Katar

Ja nie wiem jak ten M. wybiera się na urlop bez pieniędzy. W Doha na kontroli paszportowej nie zadziałała mu żadna z 3 kart kredytowych, w rezultacie za jego wizę musiałem zapłacić ja. Spryciula jeden…
Mieszkamy w Four Seasons Doha przy Corniche i okazało się, że dobrze że w ostatniej chwili zmieniliśmy z Torch Tower na ten hotel, bo Torch choć niesamowity położony znajduje się daleko poza centrum. Pojechaliśmy tam wczoraj wieczorem, podróż taksówką zajęła nam ponad kwadrans a na miejscu prócz stadionu i olbrzymiego centrum handlowego Villagio nie było nic wartego zobaczenia. Doha, podobnie jak inne stolice Zatoki Perskiej jest specyficzna do zwiedzania: chodników praktycznie brak, za to czteropasmowych autostrad i najnowszych modeli Ferrari i Lamborghini pod dostatkiem.
Architektura hotelu Torch Tower rzeczywiście okazała się imponująca, hotel mienił się tysiącami małych lamp rozświetlających budynek od dołu po sam szczyt, pozwalając dostrzec go z daleka. Razem z M. pojechaliśmy tam głównie dla odwiedzania Villagio Mall, nowoczesnego centrum handlowego urządzonego w stylu weneckim, wśród stylizowanych na weneckie fasad sklepów, butików znanych marek, restauracji, zobaczyć można było sztucznie wybudowane kanały, po których poruszały się gondole przewożąc rozentuzjazmowane rodziny z dziećmi. Widok sielski, gdyby tylko nie wysyp kobiet w burkach, wyglądających z daleka jak stada pingwinów. Razem z M. dostaliśmy głupawki prześcigając się w złośliwościach na ich temat, skąd mężowie wiedzą, która to jego żona, albo jak dzieci je rozpoznają w końcu wszystkie kobiety wyglądają tu jednakowo…

Four Seasons Doha jest fantastyczny, dostaliśmy bardzo ładny, przestronny pokój z widokiem na morze, na śniadanie pierwszy raz miałem okazje spróbować soku z mango i truskawek, w którym rozsmakowałem się do tego stopnia że wlałem w siebie od razu trzy ogromne szklanki, plaża choć mała ale zadbana i czysta no i dbają o komfort gości: leżaki, parasole, darmowa przenośna lodówka z zimnymi napojami, chłopak przynoszący zimne smoothies, zimne perfumowane ręczniki do twarzy, nawet czyszczą okulary. Na terenie kompleksu znajduje się dodatkowo 5 basenów, ale nie starczy nam czasu by to wszystko sprawdzić. Normalnie raj.
Temperatura daje nam się we znaki. W nocy jest przyjemnie 20 stopni, ale w ciągu dnia ponad 30 a suche powietrze sprawia, że czuje się jak w piekarniku.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wycieczka na północ Kataru czyli czy ile kosztuje klasa

Nie uśmiechało mi się wyłącznie przeleżeć cały nasz pobyt na przyhotelowej plaży, więc zorganizowałem nam dwie wycieczki: zwiedzanie Dohy i północnej części Kataru. Znalezienie biura podróży nie było trudne, (co jest nie lada wyczynem w Kuwejcie albo Bahrajnie), ale za to ceny są tutaj z kosmosu. Za pokazanie nam Dohy, Muzeum Sztuki Islamskiej i lokalnego bazaru ala Disney World policzyli nam 200 euro za 3 godziny. Znalazłem tę sama wycieczkę w bardziej rozsądnej cenie, zarezerwowałem od razu a na dzień przed wylotem do Dohy dostałem maila, że im się nie opłaca ruszyć dupy i że wolą oddać mi pieniądze chyba, że dopłacę 150 dolarów. Ludzie w Katarze są zepsuci kasą, problem pieniędzy i zbyt wysokich cen ich nie dotyczy, co widać w kontaktach z nimi. Dzięki olbrzymim złożom gazu wielu mieszkańców zostało petrodolarowymi milionerami, państwo płaci za edukację, opiekę zdrowotna, utrzymuje śmiesznie niska cenę paliw, nie ma tu tez podatków, opłat za wodę, mieszkanie, prąd czy kablówkę. Od obywateli wymaga się jedynie przestrzeganie islamskich zasad religijnych i wspierania dobrobytu kraju, ale na to drugie większość Arabów jest za leniwa – po co maja się uczyć języków, studiować za darmo za granicą, dbać, rozwijać się, inwestować jak miliony same wpadają im do kieszeni podczas gdy oni mogą jeść, tyć, pierdzieć w swoich luksusowych terenowych autach i wyrywać blondynki z Zachodniej cywilizacji, którym majtki same spadają na widok wypchanego portfela byle jakiego Araba.
Na widok całego tego ich bogactwa rzygam brokatem i sram tęczą.

Wynajętym autem pojechaliśmy w kierunku Al Shamal, Al Khor i fortu Zubarah po drodze oglądając pustkowie albo place budowy.
W mieście Madinat ash Shamal powstał niesamowity stadion, który wygląda jak zamek-twierdza. Boisko otoczone jest wysokim murem, są baszty w rogach, a nawet okienka, żeby łucznicy mogli strzelać do rywali. Monumentalna twierdza stoi na nasypie, żeby była jeszcze trudniejsza do zdobycia.
Sam stadion nie jest duży, ma pojemność zaledwie pięć tysięcy miejsc. Przed mistrzostwami świata w 2022 roku powstanie w mieście jeszcze kilka takich niesamowitych budowli i wtedy pewnie tutaj wrócimy.
Fort Zubarah choć wpisany na listę UNICEFu nie zachwyca, ale w porównaniu do tego co zobaczyliśmy tutaj do tej pory przy najmniej jest jakieś.

Podobnie z katarsko-bahrańskim mostem przyjaźni, który połączy północną część Kataru z południową częścią Manamy, tworząc najdłuższą stałą konstrukcję tego typu na świecie, ale na razie dużo o tym tylko mówią, bo na nabrzeżu nie ma nawet jeszcze żadnych maszyn. M. chodzi w kółko próbując zrobić jakieś fajne zdjęcia, ale w końcu tylko prychnął i się poddał.

Jedna z niewielu atrakcji w tej wielkiej piaskownicy, którą koniecznie trzeba zobaczyć to Muzeum Sztuki Islamskiej.
Wyrastająca z zatoki bryła budynku jest silnie wpisana w tradycję architektury muzułmańskiej. Byle laik to zauważy: prostota, geometryczna forma oraz niemal kubistyczne bryły, generują wspaniałą grę światła i cienia. Otaczające obiekt palmy tworzą oazę, zapewniają zwiedzającym przyjazne miejsce odpoczynku i jednocześnie stanowią malownicze tło dla budynku. M. nieustannie pstrykał zdjęcia. Przy zachodniej stronie wyspy znajduje się przystań dla łodzi. Wejścia na wyspę strzegą tam dwie latarnie, tworzące rodzaj reprezentacyjnej bramy, witającej gości. Wewnątrz, nad przestronnym holem, znajduje się majestatyczne atrium. To było najlepiej spędzone dwie godziny w Katarze i to za darmo.

Na południe Kataru już się nie wybraliśmy. Prócz drogi do Arabii Saudyjskiej i tony piachu nie ma tam nic wartego zobaczenia.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzieś nad Zatoką Perską

W związku z tym, że jestem bardzo lojalnym klientem Swissa i Lufthansy ile razy latam samolotem na dalekich trasach zwykle przychodzi do mnie szefowa stewardess albo inny maitre de cabin, żeby mnie powitać. Taka mała wazelinka dla wszystkich złotych klientów Star Alliance. Ktoś gdzieś wymyślił, że do specjalnych gości należy zwracać się po nazwisku, szkopuł w tym, że dla przeciętnego Niemca czy Szwajcara moje nazwisko to koszmar: za dużo sz cz i spółgłosek, ogólnie nie do wypowiedzenia. Lecimy z Frankfurtu do Dohy, ciepły przeto miły steward podchodzi do naszego rzędu, rzuca okiem na mnie, na M., uśmiecha się oferując lampkę szampana: przepraszam mam jedno pytanie, jak się wymawia pana nazwisko. Ja oswojony z tym pytaniem już mam odpowiedzieć, gdy wtrąca się M.: your highness, proszę zwracać się do niego jego wysokość…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Z katarem do Kataru

Z nosa mi się leje, ciągną mi się gluty, głowa pęka, prycham, kicham i ogólnie zdycham, ale do Kataru dolecieliśmy.
Wczoraj przed pójściem spać zaaplikowałem sobie końską dawkę paracetamolu, która postawiła mnie na nogi, przywróciła jasność umysłu akurat żebym zdołał się spakować i niczego nie zapomnieć. M. od piątej rano krzątał się po mieszkaniu układając równiuteńko w walizce swoje koszule, spodnie, spodenki i buty. Musiałem sprowadzić go trochę na ziemię, bo czerwone bucików od Dolce do niczego nie przydadzą mu się w środku katarskiej pustyni, a czy pasek będzie mi pasował do butów czy nie też nikt tego nie zauważy chyba że jakiś zagubiony arabski koczownik. No, ale Włoch pozostanie Włochem, przecież na pustyni moglibyśmy przypadkiem wpaść na katarskiego księcia na białym koniu, który by mu się oświadczył a ja dostałbym 3 wielbłądy odstępnego.

Nasz samolot leciał do Dohy a stamtąd dalej do Manamy w Bahrajnie. W samolocie pełno Europejczyków jak i Arabów z zonami pozakrywanymi od stop do głów za to z drogimi i rzucającymi się w oczy markowymi dodatkami i biżuterią.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Coraz częściej milcząc uśmiecham się gdzieś w środku, gdzieś w sobie, gdy widzę to, co widzę…

Chwilami, gdy patrzę na to, co dzieje się wokół, gdy słucham innych, to mam wrażenie, że pracuję w domu wariatów. Przeto jestem szczęśliwy, kiedy wracam do domu i nie muszę już nigdzie wychodzić.

Bez sensu, przymusowe spotkania, niedzielne obiady z rodziną, rozmowy, które utwierdzają w przekonaniu, że trzeba siebie ocalić, stworzyć swój własny świat i bronić go przed całą tą bylejakością, głupotą, chamstwem i hipokryzją, które zalewają świat i przenikają już wszystko.

Zamieszanie w pracy sprawia, że po każdym dniu czuję się jak przeciągnięty przez wyżymaczkę. Wszystko wskazuje na to, że ten cyrk nie skończy się szybko. Mam to głęboko w dupie. Wiem, że kurwa kurwie łba nie urwie, a nawet jak urwie, to nie będzie po kurwie, bo gówno zawsze na wierzch wypłynie. Podchodzę, więc do tego wszystkiego zupełnie bez emocji. Chuj. Chwilami śmieszy mnie nawet ta atmosferka. Chwilami odczuwam satysfakcję pamiętając butę, arogancję i pewność siebie paru durnych cip i pojebanych dupków. Wiem, że żadna kuracja im pomoże, bo głupota jest nieuleczalna. Głupi pozostanie głupi. Ale niech sobie poszarpią nerwy, niech poczują ten strach, który z kpiną na ryjach tak hojnie siali. Kto sieje wiatr zbiera burzę. Czasem trzeba na to długo czekać, ale ja nauczyłem się czekać i przekonałem się, że czekać warto, bo przychodzi zawsze.

Sztuka wazeliniarstwa nie jest prosta. Wciąż uczę się uśmiechów. Przerobiłem już jedynkę i dwójkę, coraz śmielej jeżdżę na trójce. Nauczyłem się blokować wewnętrzny głos, który drze się we mnie, żeby narzygać na jedno, drugie, trzecie biurko. Skutecznie powstrzymuje już odruchy wymiotne.
Stałem się niewolnikiem wynikających z rozmów i układów.
I jestem trochę zmęczony…

Skończył się kolejny dzień, kolejna szopka. Zmęczony zszedłem ze sceny, wróciłem do domu-garderoby. W ekranie monitora jak w lustrze odbija się prawda. Mógłbym coś poprawić, podmalować, przypudrować… ale już nie muszę. Na dzisiaj gra skończona, bo już wieczór, noc… które są wyłącznie moje.

Mam straszny katar i o ironio jutro lecę z M. do Kataru.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Mój blog

Coś się zaczyna i coś się kończy. Przychodzi taki moment, gdy przestaje się łudzić i zaczyna się godzić z faktem, że w końcu coś minęło bezpowrotnie, coś się skończyło i że znów trzeba przeskoczyć na następną orbitę. Nie ma wówczas sensu zastanawianie się nad tym jaki to ma sens i czy w ogóle ma jakikolwiek sens. W pewnym momencie zaczyna się godzić z faktami nawet gdy to godzenie sprawia ból. Gdy rzeczywiście nie pisze się dla innych, lecz dla siebie, popularność przestaje być ważna i pisze się lżej.
Najlepszy sposób na to, by nie obrazić typowej cioty, to nic nie mówić i nic nie pisać. A najlepiej jeśli już przebywa się ze sobą to na dwóch różnych półkulach. Wtedy można mieć nadzieję, że się nie obrazi o cokolwiek. Co za niepełnosprawność psychiczna!
Cieszę się, że uwolniłem się od klakierów, od „podlizywania się” zaglądaczom i podglądaczom. Wiem, brzmi nieszczerze, ale tak jest. Nie brakuje mi na tym blogu nikogo i niczego. Oprócz siebie. To wystarczający powód. To wystarczająca motywacja.

Notatki. Ileż ich… Słowa moje i nie moje, ważne kiedyś, ważne do dzisiaj, a wśród nich słowa najmądrzejsze, o których zapomniałem: „… i to przeminie…”.
Kiedy takie wspomnienia wracają na moment robi się cieplutko, cały zwariowany świat zatrzymuje się i odnoszę wrażenie, że czas gwałtownie zwalnia aż do zatrzymania na taki ułamek sekundy, ułamek sekundy tego ciepełka, tego wspomnienia.

Są dni, gdy odnoszę wrażenie, że my i kobiety nie jesteśmy z Marsa i Wenus, lecz z dwóch różnych galaktyk, że jesteśmy formami życia tak dalece różnemi, iż jakakolwiek możliwość wzajemnego zrozumienia wydaje się być niemożliwa. Porozumiewania tak, porozumiewania owszem, ale nie zrozumienia.
Nie zmienia to faktu, że wiele dziewczyn, wiele kobiet lubię, ale o ile na bezludnej wyspie jeszcze jakoś bym z kobietą wytrzymał, to na tratwie już raczej nie. Na palcach jednej ręki jestem w stanie policzyć kobiety, z którymi pracowało się świetnie. Nie chcę krzywdząco uogólniać. Nie twierdzę, że ja jestem bez wad i że ze mną pracuje się lekko, łatwo i przyjemnie, lecz…
Na szczęście w piatek lece na urlop.

Każdy człowiek niesie w sobie mądrość, nijakość lub zwyczajną głupotę, ale po to pojawia się na naszej drodze byśmy czegoś się nauczyli, dlatego do każdej znajomości podchodzę z sentymentem.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Weekendowy wypad na wyspę

Jeszcze przed całym zamieszaniem w biurze, szefowa zgodziła się żebym ten tydzień pracował zdalnie z Polski. Potrzebowałem pójść do dentysty, odwiedzić znajomych, M nie miał nic, przeciwko, bo sam zajęty jest przygotowywaniem się do swojego pierwszego wielkiego sprawdzianu z picia wina, poza tym dużo pracuje. Kupiłem sobie, więc bilet do Wrocławia…, tyle że przez Maltę, no bo tak jakoś słońca mi się zachciało.
A. bardzo się ucieszyła z mojego pomysłu, bo to ostatnie tygodnie przed jej wyjazdem do Szkocji, teraz już nie pracuje, więc mogliśmy spędzać ze sobą praktycznie każdą wolną chwilę.

W sobotę spotkaliśmy się w barze Jubilee w Valletcie na sambuce z Bailey’sem skąd najpierw poszliśmy na kolację a potem pojechaliśmy do Spinola Bay na imprezę organizowaną przez jej znajomych Hiszpanów. Impreza dopiero, co zaczynała się rozkręcać, kiedy przyjechaliśmy przynosząc w prezencie dary: butelkę ginu i zapasem toniku. Ledwo weszliśmy za nami wbił się dziki tłumy małych i grubych rozkrzyczanych Hiszpanów i Hiszpanek, z którymi przypadkiem stojąc centralnie w korytarzu na trasie ich przejścia, musiałem wymienić obowiązkowe podwójne cmoknięcia. Nie powiem, ale było to mile.
Impreza miała się bardzo dobrze, gdyby nie to że z A. byliśmy tam najstarsi, średnia wieku 20-24 lata, ale ja nie narzekałem, bo rozbawieni i roztańczeni gorący latynoscy chłopcy, kręcący ponętnie biodrami w takt hiszpańskich przebojów, dostarczali nam niechcąco dodatkowych wrażeń estetycznych.
Kiedyś na podobnych imprezach w międzynarodowym towarzystwie zawsze czułem się nieswojo, mówiąc tylko trochę po angielsku, teraz za to kpiliśmy trochę z Hiszpanek, które prócz znajomości języka Cervantesa nie potrafiły wydukać słowa w obcym języku, podczas gdy oboje z A, brylowaliśmy przeskakując swobodnie z angielskiego na polski czy włoski.
Hiszpanie komentowali to monosylabicznie, wykrzykując głównie wow. Większość przyjechała na Maltę uczyć się angielskiego, ale chyba mało chodzili na zajęcia zbyt pochłonięci nocnym imprezowaniem, bo po angielsku potrafili jedynie przeklinać. Nie zrażali się nawet tym, że przebywając na okrągło w określonym kręgu kulturowym i mówiąc nieustannie w swoim ojczystym języku z trudem przyjdzie im nauczyć się angielskiego.
Przepaść, jaka dzieli mnie od tego pokolenia dała o sobie znać bardzo szybko, kiedy jedna panna dywagowała przez ponad pół godziny gdzie i jaki tatuaż chciałaby sobie zrobić. Od szyi przez plecy wokół bioder kończąc na tyłku coś, że życie to ciągła przygoda itp. Kiedy zapytała mnie o zdanie byłem już pijany, powiedziałem że jest głupia że w ogóle się nad czymś takim zastanawia. Jej przyjaźni chyba sobie nie zaskarbiłem.
Ok 2 w nocy pojechaliśmy do Paceville, nieskutecznie próbując wbić się na dyskotekę, na której śmierdziało, by na koniec wylądować na kurczaku z kawałkami pizzy a potem, późno nad ranem na rzęsach wtoczyć się do swojego pokoju.
Lokalny koloryt olał ciepłym moczem zarówno spotkanie ze mną, jak i możliwość rozegrania towarzyskiego meczu. Trzeciej szansy nie daję więc nasze drogi tym razem rozeszły się definitywnie.

A. zapoznała sobie nowego latynoskiego amigo, z którym to wspólnie zaplanowała bardzo wykwintny żart, który niestety nie doszedł do skutku. W niedzielę za to siedząc w restauracji z K. i P. miałem dosłownie kilka minut żeby zobaczyć i poznać go osobiście, nawet dostałem od niego bukiet frezji tzn. przyniósł je A. a ja myślałem że są dla mnie.

W związku z tym, że znajomi amigo mówią tylko po hiszpańsku, nie czuliśmy się bardzo komfortowo w ich towarzystwie. Zatem postanowiliśmy, że oni będą mówić do nas po angielsku, a A do nich po hiszpańsku. Jej hiszpański przy ich angielskim jest wręcz wyśmienity, więc łatwo można sobie wyobrazić, jaki jest ich poziom.
Siedzieliśmy na plaży, amigo przytulał A, a jego kolega mówi: You are so swiss!

Dostało mi się trochę za moje niewybredne teksty, ale chyba sobie zasłużyłem po wczorajszym wyskoku. Ja i mój niewyparzony język…
Chociaż kogoś strasznie lubię i potrafię śmiać się z siebie to czasem też… z innych z góry zakładając, że wszystkich muszą śmieszyć moje żarty i że są zawsze w wysymulowanym guście, i że nikt nie powinien czuć się nimi urażony. Niestety…, kiedy moje dziwne żarty idą w złą stronę, trzeba mi to powiedzieć od razu i wprost, się nie obrażę, inaczej się nie zatrzymam, a choć rozum mam to czasem jestem prostolinijny w obsłudze…Mnie trzeba huknąć, bo inaczej nie łapię.

Wróciłem późno do hotelu i miałem się pakować, ale nie chciało mi się, bo byłem śpiący i znowu bolała mnie głowa. Nie spałem, potem wziąłem coldrex, bo myślałem, że może jakaś grypa mnie rozbiera, bo strasznie było mi zimno. Rano obudziłem się, łeb miałem cały czerwony (maltańskie słońce!!!) była 7 rano, miałem się pakować, ogarnąć, jechać do Gziry, z powrotem, zrobić coś z pracy i spanikowałem, że nie dam rady ze wszystkim, żołądek skręcił mi się w trąbkę i z góry założyłem, że amigo A. pewnie nie przyjdzie, bo będzie smacznie spał, A. zrozumie, jeśli napisze, że nie przyjadę, bo wczoraj długo imprezowaliśmy. Pech chciał, że amigo słowa dotrzymał i przyszedł a ja wyszedłem na dupka i złamasa.

Ale i tak weekend będę wspominał długo, pewnie z moich dowcipów A. też będzie się kiedyś śmiała, ale musi minąć trochę czasu, może jak skończymy 50 lat to wszystko to będzie wydawało się nam obojgu bardzo śmieszne.

Po Malcie był Wrocław, miałem cztery dni żeby nacieszyć się swoim rodzinnym miastem tak, aby starczyło do następnej wizyty, która właściwie nie wiem kiedy nastąpi. Odkąd przestałem jeździć na wizyty kontrolne do dentysty rzadziej znajduję powód by wrócić do domu. Kiedyś jak gdzieś wyjeżdżałem martwiłem się tylko o to, czy wziąłem majtki na zmianę i paczkę prezerwatyw, teraz dodatkowo musze pamiętać żeby zabrać okulary i sztuczną szczękę…
Czas mnie pociska i staje się staroświecki…

Moim ulubionym barem kawowo śniadaniowym stał się Friends w Sukiennicach. Małe, przytulne, klimatyczne, na uboczu, z ciepłą (dosłownie i w przenośni) obsługą, ale najważniejsze z bardzo dobrym wyborem zestawów śniadaniowych. Zżymam się płącąc 90 zł za śniadanie w Sofitelu, kiedy tutaj mam prawie to samo za 1/3 ceny. Ok czasami mam po dziurki w nosie wścibskich diw zaglądających tam niby to przypadkiem wylansować się, taksując wzrokiem z góry na dół, wzdłuż i wszerz innych gości. Prawie wszystkich można znaleźć na branżowym portalu promujących siebie za pomocą bardzo biologicznych zdjęć. No ale niech patrzą, niektórym zostaje już tylko patrzenie, a facet nawet najprzystojniejszy, który nie potrafi rezolutnie zagadać drugiego faceta jest raczej nudny i nadaje się, co najwyżej do pociśnięcia. Osobiście lubię wpadać tam na kawę, twarożek, jogurt i sok, nie pouchwalam się z obsługą, nie zaprzyjaźniam, nie zagaduję, nie robię maślanych oczu ani serca z jajecznicy czy tostów, ale zawsze zostawiam ogromne napiwki, przez co jestem tam zawsze mile widziany.
Podobnie jest z Przystania i Marina, mam gdzieś że większość obsługi widzi we mnie głównie dużego tipa, ale nie przeszkadza mi to, bo ile razy przekraczam próg restauracji znajdują dla mnie stolik, a potem dwoją się i troją, wchodząc głęboko w tyłek niemal w takt muzyki klasycznej, z ogromną ilością wazeliny.

Jestem na weekend w Belgradzie. Jest o wiele cieplej niż tydzień temu. Właściwie jest gorąco a ludzie tutaj chodzą w kurtkach. Poszedłem na Stare Miasto a w słońcu czułem jak się rozpływam. Zazdrościłem wszystkim wokół, że im jest zimno.

Wczoraj wieczorem strzeliłem dwa gole.
Czasami zastanawiam się, po co jestem z M. W końcu tak bardzo mnie denerwuje, wkurza mnie na okrągło, właściwie nieustannie. Czasami zastanawiam się, że chyba wolałbym być sam, tylko ja i inne piłkarzyki, byłbym wolny i szczęśliwszy i w ogóle robiłbym, co tylko bym chciał. Różne szalone i nieodpowiedzialne rzeczy bym robił. Ha! Byłbym zajebiście wyzwolony. Tylko, że on potem wyjeżdża na tydzień a ja zostaję sam i się nudzę. A więc wygląda na to, że największym wyzwaniem jest to, że jestem z nim, bycie miłym i ułożonym to są moje główne zadania. I się nie poddaję.

Rok, to jest jest czasem tak wiele, że nie chciałoby się tego przeżyć jeszcze raz a czasem tak mało, by pojąć, jak wiele, jak czasem zbyt wiele się pragnie. Myślę o ostatnim roku i myślę o wspólnie przeżytych siedmiu…
Nasza miłość jest jak drzewo. Coraz mocniejsza z upływem czasu.
Chciałbym, by był ze mną szczęśliwy, bo pamiętam, że na starcie obiecywałem mu wyścig, rywalizację, kto kogo bardziej kochać będzie.

Ścigamy się dalej.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

codzienne sprawy

M w każdej wolnej chwili czyta albo uczy się albo studiuje. Ma taki zapał do nauki, że aż go szczerze podziwiam, gdy wstaje rano o 7 i do 9 przegląda i czyta notatki, raz w tygodniu chodzi na zajęcia z francuskiego a w każdą sobotę jeździ do Zurichu uczyć się na somelliera. Dzizaz ja bym tak nie potrafil. Przy nim czuje się jak leniwe cieple kluchy, które tylko jedzą, śpią i chodzą do pracy narzekając ze są zmęczone. Na kursie głównie degustują, różne rodzaje win i tak oto co zajęcia wraca lekko napruty. Obserwując jego pęd do nauki sam nabrałem chęci zapisania się na kurs znajomości whisky, osobiście nie miałbym nic przeciwko degustowania tego szlachetnego trunku w ilościach zbliżonych do hektolitrów.
Przynajmniej raz w tygodniu wspomina o otwarciu swojej restauracji, opowiada jaki będzie miała wystrój, co będzie serwował, w jakich naczyniach podawał swoje potrawy i wino. Zabawnie mi się go słucha jak w restauracji krytykuje właścicieli, że podają dobre wino w zwykłym kieliszku, bo on u siebie będzie podawał w kryształowych kieliszkach od baccarat. Mrzonki i zupełne oderwanie od rzeczywistości, rozumowanie na poziomie 15latka, no ale… ja mu tego nie powiem.

Przez cale 2 tygodnie nie rozmawiałem z szefową, emocje opadły, miałem okazje przemyśleć całą sprawę na spokojnie i postanowiłem czekać na rozwój wydarzeń. Może ją wywalą, może sama odejdzie, za niedługo ma przylecieć do Berna nasz VP i dużo obiecuję sobie po spotkaniu z nim, jeśli postanowi nas restrukturyzować a moja pracę rozparcelować po Indiach i innych krajach Trzeciego Świata nic nie będzie wstanie zmienić już jego decyzji, za to może uda mi się ugrać coś lepszego dla siebie, jeśli odpowiednio przedstawię mu swoją wizję.
Przez telefon płakała, ale nie przepraszała, liczyła, że może ja ją przeproszę.

Planowanie tegorocznego urlopu odbywa się w cieniu bieżących wydatków i okoliczności. Nadzieja, że wystarczy i na urlop i na bieżące sprawy, pękła jak mydlana bańka. W związku z niepewną sytuacją w pracy oraz intensywnością naszych wyjazdów w ostatnich kilka latach postanowiliśmy nie spędzać urlopu na Hawajach, Karaibach czy w innych tropikach a wdrożyć plan w wersji oszczędnościowej.
W lipcu najpierw lecimy do Włoch, w Fasano zarezerwowałem nam wygodny apartament w Al Mirador a we wrześniu na tydzień do Tunezji gdzie Radisson otworzył niedawno nowy obiekt. Egipt, Balaton, Złote Piaski czy namiot w Rimini może wyszłyby jeszcze taniej, ale na razie aż tak źle z nami jeszcze nie jest.

A wciąż urzęduje na Malcie. W sobotę znowu do niej lecę. Niestety nie udało jej się znaleźć zajęcia, które w pełni satysfakcjonowałoby jej ambicje, oczekiwania i plany, dlatego najprawdopodobniej od maja będę odwiedzał ją w Edynburgu albo Amsterdamie. Malta w jej towarzystwie to zupełnie inne miejsce, mniej turystyczne, bardziej odkolorowane i po prostu zwyczajnie prawdziwe. Wciąż lubię tam wracać, bo ile razy się spotykamy mamy ubaw po pachy a poza tym pogoda i atmosfera na wyspie sprawiają, że człowiekowi od razu chce się żyć (i pracować w Szwajcarii).

Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Wow

Ja pie…e co za chu…y ten Eurolot, nigdy nie latam niskobudżetowymi liniami bo wiem jaki motłoch, dzicz i tałatajstwo można tam spotkać, można nazwać mnie zmanierowanym snobem, bo nie wiem jakim desperatem trzeba się okazać i jak nisko upaść, żeby dla zaoszczędzenia paru groszy chcieć męczyć się z leniwą obsługą, która wykazuje IQ na poziomie temperatury ciała i traktuje cię gorzej niż bydło pracując za karę.
Wiadomo jak to jest, chwilowo kwiatki, ptaszki i tęcza z dupy, a jak jebnie, to człowiek nie nadąża z napier…em słowotoku. A było to tak:
Bezpośrednie polaczenie Eurolotu do Wrocławia powstało żeby mnie w perspektywie wyruchać ba! najpierw miało falstart, kiedy lotnisko w Zurichu codziennie podawało błędne informacje o nieznanym nikomu locie widmo o 15.00 albo o anulowanym locie o 20.50, którego tego dnia i tak nie było w grafiku. Trzy dni przed swoim wylotem wpadłem w popłoch, kiedy zorientowałem się, że jeśli przyjadę na lotnisko a mój samolot zostanie odwołany praktycznie nie mam szans, żeby dostać się do domu tego samego dnia.

Rano odprawiłem się przez internet i pojechałem na lotnisko. Dopiero jak nadawałem bagaż dowiedziałem się, że mój samolot został odwołany z powodu technicznej usterki maszyny. Zaproponowano mi lot za ku..a 2 lub 5 dni, ewentualnie pozwolono czekać, bo może załapię się na polaczenie do Gdańska a stamtąd następnego dnia może dotrę do Zurichu. Pani przebąknęła coś, że istnieje duża szansa, że samolot odlatujący z Krakowa do Zurichu będzie leciał przez Wrocław i zdoła zabrać na pokład część pasażerów – część, bo naturalnie nie dla wszystkich chętnych starczy miejsca. Szczęście w nieszczęściu, gdy okazało się, że jestem w gronie 12 szczęśliwców, bo odprawiłem się online, więc miałem zagwarantowane miejsce w samolocie przylatującym z Krakowa. W międzyczasie sprawdziłem połączenia przez Warszawę Kopenhagę Monachium i Frankfurt i tak czy owak do Zurichu dotarłbym dopiero następnego dnia.
Ostatecznie zdecydowałem się zostać kolejną noc we Wrocławiu i właśni poszedłem zakomunikować to pani z odprawy, kiedy dowiedziałem się, że samolot z Krakowa już po nas leci. Nadałem więc bagaż, po czym poszedłem do bramki bezpieczeństwa pozostawiając za sobą cały ten rozhisteryzowany wrzeszczący tłum niezadowolonych pasażerów, którzy nie mieli tyle szczęścia co ja. W hali odlotów nie było jeszcze informacji, z którego wyjścia będzie odlatywał mój samolot, dlatego postanowiłem cierpliwie czekać 5, 10, 15, 20 minut, gdy zaczęła zbliżać się 18.00 a mojego samolotu wciąż nie było widać nawet na tabeli odlotów zdecydowałem zasięgnąć informacji od rudej pani z obsługi bramki. Usłyszałem, że przecież mój samolot został odwołany pomyślałem, więc linearnie no tak idiotka mi się trafiła. Nie zrażony odpowiedzią jakiejś głupiej cipy poszedłem do innej pani, która abrakadabra, czary magia niestety potwierdziła tą informację. Jakbym z bejsbola dostal ch..j mnie strzelił. Się wpierdoliłem lekko, dlatego rozczarowany i zły chciałem jak najszybciej odebrać swój bagaż, opuścić lotnisko i wtedy okazało się, że to wcale takie proste nie jest, bo kazali mi wyjść, ale bez bagażu i próbować odebrać go nazajutrz albo wspaniałomyślnie zaoferowali, że sami mi go przywiozą pod wskazany adres, k..a jego mać, wkrótce. Już miałem pani wyrzygać, co myślę o jej pomyśle, gdy rozległ się błogosławiony glos z nieba ogłaszający wszem i wobec, że samolot do Zurichu odleci o 18.15 – normalnie Pan jest moim pasterzem, być musi, że skończyli już produkcję amfy w piwnicach lotniska i łyżeczkami ją se do tej kawy wsypują albo z mąką mieszają że tak dobrą nowinę ogłaszają. Mam duży poziom zen, więc trudno mi było wspiąć się na wyżyny ciężkiej kurwy, na której najlepiej mi się pisze, o czym wtedy tylko pomyślałem.
Samolot przyleciał, autobus już czekał żeby przewieźć całą naszą dwunastkę na płytę lotniska i wtedy okazało się, że miejsc jest tylko 10, bo ktoś wreszcie użyl chyba kalkulatora albo może dwoje pasażerów ukryło się w kiblu w samolocie, że nie zdołali tego wcześniej policzyć. Znowu miałem szczęście, bo pozwolono mi przejść i to nie mnie odprawiono z kwitkiem. W takich momentach zwykle popuszczam, bo świat niby cały taki zły a dla mnie wtedy od razu jakby słońce zza chmur wychodzi, bo Eurolot mnie kocha. I tak z uczuciem ulgi, wiary i samozadowolenia wszedłem na pokład prawie pełnego już samolotu, który zawieźć miał mnie do domu, zająłem wygodnie miejsce w fotelu obok jakiejś na oko 50 letniej cycatej blondyny i prawie zacząłem zapominać o całej tej złej przygodzie, gdy piersiasta dziunia odwróciła się, podała mi rękę i dziwną polszczyzną zakomunikowała mi ‘Grażyna jestem’. Grażyna była z Krakowa, wracała do Zurichu gdzie mieszkała od ponad 30 lat. Strasznie dziwnie bełkotała i szybko zorientowałem się, co mogłoby tego przyczyną. W pewnym momencie po raz któryś z kolei pytając mnie o moje imię, wiek i skąd wymsknęło jej się, że strzeliła sobie dwa piwa na lotnisku w Balicach. Grażynie buzia się nie zamykała, trajkotała bez sensu i zadawała w kółko te same pytania raz po raz obejmując i czule głaszcząc moje ramię, rzucając niby mimochodem, że ładnie pachnę. Gdy zaczęli serwować zimne i gorące napoje cycatka bardzo się ucieszyła, jakby bardziej pobudzona zażyczyła sobie wody i soku pomarańczowego, a zaraz po zniknięciu wózka ze stewardesami wyciągnęła napoczętą butelkę żubrówki. Powiedziałem, żeby tego nie robiła, ale było już za późno, wódeczka chlupnęła do obu szklaneczek. Graża zaproponowała mi kielonka i nie przeszkadzało jej nawet to, że piłem kawę – kto powiedział że kawy nie można pić z alkoholem.
Średnio podobała mi się szopka, jaką zaczęła odstawiać ta pani, widząc moją zniesmaczoną minę zaczęła częstować alkoholem siedzących wokół niej współpasażerów, jednego pryz okazji niechcąco niezdarnie polała próbując zaoferować mu darmowego karniaka. Cyrk trwał w najlepsze przy całkowitemu przyzwoleniu personelu poglądowego, który wolał poświęcać się opier…iu i innemu wellness. Gdy Graża po raz kolejny zaczęła wtulać się w moje ramię i wkładać mi język do ucha odepchnąłem ją a ona wylała na siebie całą zawartość kubka, za co dostało się też i mnie, bo przecież siedziałem obok. Mój fotel był mokry tak samo jak moje nogawki, poprosiłem grzecznie stewardesę żeby przyniosła nam serwetek, bo mojej współpasażerce zdarzył się wypadek. Cipa nie załapała albo i nie chciała zrozumieć aluzji i wciąż udawała, że wszystko jest w najlepszym porządku, choć waliło wokół nas wódą jak z monopolowego. Pilot wreszcie ogłosił, że zaczynamy obniżać lot i za niecałe 20 minut wylądujemy w Zurichu. Grażyna wydawała się bardzo niepocieszona, usłyszałem że powinienem się zrelaksować i wyluzować i że ona chyba wie jak mi w tym pomóc. No i kiedy w całej kabinie wyłączyli wszystkie światła i zaczęliśmy lądowanie cycata parówa jednym gwałtownym ruchem rozpięła mi rozporek próbując dobrać się jak mniemam do mojego wacka. Wyskoczyłem z fotela jak poparzony, mój potencjał wkurwienny sięgnął zenitu a stewardessa krzyknęła każąc mi natychmiast usiąść. Gdy wylądowaliśmy zapytałem, wprost co zamierza zrobić z tą pijaną pizdą. Nie bardzo wiedziała co niby miałby zrobić z tą panią, która w międzyczasie przysnęła, więc zaproponowałem, że ja jej pokażę pokarze co się robi w takiej sytuacji i kazałem wezwać policję. Mam totalnie w dupie czy Eurolot odda mi te 70 franków za bilet, ale mam nadzieję że ta linia niedługo padnie z hukiem, żeby takie wulgarne pijane parówy jak Grażyna musiały napir…lać do Szwajcarii rozklekotanym, często ulegającym wypadkom, dalekobieżnym autobusem PKS.
Na cala ta sytuację, ze zbyt wysokim ciśnieniem, ale z dbałością o styl jestem za słaby merytorycznie, nawet żeby napisać zwykł reklamacje. Ten brak zdecydowania utrudnia mi zogniskowanie wzbierającej kurwicy, a nikt nie lubi wkurwiać się po łebkach, niech zostanie wiec owiana tajemnicą, spowita mgłą, spoczywająca w sejfie na dnie oceanu, na nieodkrytej jeszcze planecie w odległej galaktyce w zupełnie innym wymiarze…

Otagowano | 2 Komentarze

Na wojennej ścieżce z szefową – weekend we Wrocławiu

Nareszcie! Po prawie 7 latach od momentu mojej przeprowadzki do Szwajcarii Eurolot uruchomił bezpośrednie połączenie między Zurichem a Wrocławiem. Do tej pory musiałem zrywać się z lóżka o 4 rano by zdążyć na pociąg na lotnisko w Kloten skąd o 9 odlatywałem do domu, ale z przesiadką w Monachium albo Duesseldorfie. Dziś było normalnie u bez pospiechu: mogłem pójść normalnie na lunch z koleżanką, spokojnie skończyć pracę, wyjść z biura bez pośpiechu i zdążyć na samolot o 21 a jeszcze przed północą być już w hotelu we Wrocławiu.
Dziwnie było zobaczyć Wrocław na tablicy odlotów. Odległość jakby się zmniejszyła.
Zamierzam korzystać z tej dogodności ile się da i spędzać możliwie jak najwięcej weekendów we Wrocławiu z rodziną i przyjaciółmi, zwłaszcza teraz jak robi się coraz cieplej. M z entuzjazmem przyjął pomysł kursowania między Wrocławiem a Bernem, bo w Polsce bardzo mu się podoba, zwłaszcza że krąg moich znajomych mówiących po włosku znacznie ostatnio mi się powiększył. Jak tylko wrócimy z Kataru na pewno zaplanujemy nasz pierwszy wspólny wyjazd.
K. wydaje się bardzo poruszona całą sytuacją w pracy, dałem jej do zrozumienia, że podpisuje się obiema rękami pod tym co wcześniej napisałem jej w mejlu i to chyba najbardziej ją zabolało. Nie wiem, może liczyła że po dwóch tygodniach spuszczę z tonu a może nawet że ją przeproszę. Nasza pierwsza rozmowa nie była przyjemna, ona płakała a ja odtwarzałem jeszcze raz to samo co wcześniej jej pisałem, po czym wyczuwając że jest w lekkim szoku zaproponowałem zająć się biznesem, wrócić do naszej agendy i spraw bieżących. Nie miałem zupełnie ochoty słuchać jak beczy, jęczy i smarka mi do ucha.
Szybko mi się za tą szorstkość oberwało, nie dostałem zgody na uczestnictwo w czerwcowej konferencji w Hamburgu. Miałem wziąć udział w dyskusji panelowej z czwórką innych gości oraz wygłosić 20 minutowe przemówienie. Powiedziała twardo nie, twierdząc że do czerwca jest sporo czasu i wiele może się jeszcze wydarzyć, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że termin potwierdzenia uczestnictwa mija za kilka dni. Zgodziłem się z nią, bez zająknięcia, w końcu ja te że nie wiem, co będzie jutro a co dopiero za 3 miesiące, na co lekko poirytowana szybko zakończyła rozmowę rozłączając się bez pożegnania.

Otagowano , , | Dodaj komentarz