czekolada con churros czyli weekend w Madrycie

A poleciała na 3 tygodnie do Madrytu szkolić swój hiszpański, pomogłem jej tanio kupić bilet i przy okazji zgadaliśmy się, że fajnie byłoby spotkać się gdzieś poza Wrocławiem a że takie decyzje podejmuję bardzo szybko kupiłem dodatkowy bilet dla siebie i poleciałem do niej na weekend. Pogoda była o niebo lepsza niż w śnieżnej Szwajcarii, co stanowiło przyjemną odmianę za to miasto dwa razy sparaliżowane było przez strajki metra i wielkie manifestacje. Pomimo tych niedogodności bez wielkiego ciśnienia i konieczności zaliczenia wszystkich atrakcji stolicy Hiszpanii w jeden weekend mogliśmy oddawać się prostym rytuałom picia kawy, gorącej czekolady con churros czy opychania się kanapkami z kalmarami a wieczorami odwiedzenia klubów z grupa świeżo zapoznanych znajomych. A że nie tylko imprezami człowiek żyje zaprosiłem A do Teatro Real na wieczorne Flamenco a ona w rewanżu pokazała mi galerie Prado. Pozazdrościłem A pomysłu kursu językowego i coraz bardziej dojrzewam do decyzji, że sam miałbym ochotę wyrwać się z pracy/domu i pojechać tak jak ona na kilka tygodni np. do Florencji czy Heidelbergu, poczuć się studentem, poznać nowych ludzi i pożyć atmosferą kursu językowego dla obcokrajowców.
W związku z chwilowym zakończeniem nauki w szkole językowej wspólnie z V zaprosiliśmy naszą nauczycielkę na kolację do nowo otwartej restauracji przy Bundesplatz. U M w Azzurro panuje ciężka atmosfera z powodu, co rusz odchodzących pracowników, a ja w dodatku niebawem porywam go na ponad miesiąc zagranicę nie miałem, więc ochoty narażać się na żale właścicieli, że nie będzie komu pracować. Nie moje małpy nie mój cyrk, właściciele muszą sobie radzić sami. Maria w rewanżu jeszcze tego samego wieczoru zaprosiła nas do siebie, co jest ewenementem w kraju takim jak Szwajcaria gdzie nie ma zwyczaju zapraszania nikogo do domu.
W środę po pracy A wyciągnęła mnie do Kornhausu na przedświątecznego drinka, po którym zaniemogłem następnego dnia późno pojawiając się w biurze. Potrójne Long Island Ice Tea nie jest na moją głowę i niby o tym wiem, ale niczego mnie to doświadczenie zdaje się nie nauczyło.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

weekend w Rzymie, praca w Stambule

W całej północnej i centralnej Europie pełno śniegu, samoloty nie odlatują o czasie, lotniska są zamykane a mnie coś trafia, bo nie dość że muszę do końca przyszłego tygodnia zamknąć kilka projektów to jeszcze nieustająco zwala mi się dodatkowa robota w postaci wylewających swoje żale tabunów uziemionych pracowników, reagujących niezadowoleniem a czasem wręcz wielkopańskim fochem na złe warunki atmosferyczne i niemożliwość wyjazdu w zaplanowaną służbową podróż. Tak jakbym to ja im ten cały śnieg sprowadził…
W sobotę udało nam się z M wylecieć na weekend do Rzymu. Nie mieliśmy żadnego opóźnienia, ale w drodze powrotnej do Zurichu M utknął na Fiumicino na dodatkowe parę godzin, podczas gdy ja nieświadomy niczego leciałem już do Stambułu.
Rzym powitał nas mroźnym i wilgotnym powietrzem, na które nie byłem przygotowany. Utknęliśmy w tłumie oczekujących przejazdu Ratzingera z okazji Immacolaty i pierwszy raz słyszałem na własne uszy jak mieszkańcy Wiecznego Miasta klną na zablokowane ulice w centrum, masy turystów okupujących i blokujących chodniki oraz chaos spowodowany świętem religijnym. Choć Katolik ze mnie mierny to na widok batmobilu z papą w środku ucieszyłem się pstrykając pamiątkową fotkę. Marzłem i kląłem pod nosem stojąc wieczorem na mrozie, gdy rodzina M i ich znajomi nie potrafili określić się, dokąd idziemy i w czy w ogóle chcą iść z nami na wspólną kolacje. Zupełnie nie przeszkadzało mi, co sobie o mnie myśleli, kiedy rzucałem w ich stronę gromy. Nie miałem w planie w ogóle niczego nowego kupować, ale jak Rzym i Via Condotti ze sklepami luksusowych marek to pokusa była silniejsza. Patrząc na swoją znoszoną starą teczkę i popruty zdeformowany portfel nie zastanawiałem się długo natrafiając na idealnie prezentujące się na sklepowych ladach odpowiedniki Bvalgari i Prady naturalnie po okazyjnej świątecznej cenie. Przekleństwo plastiku…
M w ogóle się nie hamował i wyszedł z nowymi butami i kurtką, która obojgu wpadła nam w oko i którą nota bene dostał ode mnie w prezencie, bo w przypływie radości nie potrafię nie dzielić z bliskimi….
W niedzielę zanim dotarliśmy do Trastevere M zabrał mnie na bazar Porta Portese, na którym kolorowi emigranci sprzedawali wszelkiej maści podróbki znanych marek. Wśród całej tej atmosfery odpustowej jarmarcznej sieczki, budek z kebabem, byle jak rozrzuconych toreb, spodni, szalików, czapek, butów i różnorakich akcesoriów przechadzali się rdzenni, wyelegantowani Włosi i otworzyło mi to oczy, że ten zawsze gustownie ubrany naród też czasem oszukuje, robiąc tam zakupy…
Mogłoby się wydawać, że po ponad 5 latach wspólnego życia pod wspólnym dachem z Włochem i obcowania z jego kulturą na co dzień, wiem o włoskiej naturze już wszystko. Utrzymywane pozorów, płytkość znajomości i przesadne dbanie o wygląd to znak rozpoznawczy wielu Włochów, to że stałem się większym materialistą i zacząłem robić zakupy w drogich butikach, zwracać uwagę na metki i cały ten splendor to głównie zasługa (wina?) M, jedyne czego we mnie nie zmienił to umiejętności opowiadania o zwykłych pierdołach z tak ogromną pasją jakby co najmniej opisywał arcydzieło światowego dziedzictwa kulturowego a M jest w tym wciąż nie do pokonania: o pizzy albo parzeniu herbaty opowiada używając bardzo wyszukanych wyrażeń, że popadam przy nim w kompleksy.
Po raz ostatni w tym roku poleciałem zrobić szkolenie do Stambułu. Pierwszy raz mieszkałem w azjatyckiej części miasta i bardzo miło się rozczarowałem, że choć to typowa sypialnia wielkiej metropolii pełna domów, apartamentowców, rezydencji, hoteli i biur to życie nocne trwa tam do późnych godzin nocnych. Kolega zabrał nas w okolice Bagdat Caddesi, którą nazwał pieszczotliwie turecką Champs-Élysées.
Lubię wracać do Stambułu i pracować z Turkami. W ciągu 3 dni poznałem kilkanaście nowych osób i wszyscy chodzili uśmiechnięci, każdy wydawał się przyjazny i naturalnie miło usposobiony zawsze chętny do pomocy albo otwartej dyskusji nawet na mało przyjemne czasem tematy biznesowe. Po mimo bariery językowej i słabej znajomości angielskiego z nieukrywaną radością przyjęli pomoc w postaci tłumacza, na którego pomoc mogliśmy liczyć, gdy ręce i nogi zawodziły albo, gdy ktoś wstydził się próbować mówić po angielsku… A że Turcy w ogóle wyglądają bosko to byłem bardzo cierpliwy, choć każde spotkanie trwało dwa razy dłużej niż zwykle tonie potrafiłem mieć im za to za złe, bo braki językowe nadrabiali uśmiechem i kruczoczarnymi włosami włochatymi rękami i masywnymi torsami. Czasem bałem się wstawać zza stołu, żeby nie zobaczyli jak bardzo się cieszyłem na ich widok…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | 2 Komentarze

zrzucanie z krzyża

Coraz lepiej dzieje się w robocie – byle tylko wytrzymać jeszcze 2 tygodnie, 10 dni w pracy, ale tylko 4 w biurze. Wczoraj przeczołgał mnie jeden VP, wziął mnie przez zaskoczenie, ale był bardzo ludzki, bo na wstępie zakomunikował, żebym nie brał tego do siebie, po prostu potrzebował spuścić z krzyża i trafiło na mnie.
Z uporem zapaleńców razem z M kreujemy naszą nową lepszą rzeczywistość i nie przestajemy uatrakcyjnić naszego życia i mieszkania, zmęczeni bylejakością i tymczasowością życia i pracy w kraju dobrobytu kupowaliśmy rzeczy na chwilę, przeto taniej i kosztem, jakości – postanowiliśmy więc to zmienić. Moja rodzina wydaje się tego nie rozumieć, obruszają się, kiedy tylko dowiadują się, że nabyłem kolejną a w ich mniemaniu zupełnie zbyteczną i niepotrzebną nową rzecz i próbują wmówić mi, że bylejakość i zaciskanie pasa jest najlepszą strategią i najlepiej zrobiłbym odkładając pieniądze na lepsze później, gdy wrócę już do Polski. Tylko czy wrócę albo czy chce zacząć żyć na emeryturze?
W końcu doczekaliśmy się naszego zamówionego zestawu wypoczynkowego. Przywieźli go kilka dni temu kiedy byłem w Warszawie. Niestety nie dane było mi się nim nacieszyć ani nawet go zobaczyć, bo okazało się, że ogromna sofa nie zmieściła się w naszym wąskim korytarzu w przedpokoju, więc panowie wnieśli i… znieśli kasując nas za tą usługę 300 franków i klnąc pod nosem pod naszym adresem. Uroki mieszkania na poddaszu ze skosami i łukami… O kupnie domu czy zamianie mieszkania na razie nie ma mowy, ale myślę że to tylko kwestia czasu i że za rok zacznie doskwierać nam nasza dzielnica i durni sąsiedzi.

Opublikowano praca | Otagowano | 1 komentarz

kociokwik

Łeb mi pęka od nawału pracy. Nie cierpię końcówki roku, budżetowania i zamykania roku w księgowości, szczególnie teraz, kiedy wszyscy wiedzą już, że znikam na całe 2 miesiące a zastępować będzie mnie szefowa, która niestety niewiele ma pojęcia o mojej pracy… Umówiliśmy się, że zrobię ile się da nim zniknę i zostawię ją z całym tym majdanem nie do poukładania, ale nim to nastąpi muszę poskromić wszystkich, wokoło bo ludzie mi żyć nie dają… Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych, ale wdrażanie się nowej osoby w stare tematy może trwać tygodniami a na to moi koledzy z wszystkich krajów czasu ani cierpliwości nie mają…
W zeszłym tygodniu z powodu śniegu utknąłem na lotnisku w drodze do Warszawy i najpierw się wykurzyłem, ale potem to nawet było mi na rękę to cale opóźnienie, bo w oczekiwaniu na kolejne połączenie spokojnie mogłem zająć się odpowiadaniem na zalegle maile i wykonaniem wszystkich zaległych telefonów. W ogóle to po raz kolejny zauważyłem, że moja efektywność pracy a zwłaszcza załatwienia pilnych tematów wzrasta proporcjonalnie do czasu jaki mi pozostał do momentu kiedy wpuszczają do samolotu. Nawet na najtrudniejsze maile potrafię odpowiedzieć szybko i konkretnie a odpowiednie słowa z nieopisaną łatwością i lekkością same wklepują się do komputera. Taka adrenalina mi służy… Choć podróż z Zurychu do stolicy zamiast 2 godzin zajęła mi ponad 9 z przymusowym postojem w Monachium to czas ten spędziłem bardzo produktywnie, udzielił mi się dobry humor, którym potem zarażałem K. przy kolacji a że energia mnie rozpierała to potem jeszcze zorganizowałem sobie fajerwerki do 2 nad ranem…
W ten weekend lecimy z M. do Rzymu skąd w poniedziałek rano lecę na spotkanie do Stambułu. We Włoszech mamy spotkać się rodziną M. co lekko mnie stresuje ale z drugiej strony nie mam się czego obawiać w końcu drugiego takiego indywiduum jak ja darmo szukać…

Otagowano , | Dodaj komentarz

weekend w Nowym Jorku

Czuję się trochę jak wind catcher i to dosłownie, choć w moim przypadku ścigam huragany. Huragan Sandy zaatakował Nowy Jork na 3 dni przed naszym przylotem do Stanów, pustosząc i dotkliwie paraliżując życie mieszkańców Wschodniego Wybrzeża.

Zastanawialiśmy się nawet czy by nie odwołać wyjazdu i polecieć gdzieś indziej, w końcu Nowy Jork nie zniknie ani nigdzie nie ucieknie. Po tym, gdy sytuacja się unormowała a linie lotnicze i hotel potwierdziły, że najgorsze minęło, spakowaliśmy walizki i w środę rano polecieliśmy na kilka dni za Ocean. Trochę na wyrost zapakowaliśmy same lżejsze ubrania, ponieważ po przylocie do NYC przywitał nas złowieszczy lodowaty deszcz i śnieg a temperatura spadła do 3 stopni.

Pokonując pieszo krótki odcinek z Grand Central Terminal do naszego hotelu na 48 i Lexington przemokliśmy do suchej nitki, M miał minę jak chmura gradowa i myślałem, że zabije mnie swoim wzrokiem. Na dodatek w pokoju było zimno jak cholera, bo jakiś idiota zostawił nam włączoną klimatyzację. Ostatecznie nic nam nie było, ale później musieliśmy unikać picia zimnych napojów bez lodu a ten kto bywa w Stanach wie, że to wcale nie takie proste zadanie bo kostki lodu wrzucają tam do wszystkiego. Jeszcze tego samego wieczoru wyszliśmy na krótko pokręcić się bez celu po Madison i 5. Alei, ale było tak kurewsko zimno, siorbał deszcz ze śniegiem, które trzeba było nieustannie skrobać z okularów, że ostatecznie poddaliśmy się i wróciliśmy do hotelu po drodze zaopatrując M. w pluszową czapkę a la Rusek z Syberii, którą to M. zakupił w jednym z magazynów. Zupełnie nie dało się chodzić po centrum przez te kilka dni, grymasiliśmy z powodu zimnego wiatru zwłaszcza rano, ale w ciągu dnia zawsze robiło się ładniej i cieplej.

W czwartek było o niebo lepiej, obudziliśmy się o 5 nad ranem i wyglądając przez okno ujrzeliśmy grubą pokrywę świeżego białego puchu pokrywającego parapety i gzymsy wszystkich okolicznych budynków. Pierwszy raz widziałem śnieg i zimę w Ameryce. Następne poranki były do siebie podobne – bardzo zimne, tylko śnieg zniknął za sprawą sprawnie działających służb porządkowych. Zabrałem M. do Central Parku po drodze zahaczając o typowo amerykański bar śniadaniowy serwujący omlety.

M przegonił mnie przez Metropolitan Musem of Art. by przez bite 3 godziny oglądać co Amerykanom udało się wywieźć z Europy Azji i Afryki, potem przez Guggenheima by na koniec odkryć salon Jonathana Adlera… M. wypatrzył w jednym z odcinków Will i Grace oryginalną i kultową lampę, która tak strasznie mu się spodobała, że zapragnął identycznej dla nas do naszego salonu. W galerii w Londynie jej nie sprzedawali, więc wydawało mu się, że oto nadarzyła mu się jedyna w swoim rodzaju okazja…

Problem był tylko jeden: lampa była całkiem spora, więc do samolotu byśmy jej nie dali rady wnieść a wysłanie jej kurierem do Szwajcarii kosztowało więcej niż ona sama. Widząc niesamowitą determinacje w jego oczach musiałem użyć wszystkich swoich talentów by spokojnie i rzeczowo przekonać go, że to nie jest dobry pomysł (w myślach biłem się żeby przypadkiem głośno nie powiedzieć poroniony). Na szczęście mili, uczynni i cierpliwie obsługujący nas przyznali nam rację, że wysyłanie lampy Fedexem to spory wydatek. M ostatecznie przyjął ten argument i pogodził się, że owej lampy tym razem nie kupi, ale w niczym nie powstrzymało go to przed wykupieniem polowy sklepu. I tak wracaliśmy z pościelą, narzutami, poszewkami, wazami, świecznikami, makatkami, dzbankami i piersiówką, która dostałem w prezencie za to, że byłem dzielny i na niego nie krzyczałem. Przy takim kliencie jak M nie dziwne, że obsługa skakała wokół nas jak zające próbując dopieścić nas z w każdy możliwy sposób – brakowało tylko jednego do pełnego wachlarzu i usług…

M szybko zakochał się w atmosferze Manhattanu, poczuł się niczym ryba w wodzie przepędzając mnie przez wszystkie markowe butiki i choć wcale nie planowałem robić jakichkolwiek zakupów obkupiłem się w nowe szmaty, kurtki, buty by na koniec w Soho spontanicznie nabyć unikatową rzeźbę Cec LePage. Postanowiliśmy wydać małą fortunę i zainwestować w sztukę, żartując że kiedyś sprzedamy ją z olbrzymim zyskiem. Od łażenia po Soho, East Village i Central Park nie czuliśmy nóg, ale było warto, bo M był wniebowzięty.

Codziennie pokonywaliśmy trasę z Times Square do Central Parku albo Soho i miałem momenty, że chciałem nastukać M za determinacje, z jaką pieszo eksplorował zakątki Wielkiego Jabłka. Ostatecznie pomysłu zakupu lampy nie udało mi się wybić M z głowy, dlatego na wiosnę zapowiedział mi już wielki powrót.
Cztery dni w Nowym Jorki i trzy wieczory spędzone na Broadwayu.

Wyciągnąłem M na Evitę, Mary Poppins i Mamma Mia. Dzięki temu, że bilety kupowaliśmy w ostatniej chwili tuż przed spektaklem udało się nam nabyć miejsca premium w cenie zwykłych. Miejsca w drugim rzędzie pozwalają zobaczyć każdy pieprzyk i siniak na ciele aktorów, zniekształcone interwencją chirurgiczną twarze aktorek, cellulit, krople potu spływające po czole, poobgryzane paznokcie albo niepokojące brązowe plamy na kostiumie w okolicy krocza, no i jeszcze intensywny, duszący zapach dymu przy efektach specjalnych..

Ricky Martin z bardzo bliska przyprawie o palpitacje serce i choć fanem jego piosnek nigdy nie byłem to ciacho z niego apetyczne. Przypomniałem sobie na nowo to dawno zapomniane uczucie, gdy byłem jeszcze niewinnym nastolatkiem…
W niedzielę po południu wróciliśmy do Szwajcarii skąd ja od razu przesiadłem się na samolot do Stambułu by stamtąd zaraz polecieć do Gdańska i spotkać się z ojcem…

A propos mądrości życiowych i sedna relacji męsko – męskich: Każda ”dama”, ma cenę. Trzeba po prostu pytać, a nie czaić się z kwiatami…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Cyklon krzyżuje moje plany

Bez nadmiernego uprzedzania się starałem się obserwować życie codzienne. Ciągły ryk klaksonów samochodowych i tych w mechanicznych rikszach jest głośny i skuteczny. Nieraz miałam wrażenie, że to właśnie klakson jest najlepiej działającą częścią w indyjskich pojazdach. Urzekające było to, że cały ten niby chaos, był na swój sposób ‘’zorganizowany’’. Żaden z kierowców nie okazywał zdenerwowania ani zniecierpliwienia. Na ulicach dzieje się wszystko: kwitnie handel na małych przenośnych wózkach, jeżdżą autobusy, riksze, porusza się całe zoo, biegają dzieciaki, chodzą ludzie z tobołami na głowach… Stąd bierze się chyba właśnie pierwsze wrażenie tego całkowitego chaosu.
Po jakimś czasie, gdy pierwsze przerażenie innością zamieniają się w zwyklejszą codzienność, nachodzą inne, bardziej smutne refleksje… Indie to nie tylko ferie barw i kolorów, mieszanka uderzających do głowy zapachów czy też jazgot przenikliwych dźwięków. To również kraj ludzkich dramatów i nieszczęść: żebrzących brudnych zaniedbanych dzieci, ludzi i rodzin, których jedynym majątkiem jest koszula, kawałek tektury do spania albo chatka zbita z kilku desek albo kawałka blachy…

Plan ostatnich dni pobytu był piękny – wylot do Chennai i pobyt w resorcie spa w Mamallapuram. W środę jednak, gdy próbowałem zrobić check-in ciągle wyskakiwał mi dziwny błąd a dopiero podczas lunchu przypadkiem obejrzeliśmy wiadomości BBC… Okazało się, że do Chennai zbliża się cyklon Nilam.

Od razu zadzwoniłem do Air India gdzie z porażającą precyzją poinformowano mnie, że mój lot został odwołany i najprawomocniej polecę albo wieczorem, albo za 2 dni albo za 3 dni albo kiedyś. Ciapackie linie lotnicze nie czuły się w obowiązku informowania mnie o niczym – przecież w końcu kiedyś bym poleciał. Podminowany próbowałem przebukować bilety na inną trasę, ale bez skutku, miałem zaledwie 3 kwadranse żeby się z tym uporać, bo zaczynałem następne spotkania a po przebrnięciu przez labirynt indyjskiej biurokracji udało mi się jedynie ostatecznie odwołać wszystkie hotele i nabyć powrotny bilet do Delhi.
Nazajutrz, gdy po kilkunastu godzinach w końcu tam dotarłem musiałem koczować przed wejściem do terminalu, bo samolot, który miał zabrać mnie do domu i cywilizacji odlatywał o 3 nad ranem a ja byłem tam już o 19.00, przez cały dzień nic nie jadłem, na lotnisku w Delhi restauracji brak, no może oprócz jakiś budek z lokalnym świństwem albo suchą karmą, skwar nie do wytrzymania – nic więc dziwnego że czułem jak rośnie mi gula. Gdy w końcu wpuścili mnie do samolotu byłem nieźle napruty winem, które szczodrze serwowałem sobie w loungu i nie miałem nawet siły cieszyć się możliwością lecenia nowym Boeingiem – zasnąłem nim samolot wystartował i obudziłem się dopiero we Frankfurcie.

W Szwajcarii wcale nie brakuje mi indyjskiego pozornego chaosu, zapachów, dźwięków. Ulice nie wydają się wcale nudne i jednostajne. Nie przeszkadza mi, że wszyscy ludzie tacy sami, w ciągłym pośpiechu, że nie spotka się siedzącego na słupie faceta, który po prostu siedzi… Drzwi domów są pozamykane, chodniki pozamiatane, ulice puste. Normalnie rajski widok. Nie ma potrzeby pokonywania labiryntu by przedostać się na drugą stronę drogi. Nie ma obawy, że zza węgla wyjrzy nagle święta krowa, której zamiary są nieoczywiste… Nasze ulice nie mają zapachu – no może poza smrodem spalin. W Indiach smród spalin miesza się z wonią kadzideł, które są wszędzie, gotowanych na ulicach potraw, zapachem rynsztoków. Do tego dochodzi to, co zostawiają po sobie wszystkie włóczące się po ulicach zwierzęta i ludzie. Wszystko to daje drażniąca nozdrza mieszaninę, która zostaje na długo. Indiami pachną moje jeszcze niewyprane koszule, kupione i spodnie, ale nie potrwa to długo, gdy do akcji wkroczy M.

Indie na pewno nie pozostawiają człowieka, który tam gościł obojętnym. Coś zostaje w głowie, w sercu, w duszy i nie jest to tylko zachłyśnięcie się egzotyką i orientem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

zaproszenie

Mój hinduski kolega sprawił mi niesamowita niespodziankę – zaprosił mnie do swojego do domu. Jadąc do niego o 8 rano zastanawiałem się, czego powinienem się spodziewać, przejeżdżaliśmy przez tak okropne dzielnice, że widoki napawały mnie głównie strachem i niesmakiem, ale wiedziałem, że spotkała mnie jedyna w swoim rodzaju okazja i zaszczyt, więc nie wolno mi było tego krytykować.

Do tej pory znałem Indie z perspektywy luksusowego hotelu, ale być zaproszonym przez Hindusa do domu to co innego.

Nie pasowałem zupełnie do tego miejsca, ani swoim strojem, ani drogim zegarkiem ani parą butów, które poproszone mnie by zostawić na zewnątrz. Czekało mnie bardzo miłe przyjęcie, poczułem się trochę jak w skansenie: ostra jarzeniówka, plastikowe krzesła, wiatraki na suficie, metolowa szafa-sejf, w której trzymane są ubrania, łóżko i wysuwany materac. Skorodowane barierki, obite krawężniki wszystko wydaje się bardzo liche i tymczasowe.

Przełożony mojego kolegi mało entuzjastycznie przyjął pomysł zaproszenia mnie do siebie domu, piętrzył przed nim problemy i trudności o to, co będę jadł i czy coś mi aby nie zaszkodzi, co jeśli będę chciał skorzystać z łazienki (dziura w ziemi) albo zobaczę warunki, w jakich mieszkają się zniesmaczę.

Zdaję sobie sprawę, że wszystko to to jedyna szansa na obserwacje z wewnątrz. Mogę zobaczyć to, co widać na ulicy, ale nigdy nie miałbym niestety okazji bliżej przyjrzeć się tamtejszemu życiu. Wprawne oko niejedno może wyłowić nawet z pobieżnej jedynie obserwacji…

Życie toczy się na ulicy. Zarówno codzienne jak i towarzyskie. Ludzie siedzą, pracują rozmawiają, a nawet niektórzy wcale nie krępują się wysikać do rynsztoku… Drzwi do domów są w większości przypadków otwarte… Jeśli gdzieś znajduje się miejsce pracy, również dzieje się to na widoku publicznym. Ludzie gotują, szyją, wyrabiają różne przedmioty itd., nie zamykają się, nie potrzebują do pracy tzw. świętego spokoju. Nie przeszkadza im hałas, rozgardiasz, zamieszanie, jakie dzieje się wokoło.

W Indiach wszystko dla przeciętnego Europejczyka jest inne, może wydawać się bardziej prymitywne i biedne, ale przecież w końcu nasza cywilizacja nie jest jedynym i obowiązującym wyznacznikiem rozwoju. W końcu pierwszym światem nie jesteśmy. Staramy się nie zapominać, że świat jednak nie ogranicza się jedynie do małej, bogatej i snobistycznej Europy…

Dusza świata jest właśnie w takich krajach jak Indie, które fascynują. Dla wielu są skansen, symbol uduchowienia, egzotyki…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ciężkie chwile

Jestem w Indiach dopiero 3 dzień, jednak nieustająco wszystkimi zmysłami rejestruję to, co dzieje się wokół mnie. W każdym niemalże elemencie rzeczywistość jest tutaj kompletnie odmienna, inna kultura, obyczaje, tradycje. Praktycznie wszystko. Wiele rzeczy mnie tutaj zaskakuje i dziwi, próbuję ich nie oceniać wprost ani zbytnio zrozumieć, bo to i tak bezcelowe – staram się akceptować wszystko takim, jakim po prostu jest.

Do gulgoczących ciapatych się przyzwyczaiłem, choć ciągle muszę zgadywać, czego ode mnie chcą. Najgorzej idzie mi z moim kierowcą, który nieustanie gluga coś pod nosem po swojemu a jedyne, co wyłapuje z jego pytań to ”shopping” bo koniecznie chce mnie zawieźć do lokalnego jubilera żebym kupił perły żonie matce albo innej siostrze. Codziennie pyta mnie, o której ma po mnie przyjechać i codziennie jest godzinę wcześniej i dzwonią do mnie z recepcji, że auto na mnie czeka. 2 lata temu trafiłem na takiego, który spał w aucie, będąc dyspozycyjny 24 godziny na dobę nie wiedząc, kiedy mogę go potrzebować, potem okazało się, że płacili mu za godzinę, więc nawet zwykły przestój był mu na rękę.

Dzisiaj na basenie zapytałem chłopca z obsługi gdzie jest wc – w odpowiedzi usłyszałem rozbrajająco szczere: to urinate on the left.

W naszym biurze czuje się bardzo swojsko, nie przepuściłem żadnej okazji by zejść na dół na pyszną aromatyczną kawę z mlekiem za równowartość 30 groszy. Po niej jedynej nie mam rewolucji żołądkowych ani po pepsi.. Zapamiętywanie imion wiecznie sprawia mi trudność: Madhavi, Kishore, Madhu, Arunkumar, Prudvi powtarzam sobie jak mantrę.

Przy wejściu do biurowca, w lobby odbywają się rozmowy kwalifikacyjne dla nowych pracowników. Kandydaci docierają (podobno czasem pieszo) z odległych regionów Indii w poszukiwaniu pracy biurowej. Nie obowiązuje idea umawiania się na spotkania w sprawie pracy. W Indiach w ogóle nie ma zegarów, nawet na lotniskach i dworcach. Po kilku dniach pobytu już wiadomo, że czas jest pojęciem względnym i nie odgrywa ważnej roli w życiu mieszkańców tego kraju. Wszystko załatwiane jest bardzo długo i bez zbytniego pośpiechu. Dla Europejczyka, gdy załatwianie sprawy trwa długo, oznacza to, że jest poważny problem, dla Hindusa – nic podobnego. Opanowali oni, bowiem znakomicie „bycie tu i teraz”. Żadnego planowania i wybiegania za daleko w przyszłość. Wszystko ustala się z dnia na dzień. Dla osoby – takiej jak ja – przyzwyczajonej do planowania może to być denerwujące.
Człowiek czuje się zagubiony i obcy a każda ujrzana blada twarz dodaje otuchy. Wtopić się w tłum raczej nie mam szans: z racji odmiennego zupełnie wyglądu i ubioru. Staram się po prostu przyzwyczaić, choć idzie mi to opornie: do farbowanych na czerwono włosów, obnoszenia się tanimi strojami rodem z Gorączki Sobotniej Nocy, nadmiernej gestykulacji, pielęgnowania paznokci albo raczej długaśnych żółtawych krogulców..

Z jednym mam tylko ewidentny problem i jestem uprzedzony jak cholera. Straszliwy, wszechobecny brud i smród. Osobom, które nigdy nie odwiedziły kraju takiego jak Indie trudno tak naprawdę to sobie wyobrazić. Prawdziwe góry śmieci walają się wszędzie. Na ulicach, w sklepach, na dworcach. Ludzie załatwiający swoje potrzeby na ulicy to standard: w drodze do pracy naliczyłem jednego dnia 8 sikających. Hindusi to brudasy niesamowite, nawet stojąc 2 metry od kubła na śmieci papier czy kiep od papierosa ląduje na ziemi.
W toaletach często spotyka się bidet. No, może nie w wyobrażeniu europejskim, bo toaleta to często otwór w podłodze z wodą do spłukiwania oraz szlauchem z wodą do podmywania. Jako pomoc służą czasem małe kubeczki. Irytuje powszechny brak papieru toaletowego.

Indie na pewno nie pozostawiają człowieka, który tam gościł obojętnym – Indie albo się kocha albo nienawidzi.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 2 Komentarze

Czasem słońce czasem śnieg

Hajdarabad powitał mnie, cudownie ciepłym, rozgrzanym, suchym powietrzem i słoneczną pogodą, które rozbudziły we mnie ochotę by wskoczyć od razu do basenu, ale nim z lotniska dotarłem do hotelu wygrało zmęczenie. O 18. byłem już w łóżku, na pól śnięty by obudzić się nagle o 1. w nocy i walczyć z bezsennością. Dlatego właśnie przyleciałem wcześniej, gdybym na drugi dzień miał iść do biura wyglądałbym nierześko. A tak spałem do oporu, rano zjadłem lekkie śniadanie, (po którym i tak mnie przeczyściło) zaserwowałem sobie 3 godzinny masaż w spa z ekstraktu owoców granatu, po którym oddałem się beztroskiemu lenistwu leżakując przy basenie obstawiony przekąskami i piwem donoszonymi raz po raz przez bezszelestną obsługę.

W Bernie spadł dziś pierwszy tej zimy śnieg, napadało równo, całe miasto pokrył biały puch a ja w tym czasie leżę na basenie i pławie się w słońcu.

Są takie dni, kiedy uwielbiam swoją pracę, np. lecąc samolotem w wygodnym fotelu klasy biznes rozkładającym się do pozycji horyzontalnej, albo na lotnisku tuż po przylocie, kiedy kierowca w liberii z tabliczką noszącą moje imię wita mnie w hali przylotów, albo na widok pokoju w 5 gwiazdkowym hotelu w egzotycznym krańcu świata.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz

Namaskar

Lotnisko Indira Gandhi w New Delhi, późna noc, po długim, bezsennym locie z racji różnicy czasu związanej z podrożą na wschód. Wychodzę przed terminal przylotów i od razu uderza zapach, który potem będzie towarzyszył mi do końca podróży, a za którym bynajmniej tęsknię… Troszkę duszący, trochę słodki – jak dla mnie nie do zniesienia.
Otoczony zewsząd odpychającym widokiem panów nieprzerwanie szukających czegoś w swoich nosach jakby chcieli dogrzebać się do mózgu, kręcących kulki z glutów i pstrykającymi nimi na podłogę.
Buty w czubki, szare wyświechtane spodnie, czarny bród za paznokciami, odgłosy sapania prychania, stękania, przeżuwanego jedzenia, mlaskania, chrząkania i bekania. Niedomyci, natrętni i irytujący, brzuchaci starsi panowie niekiedy z włosami przefarbowanymi na czerwono czuprynami wyglądają groteskowo, często z twarzą pooraną ospą. Jeden palant oparł swoje brudne bose stopy o zagłówek mojego fotela i mało by brakowało a bym mu przyłożył z liścia.
Moje kolorowe skarpety nie pozostają niezauważone, dzieci pokazują na mnie palcami. Czuje się trochę jak Murzyn w cyrku, wszyscy mnie zagadują i każdy chce się spotkać gulgocząc w Hindi-English, którego nie rozumiem.

Słodko pierdzący zapach powietrza, curry i odgłosy bekania. Na lotnisku w loungu otumaniony całym rozgardiaszem przez chwile zapomniałem się i napiłem się lokalnego frappucino, w ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że ta mikstura zawiera bliżej niezidentyfikowane lód i mleko, ale było już za późno – poszły konie po betonie a ja wylądowałem w kiblu w pozycji na skoczka.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | Dodaj komentarz