miłośnik dolce vita

Odniosłem mały sukces a cieszyłem się nim jak dziecko, niewymuszony uśmiech towarzyszył bez przerwy do końca dnia, nawet w pociągu z Mediolanu czułem euforie. Pojechałem odwiedzić dostawce, przyzwyczajony do prowadzenia rozmów po angielsku zostałem zaskoczony sytuacją, w której jedna z zaproszonych osób nie władała tym językiem.. Przyparty do muru i niechętny niepotrzebnemu traceniu czasu na monotonne tłumaczenie nieśmiało zaproponowałem poprowadzenie spotkania po włosku, co wzbudziło nieukrywane zaskoczenie, bo tego się koledzy makaroniarze po mnie nie spodziewali. I tak z ‘’marszu’’ trajkotałem całe dwie godziny o formach płatności, kontraktach, umowach, i odpowiadałem na ich pytania – pod koniec byłem zmęczony, ale satysfakcja, jaką odczuwałem była niewspółmierna do wysiłku, na który się zdobyłem. Pierwszy raz przełamałem w sobie lęk i rozmawiałem o sprawach zawodowych po włosku! Czasami było zabawnie i nie obyło się bez wpadek, ale raczej doceniano moje starania niż pękano ze śmiechu.
Od momentu poznania M jest o wiele lepiej, ale do ideału jeszcze mi daleko. Wciąż mówię niegramatycznie i zdarza mi się pomylić znaczenie wyrazów, na szczęście M jest bardzo wyrozumiały i tylko czasem kpi ze mnie gdy tworzę nieistniejące słowa albo przekręcam znaczenie istniejących
Gdyby tylko mogła zobaczyć mnie dzisiaj moja dawna nauczycielka włoskiego – na pewno byłaby ze mnie dumna.
To że zacząłem uczyć się włoskiego to właściwie tylko przypadek. Znajomość akurat tego języka nie była mi do niczego potrzebna, na studiach dodatkowy lektorat z drugiego języka traktowałem jako zło konieczne, chodziło mi o łatwe zaliczenie i jak najdłuższy etap powtarzanie w nieskończoność deklinacji i koniugacji. Gdy po pierwszym roku wyleciałem ze studiów i stanąłem przed wizją powiedzenia o tym rodzicom, którzy sowicie płacili za moje czesne, w obawie przed ich gniewem postanowiłem jeszcze raz zdawać egzaminy wstępne. Podczas składania papierów zadeklarowałem się na holenderski, który spodobał mi się, bo wydawał się najbardziej nieużyteczny i nie było na niego wielu chętnych. Potem okazało się, że grupa nie powstała a mnie przepisano na niemiecki, do którego od dzieciństwa mam awersję. Łudziłem się wylądować w grupie dla początkujących, ale że moja matka pisze podręczniki do niemieckiego a nazwisko obliguje, uczelniana mafia nauczycielska odgórnie zakwalifikowała mnie do grupy zaawansowanej. Przez pierwsze kilka zajęć robiłem z siebie matoła a w międzyczasie próbowałem załatwić przeniesienie do grupy niższej. Niestety kierownik lektoratu pozostawała nieugięta i nie wierzyła w żadne moje argumenty, potem przestałem w ogóle pojawiać się na zajęciach, bo moja znajomość niemieckiej wyliczanki eins – zwei – drei Polizei nie robiła już na nikim wrażenia. Tak minęły pierwsze trzy miesiące semestru i w końcu, gdy zbliżał się czas zaliczeń, po raz kolejny pojawiłem się w Ośrodku Języków Obcych prosząc o przenoszenie – w końcu egzaminy miałem zdawać ja a nie moja matka. Wyżebrałem możliwość zmiany lektoratu – co w grudniu było szaleństwem. Wystrojony jak stróż w boże ciało, wypachniony i pod krawatem pojawiłem się w pokoju romanistów gdzie pośrodku, przy stole siedziały trzy podgryzające orzeszki i pijące kawę stare betony. Wytłumaczyłem treściwie, o co mi chodzi starając się przy tym zrobić jak najlepsze wrażeni. Moj urok osobisty dopiero się kształtował więc jak można było to przewidzieć żadna z siedzących tam kobiet nie była zainteresowana przyjęciem zbłąkanej studenckiej duszy, ale szczęśliwie przypadłem tej, która była akurat nieobecna…
Nie pałałem specjalną miłością do tego akurat języka, ale zawsze podobał mi się męski południowy typ urody oraz piosenki, które łatwo wpadały mi w ucho. W trakcie następnych 2 lat przekonałem się, że zajęcia niewiele wspólnego miały z labą, bo cycki narzuciły niesamowite tempo nauki.
Podczas gdy inni wchłaniali nowy materiał z prędkością dźwięku ja wyszukane słówka i skomplikowane konstrukcje musiałem kuć na pamięć bez szans na możliwość wykorzystania ich znajomości w życiu codziennym, bo akurat w tym czasie pochłonięty byłem popełnianiem błędów młodości, bezmyślnym angażowaniem się w liczne bezsensowne, przelotne relacje z różnymi zwierzakami i uskutecznianie sztuki miłości fizycznej, podczas gdy moje koleżanki, co drugi miesiąc jeździły do Włoch w odwiedziny do swoich wymuskanych grande amore.
Na fali dobrego nastroju M ogłosił, że na weekend zabiera mnie do wiecznego miasta, do którego prowadza wszystkie drogi, pełnego włoskiej energii, miłośników dolce vita i sklepów alta moda. Właściwie wciąż słabo znam Włochy. Dzięki niemu poznaję mentalność, kuchnie i kulturę, a omija mnie typowo katalogowo turystyczny chłam tego kraju.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 6 Komentarzy

jeszcze o Szwajcarii

Moim zdaniem do Szwajcarów świetnie pasuje opis jaki znalazłem na forum.

Stanowczo za długo przebywałeś/mieszkałeś w Genewie gdy:
• uważasz, że Mulligan’s i Flanagan’s posiadają atmosferę prawdziwie irlandzkich pubów
• nie zgadzasz się z opinią, że 15 franków za szklankę coli to zdzierstwo
• jesteś orzekonany, że uliczne stoiska z płatnymi gazetami są monitorowane i dlatego zawsze wrzucasz 2 franki płacąc za gazetę zamiast 20 rappen
• nie widzisz niczego niedorzecznego w posiadaniu BMW Z3 z rejestracją korpusu dyplomatycznego
• irytują cię żebrzący ludzie
• kupujesz wyłącznie najdroższe modele wszystkiego od scyzoryka po auto
• zauważasz jak brudne są auta Francuzów
• mieszkasz sam w jednopokojowym mieszkaniu, ale zatrudniasz panią do sprzątania
• nie dziwi cię, że nigdy nie spotkałeś Szwajcara wykonującego ciężką fizyczną pracę jak np. kopanie rowów
• nie dziwi cię fakt, że budowa skromnego domu zajmuje 12-18 miesięcy i kosztuje ponad milion franków
• irytujesz się, gdy pociąg spóźnia się choćby o minutę
• wychodząc na rower ubierasz jaskrawe lycrowe gatki warte 300 franków
• uważasz szwajcarskie reklamy za subtelne, dynamiczne i mądre
• uważasz za ekonomicznie uzasadnione sprzedawanie w sklepach produktów tylko jednej marki
• uznajesz, że bardzo wczesne wstawanie jest dobre
• interesujesz się wyborami do lokalnych władz
• oczekujesz, że sprzedawca w sklepie powie do wiedzenia, kiedy kupisz cos u niego
• uznajesz, że zmowy kartelowe są dobre
• uważasz, że krawaty w kwieciste wzory doskonale pasują do koszul w kratę
• zgadasz się, że to w porządku móc robić pranie tylko raz w miesiącu
• dziwi cię, gdy ktoś mógłby chcieć robić zakupy po 18 albo w dni świąteczne
• uważasz za normalne jeżdżenie wolniej w niedziele
• czujesz się biedny i spłukany, gdy w portfelu masz mniej 300 franków gotówki
• zakładasz najlepsze markowe ubranie nawet idąc na targ po marchewkę i cebule
• masz pełne zrozumienie dla idei podniesienia cen chińskiego jedzenia
• pijesz wyłącznie szwajcarskie wina
• odczuwasz dumę, gdy worki na śmieci w twoim mieście są najdroższe w kraju
• uważasz za naturalne, gdy chińską restauracją kieruje Szwajcar a personel pochodzi z Hiszpanii i Portugalii
• zgadzasz się, że dłuższe godziny otwarcia sklepów w czwartki to dobry pomysł
• uważasz, że wielkie amerykańskie auta krążowniki są super
• pijanie drogich amerykańskich importowanych piw uważasz za bycie cool i trendy
• zgadzasz się, że woda lekko mineralizowana jest lepsza od tej z kranu
• organizując przyjecie oczekujesz, że wszyscy goście wyjdą z niego przed 23.30
• sprzątasz w trakcie przyjęcia
• od gości, których zapraszasz do domu na kolację oczekujesz, że pomogą pozmywać naczynia
• wyczuwasz subtelną wykwintność i smak szwajcarskiej kuchni
• doceniasz różnice między kantonami
• lunch zaczynasz przed 12 inaczej umarłbyś z głodu
• zajadasz płatki śniadaniowe na kolacje
• uważasz za normalne, gdy kieszonkowe papierowe wersje książek kosztują 20 franków
• gdy przestaje działać ci telefon komórkowy nigdy nie próbujesz go naprawić tylko od razu kupujesz nowy
• 3% poziom bezrobocia to dramat
• jesteś głęboko przekonany, że Szwajcaria zdołała utrzymać swoją neutralność podczas II wojny światowej wyłącznie dzięki własnym staraniom i wysiłkom
• poważnie rozważasz hodowlę kaczek i owiec w swoim ogródku
• zimą jadasz wyłącznie fondue
• skarżysz się sąsiadowi na hałas gdy ten po 22. spuszcza wodę w toalecie
• interesuje cię tematyka ubezpieczeń
• przejmujesz się kolorem zasłon w oknie swojego sąsiada
• dodajesz aromatów smakowych do wszystkich przygotowywanych przez siebie potraw
• obawiasz się przeziębienia, gdy czujesz przeciąg
• czujesz sie dotknięty czytając wszystkie ww. rzeczy

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 6 Komentarzy

Proza życia

W dniu przyjazdu intensywnie świeciło słońce, co stanowiło miłą odmianę od pogrążonej w deszczu Szwajcarii. Samolot miękko lądował a widok błękitnego hiszpańskiego nieba przywrócił mi pogodny nastrój. R dołączyła do mnie dopiero kilka godzin później, przez co całe popołudnie miałem tylko dla siebie.
Chciałem na moment się zdrzemnąć, ale co chwile budziły mnie telefony. Ludzie potrafią zamęczać mnie takimi głupotami i przeszkadzać mi w pracy, że czasami mam ochotę zmienić numer telefonu. Po ostatniej rozmowie zwoje myślowe zaczęły intensywniej przetwarzać informacje i zamiast zrelaksować się i spróbować zasnąć, zacząłem układać w myślach plan spotkań w Mediolanie. Niestety mam tak, że jeśli nie znajduję na coś rozwiązania od razu zwykle spinam się i tak długo o tym myślę rozważając wszystkie możliwe scenariusze aż znajdę najlepszą opcję – takie moje natręctwo, którego nie potrafię wyleczyć. Razem z R podjechaliśmy taksówką na Las Ramblas zaszyć się w małym ulicznym barze serwującym wino i tapas próbować oszukać głód, bo znowu zapomnieliśmy, że w Hiszpanii kolacje jada się później. Z okazji urodzin R podarowała mi butelkę szampana, którą wypiliśmy do kolacji. Nazajutrz do biura szliśmy już w strugach deszczu, pogoda zmieniła się diametralnie, co od razu wpłynęło na mój stan psychofizyczny, stałem się ospały i trochę nieobecny, z trudem przychodziło mi formułowanie myśli i tłumaczenie prostych zagadnień.
Po raz kolejny udało nam się ugasić pożar wywołany niedorzecznymi decyzjami zza oceanu i zyskać więcej czasu na zrealizowanie projektu. Czasem wydaje mi się, że dla przeciętnego Amerykanina Europa jest bardzo małym, niewielkim terytorium, podzielonym pomiędzy wiele, od stuleci skłóconych ze sobą, indiańskich szczepów mówiących różnymi śmiesznymi językami…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 3 Komentarze

rosyjskie klimaty

Wyjazdy z M mają taką zaletę, że nigdy nie trzeba go dwa razy namawiać na wyjście do nowej restauracji. Pozytywnie zaskoczeni smakołykami kuchni armeńskiej wpadliśmy spróbować kuchni azerskiej, gdzie M dał plamę zamawiając u kelnera najbardziej typowe dania kuchni uzbeckiej. Widząc zakłopotanie w jego oczach poprawił się prosząc o coś typowego dla kuchni turkmeńskiej. Jak się później okazało Azerbejdżan, Kazachstan, Uzbekistan, Turkmenistan Armenia, Gruzja to dla M jedna wielka biała plama na mapie świata…

Każdy dzień pobytu obfitował w nowe wrażenia i doświadczenia. Wytworom i wynalazkom techniki rosyjskiej nie mogliśmy się nadziwić. W moim rankingu zdecydowanie wygrał autobus ikarus przerobiony na przenośną toaletę toitoi ustawiony vis a vis Ermitażu, na drugim miejscu moda na chodzenie bez koszul w centrum miasta, stringi u panów opalających się na plaży, złote zęby oraz tabuny czarnych stop i paznokci. Nie wiemy skąd wzięła się opinia, że Rosjanie ubierają się coraz lepiej, bo na ulicach Sankt Petersburga królowała głównie tandeta, kicz, szmateks a’la H&M i bezguście. Kilka razy udało się nam wyłapać z tłumu tlenione blond, spalone solarium piękności z wylewającym się plastrem sadła i jaskrawo różowymi ustami. Poza tym stare rozklekotane auta i raz po raz przejeżdżający lexus, land rover albo ferrari – takich kontrastów było sporo. Jeszcze jedno, Rosjanie, których widzieliśmy niestety przykro pachną, mają problemy z higieną zębów, paznokci i odpowiednim traktowaniem klienta.
Lotnisko Pulkowo to cudo same w sobie, pamiętające późną komunę, nadanie bagażu było horrorem i walką o miejsce w kolejce, podobnie przejście przez kontrolę paszportową, bramkę bezpieczeństwa a potem wejście do samolotu. W obliczu napierającego na nas tłumu, niesprawnej klimatyzacji i duchoty w ruch musiały pójść nasze łokcie.
Do domu dotarliśmy grubo po 20.00, przepakowałem tylko torbę z ciuchami na wyjazd do Barcelony.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 4 Komentarze

Całe noce, białe noce

Dla M wyjazd do St. Petersburga był pierwszą okazją zderzenia się z rzeczywistością Wschodniego Bloku, jego kultury i wszelkich towarzyszących temu dziwactw, ale w ostatecznym rozrachunku wyszedł z tego doświadczenia zwycięsko. W samolocie wlaliśmy w siebie pokaźną ilość szampana, aby już na miejscu złagodzić trochę pierwsze zderzenie i znieczulić się na ewentualne sensacje. Samolot z Zurychu wylądował o czasie za to na naszego kierowcę przyszło nam trochę poczekać. M wychodził z siebie, gdy próbowałem dodzwonić się do biura podróży w poszukiwaniu zguby. Choć zażegnywał się, że daleko mu do mentalności Szwajcara wyszło szydło z worka jak bardzo denerwuje go czyjaś niepunktualność. W Radissonie czekała nas przeprawa z recepcjonistą i z naszą rezerwacją a gdy wreszcie rozsiedliśmy się wygodnie w hotelowym barze a nasza czujność została lekko uśpiona oczy wyszły nam z orbit na widok rachunku za zamówione dwie kawy…
Jeszcze tego samego popołudnia wybraliśmy się na krótki spacer wzdłuż Nevskiego Prospektu, który pod koniec pobytu miałem wrażenie, że znam już na pamięć. Rzeczywistość zmusiła mnie do przejścia przyspieszonego kursu powtórkowego z języka rosyjskiego. Niestety bez umiejętności czytania cyrylicy dorosły człowiek staje się przysłowiowym dzieckiem we mgle, M zachował poczucie humoru kilkakrotnie wybuchając gromkim śmiechem na widok napisu ‘’kacca’’ w kolejce do kas biletowych.
Przez cale 4 dni dzielnie znosiliśmy męczący ponad 30 stopniowy upał przy byle okazji szukając schronienia w cieniu. Załapaliśmy się na białe noce – o pierwszej w nocy wciąż było bardzo widno, gdy w najlepsze spacerowaliśmy z M wzdłuż kanałów nie czując w ogóle późnej pory.

Dzień moich urodzin powitaliśmy na moście by wieczorem po całym dniu zwiedzania uczcić go kolacją w armeńskiej restauracji.
Z większym lub mniejszym powodzeniem próbuję siebie przekonać, że jakikolwiek mój związek nie musi być nadzwyczajny, tylko po prostu zwykły, dobry, mieć trochę wad i zalet.
Staram się wytrwać w przekonaniu, że związek nie musi być idealny… Walczę z myślami szukając odwagi by przyznać się, że nie jestem nadzwyczajny, tylko przeciętny, nie w sensie, że nic nie osiągam, tylko w jakimś aspekcie życia we dwoje jestem na 10 a w i innym na 2. Nigdy nie jest tak, żeby wszystko było w życiu ok, jak również nigdy nie jest tak, żeby wszystko było do bani. Nikt nie jest doskonały, ale też nie ma takiej sytuacji, która zupełnie odbiera wartość ludzkiemu życiu. Zwykle jest trochę tak, a trochę tak. Człowiek ma w sobie siłę i słabość, potrafi być szczęśliwy, gdy wszystko idzie szczęśliwie i znaleźć szczęście w nieszczęściu.
W czasie wyjazdu poznaliśmy parę Kolumbijczyków, matkę z dorosłym synem podróżujących razem po Europie. Mamuśka z licznymi widocznymi śladami interwencji chirurgicznych po mimo wieku swoją energią mogłaby obdzielić kilku nastolatków, nieskrępowanie w najprzeróżniejszych pozach pozowała do artystycznych zdjęć, prezentując swoje wdzięki, zrobione piersi i napompowane silikonem usta. Syn, z dość miernym skutkiem, próbował ją stopować, ale starsza pani miała za nic jego prośby głośno komentując fakt braku posiadania przez niego kandydatki na żonę…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

apetyt na zmiany

Niewiele zmieniło się w kalendarzu ostatnich dni, z nieukrywanym optymizmem przyjąłem propozycję wyjazdu do Tajlandii i Malezji pod koniec października, licząc że stanie się on przepustką do planowanej pod koniec 2012 roku przeprowadzki.
Nikt ani nic nie wybiło mi jak dotąd tego pomysłu z głowy, z uporem maniaka brnę do przodu. Rodzice poparli mój pomysł (o dziwo), przyjaciele trzymają za mnie kciuki, nawet M przyjął to do dość dobrze a mnie na samą myśl, że mam swój nowy cel jakoś łatwiej żyje się w szwajcarskiej rzeczywistości, która teraz wydaje się być już tylko tymczasowa. Nie postrzegam tego pomysłu w kategoriach kariery, ale kolejnej życiowej przygody i nawet, jeśli tak do końca nie wiem co z tego planu wyjdzie, dobrze mi z samą myślą o przyszłej zmianie.
Minęły 4 lata i 8 dni odkąd mieszkam w Bernie i wprawdzie wiele się zmieniło, wciąż mam ochotę na więcej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia a ja staję się wybredny. Znowu czuje bakcyla, że praca i życie w innym kraju pozwalają spojrzeć na wiele spraw z innej perspektywy, w pewien sposób poszerzają twoje horyzonty myślowe. Żyjąc i pracując w Polsce a teraz Szwajcarii zapomniałem, że gdzieś indziej tak wiele rzeczy może wyglądać inaczej.
Pojutrze obchodzę urodziny, które spędzimy z M w Sankt Petersburgu…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 3 Komentarze

chyba bateria mi siada

O ile kilka miesięcy temu nawet krótki urlop powodował u mnie całkowite naładowanie baterii, o tyle teraz poziom mojej energii obniża znacznie szybciej. Czasami nie mogę w nocy zasnąć i wydaję mi się jakbym zatracał zdolność relaksowania się po pracy a to kojarzy mi się głównie z symptomami wypalenia zawodowego.
Do noszenia biżuterii nazębnej zdążyłem przywyknąć, nauczyłem się znowu mówić, jeść, całować i robić rzeczy ustami tudzież językiem.
W dodatku odkąd zmieniłem dietę w ciągu kilku tygodni wyglądam apetyczniej. Nic nie smakuje lepiej niż smak chudnięcia…
W pracy dostałem projekt, wokół którego kręcę się po omacku próbując przeforsować przesunięcie jego ostatecznego terminu. Wszystkie ‘’świetne pomysły’’, które przychodzą z naszej amerykańskiej centrali zwykle nie nadają się do wprowadzenia od zaraz: albo niedopasowane technologicznie, albo mają się nijak do lokalnego prawa, podatków albo waluty, albo są po prostu z dupy wzięte, bo komuś się wydaje, że Europa to taka wielka wyspa. Od paru dni z telekonferencji przełączam się na telekonferencje rzeźbiąc swoje, w między czasie mam na szczęście zaplanowane spotkania, czasem nawet w tak urokliwych miejscach jak to w przyszły wtorek w Barcelonie.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | 1 komentarz

Wracam do domu ostatni raz

W ostatni weekend zatrzymałem się w domu rodziców, z którego po nie całych 2 godzinach uciekłem do hotelu. Matka najpierw próbowała siłą mnie nakarmić wciskając nieustannie domową pasze, potem rozpoczęła przesłuchanie z kim, gdzie i kiedy zamierzam się spotkać, płynnie przechodząc do próby wytłumaczenia mi decyzji o wyjeździe do Australii Zosi z ‘’Na dobre na dobre i na złe’’ i innych perypetii bohaterów telenowel a kończąc na intrygujących spostrzeżeniach dotyczących polskiego rynku reklam. Syndrom nauczycielki na wakacjach daje się jej we znaki coraz mocniej a moje zachowanie niemające nic wspólnego z czołobitnością, podporządkowaniem, poddaństwem i ulęgłością działa na nią jak płachta na byka. Na quizy i przesłuchania szkoda mi czasu i nerwów a wrocławski Sofitel chętnie udzielił mi azylu.
Kilka dni wcześniej na krótko poleciałem do Palermo – zupełnie nie planowałem, ale wciąż nie nauczyłem się nie ulegać lotniczym promocjom. Do stolic zwykle stosunkowo najłatwiej się dostać, ale oczekuje się od nich dużo więcej niż od innych miast. Łatwo narzeka się, że nie reprezentują całego kraju, regionu, że są zbyt turystyczne, przepełnione i drogie. W moim przypadku rozczarowało mnie tylko jedno: bród i wszechobecne rynny śmieci. Nie wiem, dlaczego mieszkańcy tego urokliwego miasta nie mają w zwyczaju używania śmietników.
Lubię włóczyć się bez celu po nieznanym mieście, zgubić się w krętych uliczkach nieuczęszczanych przez turystów, próbować zlokalizować miejsca, skrzyżowania i kierunek biegnących ulic. W leniwej atmosferze Palermo piłem najsmaczniejszą mrożoną herbatę na świecie zupełnie nie myśląc o istnieniu sycylijskiej mafii. Trudno poradzić sobie jeśli nie zna się tutaj włoskiego, ale zagaić rozmowę jest już dużo łatwiej, no ale to oczywista oczywistosć…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 1 komentarz

Z życia tułacza

Nie mam czasu na pisanie, bo albo późno wieczorem wracam do domu i czuję się zmęczony albo akurat gdzieś jadę albo wokoło dzieje się tyle, że szkoda mi czasu, by zatrzymać się, aby to wszystko uchwycić i opisać.
Po powrocie ze Stanów jeszcze tego samego tygodnia poleciałem do Warszawy, razem z K zahaczyliśmy o przedstawienie w teatrze, po którym zrewidowałem swoją kilkuletnią fascynację popularnym aktorem, potem kolacja we dwoje, pierogi i firmowe ploty z A. w przerwie na lunch, a z warszawiakiem … śniadanie, bo wciąż jesteśmy w daleko posuniętym kontakcie, jako że w jego przypadku zupełnie nie sprawdziła się metoda szybkich powrotów do łóżka ani nawet sekator w ustach, tak więc nasze mecze odbywają się regularnie…
M wrócił z Włoch opalony i wypoczęty, przejęty decyzją banku o nieprzyznaniu mu kredytu na ‘’budkę z kebabem’’. Pozytywne jest to, że posłuchał rady innych i rozpoczął kurs języka niemieckiego, który jak na razie sprawia mu mnóstwo frajdy i satysfakcji. Może nie jest to panaceum na wszystkie jego problemy, ale przynajmniej stara się robić coś by zmienić swój stan ciągłego niezadowolenia.
We Wrocławiu z okazji rokrocznie organizowanego pikniku spotkałem się z dawnymi kolegami z pracy. Wielu pojawiło się tylko po to by się pokazać, inni zatracili zdolność rozmowy bezinteresownej, ale na szczęście wciąż spotykałem wyjątki, które stać na zwykłą sympatyczną rozmowę. Nawet, jeśli czasem narzekam na zmęczenie, pracę i obowiązki kraj, w którym mieszkam, to po wysłuchaniu opowieści innych szybko przypomniałem sobie o tym jak było kilka lata temu. I przez tą krótką chwilę czułem się szczęśliwy, ucieszyłem się tym co mam i osiągnąłem, obiecując sobie o tym pamiętać kiedy znowu dopadnie mnie stan emocjonalnego i motywacyjnego zubożenia. Moje plany są jednak niezmienne, za 18 miesięcy planuje mieszkać i pracować gdzieś w Azji. Powrót do Polski dla samych ludzi, znajomych na razie mnie nie przekonuje.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

grande sorpresa


plaza na poludniu Wloch obok domu M
Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 3 Komentarze