Kauai – Wyspa Wodospadów i Kanionów

Poszliśmy za ciosem i choć w planach tego nie było polecieliśmy na trzecią, zarazem najstarszą i najpiękniejszą z wysp zwaną wyspą ogrodów. Na Kauai zastaliśmy ciszę, spokój, ogromną przestrzeń, naliczyłem raptem trzy wielkie hotele, resztę stanowiła bardzo głęboka prowincja z obrazami dzikich plaż gdzie życie wydaje toczyć się niezmiennie od lat i bez pośpiechu, nielicznych turystów leniwie wylegujących się na piasku, fal spokojnie uderzających o brzeg, grupy dzieciaków na deskach próbujących utrzymać się na rozpędzonych falach.

Na powierzchni prawie 1.5 tys. km2 odkryliśmy dramatyczną scenerie kanionów, ukryte plaże, do których dopłynąć można tylko kajakiem, szlaki dla zapalonych wędrowców prowadzące wprost do ukrytych w górach wodospadów. W dolinie o melodyjnie brzmiącej nazwie Mount Wai’ale’ale odwiedziliśmy najbardziej mokre miejsce na świecie – z rocznymi opadami sięgającymi prawie 12 tys mm. Intensywne opady stworzyły w centralnej części wyspy kanion Waimea znany, jako Wielki Kanion Pacyfiku. Nagie ściany kanionu są intensywnie czerwone, z połyskującymi w tęczowym blasku dziesiątkami wodospadów.. Podziwiając te cuda natury łatwiej było mi docenić moją pracę i to że pozwala mi ona doświadczać takich wrażeń. W tym momencie czułem się pogodzony z koniecznością pracy do późna, czasami w weekendy i nieustannymi pretensjami współpracowników.

Dla praktykujących hula Kauai jest miejscem magicznym – tam znajduje się najstarsza i najważniejsza świątynia poświęcona bogini Laka, opiekunki świątynnego tańca Hula. Legendy mówią, że nazwa wyspy oznacza ‘’ukochane dziecko’’- dosłownie ‘’miejsce wokół szyi’’ – czyli tam, gdzie ojciec przytula swoje dziecko. Wyjeżdżaliśmy stamtąd ze wspomnieniem wszechobecnej zieleni bujnej, soczystej, intensywnie pachnącej oraz wodospadów, jak wstążki mieniących się na czerwonawych zboczach Kanionu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 1 komentarz

Oahu – Zemsta Mormonów – Dzień z ukulele w tle

Po Hilton Village, miasta w mieście, z siecią własnych sklepów, pałacyków, otwartych basenów, kortów, boisk, oczek wodnych zdecydowaliśmy zapuścić się w inne dzielnice miasta.

Po paru godzinach jeżdżenia w kółko, obejrzeniu dzielnic mieszkaniowych z drogimi apartamentowcami, willami, dzielnicy administracyjnej, Aloha Tower, dawnej siedziby królewskiej Kamehamehy i jego pomnika oraz zobaczeniu dziesiątek sklepów ABC nie zawahaliśmy się trochę zboczyć z utartego szlaku zwiedzania Honolulu i pojechać po prostu przed siebie, zatrzymując się tam gdzie uznaliśmy to za interesujące.

Słońce przed południem przypiekało niemiłosiernie i gdyby nie lekki wiatr od morza to byłaby patelnia. Wybrzeże Nawietrzne – okazało się bardziej wietrzną i wilgotną stroną wyspy. Na naszej trasie dominowały zaciszne, mało uczęszczane plaże jak choćby ta w Zatoce Hanauma. Oddalone godzinę jazdy z Honolulu znajduje się wybudowane na rozległych terenach należących do Mormonów Centrum Kultury Polinezyjskiej. Mormoni, ortodoksyjni w swoich obyczajach konsekwentnie zabraniają pod sankcją surowej kary spożywania jakiegokolwiek alkoholu na ich terenie. Zauważyłem, że prawo owszem jest respektowane, ale nie do tego stopnia, żeby nie móc zabrać ze sobą alkoholu przelanego uprzednio do plastikowych butelek.

Całe centrum to skansen podzielonych kulturowo uroczych, polinezyjskich wiosek reprezentujących kulturę i zajęcia siedmiu krajów Polinezji: Samoa, Nowej Zelandii, Tahiti, Fidżi, Hawajów, Tonga i Markizów.
Przywitano nas rewią na wodzie, w której zaprezentowało się wszystkie 7 polinezyjskich kultur i ponad 100 tancerzy. Pokaz na wodzie ‘’Pageant of the Long Canoes’’, tańce narodowe, muzyka, pokazy sztuki rękodzielniczej – wszystko oglądaliśmy jak zaczarowani. Gra barw i kolorów, dźwięków uświadomiła mi tylko jak wiele jest jeszcze miejsc na świecie przeze mnie nieodkrytych. Podczas zwiedzania Centrum wyznaczony został nam przewodnik – szczerbaty, leciwy pan z Samoa, co, do którego mieliśmy mieszane uczucia zwłaszcza, gdy podpatrzyliśmy inne grupy, którym przydzieleni zostali młodzi, atletyczni chłopcy o zdrowej opaleniźnie, w przepaskach na biodrach, co budziło w nas zrozumiałą zazdrość i poczucie niesprawiedliwości.

Zaczęło się od tradycyjnej dekoracji naszyjnikami z kwiatów. W wiosce Samoa odbyły się pokazy ekspresowej wspinaczki na palmy kokosowe, otwierania orzecha kokosowego jednym uderzeniem kamienia, ciosania wiórów kokosowych, krzesania ognia przy użyciu dwóch drewienek. W wiosce Fidżi zainteresowanie wzbudziła sypialnia i łoże wodza, który miał prawie tyle żon, co ja kochanków, w Tahiti popisy taneczne a w Tonga klasyczna tongijska kapa z kory drzewnej i owoce noni – panaceum stosowane w medycynie naturalnej, na koniec przejażdżka wieloosobowymi łodziami po rzece przecinającej cały park. Punktem kulminacyjnym była hawajska uczta Luau. Prawdziwe Luau, to nie tylko jedzenie, ale cały entertainment. Melodii z malutkiej ukulele wydającej przyjemne dla ucha brzdąkanie idące w parze z zawodzącym śpiewem nasłuchaliśmy się za wszystkie czasy.

Zwieńczeniem wieczoru był półtoragodzinny spektakl ‘’Ha – Breath of Life’’ wystawiany w specjalnie na ten cel wybudowanym amfiteatrze. Polinezja rewiowa, spektakularna, ale oparta na ich etnicznych formach i wierzeniach. Pokazy połykaczy ogni, barwne stroje, nieznane, choć przyjemne dla ucha melodie, popisy taneczne graniczące ze sztuką cyrkową, profesjonalne układy choreograficzne – wszystko bardzo efektowne, choć w swoisty disneyowski sposób. W żadnym innym przedstawieniu nie widziałem tylu męskich obdarzonych przez naturę tancerzy elektryzujących wyobraźnię swymi skąpymi strojach.

Spotkani przypadkowo znajomi z lotniska poradzili mi abym nie zrażał się do wyspy Maui, bo sami przyjeżdżają tam od kilkunastu lat i nie wyobrażają sobie innego miejsca na wakacje.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 4 Komentarze

Lekcje poglądowe na Big Island

Gdy miałem 12 lat pamiętam jak na lekcjach geografii uczyliśmy się o wulkanach, ruchach płyt tektonicznych, geologii, o powstaniu całej planety Ziemi – od postaci ognistej kuli, poprzez stygnięcie, po zamieszkanie przez istoty żywe i z jakim uwielbieniem czytałem wtedy podręcznik do geografii przeglądając głównie zdjęcia z wysp Jawy i Hawajów.
Będąc tak blisko spełnienia dziecięcych marzeń udało mi się zmobilizować M do bardzo wczesnej pobudki by polecieć na sąsiednią Big Island do Parku Narodowego Wulkanów.

W Hilo wylądowaliśmy po ponad godzinnym locie pokonując ponad 330 km.
Podjeżdżając pod Rainbow Falls humor trochę nam się popsuł, bo niebo się zachmurzyło i zaczął padać rzęsisty deszcz a na tak drastyczną zmianę pogody zupełnie nie byliśmy przygotowani. Lało praktycznie przez cały dzień, z tą samą intensywnością. Ponieważ część Parku leży na wysokości powyżej 1000 m n.p.m., należało spodziewać się chłodniejszych temperatur i częstszych opadów deszczu, ale tego w przewodniku jakoś nie doczytałem.

Zastygła magma, zaskakujące formy, jakie może ona przybierać, widok czarnej plaży w Kaimu Beach szybko zrekompensowały nam złą pogodę. Park Wulkanów jest ponoć największą atrakcją Hawajów. Oczekiwałem więc rzek cieknącej i zastygłej lawy, ziejących siarką i parą kraterów, fumaroli z gorącą parą wodną, skamieniałych drzew i drzewiastych paproci.
Główny krater parku – Kilauea jest najbardziej aktywnym wulkanem Hawajów, a także najbezpieczniejszym, choć prawdę mówiąc nie wybucha, lecz stopniowo, powoli wylewa magmę, której nie widzieliśmy, bo spływa ona do oceanu, przeważnie w niewidocznych tunelach.

Dopiero, gdy zjechaliśmy znowu nad ocean, zaskoczyła nas zmiana pogody – zrobiło się gorąco i sucho.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

Maui – Relax this ain't the mainland

Bezczynnie wylegiwać się na plaży mogę przez góra 2-3 dni. Nie po to leciałem 10tys km żeby całe 2 tygodnie spędzić tylko na Waikiki zwłaszcza, że wokoło pełno jest innych wartych zobaczenia przynajmniej raz w życiu wysp.
Bardzo wcześnie rano, lokalnym Hawaiian Airlines polecieliśmy na Maui – drugą, największą wyspę archipelagu. Wygasły wulkan Haleakala oraz dolina wokół Kuka’emoku były głównymi punktami naszej podróży.

Natura to niewątpliwie najmocniejszy magnes tego miejsca, który rok w rok nieustannie przyciąga tutaj rzesze turystów z kontynentu. Pomimo przeszywającego wysoko w górach zimna i porywistego wiatru, na widok kolorów wokół Iao Valley oniemiałem z zachwytu, nigdy nie widziałem tak malowniczych krajobrazów.

Nie umiałem sobie odpowiedzieć skąd wziął się fenomen tej wyspy, po zwiedzaniu Honolulu i okolic, Maui wydało się dużą gorszą, siostrzaną wyspą Oahu. Prócz kiczowatych galerii oferujących dzieła niespełnionych artystów, sklepów sprzedających chłam i 1001 drobiazgów niewiele ma ona do zaoferowania. Restauracje i bary, na które natykaliśmy się w Old Lahaina wyglądały jak typowe tanc budy, okrutnie przeciętnie, oferujące bardzo nieskomplikowane menu wcale nie w niskich cenach. Trudno było znaleźć wyrafinowaną restaurację oferującą coś wychodzącego ponad kurczaka teriyaki, burgera z frytkami czy pizze. Budynki na wyspie to albo kondominia albo liche chatki, wolno stojące domy nie porwały nas swoją architekturą – zwykle drewniane, mało estetyczne, wyglądały tanio, przeciętnie i pospolicie, dominowała tandeta i bylejakość.

Po mieście przechadzali się wytatuowani, bosi i jakby niedomyci fani windsurfingu wyglądający często na zblazowanych wykolejeńców życiowych. Nie uległem fascynacją tą wyspą – wydała mi się przaśna i byle jaka. Maui kojarzyło mi się z egzotycznymi plażami, podczas gdy te, które zobaczyliśmy wyglądały na dzikie, w dodatku położone blisko dróg szybkiego ruchu, ale może za bardzo przesiąkłem atmosferą wielkich miast i nie odnajduje się w tego typu miejscach. M. zauważył, że podczas zwiedzania ani razu nie natknęliśmy się na japońskich turystów tak jakby unikali tego miejsca.
Przeczytałem gdzieś, że Maui żyje wiatrem i falami, które wyznaczają codzienny rytm. Każdy przemieszczą się truck’em i na pace ma deskę do surfingu, windsurfingu lub innego zbliżonego sportu wodnego. Najcenniejsza jest bliskość oceanu, spoglądasz za okno i wiesz czy wieje czy są fale i co możesz dziś porobić na wodzie. Nie ma czegoś takiego jak wyjazdy nad morze na prognozę, może zawieje może nie. Jak wieje to pływasz jak nie wieje to lecisz na surfing – proste i przyjemne. Codzienne życie jest tak proste w stosunku do tego, jakie oferuje normalne duże miasto europejskie. Także, jeżeli znajdziesz sposób, aby utrzymać się na wyspie na poziomie, który pozwoli ci normalnie żyć i pływać to jest to chyba cudowne miejsca do życia.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

Lodzik po hawajsku, ale bez połyku – Japończycy atakują – sugar daddy – z obserwacji plaży

Napaliliśmy się jak dzieci na hawajskie shaved ice carem, które na obrazkach wyglądały bardzo kusząco i smakowicie, w rzeczywistości okazały się kruszonym lodem polanym słodkim syropem z truskawek, guawy, papai, marakui i innych owoców – ledwo włożyłem sobie tą tęczową papkę do ust, chwilę później cała zawartość wylądowała w przydrożnym kuble.

Drugim obowiązującym językiem na Hawajach jest japoński. Turystów z Japonii jest tutaj cala masa i praktycznie wszędzie słyszy się japoński, a w sklepach, restauracjach, barach, napisy w tym języku to codzienność. Turyści japońscy napędzają Amerykanom nie tylko przemysł turystyczny, w salonie Prady czy innych markowych projektantów widzieliśmy jedynie skośnookich robiących zakupy
Rosjan na plaży poznać można po kusych slipach, podczas gdy wszyscy wokoło noszą mniej lub bardziej przaśne bermudy. Mnóstwo napompowanych Amerykanów z ABS (absolutnym brakiem szyi) albo otyłych – oba skrajne typy zwykle z ciałem miejscowo pokrytym, co najmniej jednym tatuażem. Podziwiam tą modę, bo sam na tatuaż się nigdy nie zdecyduję. Zupełnie nie czuję klimatu jak można dać się oszpecić jakimś obrazkiem, który wcześniej czy później się znudzi a nawet jeśli nie, to na skórze kilkudziesięciolatka wygląda groteskowo i mało apetycznie.
Na terenie hotelu spotykaliśmy starszych panów wypoczywających w towarzystwie ‘’chihuahua’’. Jednego wieczoru na kolacji np. przyglądaliśmy się pewnej parze: młody, atrakcyjny, atletycznie zbudowany facet w towarzystwie podstarzałego, brzuchatego pana w źle ufarbowanych włosach, który na pierwszy rzut oka wiosnę życie miał już za sobą i nie pomagał mu żaden retusz. Dla M był to ojciec z synem jedzący kolację a dla mnie ten sielski obrazek wyglądał jednoznacznie zwłaszcza, gdy starszy pan niby dyskretnie okazywał czułość temu młodszemu.
Dodatkowo dowartościowałem się, gdy kelnerka w Hooters poprosiła mnie o dowód tożsamości zanim sprzedała mi alkohol. M usłyszał od niej, że on nie musi, bo wygląda już na kogoś starszego…
Słońce grzeje niemiłosiernie dzień w dzień a bliskość równika sprawia, że bardzo łatwo tutaj o oparzenie. Choć wysmarowałem się grubo kremem spaliłem sobie uda i nie dość, że wyglądam jak jednostronnie spieczony tost to w dodatku nie mogę siedzieć. M przyniósł mi całą torbę lodu i aktualnie ulgę przynosi mi tylko siedzenie na niej gołą d..ą.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

Aloha state of mind

Noc w hotelu przy lotnisku minęła spokojnie, podczas gdy ja przespałem całe 6 godzin, M wiercił się i kręcił przekładając z boku na bok, bo różnica czasu dawała mu we znaki. Wczesno poranny lot do Honolulu okazał o wiele bardziej męczący niż cała nasza podróż z Europy do Stanów, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że z Zachodniego Wybrzeża na Hawaje leci się tak długo i że niby będąc już tak blisko wciąż byliśmy jednak hen daleko. Sama myśl, że mielibyśmy spędzić 24 godziny w samolocie do Auckland albo na Bora Bora stawiała pod znakiem zapytania nasze przyszłoroczne wakacje.
Po długich kilku godzinach w samolocie, ściśnięci jak sardynki, tylko na płynach w końcu osiągnęliśmy cel naszej podróży. Lądowanie na Oahu było przeżyciem samym w sobie – bajecznie malownicze widoki, bujna żywo kolorowa egzotyczna roślinność, czystość i porządek. Przy wejściu z samolotu czekała na nas młoda dziewczyna, która wręczyła nam splecione z orchidei barwne lei i odprowadziła do hali przylotów. Lei wydziela bardzo intensywny słodki zapach, od którego łatwo kręci się w głowie, do końca dnia miałem wrażenie jakbym spryskał się damską wodą kwiatową. Na filmach zwykle pokazuje się, że kwiatowe wieńce lei wręcza się każdemu przybywającemu na wyspy turyście co niestety jest marketingową bujdą – za naszą przyjemność musieliśmy zapłacić 70 dolarów.
W dniu przylotu witał nas deszcz, który towarzyszył nam do końca pobytu – w ciągu dnia kilkakrotnie niespodziewanie zdarzały się kilkusekundowe silne opady, które przynosiły ulgę sprażonemu słońcem ciału. Smażąc się na plaży i wsłuchując się w odgłos fal popadałem w lekką senność raz po raz budzony kroplami zimnego deszczu.

Hilton Hawaiian Village Hotel położony jest wprost przy plaży Kahanamoku w zachodniej Waikiki. Lecąc na Oahu zupełnie nie wiedziałem gdzie się zatrzymać, zależało nam na bliskości plaży, centrum, sklepów i restauracji, co by nie być wyłącznie uzależnionym od hotelowego jedzenia. Pokój w Rainbow Tower, którą znałem głównie z folderów i czołówek amerykańskich seriali, z przestronnym tarasem wychodzącym wprost na Pacyfik ostatecznie potwierdził, że oto dotarliśmy do raju. Hilton pod koniec lat 60. stworzył tutaj małą samowystarczalna wioskę, w której znajduje się kilka położonych blisko siebie budynków wieżowców z prawie 3000 pokoi z widokiem na morze, kompleks kilkunastu restauracji, barów, dziesiątki sklepów, biur podróży, wypożyczalni sprzętu sportowego, szkół surfingu, basenów, punktów obsługi gości – olbrzymi moloch do robienia pieniędzy, do której ściągają goście i celebryci, ci drudzy głównie po to by uatrakcyjnić pobyt wypoczywających tu wczasowiczów.
Teoretycznie przez cały czas moglibyśmy nie wychodzić poza nasz hotel, bo tutaj znajdowało się wszystko, co potrzebne człowiekowi do udanego wypoczynku.
Cały kompleks otoczony jest ogrodem, w którym oprócz tropikalnej roślinności i mnóstwa kwiatów można spotkać przechadzające się swobodnie flamingi, różnobarwne papugi a nawet pingwiny, w gałęziach drzew banian śpiewają kolorowe, znane tylko z Hawajów ptaki: i’iwi, elepaio i apapane, w małych oczkach wodnych pływają kolorowe, wielkie ryby tworząc prawdziwie sielską atmosferę tego miejsca.
Dominuje wysoka zabudowa, hotele położone wprost przy plaży kosztują odpowiednio więcej niż te położone po drugiej stronie ulicy przy Kalakaua Avenue.

Plaża jest długa, z czystym, drobnoziarnistym, żółtawym piaskiem, z bardzo dogodnym i gładkim wejściem do morza. Już od 8.00 rano słońce przypieka tutaj intensywnie a bliskość równika sprawia, że nawet w pochmurny dzień łatwo o poparzenie..

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 6 Komentarzy

zapominanie o pracy

Jeszcze poprzedniego dnia do późna wieczór siedziałem za biurkiem biorąc udział w telekonferencji. Nasz dostawca i moja szefowa na zmianę z dyrektorem mędrkowali na temat liczb, statystyk, trendów i strategii rozwoju, podczas gdy ja niecierpliwie raz po raz spoglądałem na zegarek snując widoki mnie leżącego na plaży z kolorowym koktajlem i książką w dłoni. K, choć kilka razy złapała mnie, że myślami byłem gdzieś bardzo bardzo daleko wykazała pełne zrozumienie dla mojego rozkojarzenia. Moim amerykańskim kolegom przegadywanie się zajęło prawie 3 godziny a gdy zamykałem za sobą drzwi biura lunął rzęsisty zimny deszcz, więc przeklinałem, na czym świat stoi… Zamiast się
pakować, powyciągałem tylko rzeczy z szafy i ułożyłem je wszystkie zgrabnie na sofie, włączyłem chilloutową płytę, która mój kuuipo przywiózł z Włoch i zanurzyłem się na nowo w słodkiej świadomości urlopu. Tego błogiego stanu nie była w stanie popsuć nawet doniesienia o zbliżającej się do wybrzeży Stanów Irence ani M. który swoje pakowanie zaczął na godzinę przed wyjściem z domu…

Prócz terminalu lotniska i olbrzymiego napisu LAX nie widzieliśmy nic ponadto, dopiero w drodze powrotnej zatrzymamy się tutaj na kilka dni. Na razie męczy nas różnica czasu. M w samolocie od razu po stracie rozłożył fotel do pozycji horyzontalnej, przykrył się kocem i ogólnie przespał większą część podróży, więc cierpi na bezsenność.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

Hau’oli Lanui

Sąsiad Mauerhofer zakręcił nam wodę w budynku. Okazało się przy tym, kto stoi za nalotami policji, anonimowymi listami z uwagami o zbyt hałaśliwym seksie, szuraniu, nieumytych schodach i głośnej muzyce po 21. M przygotował sobie na kartce, co chciał mu wygarnąć, ale w chwili spotkania był tak nabuzowany, że jedyne co zdołał wyartykułować to ‘’Mauerhofer!’’ i pokazać mu wała. Wściekł się, zapomniał wyuczonego po niemiecku tekstu a musiał pokazać, co o nim myśli i co mi w tym momencie mu może… – tłumaczył mi się po fakcie.
Refleksja po czymś takim nasuwa się jedna: człowiek mieszkający na obczyźnie jest jak balkon, niby cześć budynku, ale tylko na zewnątrz…Nigdy nie dostanie się do środka.
Jeden z dni, kiedy mam ochotę rzucić pracę i zniknąć, wszystko mnie irytuje, wydaje się nie mieć sensu, ludzie wokoło podnoszą ciśnienie, brak mi zrozumienia dla czyjejś słabości, niewiedzy, brak mi elementarnej ludzkiej życzliwości, wszystkich najchętniej bym powystrzelał, czekam tylko na pretekst by wybuchnąć. W myślach układam scenariusze jakby to było rzucić wypowiedzeniem i mieć wszystko gdzieś
Nie mogłem w nocy zasnąć. Przeglądałem uważnie i długo atlas, przesuwając powoli palec z Europy do Ameryki, z Wrocławia do Zurychu, z Zurychu do Los Angeles, z Los Angeles na Hawaje do Honolulu. Potem przebywałem całą trasę jednym ruchem ręki. Trudno było mi uwierzyć, że za kilkanaście godzin to nie będzie ruch ręki po błyszczących mapach w atlasie tylko rzeczywistość ‘’Aloha Waikiki’’, ‘’Kilauea Iki, Haleakala, Pu`u Ula`ula, Ka`ahumanu i Waimea. E hele mai ana au.’’

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

kawka, winko i spacerek – tam gdzie prowadzą wszystkie drogi

Byłem w Rzymie. Raptem parę dni. Pojechaliśmy trochę pospacerować, napić się kawy, popatrzeć na zabytki, na ludzi, na zieleń. Taki przedłużony weekend w innym świecie, innym mieście, innym klimacie. Krótka ucieczka od ciemnego, krótkiego chłodnego szwajcarskiego lata. Nie była to moja pierwsza wizyta we Włoszech, ale pierwsza w Rzymie. Nie nastawialiśmy się na zwiedzanie, muzea i intensywne lekcje historii na miejscu zdarzeń. Chodziło raczej o rozpoznanie terenu i włóczęgę. O zobaczenie, czy to miasto mi pasuje, czy warto tam wrócić, czy jest tam coś interesującego i godnego uwagi.

M wiedział, co robił od lat próbując przekonać mnie do podróży do Rzymu. Nie pałałem większą radością w oczekiwaniu na ten wyjazd, spodziewając się tylko dwóch najgorszych rzeczy: niesamowitych upałów i dużej wilgotności powietrza. Włochy w lipcu kojarzą mi się ze skwarem i hordami depczących sobie po piętach turystów. Dlatego od początku, pomysł spędzenia tam kilku dni, w środku sezonu spędzał mi sen z powiek, ucinałem czym prędzej każdą próbę zagajenia rozmowy na ten temat albo podsuwałem pomysły wyjazdów w inne, bardziej przystępne miejsca i tak od 4 lat aż wreszcie uległem.
Znaleźliśmy uroczy, zabytkowy hotel, który niewiele może miał wspólnego z przepychu Cavalieri, ale za to stał na wprost Panteonu przy Piazza della Rotonda i choćby za taką lokalizację należały mu się cztery gwiazdki.
Rzym ma charakter i bardzo szybko daje się go doświadczyć. Wystarczy parę godzin szwendania się po ulicach, parę wizyt w kawiarniach czy restauracjach, kilka chwil siedzenia na schodach, którejś z fontann, gapienia się na ludzi i miasto zaczyna mówić, zaczyna się otwierać, zaczyna bezwstydnie pokazywać wszystko co ma.
Rzym przyciąga rzesze ludzi z branży, o dziwo najwięcej par spotkaliśmy podczas zwiedzania Watykanu. W kolejce do wejścia miałem okazje pofantazjować na temat co poniektórych osobników. Tym skąpiej ubranym (obciśle szorty i koszulki bez rękawów) niestety nie pozwolono wejść, ale i tak między oglądaniem grobów, ołtarzy i monstrualnych obrazów łypałem okiem na apetyczne ciałka, którzy w przeciwieństwie do antycznych rzeźb zgromadzonych w muzeach wyszły wprost spod dłuta natury a prezentowały się nie mniej posągowo. Okolice Koloseum to prawdziwy targ próżności, gdybym był sam pewnie nie wychodziłbym z hotelowego pokoju zatrącając się w uciechach typowego utracjusza, może nawet zorganizowałbym olimpiadę w strzelaniu goli, albo raczej paraolimpiadę, bo z biżuterią nazębną mam ograniczone możliwości. Z wynalezieniem na wieczór włoskiego chihuahua, nie ma problemów, bo jak zdążyłem się zorientować wśród lokalnego kolorytu jest w czym wybierać. Z dumą przyznaje, że okres fascynacji chihuahua mam już za sobą, dostałem to co chciałem jak w jakimś sklepie, niczego nie żałuję i czuje że w tym temacie zaspokoiłem swoją ciekawość choć zostałem wypłukany z emocji. Niektórzy chihuahua jeszcze czasem się do mnie odzywają w nadziei, że ich przygarnę będąc przejazdem w ich mieście, ale naprawdę nie mam ochoty na odgrzewane kotlety ani też na świeżynki.
W związku z niskim kursem euro, nie mogliśmy zaprzepaścić okazji zrobienia paru zakupów. M zaszczepiając we mnie pogardę do sklepów typu H&M czy esprit nazywając je zjadliwie sklepami dla biednych zaprowadził mnie na Via dei Condotti.
Powróciwszy z rzymskich wakacji przepakowałem tylko walizkę do Dublina a stamtąd poleciałem do Glasgow. W stolicy Irlandii spotkałem się z K, która w tym samym czasie została oddelegowana tam przez swój bank. Dublin wciąż mnie odrzuca swoją ponurą atmosferą, architekturą, budynki wydają się być zaniedbane, liche, brudne i przesiąknięte wilgocią, przypominają jedną z gorszych dzielnic Londynu jak zgrabnie podsumowała to K. Kiedyś marzyłem żeby tu mieszkać teraz z trudem przychodzi mi odnajdywanie dawnych powodów, dla których chciałem to zrobić.
Rano, nie wiem czy to z powodu bąbelków czy raczej czegoś innego, w drodze na lotnisko źle się poczułem, do tego stopnia, że taksówkarz dwa razy musiał stawać na poboczu a w konsekwencji zamiast odwieźć mnie na terminal dowiózł mnie do hotelu, gdzie wynająłem pokój by do późnego popołudnia dogorywać w łóżku – lało się ze mnie ze wszystkich otworów, ale żyję.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , , | 3 Komentarze

poranny dylemat

Wychodzę dziś rano do pracy, zadowolony i szczęśliwy, bo kurs franka rośnie w kosmos, przez co nie odczuje po kieszeni ostatnich zakupów we Włoszech, oszczędności rosną w kierunku mlecznej drogi, 3 tygodniowe wakacje w Stanach będą tanie jak barszcz, a na przystanku czeka mnie taka oto kilkumetrowa niespodzianka – od razu widać jak bardzo mnie tutaj kochają…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 3 Komentarze