Codzienność

W pracy wciąż przeżywam gwiezdne wojny. Zaczynam o 9 a kończę o 21 – dzień wypełniony jest obowiązkami, spotkaniami i telekonferencjami, te ostatnie męczą chyba najbardziej, bo Amerykanie narzucają nam swoje godziny pracy, stad call’e o 19 albo 20. Zaproszeń na te po 21 nauczyłem się odrzucać i mam w dupie, jeśli kogoś to urazi albo komuś inaczej nie pasuje – w przeciwnym razie pracowałbym cały dzień z krótką przerwą na sen. Niektórym wydaje się chyba, że może nie mam życia prywatnego i są w błędzie – nawet większe pieniądze nie byłyby warte takiego poświęcenia.

Transfer wiedzy wciąż trwa, stąd mnóstwo szkoleń, rozmów i przedstawiania kolejnych planów i sprawozdań.
Od stycznia podróżowałem tyle, że starczyłoby żeby raz oblecieć kulę ziemską. W niedzielę znowu delegacja – lecę do San Jose, po tygodniu wracam i lecę na kilka dni do Berlina.

Za 2 tygodnie spełniam kolejne swoje marzenie – lot dookoła świata.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Za bardzo lubię rytuał porannego golenia

Edynburg, Vancouver, Berlin, Zurich, Warszawa, a teraz Palma de Mallorca – wszędzie tam spotykałem młodych przystojnych i zadbanych facetów noszących się z broda, nie z sexy bródką, tylko minimum 10 centymetrowym owłosieniem, którym można by odkurzać stare meble. Twarzowe golasy, świetnie ubrani, wydepilowani, z elegancko ułożonymi włosami – nie są już modni – teraz nastał szał na facetów brodatych, wystylizowanych na drwali. Nastała era wikingów, Rumcajsów i stolarzy a przesyt zarośniętych mężczyzn dumnie prezentujących efekty swoich starań sięgnął zenitu.. Część z nich jednak wygląda niestety bardziej jak zaniedbani wujkowie, niż współczesne substytuty Zeusa. Broda jest męska, groźna mina jest jeszcze bardziej groźna, broda dodaje charakteru. Kojarzy się z wikingami, facetami z krwi i kości, z marynarzami, twardymi męskimi samcami, którzy pod brodą ukrywali blizny, ślady heroicznych czynów.

Zupełnie nie czuję tej fascynacji i całego tego fenomenu wokół zapuszczania brody szczególnie u młodych chłopaków, którzy często wyglądają szpetnie i niehigienicznie. Nie próbuję też zrozumieć tej mody, bo wychodzę z założenia, że modę trzeba czuć i wykorzystywać ją w obrębie własnej osoby pamiętając, że człowiek musi być ubrany a nie przebrany.

Chociaż jak pomyślę, że nie można na przykład normalnie zjeść zupy w miejscu publicznym, bo połowa zostaje na brodzie, nie pomaga odgarnianie na boki ani zaczesywanie, zawsze coś na włosach osiądzie. Spinać spinkami? – też nie. Długi zarost przeszkadza w jedzeniu ciastek z kremem i lodów, picia piwa z piana, kłopotliwe jest też oddychanie na mrozie, bo broda zamarza. A całowanie? – miłe smyrania na początku, ale jak urośnie, to już stanowi spore wyzwanie nie wspominając o osobliwym zapaszku i podrażnieniach skóry u partnera.

Warszawa jest mekką hipsterów i brody przyjęły się tutaj dość szybko. Broda nie pasuje każdemu, tak jak nie każdemu pasują okulary w grubych oprawkach, spodnie rurki czy chinosy. Cały świat niedługo zarośnie i trudno będzie przedzierać się przez te chaszcze. Im więcej bród widzę, tym mniej atrakcyjne mi się wydają. Brody stały się swego rodzaju obowiązkiem, elementem stylówki. Ale im więcej osób chce być cool, tym chłodniejszy staje się ów trend i w końcu umiera śmiercią naturalną. Na szczęście mamy bardzo fajne czasy. Możemy robić, co chcemy, jeść, co chcemy, wyglądać, jak chcemy.

Może teraz trzeba je zapuszczać i iść w kolor…

3 Komentarze

Śniadanka, obiadki, kolacyjki i zakupoholizm

Jadąc do Włoch na wielkanocny weekend byłem przekonany o jednym, że choćbym nie wiem jak bardzo się starał wrócę o 5 kilo cięższy.
W Amalfi zjedliśmy przepyszny lunch z mozzarellą i lokalną pastą, po którym dałem się omamić M. gdy ten wpadł w cug zakupowy, w który mnie wciągnął. Znalazłem dla siebie bardzo oryginalne i eleganckie okulary słoneczne od Gucci, a że nie kosztowały 500 euro to kupiłem od razu drugą, parę bardziej kolorowych i casualowych.
To samo było potem z kolorowymi mokasynami nie wiedziałem, na które się zdecydować, wybór mnie przytłoczył, kupiłem więc po parze z każdego koloru a koniec dnia przypieczętowałem zakupem kurtki w butiku w Sorrento.
Konsumpcjonizm bywa zaraźliwy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Farewell for now….

P. and GH.,

Well, today is it. I went into the office last night and clear out my desk and turned in my computer. I walked away from the office for the last time. It feels weird. My daughter and I are going out today to get my ears pierced to celebrate the start of a new path 🙂

This isn’t goodbye…. just farewell for now.

Thank you for everything. I have no doubt that you will both do well in whatever you do next. Please reach out to me if you every need anything. Nothing would make me happier.

Know that you are in my heart.

K.

Opublikowano praca | Otagowano | 2 Komentarze

W krainie limoncello

Od rodzinnego domu wciąż staram trzymać się z daleka, zwłaszcza od mamuśki, która jak mało kto potrafi popsuć mi nawet najlepszy humor. Rzadko dzwonię, nie zwierzam się, nie wpadam do Wrocławia niezapowiedziany, nie oferuję wspólnych wyjazdów na weekend, nie zapraszam na rodzinne niedzielne obiady.. Szlaban, bojkot i cisza w eterze. Niech duszą się we własnym sosie, nie mam ochoty na słowotok, przepychanki i ciągle pilnowanie się byle tylko jej nie podpaść żeby nie włączył się jej przypadkiem dopierdalacz.
W obawie przed powtórką z grudnia nie pojechałem do domu na święta, nie czułem się odpowiednio silny i wytrzymały na kłótnie, szopki i pseudo rodzinne wymiany uprzejmości. Skłamałem, że nie dostałem biletu i w ten sposób oszczędziłem sobie nerwów, włażenia buciorami w moje życie, dociekliwych pytań i oglądania niektórych pysków.
A żeby było miło i beztrosko poleciałem za M. na południe Włoch skąd samochodem pojechaliśmy na długi weekend do Positano.

M. odebrał mnie z Brindisi skąd wypożyczonym autem wyruszyliśmy w 350km wyprawę zatrzymując się po drodze w Salerno i Amalfi.
Słońce, lazurowe niebo, zapach dojrzewających cytryn, piękne widoki amalfitańskiego wybrzeża były atrakcyjną odmianą od uginającego się od kiełbas i makowca stołu, śmierdzącej starym jajem święconki, nudnego siedzenia przy stole, wpatrywania się bez sensu w telewizor i słuchania dobiegających z kuchni wrzasków i ciągłych ponagleń: „zjedz jeszcze, nałożę ci, no jedz, bo nic nie zjadłeś”.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Biuro non stop

Przesiaduję w biurze jakbym życia poza nim nie miał. Od 9 do 21 i tak dzień w dzień, bez ustanku. Rano czołgam ciabatą, by po południem zabrać się do robienia maili. Ciabata niby przyjechała tutaj żeby nauczyć się mojej pracy i mnie odciążyć, ale coś kiepsko jej to idzie, bo pieprzy maile jeden za drugim i wesoło jest potem czytać wszystkie fanaberie które wypisuje. Ludzie się wściekają i odpisują do mnie a ja motywowany chęcią otrzymania bonusa odsyłam ich powrotem do Indii. Nakręcam spiralę, być może ktoś kiedyś skapituluje, dostanie depresji i wyśle cały ten nasz majdan w kosmos albo co najmniej wpadnie do biura z kałasznikowem i wytnie wszystkich w pień – oczywiście oprócz mnie, żebym mógł dostać wysokie odszkodowanie od pracodawcy za stres pourazowy.
Jestem korporacyjną dziwką, która za odpowiednią kasę zrobi wszystko.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kulinarnie

Co, jak co ale kulinarnie bardzo się rozpieszczaliśmy przez te kilka dni. W piątek po przylocie szukaliśmy jakiegoś fajnego miejsca na wieczór żeby zjeść coś elegancko i treściwie, ale każdy bar i pub oprócz smrodku niestrawionego piwa oferował głównie cheeseburgery, pizzę albo frytki. Przypadkiem na Golden Mile znaleźliśmy restauracje Angels with Bagpipes i gdyby nie to ze kelner był z rodziny to pewnie stolika byśmy nie dostali, bo bez rezerwacji w piątkowy wieczór ani rusz. Przystawka, główne danie, deser, wino plus atencja kelnera i jego faceta w kolorowych skarpetkach w pakiecie były bezcenne.

W sobotę zabrałem M. na lunch do Pizza Express obok dawnego hotelu Missoni i gdyby nie otaczający nas krzyk bachorów byłoby spoko. M. narzekał tylko na wytwór zwany pizza light, na cienkim jak bibułka cieście i bez środka za to reklamowany, jako pizza mniej niż 500 kalorii. Po zwiedzeniu zamku wpadliśmy do Amber, ostatecznie jedynie na siku, bo stolika nie było dane nam dostać ani teraz ani na wieczór i nie pomógł urok słowiańskiej ani południowej urody. Uprzejmy pan zaproponował nam za to stolik w Towers. Wydawało mi się, że po angielsku mówię dobrze, ale jak trochę przed 20.30 pojawiliśmy się w recepcji Muzeum Narodowego usłyszeliśmy, że stolik przecież zarezerwowany mamy, ale dopiero na 21.30. Czas sobie w zegarku zapomniałem przestawić, przez co świeciłem później oczami przed M. W ramach zabijania czasu zabrałem go na drinka do baru w hotelu Quorvus. Raczyliśmy się Penicilin zastanawiając się, czemu podają go w szklance przystrojonej surowym, przeto niezjadliwym kartoflem. Dopiero nazajutrz barman oświecił mnie, że to był imbir.

Towers – jedzenie wyśmienite (ostrygi), nowoczesny wystrój, super atmosfera i fantastyczna obsługa (mnóstwo Polaków), a w ciągu dnia podobno piękna panorama miasta.

Na kolację urodzinową M. pacykował się jak panna na wydaniu: prasował się, prysznicował, golił, balsamował, perfumował najdroższymi swoimi perfumami Amuage, nawet sobie włoski z uszu przystrzygł i wydepilował sobie jaja – pardon tzn. strefę bikini – co najmniej jakby mieli nas tam na deser zblowjobować. Kolacja składała się z 7 daniowego menu degustacyjnego z odpowiednio dobranym menu win luksusowych – co akurat specjalnie mnie nie dziwiło biorąc pod uwagę, że solenizant został w tym roku dyplomowanym somellierem. Na koniec dostałem szklaneczkę armagnacu a M. rachunek na ponad 600 funtów.

Jak ja kocham jego próżność.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Urodziny w Szkocji

Dziś w muzeum M. oniemiał na widok tysiąca butelek wszelkiego rodzaju whisky. Jak ręką odjąć zapomniał o długim i nużącym locie do stolicy Szkocji. Na wcześniejszy kiepski nastrój wpłynęła nasza przeprawa przez Heathrow, sprawdzali nas z trzy razy, za każdym razem kontrolując dokumenty i podręczny bagaż. Teraz wiem, dlaczego ludzie z pracy nie lubią latać do Stanów BA – nikt nie lubi być tak czołgany.
M. skończy jutro 39 lat i na tę okazję właśnie lecimy na długi weekend do Edynburga. By nadać zadęcia temu wydarzeniu na swoją urodzinową kolację zarezerwował stolik w Number One w hotelu Balmoral. Niestety A. zaniemogła zmęczona okrutnie choroba, więc musieliśmy bawić się tego wieczoru we dwoje. Daliśmy rade, choć pogoda nas nie rozpieszcza.

 

 

M. który kocha gotować wciąż marzy o własnej restauracji i z początkiem roku ruszył w pogoń za tym marzeniem. Niestety prócz dobrych chęci i niewielkiego zaplecza finansowego na tym kończą się jego wielkie plany otwarcia własnego biznesu. Wciąż nie ma lokalu, działalności gospodarczej, zezwoleń, pracowników, kredytu na kupno sprzętu i towaru, nie ma pieniędzy na place dla pracowników na co najmniej rok, za to ochoczo przystąpił to najpiękniejszej i nie mniej kosztochłonnej części planu czyli urządzania lokalu, którego de facto jeszcze nie ma, ale za to ma już obrazy na ścianie, talerze i kieliszki… Oczami wyobraźni widzi już rozgoszczonych przy stolikach stałych bywalców, którzy z uwielbieniem zajadają się wymyślonymi przez niego daniami, cieple, nastrojowe światło, eleganckie wnętrze spowite zapachem dan, siebie na środku sali, ubranego elegancko i markowo sprawdzającego, czy wszystkim smakuje. Niestety wciąż nie jest na tyle świadomy, że ta utopijna wizja jest niesamowicie trudna do zrealizowania.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 7 Komentarzy

Docieramy się

Ciapaty przychodzi do biura sporo wcześniej przede mną. Dziś przyjechała na rowerze, o czym zdążyła zakomunikować mi zanim spytałem jej gdzie podziały się jej buty ukradkiem oglądając jej czarne od brudu krogulce. Bo Ciapata biegała od rana po biurze na boso i wszyscy myśleli, że może nie potrafi przyzwyczaić się do chodzenia w butach, bo u siebie wszędzie pewnie chodzi boso. Mój szef zaprosił nas dziś wszystkich na lunch do miasta, dlatego przejąłem się, że planuje drałować przez miasto bez butów a na zewnątrz było tylko 10 stopni. Okazało się, że jadąc do biura na rowerze porwały się jej klapki i nie ma innych na przebranie. Chciała naprawić te zniszczone u szewca, ale szybko wybiłem jej ten pomysł z głowy, już taniej wyjdzie kupić jej nowe 2 czy nawet 3 pary niż naprawiać te kupione jak na moje oko za ok. 1 dolara.
Szybko wyszło na jaw, że nie przywiozła ze sobą zapasowej pary butów (no bo po co) no i była znowu w czarnej dupie.
Koleżanka zza biurka się nad nią zlitowała i pożyczyła jej swoje markowe kozaki – gdyby w nich uciekła do Indii za ich równowartość mogłaby wyżywić całą swoją wioskę przez kilka tygodni. Mnie chyba nie byłoby stać na taki gest, zwłaszcza jak zobaczyłem, że wciska swoją brudną girę do buta bez skarpetek. Zawsze mnie uczono że auta, żony/męża, bielizny i butów się nie pożycza..

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Puk puk helol jest tam kto?

W poniedziałek punkt 9 w hotelowym lobby stanąłem oko w oko z ciabatą. Przywiozła nam torbę pełną darów w postaci słodkich mordoklejek i figurek zabytków Hajdarabadu, która nieść musiałem ja a raczej targać, bo rączka i pasek się urwały.

Na kurtuazyjnym spotkaniu z całym zespołem mój szef zapytał jak minęła jej noc. Ciapata (lat 30, gromadka dzieci) wyznała, że nie zmrużyła oka, bo nigdy nie spała samiusieńka w pokoju, bała się strasznie i o północy dzwoniła do innego ciabatego mieszkającego w hotelu nieopodal żeby przyszedł do niej i z nią został. Udało jej się zasnąć po zapaleniu wszystkich świateł w pokoju i włączeniu telewizora.
Szczęście, że nie zadzwoniła do mnie w środku nocy żebym potrzymał ją za rękę.

Ciapaty wszedł do łazienki nie zamknąwszy za sobą drzwi. Przez dobre kilka minut całe piętro mogło posłuchać koncertu czyszczonego gardła, charkania, gulgotania i spluwania ( oby do umywalki). Przeklinałem siarczyście i żeby nie zwymiotować wyszedłem na taras zapalić papierosa.

Tłumaczyłem pannie, że musi przez cały czas nosić ze sobą identyfikator, bo karta otwiera wszystkie drzwi w budynku, nawet te prowadzące do toalety czy innych wspólnie użytkowanych pomieszczeń. Kazałem jej przyczepić go sobie do paska albo zwyczajnie nosić na szyi. Pokiwała głową jakby nie rozumiała, ale nie dałem się zaskoczyć, bo wiem że u nich kręcenie głową ma odwrotne znaczenie.
Po południu poprosiła o chwilę przerwy i udała się tam gdzie król piechotą. Nie wracała najpierw 10, a potem 15 i 25 minut poszedłem więc jej szukać. Przeszło mi przez myśl, że może wystraszyła się toalety i że ni musi robić tego ‘’na skoczka’’.
Bidulka zapomniała karty i utknęła między piętrami na klatce schodowej. Tłumaczyła się, że pukała, ale nikt nie chciał jej wpuścić a żeby do recepcji zejść to nie pomyślała.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz