Przejażdżka po Bahrajnie

Z braku wystarczającej liczby tutejszych atrakcji turystycznych, lokalny przewodnik zabrał mnie pokazać mi meczet Al-Fateh. Nie jestem fanem zwiedzania kościołów, cerkwi, meczetów czy innych miejsc kultu religijnego za wyjątkiem może krajów Azji gdzie świątynie z posągami Buddy zawsze cieszą moje oko. W meczecie przywitał nas pochodzący z Pakistanu lokalny duchowny. Było to o tyle ciekawe, bo mój przewodnik pochodził z Indii a oba kraje nigdy nie kryły wzajemnych animozji. Dostrzegłem tłum modlących się wewnątrz mężczyzn, nie chciałem nikomu przeszkadzać i stanąłem z boku przyglądając się z daleka oddających cześć Allahowi wiernym. Mile byłem zaskoczony zachowaniem duchownego, przywitał mnie bardzo serdecznie, zachęcał bym śmiało wszedł w głąb meczetu, niespodziewanie wziął mnie pod rękę, pociągnął za sobą i chętnie wszystko pokazywał tłumacząc miejsca kultu. Wobec mojego przewodnika był równie miły, zdążyłem zauważyć nawet lekkie zaskoczenie jakie malowało się na jego twarzy po takim traktowaniu.

Wśród modlącego się na kolanach tłumu dojrzałem paru bosych nastolatków bijących pokłony. Ukradkiem co jakiś czas wyciągali komórki, sprawdzali Facebooka albo wysyłali wiadomości. Stałem akurat na balkonie nad nimi, z tej pozycji nawet mnie nie dostrzegli, wykonywali szybkie, bardzo gwałtowne ruchy tak żeby nikt z modlących ich nie złapał. I pewnie udałby się im pozostać niezauważonymi gdyby jednemu z nich nagle nie rozdzwoniła się komórka z przychodząca wiadomością SMS.

Zaśmiałem się w myślach, bez względu na wyznanie, młodzież wszędzie jest taka sama…

Opublikowano Bahrajn, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Bezmiar ludzkiej głupoty…

1.

Słowo honoru coś nie halo jest z obsługą w tym hotelu. Ludzie, którzy tutaj pracują chodzą jacyś skołowani i albo są przemęczeni albo może są po jakiejś traumie, bo myślenie nie jest ich mocną stroną. Od 11 czekałem na kierowcę z biura podróży, ale ten się nie pojawiał. Około 11.30 ktoś próbował dzwonić do mnie na komórkę ze Stanów, ale zignorowałem połączenie myśląc, że to pewnie ktoś z pracy a ja miałem dziś wolne. Około południa usłyszałem pukanie do drzwi, dwóch panów z obsługi twierdziło, że na dole ktoś na mnie czeka. Zjechałem windą do lobby, nikogo czekającego nie dostrzegłem, poszedłem więc do recepcji. Trzy panie nie miały zielonego pojęcia czy ktoś na mnie czekał, wysłały mnie do concierge’a. Było ich dwóch ale ani jeden ani drugi nie miał bladego pojęcia o kogo chodziło. Powołałem się na dwóch osobników, którzy 5 minut temu odwiedzili mój pokój. 

– Jak wyglądali? – zapytał jeden z nich. – No byli czarni – bo tylko to zapamiętałem. Nie wiedzieli. Wyszedłem przed hotel, boyki hotelowi też nic nie widzieli i nic nie słyszeli. Wkurw. Nikt nie miał pojęcia kto przyszedł po mnie do pokoju…

Wróciłem do lobby i postanowiłem się stamtąd nie ruszać.

Po kwadransie podszedł do mnie jakiś Hindus, okazało się że to mój kierowca. Opowiedział mi, jak od ponad godziny próbował do mnie dotrzeć. Pindy z recepcji nie chciały zadzwonić do mnie do pokoju powołując się na ochronę danych i prywatność gości. Pomimo tego, że znał moje pełne imię i nazwisko i pokazywał im swoją legitymację przewodnika oraz dowód. Były nieugięte. Kazały mu zadzwonić do mnie na komórkę. Nie znał numeru dlatego zadzwonił do swojego biura w Bahrajnie, to skontaktowało się z biurem w Katarze a tamci ze Stanami. Teraz już wiedziałem kto próbował się do mnie wcześniej dobić.

2.

W hotelu mają bezprzewodowy darmowy internet. Uruchomiłem wifi i próbowałem połączyć się z jedną z sieci radisson. Problem polegał na tym, że co chwilę gdy tylko udało mi się z nią połączyć wyrzucało mnie i musiałem logować się od nowa. Irytujące.
Rano zadzwoniłem do recepcji, przełączyli mnie do hotelowego managera działu IT – nie wiedziałem, że coś takiego mają. Pan powiedział, że nie wie czemu mnie wyrzuca z sieci, ale obiecał że się tym zajmie. Po południu zadzwoniłem do recepcji, że nie mogę wysłać poczty, nie działa internet, wyrzuca mnie z hotelowej sieci. Kobieta z recepcji zapytała mnie z jaką siecią się łączę, odparłem zgodnie z prawdą że próbuje z wifi radisson. 

– Czemu się Pan łączy z siecią radisson, jak ona nie działa?! – nie spodobał mi się ton w jaki to oznajmiła. – Musi Pan z siecią xyz. Oczywista oczywistość.

Skąd ja miałbym to niby wiedzieć głupia babo?!

3.

Wieczorem zszedłem na kolację do hotelowej restauracji. Serwowali całkiem spory bufet, ale wyglądał już na mocno przebrany dlatego wolałem zamówić coś z karty. Upewniłem się wcześniej czy tak można, pryszczaty kelner pokiwał twierdząco głową.
– Co by mi Pan polecił? 

– Bufet.

– … nie chcę bufetu, mogę zamówić coś pojedynczego z karty? 

Cisza. 

– …szczerze to miałbym ochotę na rybę albo coś z owoców morza. 

Kelner stał jak wryty, kiedy przeglądałem menu.

 – … dobre ryby i owoce morza mają w hotelu obok. – Zbaraniałem, ale posłuchałem dobrej rady i poszedłem do Crowne Plaza.

Motto sieci Radisson brzmi „Yes, we can!” Tutaj jest jednak na opak.

Opublikowano Bahrajn, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

مرحبا بكم في البحرين

W Bahrajnie nie wszędzie jest bezpiecznie. Od kilku lat ludzie regularnie protestują przeciwko rządowi. To niewiele większe od Malty czy Monaco państewko jest prawdopodobnie najbiedniejszym krajem w Zatoce, z miejscami, które wyglądaj naprawdę ubogo jak beduińskie wioski. Na ulicach można spotkać ślady spalonych opon, inne materiały używane do blokowania dróg czy budowania barykad.

Stolica kraju Manama na pierwszy rzut oka przypomina inne duże miasta w Zatoce, jednak część budynków to porzucone budowy, na których od dawna nic się nie dzieje. Brak funduszy wstrzymuje prace. Bahrajn to takie Las Vegas dla bogatych Katarczyków i Saudyjczyków, mniej rygorystyczne pod względem religijnym, dużo łatwiej kupić jest tutaj alkohol oraz znaleźć niedozwolone gdzie indziej rozrywki.

Opublikowano Bahrajn, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

uprzedzony jestem

Uprzedzony jestem trochę, bo pełno tutaj skretyniałych ciabatych z rozumem wielkości orzeszka..

Gdy dostałem klucze do pokoju strasznie zachciało mi się pić, nigdzie nie mogłem znaleźć choćby jednej butelki wody a mini bar miałem zablokowany. Zadzwoniłem do recepcji i poprosiłem żeby mi go odblokowali albo dali jakiś kluczyk, bo nie byłem pewien jak to u nich działa. Po kilku minutach przyszedł jeden pryszczaty chłopak, mocno wystraszony, przyniósł ze sobą jakiś plastikowy worek. Pokazał mi szafkę gdzie znajdował się mini bar, kiwnąłem głową porozumiewawczo, że przecież wiem że tam jest i zaraz spytałem jak go otworzyć. Popatrzył na mnie i odpowiedział, że musze mieć klucz. Eureka! Naprawdę? A gdzie ten klucz? No musi mi przynieść – odparł i zaraz gdzieś pobiegł. Wrócił po chwili, otworzył szafkę i pokazał mi zawartość barku. Uśmiechnąłem się i poszedłem do pokoju obok. Gdy wróciłem po chwili jego już nie było a razem z nim zniknęła cała zawartość barku. Wyniósł wszystko w tym swoim worku. Przekląłem idiotę i zadzwoniłem znowu do recepcji. Ciabaty wrócił i na moja prośbę że chce żeby zwrócił zawartość barku odpowiedział że musze rozmawiać z jego supervisorem. Pierdoleniety jakiś.

Zażądałem żeby supervisor się do mnie pofatygował. Po chwili wrócił ten sam ciabaty i tym razem bez słowa sprzeciwu zaczął wykładać produkty w lodówce. Gdzie tu sens – nie mam zielonego pojęcia.

Internet mają jakiś zrypany, strasznie wolno wszystko chodzi. Łącze się przez sieć Radissona i co kilka sekund mnie z niej wyrzuca i muszę logować się od początku. Pracować się zupełnie nie da, do facebooka i innych fackbookowych portali praktycznie nie można się zalogować.

Jak już myślałem, że będzie dobrze jak jakiś Abdullah w stroju szejka mnie zaczepił i zaproponował 2000 euro za bliskie spotkanie 3. stopnia. Nawet mu nie odpowiedziałem.

Po kilkunastu godzinach użerania się z wifi poszedłem do recepcji. Pani wysłuchała mnie i niewzruszona odparła że musze się łączyć przez inną sieć. Spytałem, czemu nie powiedziała mi tego wczoraj ani potem przez telefon? Popatrzyła tylko na mnie tylko wzrokiem tęskniącym za rozumem.

Opublikowano Bahrajn, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Śniadanie pasibrzucha pełne smakołyków

Wstałem przed 5 rano spokojnie przygotować się do podróży. Jak na intensywnie i wyczerpująco fizycznie wieczór czułem się całkiem wyspany i w ogóle jakby mniej chory, dręczył mi tylko kac moralny a propos przygody z pokoju 309.

Myślałem, że może wpadniemy na siebie w samolocie do Londynu, ale nic takiego się nie wydarzyło. Na Heathrow zamiast pójść do loungu skierowałem się prosto do Caviar House na T5 i wybierając towarzystwo miłych dziewczyn z Polski, które obsługują ten bar: ostrygi, łosoś, kawior, tuńczyk, małże, krewetki i lampka rose takich rzeczy nie mają nawet w First Class. Niestety brakowało mi M. albo K. bo to jedyne bliskie mi osoby, które potrafiłyby docenić taką ucztę i lekką ręka wydać kilkadziesiąt funtów na śniadanie.

Lot do Bahrajnu minął bezproblemowo. Pierwsza klasa w British Airways rzuca na kolana. Cokolwiek mówiłem kiedyś o BA cofam wszystko, Brytyjczyk jest na bardzo fajnym poziomie, tylko obsługa jakaś stara i pomarszczona.

Późno w nocy wylądowaliśmy w Manamie. Odprawa paszportowa trochę trwała, bo najpierw zbierali paszporty, żeby po kilkunastu minutach wołać każdego z osobna na krótką rozmowę o cel podroży.

Opublikowano Bahrajn, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Karma wraca…

Nie wiem jak to się stało, ale zapomniałem przedłużyć swój pobyt w hotelu. Powinienem wymeldować się w południe, choć mój samolot wylatywał do Frankfurtu dopiero po 22. Planowałem poprosić hotel o late check-out, ale coś mi się pokiełbasiło i w najlepsze całe popołudnie biegałem jeszcze po sklepach w centrum handlowym Andino. Ok 15 zadzwonił do mnie ktoś z recepcji i uświadomił mi, że dawno powinien był opuścić pokój. Byłem jakiś przymulony i zwaliłem winę na nich, że coś im się w systemie pomieszało, bo przecież pobyt mam wykupiony do jutra. Zorientowałem się dopiero jak zerknąłem na potwierdzenie rezerwacji. Zbiegłem do recepcji, prawie padłem na kolana, uderzyłem w wysokie tony jaka to ze mnie sierota, ponadskakiwałem  trochę przed recepcjonistką, okrasiłem przedstawienie obezwładniającym spojrzeniem zbitego szczeniaka szukającego miłosierdzia i tym sposobem panią ogłuszyłem, bo przedłużyła mi pobyt do 18.00…za darmo.

Karma to jednak dziwka i wraca do człowieka…

Wieczorem mnie zmogło, miałem 40 stopni gorączki, puściłem pawia a potem telepiąc się od dreszczy pakowałem walizkę. Przez chwile myślałem, że to może Zica, bo coś pogryzło mnie w szyje, ale szybko odpędziłem te myśli. Jak na złość zamówiona wcześniej taksówka nie przyjechała, czekałem ponad godzinę i w końcu pojechałem na lotnisko hotelową. Na El Dorado dotarłem biały jak ściana, ledwo zdołałem nadać bagaż i słaniając się na nogach dotarłem do loungu i padłem na pierwszy z brzegu fotel. Chciało mi się pić, ale byłem zbyt slaby i bałem się, że zemdleje w drodze do baru. Trochę drzemałem, trochę leżałem aż w końcu udało mi się znaleźć w sobie resztki sił i pójść przynieść sobie filiżankę herbaty. Wsypałem coldrex i po pół godzinie stanąłem na nogi, na tyle że do samolotu wszedłem już o własnych siłach.

W Zurychu spędziłem noc. Miałem grzecznie wygrzać się w łóżku i zresztą tak zrobiłem, ale wieczorem pognało wilka do lasu. Gdyby pokoje mogły mówić to 309 opowiedziałby całkiem ciekawą historię z happy endem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Najszczęśliwszy naród na świecie?

Kolumbijczycy są najszczęśliwszym narodem na świecie.

Gdzieś wyczytałem ze kolumbijskie społeczeństwo jest jednym z najbardziej skomplikowanych i sprzecznych społeczeństw na ziemi. Kolumbia jest z jednej strony krajem o najniższym odsetku samobójstw na świecie, a jednocześnie jest państwem o najwyższej liczbie morderstw. Kolumbijczycy żyją w kraju prawników, ale tolerują na każdym kroku nielegalność, czują się społeczeństwem szczęśliwym, podczas gdy codzienne wiadomości obfitują w łzy i tragedie. Kolumbia jest krajem machos, gdzie największymi macho są kobiety a nie mężczyźni. Kolumbijczycy „mówią więcej niż robią i dlatego sprzedaje się tutaj tyle kawy, a wzrost gospodarczy jest tak niski”.

Kolumbijczycy są bardzo bezpośredni, pięknie się uśmiechają, dodatkowego uroku dodaje im ich ciemna karnacja i kruczoczarne włosy. W połączeniu wszystkich tych 3 cech praktycznie każdy wydaje się być atrakcyjny, nie wspominając ich boskich ciał – wszyscy wydają się uczęszczać na siłownię i mieć posągowe ciała. Spacerując ulicami naturalnie utrzymywało mi się odpowiednio wysokie ciśnienie w spodniach a zakochiwałem się średnio, co 250 metrów. Wieczorem poszedłem do cevicherii z zapoznanym lokalnym kolorytem i nie mogłem opędzić się od jego przenikliwych spojrzeń, dotyku i …uścisku umięśnionych nóg – miałem wrażenie, że pod stołem oplata mnie wąż boa. W końcu przestałem z tym walczyć i zachowywać się jak cnotka, mam przecież wzmożoną tolerancję na męski dotyk i pozwoliłem na dobre naruszyć moją przestrzeń powietrzną.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

na północ od stolicy

Nazajutrz wybrałem się do Villa de Leiva położonego wysoko w Andach miasteczka, założonego przez Hiszpanów w XVI wieku, które jest architektoniczną perłą Ameryki Południowej. Wcześniej jednak spotkała mnie kolejna niespodzianka – okazało się ze moja pilotka mówi tylko po hiszpańsku a jej angielski ogranicza się do pary prostych zwrotów. Teoretycznie mogłem zrezygnować z wycieczki i zostać w Bogocie, biuro podróży oddałoby mi pieniądze, ale pokusa była silniejsza. Porozumiewaliśmy się za pomocy gestów, mieszaniny włoskiego i hiszpańskiego a gdy to nie wystarczyło po prostu uśmiechem. Podróż zajęła nam prawie 4 godziny głównie z powodu korków. Wyjazd z Bogoty trwał ponad 90 minut, staliśmy w ogromnym korku poruszając się z zawrotną prędkością 5 km/h.

Maria pokazała mi okazały rynek główny, od którego promieniście w kierunku gór odchodzą małe uliczki, niskie kamienice, z typowymi, rzeźbionymi balkonikami, brukowany rynek, małe sklepiki z regionalnymi wyrobami, tutaj czas toczy się jakby wolniej. Taki obraz Villa de Leyva posłużył, jako tło ‘’Legendy Zorro” z Antonio Banderasem. Wszędzie sprzedawano słynne kolumbijskie kapelusze, poncho czy charakterystyczne lalki z kolby kukurydzy. To podobno jedno najbardziej popularnych kolumbijskich destynacji, podczas długich weekendów miasteczko szczelnie wypełniają turyści głównie z Bogoty, bo w okolicy jest pełno ciekawych miejsc wartych zobaczenia.

Trafiłem też do Casa Terrecota, architektonicznej fantazji w całości ulepionej z gliny, choć dom jest niezamieszkały to w pełni jest przygotowany do zamieszkania, działa światło, woda i prąd. Jego twórca Octavio Mendoza nazywał to miejsce ‘’największym kawałkiem ceramiki na świecie’’, dom w całości został zbudowany ręcznie przy użyciu gliny prażonej w słońcu. Niektórzy nazywają to miejsce domem Flinstonów. Z zewnątrz wygląd jak ogromny kopiec gliny, luźno ukształtowany na wzór domu, otoczony jest bujną zielenią na tle zapierającego dech w piersiach widoku gór. Wewnątrz krzywe, jakby ,,płynące ‘’pokoje i wszelkie udogodniania – panele słoneczne do cieplej wody, toalety i umywalki pokryte kolorowymi mozaikami, dwie kondygnacje z salonem i sypialnią oraz w pełni funkcjonalną kuchnią. Stół kuchenny, wszystkie naczynia zrobione z jednego materiału – gliny.

Potem było miasteczko Raquira – miasto garnków, znane z garncarstwa i wyrobów ceramicznych, choć jak na moje oko większość sprzedawanych tam pamiątek to masowa produkcja. Samo miasteczko jest wielobarwne i ciche.

W ramach rekompensaty a może po prostu z sympatii, która się między nami nawiązała, Maria zaproponowała pokazać mi jeszcze Zapaquire z solną katedrą – taka kolumbijska wersje Wieliczki. Nie jestem fanem zwiedzania obiektów sakralnych, ale skoro pokonałem już te prawie 10tys km zgodziłem się bez wahania.

Przez cały dzień mocno świeciło słońce – Maria w kółko powtarzała el sol y picante.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Strach ma wielkie oczy

Do Kolumbii wybrałam się z biegu. Na głowie tyle miałam różnych spraw w domu i w pracy, że nie przeczytałam zbyt wiele o tym kraju, ograniczyłem się raptem do wygooglowania paru pożytecznych informacji o zasadach wjazdu i tego, co ciekawego można zobaczyć w okolicach Bogoty.

Od rodziców i przyjaciół z Polski słyszałem głównie przestrogi. Z kimkolwiek bym nie rozmawiał, wszyscy jak jeden mąż przestrzegali przed wszystkim, co najgorsze: partyzantami, narkotykami, porwaniami, zabójstwami i ogólnie wszystkim, co najgorsze na świecie. Z natury jestem przekorny i gdyby to wszystko miałoby być prawdą, to nikt by tu nie mieszkał, żaden turysta nigdy nie wyściubiłby tam nosa, a Pizarro nigdy nie śmiałby szukać tam El Dorado… Jak zwykle, najgłośniej wypowiadali się o tym ci, którzy nigdy tam nie byli. Cała reszta, mam na myśli znajomych, którzy mieli to szczęście być tutaj przede mną, nie mogli się nachwalić tego kraju. Nie tylko przyrody, krajobrazów, owoców, ale też ludzi. Ich gościnności, uprzejmości i oraz podejścia do turystów. Kolumbijczycy są dumni ze swojego kraju i chcą, aby każdy kto opuszcza ich kraj zabrał ze sobą jak najlepsze wspomnienia. Tubylcy sami ostrzegą cię gdzie nie iść i gdzie uważać. Wiadomo, że trzeba zachować minimum ostrożności. W głowę można dostać też w Szwajcarii w centrum miasta. Stan bezpieczeństwa ulicznego w dużych miastach, na wybrzeżu i na głównych trasach w Kolumbii jest wyższy, niż w większości krajów kontynentu. Ogólnokrajowe bezpieczeństwo mocno się poprawiło – jeszcze w 2003 był to zupełnie inny kraj. Teraz tereny partyzantów się skurczyły, paramilitarnych jest jakaś garstka, liczba porwań się zmniejszyła, bomby już nie wybuchają tak często. Ale to że ktoś sobie pojedzie na pare dni do Bogoty i mu kule nad głową nie świszczą, samochody pułapki nie wybuchają nie obrazuje całości sytuacji w tym kraju. Chociaż jest to komfortowe, że obecnie większość Kolumbii można zwiedzać bez narażenia na ponadprzeciętne ryzyko.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

la ciudad no duerme

Dzielnica Zona Rosa, w której znajduje się hotel wygląda bardzo szykownie.  Ludzie, których spotkam w lobby wyglądają nieskazitelnie czysto, pięknie i bardzo elegancko, na ich twarzach promienieje uśmiech. Dostaje pokój na 4 piętrze, gdy bellboy wnosi mi bagaż pierwsze, o czym myślę, że w tym pokoju chyba nie ma okna. Dopiero po chwili za rzędem podwójnych kotar odkrywam widok na sąsiedni apartamentowiec i ogród pełen zieleni.

W każdym pokoju przy łóżku znajduje się stolik z nocną lampką na górze… jak i na dole pod stołem. Nie rozumiałem tego fenomenu dopóki ktoś mi nie wytłumaczył, że to dla mojego bezpieczeństwa. Gdyby coś mi się działo wystarczyło nacisnąć guzik, by zapalić lampę znajdującą się pod stołem i zaraz przyleciałby ktoś z recepcji sprawdzić co się dzieje.

Sofitel w Bogocie wydaje się być bardzo classy & sophisticated. Tak samo jak Diego, którego wkrótce poznaje i zaciągam na drinka do hotelowego baru. Gdy staje w drzwiach nie kryję zaskoczenia, bo wygląda jak milion dolarów w swoim eleganckim, mocno dopasowanym, ciemno niebieskim garniturze, z paszetką wetkniętą w kieszonkę i szerokim uśmiechem białych zębów podkreślającym naturalną ciemną karnację. Mało się nie rozpływam siadając z nim przy barze. Rozmawiamy długo i gdyby nie mój szalejący żołądek pewnie wieczór skończyłby się inaczej.

Nie wiem co mi zaszkodziło, ale gdyby nie szybka akcja za pomocą 3 palców muliłoby mnie całą noc. Budzę się jeszcze w środku nocy, sponiewierany niestrawnością, dzwonię do M. po czym wracam do lóżka i nawet nie wiem kiedy zasypiam na następne parę godzin.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz