Maltańska przygoda

Malta jest ostatnim punktem trwającej nieprzerwanie od końca kwietnia pierwszej podróży. M. z którą zjechałem Litwę i Łotwę przyleciała tutaj wprost z Bari, spędzimy wspólnie ze sobą kilka dni. Zabrałem ją na cały dzień do Mdiny a potem do Valetty, oba te miejsca znam już jak własną kieszeń. Trochę protestowała gdy próbowałem nakłonić ją do wzięcia taksówki, bo podróżując woli poruszać się transportem publicznym, lubi zgubić się w nowym miejscu i przeżyć przygody, ale gdy w końcu udało mi się ją wpakować do taksówki dochodziło prawie południe i przyznała mi rację – pozwoliło zaoszczędzić nam to sporo czasu. Wieczór wcześniej wbiliśmy się do jednego z licznych barów w Zatoce Spinola i rozmawiając przy butelce wina niepostrzeżenie dotrwaliśmy prawie do rana. Plany mieliśmy ambitne wstać o 7.30 i zaraz po śniadaniu jechać do Mdiny, ale tylko na dobrych chęciach się skończyło, bo spaliśmy prawie do 10.

Wypisałem się tylko z niedzielnego wypadu na Gozo, w lutym byłem tam z rodziną i przy całym uroku tej wyspy nie miałem ochoty znowu tam wracać. Może za kilka lat, ale na razie wolałem prażyć się w słońcu na przyhotelowym basenie. 

Lubię Maltę, czasem myślę że mógłbym tutaj mieszkać, kupić mieszkanie z widokiem na jedną z wielu malowniczych zatok, M. bez trudu otworzyłby tutaj swoją restaurację, bo z łatwością można porozumieć się tutaj po angielsku i włosku, w tak ciepłym i dogodnym klimacie moglibyśmy się tutaj spokojnie zestarzeć. Ale to tylko marzenia i plany… Na razie musi wystarczyć mi widok z tarasu na Baluta Bay.

Codziennie lał się żar z nieba, temperatura wskazywała 32 kreski w cieniu, czasem nawet wiał wiatr, ale i tak chwilami mieliśmy dość tych upału i tłumów… W Europie trwał właśnie długi weekend więc ulice pełne były turystów, w ciągu dnia kilkanaście razy słyszeliśmy język polski i musieliśmy być ostrożni obgadując innych.
Ostatniego dnia wspólnego pobytu zostawiłem w M. Le Meridienie a sam przeniosłem się do Radissona też z widokiem na morze, ale dodatkowo z jacuzzi na tarasie, z którego jeszcze tego samego popołudnia zrobiłem użytek.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wesele

Mój brat zaprosił oboje nas na swoje wesele. Do Polski polecieliśmy razem, jako osoby towarzyszące zabierając ze sobą A i K. Był to taki ukłon w stronę mojej matki, która obawiała się skandalu gdybym na rodzinnej imprezie pojawił się tylko z facetem. Ja akurat trochę inaczej zapatrywałem się na to wszystko, nie chciałem skraść bratu uroczystości, ten dzień miał należeć do niego i jego żony a nie do starszego brata, który pojawił się na rodzinnym spędzie z kochankiem.

Mimo mistyfikacji i tak wszyscy domyślili się, że przystojny Włoch, ubrany niemal identycznie jak ja, siedzący obok przy stoliku to nie przypadek, że K. nie jest moją dziewczyną i że odstawiamy tutaj jakąś szopkę. Jeden z moich kuzynów, który całkiem szybko zorientował się w całej sytuacji, na wiadomość że K. nie jest moją dziewczyną zmierzył ją uważnie od stóp do głów i skomentował krótko i dobitnie: ładna, wyruchałbym ją…

Ślub odbył się w pięknym ogrodzie w małym dworku na Opatowicach, goście weselni mieli stoliki porozstawiane na tarasie pod niewielkim zadaszeniem, pierwszy raz w życiu miałem okazję bawić się na weselu na otwartej przestrzeni, obojgu z M. bardzo nam ten pomysł przypadł do gustu. Kto wie może i nasze przyjęcie wesele zorganizujemy w podobnym stylu.

Takie wspomnienia kiedy ma się absolutnie mocne wrażenie, że jest się tu i teraz, że bardziej jest się obserwującym aniżeli uczestnikiem wydarzenia pozostają w nas na zawsze. I ta niesamowita mieszanka uczuć i wrażeń: zdenerwowanie, ale i duma, dystans, ale i pewność siebie. I to wielkie niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę a jeszcze kilka lat temu wydawało się nie do pomyślenia.

Jeszcze w dniu wesela biegaliśmy po wrocławskich sklepach, okazało się, że M. nie ma ze sobą odpowiedniej koszuli, bo ta którą wziął piła go w szyję a ja zapomniałem kupić szelek. Nasz shopping tour zaczęliśmy w Hali Targowej gdzie za śmieszne pieniądze oddałem do naprawy swoją torbę Bvlagari, M. obkupił się w nerkowce, pieprz syczuański, sól hawajską i inne orzechy, kontynuowaliśmy w Renomie a na koniec odkryliśmy prawdziwą perełkę – perfumerię Kiliana, Nasomato i Amuage.

We Wrocławiu skwar jakich w maju mało. Cierpimy razem z M. Wydaje mi się, że ja nawet bardziej bo na wyjazd zabrałem głównie długie spodnie i koszule.
Moje urodziny w tym roku spędzę w samolocie z Singapuru do Sydney dlatego zaproponowałem M. że na urodzinową kolację mogę zaprosić go już teraz. Pomysł narodził się bardzo spontanicznie, akurat przechodziliśmy obok hotelu Monopol gdy wspomniałem mu o znajdującej się na dachu restauracji. Od słowa do słowa weszliśmy na górę i po pięciu minutach mieliśmy zarezerwowany tam stolik.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Ucieczka z Fidżi

Z Fidżi uciekłem jak szczur, jeszcze rano udawałem że wszystko jest najlepszym porządku, pozwoliłem wierzyć, że kolejny wieczór odbędzie według tego samego zaplanowanego scenariusza, wszystko potoczy się w niezmienionej kolejności i nic nie zmąci tej hedonistycznej sielanki. Przeliczyłem się tylko w jednym, że uda mi się niezauważenie przejść przez kontrolę biletowo-paszportową bez wpadnięcia na siebie gdzieś na terenie lotniska. Było zbyt małe, żeby mój sprytny plan miał szansę się powieść. Nasze spojrzenia spotkały się tylko przez sekundę gdy przechodziłem do kontroli paszportowej. Najdłuższa sekunda w moim życiu. Miałem potem moralnego kaca, który próbowałem zagłuszyć lecąc do Nowej Zelandii.

Wróciłem do Auckland, tym razem zatrzymałem się już w centrum. Wieczorem spotkałem się z D. który zabrał mnie na drinka. Odpuściliśmy sobie hotelowy bar po tym jak w swoim japple znalazłem stado czarnych muszek. Barman w Sofitelu próbował się zrehabilitować zrobił mi kolejnego drinka gratis ale i w nim pływały muchy. Nie wiadomo skąd się tam wzięły ale gdy na drugi dzień podobna przygoda przytrafiła mi się w SkyCity wiedziałem, że problem szalejących much dotyczy większości hoteli.

Pobyt w Auckland był jedną wielką kulinarną ucztą pt. ostrygi, jadłem je 2-3 razy dziennie, różne rodzaje i przyrządzane na wiele sposobów. W ostatni dzień miałem ich serdecznie dość i zatęskniłem za zwykłą pizzą. Nigdzie nie pojechałem, poranki spędzałem sam wałęsając się beztrosko po centrum, a wieczorami kiedy D. kończył próby do Evity chodziliśmy razem na kolacje.

Kilka dni w Bernie spędzonych między wyjazdami, oficjalnie rozpocząłem sezon rowerowy przejeżdżając od razu 30 km. M. ożenił mnie ze sprzątaniem, gotowaniem i zakupami. Kląłem siarczyście kiedy do godziny 14 nie udawało mi się ze wszystkim wyrobić. Wreszcie zrobiłem porządek z papierami zalegającymi na biurku od miesięcy, uporządkowałem sprawy urzędowe i zacząłem planować wyjazd na kurs do Mannheim. Mam już szkołę, kurs i mieszkanie w centrum. Mija dopiero 3 tydzień mojego nieróbstwa a wciąż myślę o pracy…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Kilka dnia na Fidżi

Wakacje tutaj są dla Australijczyków czy Nowozelandczyków jak dla nas wakacje na Majorce czy w Tunezji: stosunkowo blisko, relatywnie tanie, z dobrą infrastrukturą i z gwarancją dobrej pogody. Miałem trochę pecha bo w dniu w któm przyleciałem było 35 stopni i wilgotność na poziomie 95%, tak że po przejściu z recepcji do pokoju byłem mokry jak szczur a w majtkach chlupotała mi galareta. Przez następne dni wciąż bylo bardzo ciepło, ale pojawiło się więcej chmur przez co słońca prawie w ogóle nie było widać. W tej części świata jest tak, że choć słońca nie widać to wciąż opala, wiem o tym, bo leżąc na basenie nie posmarowałem się kremem a i tak się opaliłem…

Każdy dzień wyglądał tutaj podobnie: spanie do oporu (w moim wydaniu była to maksymalnie godzina 7), leniwe, beztroskie śniadanie albo kawa w jednej z przyhotelowej restauracji, potem plaża bądź basen z kolorowym drinkiem w dłoni i notebookiem w uszach, codzienne happy hour w barze, wieczorne albo całonocne zajęcia wyrównawcze albo inne igrzyska dla dorosłych.

Na Fidżi organizują wycieczkę spływ rzeką Sigatoką, podczas której zatrzymujesz się w jednej z lokalnych wiosek by zobaczyć jak żyją jej mieszkańcy, jak pielęgnują swoje tradycje, spróbować cawy, można zobaczyć pokaz tańców plemiennych a nawet w nich uczestniczyć – wszystkie atrakcje specjalnie pod turystów i można zarzucić im kicz i komercje, ale i tak mi się podobało. Najszczersze okazały się dzieci chętnie i nieskrępowanie pozujące do zdjęć i szukające kontaktów z turystami.

W środę wyszło piękne słońce, leżałem z audibookiem pod palmą, w ręce trzymałem mocno zmrożoną margaritę i upawałem się każdą chwilą pobytu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Bula Fiji

W nocy udało mi się jeszcze porozmawiać z rodzicami i z M, we Wrocławiu trwa gorączka przygotowań do wesela mojego brata, jak tylko wrócę do Szwajcarii zabieram M. i lecimy razem do Polski. Dla M. to jedyna w swoim rodzaju szansa zobaczenia polskiego wesela i spotkania się z moimi rodzicami. Koledzy w pracy opowiadają mu już niestworzone historie o tym ile to się u nas pije na weselu, że mamy sprośne zabawy o północy, że bójki są na porządku dziennym. M. niby tego nie słucha, ale przy byle okazji pyta by potwierdzić, czy to co usłyszał jest prawdą czy kolejną wyssaną z palca bzdurą. Pod moją nieobecność opanował dwa nowe słowa absolutnie niezbędne podczas pobytu we Wrocławiu: gorzko i rusz dupę. Moja matka zapewne będzie wniebowzięta jak usłyszy z jego ust to ostatnie…

Im bliżej samolot był celu naszej podróży, tym większy banan rysował się na mojej i tak już opalonej twarzy. Uwielbiam Fidżi – za morze, palmy, widoki, ludzi i obietnicę dobrej zabawy. Nim na dobre postawiłem swoją stopę na tej ziemi po raz drugi w życiu, musiałem poddać się bardzo drobiazgowej kontroli urzędnika imigracyjnego. Wypatrzył mnie w kolejce, potem kilka minut męczył pytaniami, kazał pokazywać rezerwacje hotelową i bilet powrotny, pytał mnie szczegółowo o wszystkie moje plany na Fidżi, co robiłem w Auckland i na Wyspach Cooka, z kim spotkam się tutaj. W pewnej chwili moje ego i doświadczenie podsunęło mi myśl czy on aby przypadkiem na mnie nie leci.
Przy wyjściu z hali przylotów dostałem naszyjnik z muszelek, kilka kolorowych broszur lokalnego biura podróży, potem wsadzono mnie do klimatyzowanego busa i ruszyliśmy w kierunku Denerau.
Choć w lutym wyspę nawiedził potężny huragan o którym szeroko rozpisywała się prasa, po drodze nie dostrzegłem wielkich spustoszeń, których ponoć wtedy dokonał. Dopiero później, rozmawiając z lokalnymi ludźmi, usłyszałem o dramatycznej sytuacji w bardziej prowincjonalnej części kraju.
Dostałem pokój 182 w tej samym skrzydle hotelu co rok temu, z osobnym pokojem dziennym, sypialnią i zapleczem kuchennym, z wyjściem na taras i do ogrodu. Wracały wspomnienia… Tym razem byłem tutaj sam, ale zupełnie mnie to nie martwiło.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Rarotonga – Auckland – Fidżi

Z Rarotongi wylatywałem dopiero około północy przeto do końca wykorzystałem cudownie ciepły, słoneczny dzień, mocząc się w morzu albo spacerując wzdłuż długiej piaszczystej plaży. Gdy zrobiło się prawdziwie ciemno i z trudem dostrzegałem przedmioty z odległości na wyciągnięcie ręki wróciłem do pokoju. Mrukliwy kierowca odebrał mnie spod recepcji przed 22 i zawiózł na lotnisko po raz ostatni robiąc koło wokół całej wyspy. O tak późnej porze lotnisko było puste, prócz mojego lotu do Auckland zamknięte były wszystkie inne stanowiska odpraw biletowych. Pani, która nadawała mój bagaż leniwie naklejała wszystkie naklejki i bez oznak pośpiechu wpisywała dane do komputera. Tak jak ja wyglądała na senną. Marzyłem by znaleźć się już w samolocie i móc zasnąć. Samolot Virgin Australia już czekał, ale nim do niego wsiedliśmy przyszło mi zmierzyć się z coraz bardziej dającym się mi we znaki zmęczeniem. Zrezygnowałem z posiłku, wina i koniaku, nim samolot wystartował spałem już jak suseł. 

Po przylocie do Auckland dobrze znaną mi już trasą przeszedłem przez kontrolę paszportową, odebrałem bagaż potem jeszcze tylko kontrola celna i mogłem wyjść z lotniska. Było 2 nad ranem, za 8 godzin miałem samolot na Fidżi, przeszedłem przez ulicę i wszedłem do Novotelu. Nad Auckland unosiła się gęsta mgła…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dzień przed odlotem

Piękne laguna i plaża zachwycają, ale tylko gdy sprzyja pogoda. Nazajutrz przez cały dzień było pochmurno i zastanawiałem się co ze sobą począć, bujałem się na hamaku na tarasie jak dziecko z chorobą sierocą gdy na pomoc przyszli butelka wina i zbyt drogi internet, ale było warto dla tych paru kosmatych wspomnień o smaku i zapachu czekolady.

Beachcomber Muri jest malowniczo położonym hotelem w sąsiedztwie laguny i biało piaszczystej plaży, posiada wygodne zejście do oceanu jak i pięknie utrzymany, cieszący oko ogród, idealne miejsce do ślubu w tropikach. Pokoje jednak przypominają standard lat 90. pełne są mrówek, starego sprzętu i braku wykończeń oraz przestarzałych rozwiązań. Zupełnie jak w hotelu na Mauritiusie – za to cena rekompensuje wszystko. Podczas gdy standardowo pokój kosztował 500-800 NZD jak płaciłem tylko 350.
Gdy świeciło słońce, wstawałem wcześnie rano i chodziłem na długie samotne spacery wzdłuż prawdziwie biało piaszczystej plaży. Przyglądałem się domom, które wybudowali tutaj bogaci mieszkańcy wyspy i licytowałem, który podoba mi się najbardziej, co rusz łapałem się w myślach, jak bardzo brakuje mi M.

Na lunch zatrzymywałem się w IceBarze, w którym najchętniej zamawiałem cezara z owocami morza. Piasek zmieszany z drobinkami korali potwornie ranił mi stopy, co kilkanaście kroków musiałem szukać ukojenia w falach oceanu albo zmieniać trasę spaceru inaczej czułem się jak fakir. Przewodziła mną nieustająco jedna myśl – jak na kogoś bez pracy i wylądowałem w całkiem pięknym miejscu na świecie…

 

Odlatując z Rarotongi wpadła mi przypadkiem w ręce lokalna książka telefoniczna. Skusiło mnie żeby sprawdzić czy mieszka tutaj jakaś Sobieski. No i była! Jilian Sobeski 21079 Matavera – uśmiechnąłem się tylko do siebie w myślach.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Dookoła wyspy

Po nocnym ataku drobiu zasnąłem jeszcze na kilka godzin. Rano zorganizowałem sobie wycieczkę po wyspie z lokalnym przewodnikiem. George – zjawił się kwadrans po 9 i bardzo się ucieszył gdy potwierdziłem, że jestem z Polski. Okazało się, że razem z nim pracuje Polka nijaka Izabella, która wyszła za Kiwi i razem z mężem przeprowadziła się aż tutaj. Jak widać na Polaków można teraz natknąć się naprawdę wszędzie. George w drodze po kolejną grupę turystów opowiadał mi co nieco o historii wysp. Nie wiedziałem, że rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii – Maorysi, przybyli tam właśnie z Wysp Cooka.

Zatrzymaliśmy się także przy niedokończonej inwestycji Sheratona. Okazały budynek a raczej cały kompleks budynków porozrzucanych w bliskiej odległości od oceanu straszył swoim upiornym widokiem. Brakowało tylko elewacji i wykończenia, by hotel mógł zacząć funkcjonować, ale stał on na miejscu przeklętym i ponoć żadna inwestycja nie miała prawa się tym w miejscu udać.

 

Współtowarzyszami wycieczki okazały się dwie pary Brytyjczyków, takich po 60. Zupełnie nie mój „cup of tea”, ale byłem miły, uprzejmy, inteligentny i zabawny przez co jak zwykle zdobyłem sobie sympatię u obu starszych pań. Jedna na koniec dnia, aż wyściskała mnie na pożegnanie. Zupełnie nie wiem co w sobie mam takiego, że starsze panie lgną do mnie jak muchy do miodu, mam tak od zawsze, odkąd pamiętam starsze panie miały do mnie słabość. Jedna była bardzo wygadana, ciągle demonstrowała swoją szeroką wiedzę na temat wyspy, jej historii, fauny, flory, lokalnych obyczajów, odwiedzanych miejsc, bo okazało się, że to jej piąty pobyt w tym miejscu. Gdy kontynuowała swoje tyrady o tym co wydarzyło się tutaj w latach 90. mogłem jedynie jej przyklasnąć i zrobiłem to w iście teatralny sposób: oh yes, indeed, how spledid it must have been.

Wyspa jest niewielka, zjechanie jej wokół samochodem zajmuje niecałą godzinę. George zadbał o część edukacyjną naszej wspólnej wędrówki i pokazał nam jak otwierać orzech kokosowy, jak i gdzie uderzać by rozłupać twardą skorupę i jak zrobić mleko kokosowe. W czasie jego lekcji o mało nie straciłem dwóch palców tak bardzo przejąłem się powierzonym zadaniem.
Ze smutkiem przyjąłem fakt, że podczas pobytu tutaj nie uda mi się zobaczyć dwóch ważnych rzeczy: niedzielnego jarmarku, który jest jednym z najbardziej kolorowych wydarzeń każdego tygodnia oraz że nie polecę na Aitutaki, bo nie pomyślałem, żeby zarezerwować tam wcześniej bilet. Wygląda na to, że mam dwa powody, by tu kiedyś wrócić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Rarotonga – dzień pierwszy

Na lotnisku w Rarotonga turystów witają dźwięki melodyjnej muzyki wydobywającej się maleńkiej ukalele. Lotnisko jest bardzo małe, ale pachnie egzotyką dalekiej egzotycznej wyspy rzuconej gdzieś na Pacyfiku. Znowu był wtorek po południu choć z Auckland wylecieliśmy w środę rano. Zostałem przywitany z naszyjnikiem z kwiatów hibiskusa zwanym tutaj dla odmiany ‚ei (lei na Hawajach), których intensywna woń drażniła mój zmysł powonienia. Nie chciałem nikomu robić przykrości dlatego dzielnie znosiłem ten zapach, aż dotarliśmy do hotelu i rzuciłem ten wieniec w kąt pokoju robakom na pożarcie. Nim odjechaliśmy w stronę Muri byliśmy świadkiem jak jakaś młoda kobieta podróżująca z mężem dostała nagle ataku epilepsji, pare osób zbiegło się by jej pomóc, wokoło zgromadziło się pełno gapiów. Niezły początek wakacji mieli – pomyślałem głośno. Pewnie zaszkodziło jej ‚ei – dokończyłem w myślach…

Muri Beachcober znajdował się w południowej części Rarotongi, dojazd z lotniska trwał niecałe 20 minut, po drodze mijaliśmy piękne widoki biało piaszczystych plaż, intensywnie soczysto zielonych palm kokosowych, sklepy, restauracje i salony spa. Co kilkadziesiąt metrów spotykało się znaki wskazujące kierunek drogi ewakuacyjnej w przypadku ataku fal tsunami. Podobno tsunami tutaj się nie zdarza dzięki olbrzymiemu, naturalnemu, kilkukilometrowemu uskokowi na dnie otaczającego wyspę oceanu, ale w dzisiejszych czasach nigdy nic nie wiadomo.
Recepcja była już zamknięta, miły, uśmiechnięty kierowca zaprowadził mnie do bungalowu, wręczył klucze i życzył udanego pobytu.

Beachcomber znajdował się tuż przy lagunie i pięknej plaży, otoczony był egzotycznym ogrodem oraz tu i ówdzie porozrzucanymi oczkami wodnymi. Na werandzie dwa hamaki do leniwego spędzania wolnego czasu, stół, leżaki, wiklinowa sofa oraz grill. Brakowało mi tutaj M. dzięki niemu moglibyśmy prawdziwie wykorzystać wszystkie te udogodnienia i luksusy. Dało się we znaki moje zboczenie zawodowe i od razu zacząłem szukać internetu. Okazało się, że jest ale bardzo powolny i na dodatek drogi. Rozpakowałem walizkę i poszedłem na spacer. Jeszcze 20 lat temu Muri było cichą i zapyziałą dziurą, która przyciągała turystów spragnionych rajskiej plaży, ciszy i błękitu morza. Dzięki zarobionymi zagranicą pieniędzy paru lokalnych mieszkańców wyspy wybudowało tu swoje domy, które z czasem przerobiono na wille bungalowy dla spragnionych pięknych widoków turystów, którzy skłoni byli zapłacić krocie by móc podziwiać ten rajski kawałek lądu, powstały restauracje, klub jachtowy, sklepy pojawiła się komercja.

Pierwszej nocy obudził mnie dziwny hałas, usłyszałem jakby czyjeś kroki ktoś na werandzie, ktoś lub coś jakby skradało się by wejść do środka. Było ciemno, wyobraźnia zaczęła działać, wyobrażałem sobie że zaraz zobaczę czyjąś twarz w szybie okna, złodzieja albo mordercę, a może tylko jakieś dzikie zwierzę (tygrys albo wilk) ale zreflektowałem się że tutaj przecież ich nie ma. A może dziki bezpański pies bestia albo nie… psychopata, który uciekł z zakładu i poluje by zabić, zjeść i a przedtem zgwałcić. Dopiero jak usłyszałem, że coś wchodzi do salonu zawołałem kto tam. Nikt się nie odezwał. Gdy znowu usłyszałem hałas krzyknąłem, zerwałem się z łóżka, zapaliłem światło i rzuciłem się do drzwi. Wtedy zorientowałem się, że jestem przecież nagi i że jeśli jest tam dzikie zwierzę użre mi fafika. Jaki było moje zdziwienie kiedy okazało się że do salonu weszło stado kur, zaczęły piszczeć dopiero gdy stanąłem w drzwiach gotowy odeprzeć atak obcego.
Nazajutrz dowiedziałem się, że na wyspie pełno jest bezpańskich kur, które przywieźli tu dawni podróżnicy i handlarze. Mam wrażenie, że jest ich tutaj więcej niż gołębi.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

W drodze na Rarotonga

Co rzuca się turyście w oczy na lotniskach w tej części świata to brak drobiazgowej kontroli na bramkach bezpieczeństwa. Wystarczy wyjąć telefon, komputer i można przejść przez bramkę bez wszczynania alarmu. Bez konieczności ściągania kurtki, marynarki, zdejmowania paska, zegarka czy butów. Widać, że panuje tutaj o wiele mniejszy strach przed atakiem terrorystycznym.

Czas przed wejściem na pokład samolotu uprzyjemniłem sobie robiąc zakupy w sklepach strefy wolnocłowej a potem przenosząc się na godzinę do loungu. Czterogodzinny lot do Avarua spędziłem oglądając Modern Family i Mums wlewając w siebie przy okazji prawie butelkę szampana. Jedna ze stewardess za punkt honoru postawiła sobie wyzbyć się zapasu butelek i równo polewała wszystkim pasażerom gdy tylko zobaczyła, że ilość trunku zbliżał się do dna. Dzięki jej staraniom jeden z pasażerów poczuł się tak wyluzowany, że zaczął nawet śpiewać choć w jego wykonaniu był to raczej dźwięk towarzyszący duszeniu kota…
Air New Zealand wpadła na genialny moim zdaniem pomysł nagrania bardzo niestandardowego filmiku na temat zasad bezpieczeństwa na pokładzie samolotu: zatrudniła znanych sportowców surferów, rozebrała, poprzebierała w stroje kąpielowe, kazała biegać po plaży i rzucać się we wzburzone fale niczym ekipa Słonecznego Patrolu a całość okrasiła widokami morza, słonecznej plaży oraz akompaniamentem wpadającej w ucho piosenki „Young Folks” Petera Bjorna.

„If I told you things I did before, told you how I used to be, Would you go along with someone like me? […] And we don’t care about the young folks Talking ’bout the young style And we don’t care about the old folks talking ’bout the old style too”

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz