spacer po nabrzeżu

Jest może z 15 stopni, w Tokio poprzedniego dnia było 25. Jestem w lekkim szoku po ponad 30 godzinach spędzonych w samolotach albo na lotnisku. Szoku termicznego nie mam, ale czuję się rozbity i chce mi się spać, to powoduje, że pierwszego dnia pobytu na Nowej Zelandii nie robię właściwie niczego szczególnego, po prostu delektuję się ciepłem, wystawiam twarz do słońca, błąkam się po nabrzeżu Auckland, siadam w pierwszym napotkanym barze z tarasem i zamawiam lampkę nowozelandzkiego chardonnay, aby poczuć smak wyspy również na podniebieniu.
Samo Auckland niczym wyjątkowym się nie wyróżnia i przypomina szereg innych miast, takie trochę polaczenie Melbourne z sennym Hobart.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Dzień przed wylotem

Nie wiem jakim sposobem udało mi się zwlec z lóżka o zabójczej 5. nad ranem, by zdążyć na poranny samolot. Spałem nie całe 3 godziny, bo za dobrze bawiliśmy się wczoraj po kolacji: kolorowe drinki i wino lały się strumieniami, ale ja od północy piłem już tylko wodę, żeby rano nie obudzić się z mega kacem.
Przespałem się godzinkę w samolocie do Zurychu a o 11. przekroczyłem próg biura. Na piętrach było cicho i pusto – wszyscy wracali z Berlina dużo później po mnie, niektórzy zostali tam na weekend – tyle, że ja nazajutrz zaczynałem urlop i musiałem przed wyjazdem zdążyć się ze wszystkim wyrobić. Optymistycznie założyłem, że do 17., uporam się z większością spraw, ale trochę się przeliczyłem, bo z biura wyszedłem dopiero po 20. Nawet jeszcze w domu odpisywałem na zalegle maile zamiast pić ziółka, pływać w wannie, robić się na bóstwo i zacząć pakować się przed kolejną podrożą…

W biurze zaczepiła mnie nasza dyrektorka, próbując wybadać mój nastrój po zwolnieniu GH. Emocje opadły stąd łatwiej było mi o tym rozmawiać, nie pytałem o szczegóły tej decyzji, bo nie miałem ochoty słuchać kolejnych kurtuazyjnych wykrętów i zmyślonych tłumaczeń. Dyrektorka wspomniała, że do końca roku nie planują kolejnych redukcji ani przenoszenia nikogo do innego kraju, ale nawet w to nie wierzę.

M. wrócił zmęczony z pracy, wybaczył mi niedomknięte drzwi od zamrażarki, przez co większość przechowywanych tam produktów musiała wylądować w koszu na śmieci, a on biedny o północy skrobał lód wydobywający się z zamrażarki, wypiliśmy po szklaneczce whisky i poszliśmy lulu.

Jutro Tokio, choć wcale to do mnie jakoś nie dociera.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Wyjazd integracyjny do Berlina

Wyjazd integracyjny, urlop, święta, weekend, choroba czy delegacja – nieważne, na mojego szefa żabojada zawsze mogę liczyć, że będzie przysyłał mi maile. Nawet podczas integracyjnej kolacji miał wenę i napisał mi dwa wystukując je chyba w trakcie przerwy na sikanie.
Nie przeszkadzałoby mi to nadto, gdyby tylko nie oczekiwał odpowiedzi najszybciej jak się da. Zanim więc poszedłem w kimę motywowany poczuciem oddania odpisałem mu na kilka, co by pokazać mu swoje zaangażowanie pracą a przede wszystkim zrobić mu dobrze jak się obudzi, bo szefa trzeba dopieszczać inaczej strzela fochy.

Na efekty nie musiałem długo czekać. Punkt 9. spotkaliśmy się na wspólnym śniadaniu w restauracji berlińskiej wieży telewizyjnej, szef pojawił się w radosnym nastroju i na dzień dobry zaaprobował mi wyjazd na czerwcową konferencję w czeskiej Pradze.

Kolejną atrakcją wyjazdu były wyścigi trabantami po ulicach Berlina. Podzielono nas na sześć grup, przydzielono zadania, sprzęt, wytłumaczono zasady gry a na koniec szybko przyuczono jak prowadzić auto zwane zemstą Honeckera.
Zabawa polegała na tym, żeby w jak najkrótszym czasie odnaleźć na planie miasta kilkanaście opisanych zagadka punktów, zrobić sobie zdjęcia na ich tle i wrócić na miejsce zbiorki.
Na początku do zadań podchodziliśmy bardzo poważnie, ale kiedy auto najpierw kilkakrotnie nami podrzuciło a potem niespodziewanie zbuntowało się, odmawiając kierowcy posłuszeństwa i co najgorsze wstrzymując przy tym ruch na ulicy dostaliśmy głupawki i tak trzęsąc się ze śmiechu chcąc czy nie chcąc wrzuciliśmy sobie na luz. Kilka razy mało się nie posikałem próbując wydostać się z tylnego siedzenia, małe to ustrojstwo, ciasne, kanciaste i wyczulone na najmniejsza nierówność na drodze.
I tak udało nam się zaliczyć wszystkie 6 punktów zaznaczonych na mapie wdychając przy tym niemała ilość spalin, która trabi produkował w ilości przekraczającej dopuszczalne normy.
Po lunchu z obowiązkowym curry wuerst wsiedliśmy na statek wycieczkowy, który przez trzy godziny opływał Berlin wzdłuż i wszerz podczas gdy ja wykorzystałem ten czas na drzemkę.

Opublikowano praca | Otagowano , | 1 komentarz

Berlin

Pierwszą noc spędziłem w Grand Westinie, podobnie do innych przyleciałem do Berlina dzień wcześniej, ale nie byłem w nastroju wpadać na znajome twarze już pierwszego wieczoru i silić się na te wszystkie sztuczne uprzejmości i niepotrzebne zawracanie dupy korpo etykietą.

Wieczorem umówiłem się na mecz, ale finał jakoś mi umknął, bo za nic nie potrafię sobie przypomnieć finiszu.

Rano szybko się ogarnąłem i przeprowadziłem do Novotelu gdzie od rana zaczęli zjeżdżać się wszyscy uczestnicy wyjazdu integracyjnego. Bez problemu otrzymałem klucze do pokoju (karta lojalnościowa Accor) co nie podobało się paru osobom, którzy na swoje musieli czekać prawie do 15. aż zacznie się doba hotelowa.
Całe popołudnie przesiedzieliśmy w hotelowym barze racząc się kolejnymi aperolami przygotowując, dla co poniektórych grunt na ostrzejsza jazdę wieczorem.

Zamówionymi wcześniej taksówkami pojechaliśmy do Friedrichshagen gdzie czekała na nas niespodzianka wieczoru – lekcje gotowania. Choć było nas spora grupa każdy miał szanse wnieść swój wkład w przygotowanie pięciodaniowej kolacji: jedni obierali, inni kroili albo siekali, inni smażyli, grillowali, przygotowywali i dekorowali talerze oraz nakrywali do stołu, jeszcze ktoś inny roznosił dania do stoików.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Trouble manager czyli ale ze mnie cipa

Jeszcze przed wylotem do Auckland wypadł mi wyjazd integracyjny naszego działu. W tym roku padło na Berlin i choć wszyscy pracy mam w bród to nie było zmiłuj się – obecność była obowiązkowa.

Kilka tygodni wcześniej kupiłem bilet na samolot i zarezerwowałem hotel. Pomyślałem – polecę rano o 10.00 popracuję z hotelu, wieczorem może z kimś się umowię.. Jak sobie postanowiłem, tak zrobiłem.

W przeddzień wylotu szef zażyczył sobie spotkania ze mną i musiałem przebukować bilet na późniejszą godzinę. Wyliczyłem sobie 11.30 spotkanie, 12.10 najpóźniej wyjdę z biura tak żebym zdążył na pociąg 12.32.

Spotkania z L. są jednak nieprzewidywalne, bo albo je przekłada, albo w ostatniej chwili odwołuje albo – jak było w tym przypadku – przedłużają się o następne 30 minut.
No nic, na pociąg 12.32 nie zdążyłem, ale jest jeszcze następny o 14.00 tak na styk przyjeżdzający na lotnisko w Kloten. Niby trzeba być min. 45 przed odlotem, ale jak mam wszystkie złoto-srebrno-platynowe statusy pomyślałem, że przymkną oko na 5-10 minut spóźnienia.
Punkt 14.00 dojechaliśmy do Zurichu HB a stąd już tylko 17 minut do lotniska. Pomyślałem samolot odlatuje o 15 wiec jest dobrze, zdążę…
W Zurichu pociąg stał kilka minut dłużej, więc zacząłem niecierpliwić się, kiedy wreszcie ruszymy dalej.
Gdy wreszcie ruszył zacząłem pakować laptopa do teczki i zbierać się do wyjścia. Minęło 15 minut a zza okna zaczęły wyłaniać się nieznane mi wcześniej obrazy lasów, pastwisk i wolnostojących budynków. A gdzie Oerlikon? A Hardbruecke? Coś mi widoczki zaczęły nie pasować, bo trasę te znam przecież na pamięć…
Popatrzyłem na wyświetlacz zawieszony na końcu przedziału: Brig. Kurwa gdzie ja jadę? W góry?

Zatrzymałem konduktora, który wyjaśnił mi, że pociąg musiał zmienić trasę i wraca do Berna…
Samolot mi uciekł, musiałem kupić nowy bilet, wróciłem do Berna i teraz znowu jadę na lotnisko…Może za trzecim podejściem uda mi się dotrzeć do Berlina.
Za dużo pracuje albo to początki Alzheimera…

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Dyrek mnie dyma

Gdy wszedłem do biura zobaczyłem Faziego z Sharon rozmawiających w salce konferencyjnej. Domyśliłem, że musiał powiedzieć jej o GH, bo sprawiała wrażenie bardzo skupionej.
Gdy wyszli zastali mnie z L., paplających o niczym, udawaliśmy że rozmawiamy o pracy kiedy poprosił mnie o rozmowę.
Sukinsyn pierdolił takie farmazony, że miałem ochotę wbić mu ołówek w te jego małe fałszywe arabskie oczka, przebić twarz i dostać się do mózgu. Wszystko okraszone korporacyjną gadką, o wyższej konieczności. Bylem profesjonalny i musiałem dokończyć robienie mu laski słuchając nieprzerwanie tłumaczeń o tym, że GH nie pasowała do jego wizji i modelu organizacyjnego, jednocześnie patrząc mi prosto w oczy, z szerokim uśmiechem ukazującym garnitur białych zębów zapewnił mnie, że moje stanowisko nie jest zagrożone. Sraka padaka myślałem, że jebnę z krzesła. Wyszło na to, że nie dość, że musiałem mu zrobić laskę to jeszcze przeleciał mnie jak burą sukę.

L. zorganizowała nam spotkanie z Risk Management Teamem. Fajnie jest spotkać się twarzą w twarz z kimś, z kim od 8 lat wymieniało się tylko maile. Dziewczyny żartowały, czy skoro w tytule mam teraz „global” czy nie dałbym rady zabronić ludziom wypożyczania aut.

Nasz kampus robi wrażenie, codziennie odwiedzam Cafe 17, Starbucks’a i automat z produktami Apple’a. Razem z Sharon udając się na lunch mamy do wyboru kuchnie: japońską, chińską, hinduską, włoską czy meksykańską, zajmujemy stolik na zewnątrz, siadamy potem na ławeczce pod parasolem i prażymy się w kalifornijskim słońcu.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Jestem global

Nie raz mówiliśmy o tym z R. że nie wiemy za co K. i L. jedna z drugą biorą pensje, bo obie żyją w swoim świecie, dłubią w nosie, wpieprzają hamburgery a my musimy harować i gasić po nich pożary. Do obowiązków L. należało zarządzanie kontraktami z dostawcami a przez 8 lat nigdy nie zdążyła wynegocjować na czas nawet jednego i wiecznie była zaskakiwana, że któryś się akurat kończył a ona nie zrobiła nic żeby w miarę wcześniej zacząć renegocjacje.
K. niewiele lepsza, nie odróżniająca nazw stolic od państw, widząca wszędzie dolary, jako waluty narodowe europejskich krajów (French Dollars, Swiss Dollars, British Dollars), w kółko pytająca o to samo, rozmawiając z nią o bieżących projektach trzeba było za każdym razem zaczynać od narodzin Chrystusa, bo nie pamiętała nawet czego dotyczyły. Wielka, ciężka, amerykańska mama, która nie lubiła podróżować, a z której zakpił los i została Global Travel Managerem wielkiej międzynarodowej korporacji.

Dziś ja jestem Global, 7 lat zajęło mi dotarcie do miejsca, w którym kiedyś były one, przejąłem prawie wszystkie ich obowiązki. Kiedyś bezlitośnie je krytykowałem a teraz mam szanse pokazać, że zrobię to lepiej.
K. próbuje aplikować do Twitter’a, Facebook’a albo Tesli, L. zrozumiała, że jej dni w Procurement są policzone i albo szybko znajdzie sobie nowe zajęcie albo wyląduje na bruku z pokaźnym pakietem, za to bez perspektyw.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

Corpo szopki

Noc miałem ciężką, słabo spałem, budziłem się kilka razy żeby zaraz na nowo próbować zasnąć.
Przy wejściu do biura natknąłem się na Laurę i Sharon smacznie zajadające się truskawkami. Poranna biurowa sielanka, pełen luz, zero napięcia, żarty i gromkie śmiechy. Przez moment miałem ochotę im wykrzyczeć, co się stało, ale obiecałem GH trzymać buzie na kłódkę i nie narażać Sharon na dodatkowy stres. Na szczęście dyrektor Fazi nie pojawił się tego dnia w biurze, bałem się że na widok jego żmijowatego uśmiechu i pustego ‘’how are you all good’’ walnę go z pięści.

Nie wiem, czego tak naprawdę się spodziewałem, w końcu nie był to dramat ani koniec świata, w corpo ciągle ktoś wylatuje a życie toczy się dalej, mojego zniknięcia pewnie też nikt nie zauważy.

Szkolenie trwało w najlepsze do końca dnia, po wyjściu z biura opowiedziałem o wszystkim Laurze, miała łzy w oczach, a potem pojechaliśmy na Santana Row się upić. Nigdy wcześniej (ani pewnie nigdy w przyszłości), nie rozmawiało nam się tak dobrze. Siedzielismy, wspominalismy i smialismy sie przez lzy, bo oboje wiedzielismy, ze to juz koniec naszej wspolnej przygody. Teraz na wylocie jest ona.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

bezlitosne corpo

GH: I am laid off.
GH: And would be leaving in 3 days time.
GH: No joke.
GH: I got 4 mth severance pay.
GH: As expected, once knowledge transfer is done, i am axed.

Kiedy po raz pierwszy przeczytałem tę wiadomość nie mogłem uwierzyć, obudziłem się w środku nocy i wydawało mi się ze to tylko sen, że było to na jawie przekonałem się, gdy w słuchawce usłyszałem znajomy glos GH.

Dużo za dużo stresu i emocji towarzyszy mi przez ostatnie kilkanaście miesięcy, w końcu przyszedł moment, że organizm się zbuntował i wybuchnąłem płaczem. Pozwoliłem sobie przy GH na chwile słabości, głos mi się chwilami łamał, ale nie chciałem się rozłączać. Nie mogę uwierzyć, że wyrzucili ja dziś, akurat kiedy zacząłem szkolić Sharon. Nie wiem jak uda mi się jutro udawać przed wszystkimi w biurze, że o niczym nie wiem. GH zaklinała mnie żebym nikomu nie zdradził, że wiem, inaczej straci całą roczną odprawę… Czeka mnie rola na miarę Oskara.

Opublikowano praca | Otagowano , | 3 Komentarze

Fru do Polski

Dogadałem się z L. i do San Francisco pozwolił mi polecieć z Wrocławia. Jakoś nie uśmiechał mi się szybki powrót do Zurichu byleby tylko złapać bezpośredni samolot i nie narażać się polityce firmy.
Dziwne, ale perspektywa spędzenia kolejnych pięciu dni w San Jose nie napawa mnie entuzjazmem. Pierwszy raz śnią mi się koszmary i wcale nie cieszę się na wyjazd.

Weekend we Wrocławiu, zaplanowany prawie co do minuty, z jedną surpryzą za to bez ekscesów. Załatwiłem sprawę mieszkania, w Papa Barze spotkałem się z bratem. Odkąd zmienił mi się przełożony a firma postanowiła się rozparcelować jestem bardziej zajęty niż kiedyś, co przekłada się w ilości odbieranych telefonów i maili. W pewnym momencie złapałem się, że robię coś, czego nie cierpię u innych – w kółko kontroluje komórkę. Nie zastanawiając się długo ukryłem ją głęboko w kieszeni spodni.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz