się i poszedłem ich zagadać. Okazało się, że są to oczywiście Włosi…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nauka

Żeby nie było, że w ogóle nie pracuję, tylko bawię się, podróżuję i wydaję pieniądze żyjąc dniem, niczym hulaka i birbant dlatego postanowiłem spożytkować ten okres także na naukę czegoś pożytecznego. Zapisałem się na kurs niemieckiego w Instytucie Goethego w Mannheim i przez cały czerwiec planuję sumiennie przyłożyć się do nauki tego jakby nie było okropnego języka. Nigdy nie lubiłem lekcji niemieckiego w szkole, nie przemogłem się w czasie studiów przez co uciekłem do grupy początkującej z nauką języka włoskiego. Dziwne zrządzenie losu, że potem w Szwajcarii zamieszkałem w kantonie niemieckojęzycznym, pracę dostałem a amerykańskim koncernie a z M. rozmawiamy wyłącznie po włosku. Zresztą szwajcarski niemiecki to już w ogóle nie język, to infekcja gardła… Wciąż jakoś nie potrafię przemóc się do polubienia tych wszystkich nieznośnych charków i gwizdów.

Teraz po 30 latach dojrzałem do tego, żeby wreszcie chcieć się tego języka nauczyć. Nie liczę, że stanie się jakiś cud i w 4 tygodnie będę szprechał jak mały Urs albo inny Jens, ale robię to dla własnego wewnętrznego spokoju. W dalszej perspektywie chcę mieć argument przed przyszłym pracodawcą, że spędziłem wolny czas robiąc też coś pożytecznego.

Nie wiem jak to możliwe, że lecąc na miesiąc do Australii czy ostatnio do Nowej Zelandii potrafiłem spakować się w jednej 23 kilogramowej walizce. Teraz też jadę na cztery tygodnie a zabieram ze sobą dwie torby ważące łącznie 38 kilo. Najbliższe kilka tygodni spędzę w Mannheim.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zero w Veronie

M. kupił bilety na koncert R. Zero w Arenie w Weronie. Jedną noc było mi zaledwie dane przespać w swoim łóżku w Bernie, ale nawet nie całą, bo o 5 mieliśmy pobudkę. Wieczorem po powrocie do domu czekało mnie robienie prania i przepakowywanie walizek. Spałem jak zabity w pociągu do Mediolanu, a potem w czerwonej strzale z Mediolanu do Werony. Chodzę ciągle permanentnie niewyspany, ale szkoda mi czasu na marnowanie go w łóżku. Uwielbiam Włochy za jedzenie i ceny. Nim przesiedliśmy się na pociąg do miasta Romea i Julii wpadliśmy do wino-baru na kawę, panino con prosciutto i kieliszek prosecco. Taki zestaw w Szwajcarii kosztuje razy dwa tyle co tutaj więc wydaje się śmiesznie tani.

Włochy z M. nieodzownie kojarzą mi się pysznym jedzeniem i zakupami. Skoro teraz nie pracuję i tym samym nie zarabiam, w dodatku jak prawdziwy klient/ konsument wolę na swoim koncie bankowym widzieć więcej zer niż mniej dlatego sklepy i butiki omijałem szerokim łukiem. Jedyne na co się skusiłem to plastikowy swatch w sam raz na wyprawę po Ameryce Południowej w lipcu. M. za to szalał, co chwilę coś przymierzał i zaraz kupował, mnie też próbował wcisnąć jakiś nowy niepotrzebny łach tłumacząc, że to niebywała okazja albo że to coś co ewidentnie mi pasuje. Jego sztuczki jednak na mnie nie działały i chyba zrobiło mu się mnie trochę szkoda, bo gdy nie patrzyłem kupił mi w prezencie koszulkę. Dwa razy dziennie objadaliśmy się owocami morza, mięsem oraz pastą okraszanymi mozzarellą, ragu, pesto, gorgonzolą i wypijaliśmy po butelce valpolicelli. We Włoszech nie da się nie przytyć bo wszystko wygląda, smakuje i pachnie tak wspaniale tak kusząco, że nie potrafię sobie nigdy niczego odmówić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz