Ja & Canberra

Już drugiego dnia po przylocie do Sydney wzięliśmy udział w wycieczce za miasto. Jet leg w ogóle nam nie dokuczał, pierwszą noc przespaliśmy normalnie i bez budzenia się o dziwnej porze.

Hotelowe śniadanie nie przypadło nam do gustu zwłaszcza pod względem ceny (35 AUD), dlatego przed zbiórka na wycieczkę do Canberry wyszliśmy z hotelu w poszukiwaniu jakiegoś miłego deli. Nie musieliśmy daleko szukać, bo tuż za rogiem w kierunku Marriott Harbour natrafiliśmy na smakowicie wyglądający coffee bar serwujący wszystko, czego dusza pragnie: omlety, fritaty, jogurty, muffiny, ciasta, rogaliki, sałatki owocowe, cieple kanapki z tuńczykiem albo łososiem, ryz, kiełbaski i przysmaki kuchni chińskiej. Chińczycy prowadzący ten lokal okazali się bardzo gościnni i dzięki temu zjednali sobie naszą lojalność – obiecaliśmy stołować się u nich codziennie przez cały nasz pobyt w Sydney.

Zbiórka zaplanowana była na 7.25 a punkt 8.00 po zebraniu innych współpasażerów mieliśmy wyjechać w kierunku stolicy. Niestety w każdej grupie musza zdarzyć się jakieś indywidua… W naszej trafiliśmy na kilka: hinduską parę, w której mąż maharadża nie rozumiał pojęć miejsce i godzina zbiorki, targając za sobą ogon w postaci starej, garbatej i brzuchatej żony, samotnie podróżujący Tamil, który nigdy nie pamiętał gdzie wsiadał i wysiadał, 5 osobowa rodzina ogrów z Papui i Nowej Gwinei – jednakowo smolisto czarna, płaskonosa, niskiego wzrostu, potwornie otyła i notorycznie spóźniająca się, myląca miejsca zbiórki, gubiąca paszporty i uwielbiająca stołowanie się w przy autostradowych jadło budach serwujących wątpliwej, jakości pasze w towarzystwie chmary much.

Dzięki takim okazom z każdego punktu programu wyjeżdżaliśmy z dużym opóźnieniem.

Myśląc o Australii, pierwszym miastem, jakie przychodzi mi do głowy jest Sydney – oklepany widok budynku opery nad zatoką oraz wspomnienie Olimpiady z 2000 roku. Miastem mniej reklamowanym i odwiedzanym jest Canberra. Ta dziura jest jednak siedzibą rządu, Parlamentu i wszelkich australijskich instytucji.

 

 

Canberrę wybrano na stolicę dopiero w roku 1908. W tym czasie Parlament mieścił się jeszcze w Melbourne, a inne instytucje rządowe w Sydney. Oba, już rozwinięte i największe w Australii miasta, ostro rywalizowały ze sobą o miano stolicy. Nie chcąc tracić popularności ani w Melbourne, ani w Sydney, ówczesny Parlament zdecydował się na śmiały krok i ustalił, że stolicą będzie miasto, pośrodku, czyli w nieznanej nikomu dziurze o nazwie Canberra.

Idea „zielonego miasta ogrodu ” sprawiła, że Canberra jest miastem położonym na ogromnej przestrzeni. Szerokie drogi są właściwie, alejami, niskie domy stoją z daleka od siebie, każdy otoczony wielkim ogrodem. Po Canberrze jeździ się jak po rozległym parku, bo spoza zieleni widoczne są tylko największe budynki. W centrum znajduje się pięknie wymodelowane jezioro, a znaczna część miasta leży u podnóża góry Black Montan, porośniętej gęstym lasem eukaliptusowym.

To rozsianie i rozrzedzenie sprawiają, że spacery są właściwie niemożliwe, bo dotarcie z jednego punku to drugiego zajmuje przynajmniej kilkadziesiąt minut, a nawet godzin. Wszyscy, więc w parkowej Canberrze poruszają się samochodami. Na uroczych, alejach nie widać przechodniów delektujących się zielenią miejską. Nawet rowery są rzadkością, a dzieci do szkół są dowożone autobusami.

Canberra zdaje się być sterylnym zielonym miastem-uzdrowiskiem, w którym życie toczy się jednak bardziej powoli. Dla Europejczyków, zupełnie nie mieści się w koncepcji stolicy, gdzie wartko i całodobowo ulicami śpieszą się przechodnie, a noc nie jest ciemna i wypełniona odgłosami przyrody. Najciekawszym i najbardziej znanym miejscem Canberry jest narodowy Parlament. Jego projekt i wykonanie wzbudziło wiele kontrowersji w australijskim, narodzie, bowiem koszty budowy a także utrzymanie przerosły najśmielsze prognozy. Parlament, bowiem mieści się we wzgórzu, został dokładnie wtopiony w kształt naturalny najwyższego wzniesienia Canberry.

W zgodzie z ideą miasta w naturze, budynek przykryty został warstwą ziemi z nienagannie utrzymanym trawnikiem. Zielony dach obsiano fantastycznie zieloną trawą, wymagającą nieustannego podlewania, a woda jest ponoć towarem deficytowym w tym kraju.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Sydney

Zdarza mi się, w nowym miejscu czuć się tak, że od razu mógłbym tam zamieszkać. Tak jest z Sydney.
Sydney jest miastem pięknym i młodym. Ta młodość wylewa się z każdego fragmentu miasta, ze sposobu, w jaki ludzie chodzą po mieście, ze sposobu ubierania się, (wszędzie na mieście widać ludzi w klapkach), ze stylu życia.
Wszystko jest możliwe, wszystko jest w zasięgu ręki. Chcąc podkreślić swoją wyjątkowość nie ma praktycznie żadnych sztywnych reguł zachowań: ludzie są nieprawdopodobnie bezpośredni. Sydney jest miastem typowo hedonistycznym, ilość klubów, dyskotek i barów jest nieprawdopodobna. Australijczycy mają do siebie cudowny dystans i stąd lubią żartować sami z siebie, co nie jest cechą, z której słyną Polacy. Do klubów, restauracji można pójść w sandałkach, w klapkach, w czym się chce. Najważniejsze, żeby się dobrze bawić. „G’day!” to typowe zawołanie miasta. „Cheers!” zamiast „dziękuję”. Ich pogoda ducha, bezpośredniość jest tak zaraźliwa, że można wszystko wybaczyć: jak nie lubić narodu, który chwali się tym, że jako jedyny w historii ludzkości ma premiera skonsumowanego przez rekiny. Jednocześnie jest i druga strona Sydney – konserwatywna, ze spokojną okolicą niedużych szeregowych domków o charakterystycznym wyglądzie, z balkonami przyozdobionymi metalowymi barierkami, o wzorach przypominających wiktoriańskie koronki.
Bez wątpienia zaczynam najwspanialszy, najszczęśliwszy, najbardziej intensywny i najpiękniejszy tydzień mojego życia.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

24 godziny w chmurach

Na lotnisku w Zurichu pojawiłem się 90 minut przed wylotem, podczas gdy K przebywała tutaj od 17.00 biorąc udział w randce w ciemno z portalu randkowego.
Lot jest tak długi i o tak późnej porze, ze w drodze do Singapuru nie zamawiam nawet jednego posiłku.
Wylecieliśmy punktualnie przed północą a po szybkich dwóch kolejkach whisky rozłożyłem fotel i zasnąłem kamiennym snem.
Jakaś nieostrożna stewardessa przechodząc z wózkiem, z którego wydawała śniadanie rozsypała cala jego zawartość na przypadkowym pasażerze w klasie ekonomicznej. Komuś się poszczęściło i będzie wracał w biznesie.

***
Na Changi mieliśmy prawie 3 godziny postoju, akurat żeby wziąć prysznic, ogarnąć się, zrobić szybkie zakupy przed kolejnym 7 godzinnym lotem do Sydney. K znosi podróż dzielnie, co chwila powtarzając, ze gdyby przyszło jej lecieć do Australii w ekonomiku już dawno miałaby kryzys. Z reszta ja chyba tez, ale szerokie fotele w Singapore Airlines skutecznie pozwalają mi o tym zapomnieć.

***
Podczas lotu z Singapuru do Sydney udało mi się zdrzemnąć parę godzin, dzięki temu lądując o 7.30 czasu lokalnego w Australii bylem spokojny, ze uda mi się oszukać zmęczenie spowodowane zmiana stref czasowych. Choć jako jedni z pierwszych wyszliśmy z samolotu kontrola imigracyjna i fito sanitarna zajęły nam prawie dwie godziny. Pies obwąchiwał mój bagaż kilkakrotnie, a i tak nic nie znalazł i w końcu dotarliśmy do wyjścia w hali przylotów gdzie czekał na nas kierowca, który zawiózł nas do hotelu.
W Radissonie nie obyło się bez czekania na klucz, dwie godziny koczowaliśmy na sofach vis a vis recepcji raz po raz rzucając błagalne spojrzenia w kierunku recepcjonistki.

Jest ciepło, ale wietrznie. Bardzo mi się tutaj podoba.

Opublikowano Australia, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Przed wylotem na Antypody

W ostatni dzień przed powrotem do Szwajcarii zdążyłem spotkać się z M, z którą nie widziałem się odkąd wróciła z Kostaryki, wypić kawę z dawnym współwspaczem, którego poznałem tuż przed wyprowadzką do Szwajcarii, a który obecnie za sprawą siłowni i regularnych treningów przyciąga niczym magnez, czego nie można powiedzieć o jego intelekcie, zrobić zakupy w Renomie, wpaść do rodziców na bliskie spotkanie 3. stopnia z dalszą rodziną, do której się nie przyznaje i świadomie bojkotuje spotkania z nią od przeszło 6 lat, a na koniec skoczyć do chłopaków na Krzyki na wódeczkę by porozmawiać o randkach i seksie z niepełnosprawnymi gejami. W dodatku rano bylem wypoczęty, pełen wigoru i radości, że już niedługo wsiądę w samolot, który zabierze mnie naprawdę daleko.

Z K spotkaliśmy się na lotnisku w Monachium i odtąd oficjalnie rozpoczęła się nasza australijska przygoda. Zostaliśmy jeszcze tylko na noc w hotelu Zurichu, bo okazało się, że w domu nie mamy prądu i jest jak w grobowcu a M biega wszędzie ze świeczką dopóki nie zjawi się jakiś elektryk.
K i M przypadli sobie do gustu. Po raz kolejny przekonałem się, że żeby kogoś polubić wcale nie trzeba z nim rozmawiać, bo to się czasami po prostu czuje. M wystrojony od stop do głów powitał nas w progu naszego domu a później zabrał na lunch do Azzurro. K takich frykasów nie jadła od dawna, nie dawała się zbytnio prosić i pałaszowała wszystko, co podstawiał jej M.
K patrząc na nas stwierdziła, że jesteśmy fajną parą i że dzięki M stałem lepszy i atrakcyjniejszy pod względem wyglądu, co nie jest nieprawdą, bo kupowania, dobierania ciuchów i dodatków nauczył mnie M.

Wskoczyłem jeszcze ostatni raz do wanny zrelaksować się przed czekającym mnie długim 24 godzinnym lotem…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Bez komentarza

Matka bombarduje mnie wiadomościami żebym wszedł na skype. Świadomie ignoruje jej natarczywe smsy i dopiero dzień później wysyłam zaproszenie do rozmowy. Przez ponad kwadrans nie pojawia się online, dlatego dzwonię do niej na komórkę. Dowiaduje się, że mój brat próbując cos sobie wydrukować zawirusował im domowy komputer, który w rezultacie przestał działać.

Dzwonie do brata, żeby go opieprzyć wysłuchując historii…

Jak tylko wyszła z domu zrobić zakupy, zasiadł przed komputerem i zaczął buszować po stronach porno. Pech chciał, ze cos wcisnął, cos mu się samoczynnie zainstalowało a na monitorze pojawił się ogromny migający komunikat: twój komputer został zablokowany przez policje.
Wpadł w panikę, wyłączył komputer j zadzwonił do młodszego syna prosząc o pomoc. Ten akurat był w pracy, nie mógł przyjechać, dlatego wyrwał wieżę z okablowaniem i ukrył w bagażniku samochodu.
Gdy żona wróciła z zakupów i zapytała, co stało się z komputerem wymyślił na prędce historię o wirusie zwalając całą winę na młodszego syna.

Syn przyjechał z odsieczą dopiero po kilku dniach, uradowany ojciec pomógł mu podłączyć na nowo wszystkie kable i uruchomić komputer. Gdy włączyli przeglądarkę odtworzyli wszystkie adresy i hasła, które wpisywał ojciec: mokre ciuszki, wilgotne nastolatki, wąskie szparki…

Mój tato.

1 komentarz

Przedświąteczna gorączka

Do Berlina przyleciał porannym lotem, w ten sposób od południa mogliśmy beztrosko eksplorować świąteczne jarmarki i buszować wspólnie po sklepach w KaDeWe. Nie wiem czy to mój urok czy magia świąt albo końcówka roku i potrzeba przedłużenia kontraktu, ale od chłopaków z działu sprzedaży dostaliśmy piękny suit, kosz owoców i pudło świątecznych suwenirów. Az mi się głupio zrobiło, kiedy wszedłem do pokoju i okazało się ze po raz kolejny zrobili mi upgrade, w ramach rewanżu sprezentowałem im dwie butelki szampana.

M bardzo spodobał się pomysł wspólnego wyjścia na kolacje do First Floor w hotelu Palace, nasłuchał się o tym miejscu ode mnie a potem wyczytał gdzieś na internecie, ze lokal dostał gwiazdkę Michelin. Nie nastawialiśmy się, ze wyjdziemy stamtąd objedzeni, bo szef kuchni serwuje dania gourmet, świadomie zdecydowaliśmy się na 9 daniowe specjalne menu, ale gdy przy naszym stoliku pojawił się on we własnej osobie z czarnymi od krwi albo i brudu dłońmi, apetyt trochę nam zmalał. Przez cały wieczór było milo, wykwintnie i smacznie, ale miejsce i atmosfera sprawiły wrażenie ciężkich i nadętych. Obojgu dopisywały nam humory, wiec beztrosko trajkotaliśmy w oczekiwaniu na kolejne talerze, szybko zapominając o niesmacznym incydencie. M był nieszczęśliwy tylko z jednego powodu – nie mógł robić zdjęć podawanych potraw.

Po powrocie do Szwajcarii przypadkiem dowiedzieliśmy się, że w tym samym czasie do Berlina przylecieli P i F. Nie wiedzieliśmy o tym, dlatego nie spotkaliśmy się z nimi, ale nawet gdyby, to po ostatnich ekscesach nie mieliśmy okazji na ich towarzystwo. Ani mnie ani M nie ciągnie do branżowych lokali i innych przybytków, ale gdy tłumaczył P, że jedliśmy kolacje w Fist Floor wypadł mało przekonująco…

Przygotowania do wyjazdu na Antypody trwają pełną parą. Pałuję się trochę z potwierdzaniem wszystkich wycieczek, bo okazało się, że wykupywanie ich poprzez 9 różnych biur podróży nie było najrozsądniejszą decyzją. Okazało się, że w Uluru jest plaga much i muszek, które wchodzą do uszu, nosa, oczu, wpadają do ust że koleżanka poleciła mi kupić moskitierę doczepianą do kapelusza. Wyglądam w niej niczym pszczelarz, ale jeśli ma mnie to uchronić to warto zrobić z siebie clowna.
Trochę cykam się wyjazdu z K i spędzenia ze sobą 3 tygodni non stop, z drugiej strony znam siebie i niewyartykułowanych problemów i konfliktów nie zamierzam brać do siebie.

W czwartek przed wylotem do Wrocławia moja firma zorganizowała świąteczną kolację w naszym lokalnym Schweizerhofie. Impreza odbywała się pod hasłem Great Gatsby, więc przez kilka tygodni buszowałem po sklepach internetowych kolekcjonując strój i stosowne dodatki z lat 20tych by móc godnie się zaprezentować. Byłem zaskoczony, że na prawie 100 osób może 5 przyszli nieprzebrane. K dotrzymywała mi towarzystwa, co zostało uwiecznione na wielu fotografiach. Dziewczyny, które wybrały miejsce wykazały się intuicją, bo hotelowe wnętrza doskonale wpasowały się w tematykę i atmosferę tamtych czasów…

Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Amsterdam i Berlin

W zeszły weekend M musiał znowu pracować w sobotę i był z tego powodu bardzo niezadowolony, widząc jego nie szczęśliwą minę i mając w pamięci moją kilkutygodniową nieobecność obiecałem mu zająć się domem, bo cały weekend miałem wolny. Zrobiłem śniadanie, pranie, ogarnąłem nieład, poprasowałem tak, żeby M nie miał powodów do fochów. Około południa wysłał mi sms, że po pracy idzie na ostry dyżur, bo sobie ukroił kciuk…
Zadzwonić chciałem, ale w pracy nigdy nie odbiera, więc upewniłem się tylko czy żyje i czy mam przyjechać po niego do restauracji. Odpisał, że nie ma takiej potrzeby.
Oczami wyobraźni widziałem już pokiereszowaną jego łapkę, krwawą rzeźnie na kuchennym stole i oderżnięty kikut leżący gdzieś pomiędzy karczochami a owocami morza. Przed końcem pracy upewniłem się czy aby na pewno mam nie przyjeżdżać. Odpisał, że nie…
Wiec trochę bardziej uspokojony wróciłem do swoich domowych zajęć, słuchając sobie muzyki.
M zadzwonił jakąś godzinę później z pytaniem gdzie jestem, bo czeka na mnie…
Okazało się, że amore w ostatniej chwili zmienił zdanie i zapragnął, żebym jednak poszedł z nim do tego lekarza, tak na wszelki wypadek gdyby okazało się, żeb nie może dogadać się ani po włosku ani po francusku… Przeczytałem te wiadomość za późno, a M mruknął tylko „ok ciao” i się rozłączył.
W 5 min bylem ubrany i a następne 10 zajęło mi dotarcie do ambulatorium. M niestety nigdzie nie było, nie odpowiadał na smsy ani nie podnosił telefonu postanowiłem wiec czekać nim zgłoszę zaginiecie na policje. Wyobrażałem sobie, żeb pewnie chce mnie ukarać, że mnie przy nim nie ma jak mnie potrzebuje, raz po raz pocieszając się, że jeśli rzeczywiście ma czas na takie gierki znaczy, że wszystko z nim jest w porządku.
Szczęście największe odnalazło się po pól godziny, z 3 szwami i zabandażowanym paluchem, tygodniowym zwolnieniem lekarskim, ale na cierpiącego nie wyglądał a jedynie przejętego, bo okazało się, że to jego pierwsze szwy w zyciu. Zabrałem więc nieszczęśnika na różowego szampana do baru gdzie po drugiej lampce ostatecznie przekonałem się, ze amore będzie żył jeszcze długo.
W drodze powrotnej weszliśmy do delikatesów w Globusie i obkupiliśmy się w same smakołyki: gotowaną włoską szyneczkę, peperoni nadziewane tuńczykiem, sałatkę z awokado, kiszone ogórki, foie grais, łososia, butelkę pouilly fuisse i eklerki od Sprungli…

Miało być tak pięknie, w domu miałem być, przynosić M kawę do lóżko rano, pracować w biurze i kończyć prace o 17, miałem prać, prasować i najważniejsze być przy nim… Dupa.

Niespodziewanie wypadły mi wyjazdy do Amsterdamu i Berlina. Nie lubię jeździć nigdzie w grudniu, bo zwykle tracę mnóstwo czasu na lotnisku czekając na opóźniony samolot albo poprawę warunków pogodowych. I tym razem było tak samo, KLM miał prawie godzinę obsuwy, taksówka wlokła się nieziemsko z lotniska do hotelu a potem z hotelu biura. Szkolenie zrobiłem w niecałe 60 minut a resztę czasu spędziłem przy kawie i ciastkach flirtując z nowym office managerem. Poznaliśmy się przez telefon, kiedy zaskoczony odkryłem, ze Laurens, do którego dzwonie to nie urocza kobieta a facet, który w drugim zdaniu oświadcza że mu wszystko jedno, bo jest versatile. Nie mogłem przestać się z niego śmiać przez następne kilka minut a jak wreszcie się zobaczyliśmy to już wiedzieliśmy, że gramy do jednej bramki.

Do Berlina lecę dzisiaj, na razie sam, ale jutro rano przylatuje M i zabieram go na świąteczną kolacje do First Floor w Hotelu Palace.

Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Kijowo w Kijowie

Moj kolega z Chorwacji (nota bene na widok, którego oczy się cieszą a członki sztywnieją), a który za uszami ma nie mniej niż ja, dostał pracę w Luksemburgu. 3 miesiące temu Chorwacja weszła do Unii i instytucje unijne na gwałt potrzebowały prawników ze znajomością angielskiego, francuskiego i chorwackiego. R. wysłał swoje dokumenty i 2 miesiące później już tam był. Choć znam go z tej mniej chlubnej i przyzwoitej strony, wiem że zawodowo nie ma, czego mu zarzucić.
Po naszych wyczynach w „zdobywaniu” Zagrzebia i Stambułu bardzo żeśmy się polubili a w tym roku pojechaliśmy na taki sam tematyczny weekend do Gdańska. Rekordu ustanowionego w Stambule R. nie pobił, ale do domu wracał z bananem na twarzy.

Na Filipinach syf, kiła i mogiła po przejściu huraganu, cieszę się, że odwołałem ten wyjazd. W nagrodę dla zapchania dziury w kalendarzu poleciałem do Kijowa. Zimno, szaro, buro, zgniło i ni chuja po angielsku dogadać się nie idzie. Ukraińscy nowobogaccy lubują się za to w dużych terenowych autach suvach koniecznie z przyciemnianymi bocznymi szybami zapominając, że nawet najdroższe auto, ale nieumyte wygląda tragicznie.

A no i wczoraj wieczorem wygrałem mecz.

Otagowano , | 2 Komentarze

Ten listopad chyba nigdy się nie skończy

Gdyby wszystkie miesiące pod względem wyjazdów wyglądały u mnie jak tegoroczny listopad to M nie dość, że zapomniałby jak wyglądam to jeszcze zostawiłby mnie za to, że wpadam do domu jak po ogień i nigdy nie ma mnie jak mnie potrzebuje a na jego głowie spoczywają: zakupy, sprzątanie, prasowanie, remonty, pranie, załatwianie spraw urzędowych no i sierściuch.
Od października trwa u mnie ciąg nieustannych podróży służbowych oraz prywatnych, dalszych i bliższych i tylko czekam aż M. wybuchnie mi w twarz przy byle okazji… Na razie trzyma się dzielnie, ale nie planuję wystawiać dłużej jego cierpliwości na próbę.
Żeby załagodzić lekko napiętą sytuację i wynagrodzić mu trudny okres życia solo zabrałem go na romantyczny weekend do Como. Wynajęliśmy auto, pokój w hotelu, zarezerwowaliśmy stolik na wieczór w Sant’Anna – puch, lukier, wata cukrowa, bąbelki i bita śmietana.

Nim na dobre wyjechaliśmy z Berna dwa razy musieliśmy wracać się do wypożyczalni aut: najpierw M zapomniał portfela z dokumentami i prawem jazdy, a potem karty kredytowej. Nie wiem czy to z roztargnienia czy z przejęcia. Gdy wybiło południe byliśmy już w drodze podziwiając malownicze górskie pejzaże na trasie do Ticino. Między Bernem a Lucerna na zmianę dżdżyło albo prószył śnieg, było zimno, pochmurna i zgniło, ale gdy tylko przejechaliśmy przez Tunel Św. Gotarda wyszło słonce. 17 km w tunelu wywierconym w litej skale pod Alpami i człowiek ląduje jakby w innym miejscu gdzie panuje inna pora roku. Szybko udzieliła nam się atmosfera luzu i relaksu, bo nigdzie nam się nie śpieszyło, nie planowaliśmy też niczego specjalnie zwiedzać.

Wiem dlaczego M tak ochoczo przystał na pomysł wyjazdu do Como. W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Foxtown i tam M. po prostu zwariował, zatracając się kompletnie w szale zakupowym: kilka par butów, spodni, koszul, swetrów, marynarka, komplet kieliszków plus 2 olbrzymie torby ze spożywką i winem. M widać jest niezniszczalny, bo choć spędziliśmy łażąc po sklepach ponad 4 godziny do końca tryskał energią i dobrym humorem. Ja byłem bardziej rozsądny, ale kupnie bucików od Prady oprzeć się nie zdołałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 2 Komentarze

Zapier papier

Ponad 3 godziny opóźnienia miał samolot z Luksemburga do Berlina. Luxair co pół godziny informował pasażerów o kolejnym opóźnieniu startu, co doprowadzało wielu do szału, zwłaszcza że ani razu nie podano przyczyn. O 21.00 kiedy odleciał ostatni planowy samolot do Monachium myśleliśmy z R. że będziemy zmuszeni zostać tu na noc. Gdy w końcu ogłoszono boarding tłum ruszył do bramki, wszyscy sprawnie poupychali torby w lukach bagażowych, pozapinali pasy byleby tylko pilot mógł już wystartować i wtedy niespodziewanie spadł śnieg i trzeba było odśnieżać skrzydła samolotu… Straciliśmy kolejne cenne półgodziny, które smacznie przespałem, bo wypite w loungu wino chyba zaczęło działać…
Do hotelu Concorde dojechaliśmy po 23 i nie chciało mi się już nic tylko wziąć prysznic i czym prędzej wskoczyć do lóżka, które kusiło swoim rozmiarem…
Aki zaprosił nas z R na wieczór do Hasira. Choć po południu nie mogliśmy odmówić sobie z R przyjemności wstąpienia na ostrygi do KaDeWe nie objadaliśmy się domyślając się, że Aki jak zwykle stanie na wysokości zadania z wyborem miejsca na kolacje. Choć dzień wypełniony miałem spotkaniami i bieganiem z miejsca na miejsce to przed wieczorem znalazłem czas tylko dla siebie i spotkałem się z czekoladowym kolegą z afrykańskiego buszu żeby odświeżyć naszą kilkuletnią współpracę…
W Hasirze byliśmy już drugi raz a w tureckich smakach zakochałem się tak samo bardzo jak w libańskich czy włoskich specjałach.
Aki zaciągnął nas później do baru w Waldorf Astoria na imprezę zorganizowaną przez Air France i Deltę, gdzie organizatorzy polewali głównie różowego sampana a na koniec jakiś firmowy koktajl na absyncie, który zmasakrował mi żołądek, że czułem jego smak jeszcze długo następnego dnia…
Spotkanie z Aki i R – tak, ale rozmowy o interesach o północy to już cios poniżej pasa, tym bardziej że panna z Air France za nic nie chciała mi odpuścić i zamęczała pytaniami o nasze trasy, ceny i możliwości podpisania kontraktu. Porozumiewawczo dałem znać, że chętnie bym się ewakuował na co Aki w końcu przystał zabierając nas do Harry’s baru w Grand Esplanade.
Są dni, kiedy uwielbiam swoją prace, ludzi z którymi pracuje i których spotykam, miejsca które mogę zobaczyć albo spędzić niezapomniane chwile w gronie świetnych imprezowiczów. Obiecaliśmy powtórzyć to znowu podczas targów w marcu.

Opublikowano praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz