wakacje w technikolorze

133-1
Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

w raju jak Adam z …Adamem

Jadąc na ten urlop mieliśmy ułożony bardzo szczegółowy plan jak chcemy spędzić te kilka dni. Pierwszy dzień miał być słodkim nic nierobieniem z koktajlami w dłoniach. Nazajutrz jednak pod wpływem impulsu wykupiliśmy całodniowy rejs katamaranem na sąsiednie Tintemarre i Anguille.
Kapitalnie było móc leniwie rozłożyć się na pokładzie, sączyć zakrapiany rumem poncz i kolorowe drinki serwowane przez dziewczyny z załogi, beztrosko zażywać kąpieli słonecznych.
Wszystkie plaże i zatoki wyglądały bardzo malowniczo i egzotycznie, co kilkadziesiąt minut zawijaliśmy do tych mniej uczęszczanych, niekiedy prawie pustych by wykąpać się w krystalicznej wodzie i uprawiać snorekling.
Zachłyśnięci widokami, kolorem morza, zamroczeni lekko ponczem urządziliśmy prawdziwy maraton robienia zdjęć w rajskiej scenerii, nieświadomie łapaliśmy promienie słońca, które w efekcie strzaskało nasze twarze tego dnia na mahoń.
Gdyby popatrzeć na ten dzień trzeźwym okiem dzień ograniczał się do pływania od zatoki do zatoki, oglądania identycznych plaż, niezliczonych skoków do wody i wlewania w siebie mnóstwa alkoholu – banał.  Po ostatnich próbach nurkowania na Zanzibarze M nie bardzo chciał dać się namówić na powtórkę z rozrywki.
Nie czul żadnej frajdy więc w końcu dałem mu spokój i w pojedynkę podziwiałem tutejszą rafę z morską fauną i florą.
Anguilla – mała i prawie całkowicie płaska wysepka – suwerenne państwo słynie głównie ze wspaniałych plaż i choć nie widziałem wszystkich rzeczywiście tutejsze były wyjątkowe…
Wieczorem zerwał się wiatr, który przyniósł burze i niepogodę tak, że gdy wpływaliśmy do mariny tonęliśmy w strugach deszczu.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Francuskie Indie Zachodnie

Odprawienie się na lot American Airlines nie było czynnością najprostszą, musieliśmy stanąć w trzech różnych kolejkach, do końca nie rozumiejąc czemu i czy za bagaż musimy płacić dodatkowo czy nie, nim weszliśmy na pokład samolotu zahaczyliśmy o duty free i dopiero zaopatrzeni w butelkę Moët Chandon wsiedliśmy do samolotu do Phlipsburga.
St. Maarten z okna samolotu prezentowało się barwnie i egzotycznie. Strach człowieka może oblecieć na widok długości pasa do lądowania, który wydaje się być niewystarczający i faktu, że kilkuset tonowy Boeing ląduje 10-15m metrów nad głowami plażowiczów. Po wyjściu z terminalu przylotów od razu poczuliśmy się wspaniale: słońce grzało mocno i było parno – 36°C. Prawie godzinę zajęło nam dotarcie do hotelu położonego w Anse Marcel we francuskiej części wyspy.

Malowniczo położony wśród zielonych i stromych wzgórz, nad piękną zatoką z białym drobnym piaskiem, pełen egzotycznych palm krzewów, kwiatów, przytulny, bardzo zadbany, czysty i najważniejsze – praktycznie bez gości. Dostaliśmy nasz upatrzony w katalogu suit tuż przy hotelowej marinie w miejscu, które śmiało nazwać można kwintesencją określenia ”oaza spokoju”. Siedząc na tarasie można usłyszeć wyłącznie własne myśli.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , | 2 Komentarze

Miami – dzień dobry bardzo

Ledwo na dobre rozsiedliśmy się w wygodnych fotelach klasy biznes a podniebne kelnerki  rozpoczęły serwowanie napojów i posiłków M rozsunął swój fotel do pozycji horyzontalnej i zasnął. Nie były wstanie obudzić go wykwintne menu ani system pokładowej rozrywki. Ujął mnie niezmiernie jego romantyzm…
Późnym popołudniem wylądowaliśmy w Miami, tym razem bez traumatycznych przeżyć przeszliśmy przez US Immigration, za pierwszym razem znaleźliśmy właściwe wyjście by hotelowym shuttle busem pojechać wprost do hotelu. Nasz suit w Hiltonie reklamowany jako de luxe lata świetności miał już za sobą, ale co tam łóżko wciąż spisywało się na medal. Cały poranek spędziliśmy na tarasie – M nie gorzej niż rasowy Japończyk pstrykał zdjęcia lądującym samolotom podczas gdy ja próbowałem wygrać walkę z ekspresem do kawy a raczej maszyna od moczopędnej cierpkiej lury.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

koniec pracy – urlop

Huragan Tomas chyba na dobre ominie Antyle szerokim łukiem, wobec tego bez większej obawy lecimy dziś do Miami, podobno nie dotrze nawet na Florydę więc mamy szansę w ogóle go nie odczuć.
I tak zostawiam za soba wczorajszy dzień, bajzel i obowiązki, wyłączam się – od jutra liczy się wyłącznie karaibski szał ciał i bahama mama. Będę co najwyżej liczył fale i kolorowe koktajle…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 6 Komentarzy

urlop w oku huraganu

Z jednej strony jestem trochę zły na siebie, że tak nalegałem na to miejsce, z drugiej przy takich emocjach będzie, co wspominać po powrocie…
Koleżanka z Warszawy podsunęła mi ciekawy pomysł na spędzenie urlopu – czarter katamaranu na Karaibach. Pomysł genialny (i wcale nie drogi), ale mimo to nie wypalił, bo marzyła mi się Arka Noego – czyli same pary, które pojechałyby z nami, bo z obcymi to raczej ryzyko i żadna frajda. Jak znam swoje szczęście trafilibyśmy na homofobów albo forsiastych ”betonów”, dla których największą atrakcją na urlopie byłoby nawalenie się do granic przyzwoitości. Dlatego chwilowo zrezygnowaliśmy z tej opcji, ale nie przestaliśmy szukać takiego miejsca, które pozwoliłoby nam na odwiedzenie kilku sąsiadujących wysp.
I tak w piątek lecimy do Miami a stamtąd na St. Martin. Jechać tylko na jedną wyspę wydawało się być mało wyszukane, ale połączenie pobytu ze zwiedzaniem St. Barthelemy, Anguilli i Saby spowodowało, że w oczach zaświeciły mi się lampki.
Gorączka przedwyjazdowa zaczęła udzielać się nam na dobre, gdy w samolocie do Miami zorganizowałem dla nas miejsca w klasie biznes, co by M mógł wygodnie wyciągnąć nogi i nie musiał gnieść się w klasie cargo. Przećwiczyliśmy też podstawowe dialogi z tematu rozmowa z amerykańskim immigration na wspomnienie, którego do dzisiaj żołądek skręca mi się trąbkę.
A od wczoraj z duszą na ramieniu śledzę doniesienia CNN na temat huraganu Tomas, który pustoszy Karaiby i przyczynił się do zamknięcie lotnisk na Barbados i w St. Lucia. Sezon tropikalnych cyklonów na Atlantyku niby się skończył, ale wściekła Shary pustoszy Bermudy, a Tomas w najlepsze śmiga po Karaibach.

Mój zapał trochę, więc ostygł zwłaszcza, że do soboty jeszcze wiele może się zmienić. Władze poszczególnych wysp ogłosiły alarm i wezwały mieszkańców oraz turystów do zachowania ostrożności, a przede wszystkim do opuszczenia plaż, gdzie mają uderzać kilkumetrowe fale. Już widzę nas dwoje w naszym pięknym apartamencie, zabezpieczanym workami z piaskiem, ściśniętych w objęciach a na koniec ewakuowanych helikopterem razem z kobietami i dziećmi…

Opublikowano podróże | Otagowano , | 4 Komentarze

z życia tułacza

Nieustające turnee wciąż trwa i wygląda na to, że przeciągnie się spokojnie do świąt a nawet zahaczy o styczeń, który zapowiada się nie mniej intensywnie.
2-dniowe szkolenie, które zorganizowałem w Richmond okazało się podręcznikowym przykładem na to jak nie należy przeprowadzać szkoleń – bo wpadka goniła wpadkę. Wysłałem zaproszenie do ponad 200 osób, z czego na pierwszym spotkaniu zaliczyłem zdziwienie, bo pojawiły się zaledwie 2, potem pomyliłem sale konferencyjne, nerwowo spoglądając, co chwilę na zegarek zastanawiałem się, dlaczego nikogo jeszcze nie ma, podczas gdy cała grupa czekała na mnie w sali w drugiej części budynku, następnie przez kwadrans nie mogłem uruchomić prezentacji, na dodatek mój szkoleniowiec utknął gdzieś w korku, więc musiałem improwizować, ale w trakcie przestała działać aplikacja, którą zachwalałem jako szybką sprawną i niezawodną, a na sam koniec cały system się zawiesił i było już po ptakach. 
Nie owijając w bawełnę Anglia była nudna, pobyt kręcił się wokół szkoleń, wieczorem pracowałem z hotelu w nocy, mało spałem obdzwaniając biura, które właśnie otwierały się po drugiej stronie globu. Ot taka zwykla korporacyjna bylejakość, papka pokrapiana imitacją wielkiego świata biznesu. Gdyby nie towarzystwo R pewnie w ogóle nie wychodziłbym z pokoju a tak zaliczyliśmy dwa fajne wieczory we dwoje.
Przedostatnim samolotem wróciłem do Zurychu, w domu byłem po północy, żeby o 4 rano przepakować się i zdążyć na samolot do Monachium.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 10 Komentarzy

oblatywacz

Niesamowita odmiana przyjechać do Belgradu pod koniec września, kiedy wreszcie nie ma upałów, bezlitosny żar nie leje się z nieba a na zewnątrz jest rześko, żeby nie powiedzieć, że zimno. Wjeżdżając do miasta uśmiechałem się zobaczywszy budynku Ganeksu, stanowiący prawdziwie architektoniczny ewenement, pijany zwid projektanta, na widok którego pytanie narzuca się jedno ”a co to k…a jest?”

W moim ulubionym hotelu, w którym wszystkie rozmowy międzynarodowe są za darmo (międzynarodowe, ale nie lokalne!) znowu mogłem uskuteczniać ze znajomymi tzw. pogaduchy do poduchy, wprawiając co poniektórych w osłupienie dzwoniąc z dziwnego afrykańskiego numeru…
Wieczorne, sesje z dawnym bliskim znajomym pozostawiły widoczne ślady, które schodziły ze mnie ponad tydzień. Obawiam się, że następnego razu nie będzie. Gdybym przyjechał tydzień później miałbym wątpliwą przyjemność uczestniczenia w szeroko komentowanym w zachodnich mediach marszu równości.
W pracy młyn nie do opisania, w biurze praktycznie nie przebywam, pracuje w pociągu, na lotnisku i nawet po powrocie do domu zasiadam do zaległych e-maili, nad którymi ślęczę do późna w nocy. M nie jest tym faktem pocieszony, ale rozumie że to przejściowe i mnie wspiera. Skończyłem projekt w Zurychu, w tym tygodniu jestem w Londynie, żeby w piątek odrobić zalegle wolne dni i spędzić długi weekend we Wrocławiu. Październik i listopad praktycznie dla mnie nie istnieją, często karmie się myślami bezczynnego plażowania na Antylach. Pomimo zmęczenia, pomimo nawału obowiązków i zadań, całego tego obciążenia wciąż odczuwam wewnętrzną frajdę, lubię swoja pracę i konieczność ciągłego przemieszczania się z miejsca na miejsce, systematycznie przypominam sobie o tym sącząc czerwone wino na wysokości 10000m.
Do Stambułu, trochę zbyt pochopnie zabrałem przypadkiem poznanego w Chorwacji kolegę, który, jak się okazało z nie jednego pieca jadł chleb, czego nie zdążyłem wyłapać wcześniej, będąc nadto pochłonięty urokami chorwackiej stolicy. Jego hotelowy pokój jak i niektóre otwory ciała były jak tramwaj, do którego nieustannie ktoś wchodził i wychodził aż w końcu orgazmodromem zainteresowała się hotelowa ochrona… W nocy praktycznie nie spał tak bardzo pochłonęła go stolica tureckiego nocnego życia na Taksim.
Naiwnie wydawało mi się że to ja jestem zepsuty i obsceniczny, ale radością przyjąłem fakt że istnieją przypadki znacznie gorsze ode mnie. Przyglądając się jego ekscesom z boku nabrałem przekonania, że nie pozwolę więcej wypasać mojego konika na jego łączce. Choć mieszkaliśmy na różnych piętrach w kulminacyjnym momencie, naprawdę liczyłem na to, że w ramach jakiegoś gestu sprawiedliwości piorun pierdyknie prosto w niego. Nic takiego się nie wydarzyło, ale po naszym wyjeździe na pewno przydałoby się zdezynfekować tamten pokój…
Z jednej strony byłem zły na siebie, że tak nalegałem żeby ze mną jechał, z drugiej trochę zazdrościłem mu powodzenia, bo przy nim czułem się ubogo, jak mężczyzna w wieku geriatrycznym.
Poza tym było zimno, lało i wiało. Taksim Square tętni życiem przez cały dzień i noc dostarczając spragnionym atrakcji turystom wszelkich możliwych atrakcji i uciech także tych mocniejszych…
Coś w tym jest, że nawet najbardziej pociągający i atrakcyjni fizycznie osobnicy tracą przy bliższym poznaniu, a żeby wspomnienia pozostały mile na zawsze bezwarunkowo należałoby trzymać się zasady jednego razu…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 3 Komentarze

O nas – rzeczywistość z nieco innej strony

Wiadomość z ust M odebrałem jakbym dostał obuchem w łeb – zakomunikował, że myśli o otwarciu własnego interesu, najchętniej we Włoszech. Przestałem słuchać wywodów o sposobie finansowania tego przedsięwzięcia, choć było tam coś o mnie i kredycie z banku, gdy między zdaniami padł zbagatelizowany szczegół chęci powrotu do zapyziałej ziemianki na południu Włoch, zaraz potem poszedłem w zaparte i skwitowałem, że to najgłupszy pomysł jaki kiedykolwiek przyszedł mu do głowy. Można mi zarzucić egoizm, że w takiej sytuacji nie próbowałem go poprzeć tylko wdeptałem uczucia w ziemię, zacząłem myśleć o sobie i jak taka zmiana wpłynie na moje (nasze?) życie materialne i zawodowe. Od razu nasunęła się jedna myśl – jeśli ma dojść do tego, że M wyjedzie i postanowi zrobić rewolucję w swoim życiu to muszę zadbać o to by ta zmiana jak najmniej odbiła się na mnie. Ktoś może nazwać mnie samolubem, kutasem, który myśli tylko o sobie, ale jeśli coś jest niedorzeczne i głupie to nie będę udawał, że jest inaczej.
M. ma talent do pakowania się w beznadziejne sytuacje, które wiążą się zwykle z finansowymi zobowiązaniami i zwykle zachowuje się tak, jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Tak było z kupnem auta, którego ubezpieczenie odbija się mu finansową czkawką ile razy przychodzi termin płacenia raty leasingowej i ubezpieczenia, zwykle chodzi wtedy struty i naburmuszony, wygląda jak wielka chmura gradowa. To szczegół, że tak naprawdę auta nigdy nie potrzebował i nawet teraz używa go tylko kilka razy w miesiącu, bo z i do pracy jeździ kolejką co zajmuje mu 6 minut.
W przypadku M posiadanie auta nierozłącznie łączy się z mandatami, tydzień bez mandatu lub dwóch to tydzień stracony. Z dziwną lekkością zostawia auto w miejscach niedozwolonych a ostatnio policja osobiście pofatygowała się do niego do pracy, grożąc mu że następnym razem, jeśli mandat okaże się nieskuteczny, wezmą auto na lawetę.
Od czerwca zmienił mu się status pobytu w Szwajcarii a tym samym sposób rozliczania z fiskusem. Kiedy dostał pierwszą fakturę zaniemówił, po czym przelał do Urzędu Skarbowego 1/3 wskazanej kwoty. Zapytałem go czy wie czy aby tak na pewno można, odpowiedział tylko ”no jasne”. Mnie nie wydawało się to być tak oczywiste dlatego w pracy poradziłem się naszego doradcy podatkowego, który wyjaśnił mi całą procedurę. M przyjął moje informacje do wiadomości, ale mało się nimi przejął, nie docierały do niego żadne argumenty, na koniec uparł się, postawił na swoim i tkwiłby w tym swoim postanowieniu długo gdyby Urząd Skarbowy nie zadzwonił do niego na komórkę…
Inna słabością M są super oferty kart kredytowych z załączoną umową, które wystarczy tylko podpisać i wysłać. Obecnie ma ich 5, z czego 3 umowy zawarł w języku francuskim (którego nota bene nie zna) i za każdym razem gdy coś niepokojącego dzieje się z rachunkiem nie może nawet skontaktować się z działem obsługi klienta by wyjaśnić problem przez telefon czy email. Inna sprawa, że nie zna on w ogóle żadnych innych języków prócz włoskiego (co nigdy nie stanowiło dla mnie problemu bo widziały gały co brały), ale podpisywanie umów prawnych klasyfikuje się dla mnie jako zwykły akt samobójczy i tylko czekać kiedy wpakuje się (nas) na jakąś minę.
W niedzielę na widok słonecznego poranka ogarnęła mnie niesamowita ochota wyjechania gdzieś poza Berno, nad jezioro do Lozanny albo Montreux gdyby tylko nie to, że nad głową wisiało nam odkładane od tygodni zadanie specjalne pt. porządki w pakamerach. Nasze mieszkanie znajduje się na poddaszu i w związku z licznymi skosami otrzymaliśmy kilka dodatkowo wydzielonych pomieszczeń gospodarczych, do których bez namysłu wrzucamy wszystkie mało przydatne przedmioty oraz odzież, czasopisma, zepsute urządzenia, słoiki, kartony, styropiany, stare albumy i rachunki. Wiedziałem, że jeśli nie zabierzemy się za to dzisiaj, to nie zrobimy tego przez następne kilka miesięcy, bo M do listopada pracuje non stop, potem lecimy na Karaiby, w międzyczasie mam europejskie tournee, które potrwa do końca stycznia. I tak zamiast cieszyć się pięknym, niedzielnym słońcem zatopiliśmy się w tonach śmieci, kartonów i kurzu, ale za to gdy dopięliśmy swego rozpinała nas duma. Wyrzucanie śmieci w Polsce jest rzeczą prostą: wystarczy zebrać, znieść i wyrzucić na śmietnik, w Szwajcarii trzeba dodatkowo poświęcić dodatkowe godziny na ich posegregowanie według jednej z 50 kategorii odpadów, ułożenie w paczki a potem wywiezienie na wysypisko.
Po tak intensywnym dniu nie miałem serca patrzeć na M stojącego w kuchni, z drugiej strony mnie też jakoś nie śpieszyło się do garów. Choć zmęczeni rozpierała nas radość na widok tak sprawnie wykonanego zadania, uważałem więc że zasłużyliśmy na coś lepszego niż talerz makaronu i mus z dyni.
Poznaliśmy się, zakochaliśmy się bez pamięci, lewitowaliśmy dziesięć centymetrów nad ziemią, stać nas było na największe szaleństwa, nasze wspólne życie było bajką ale wreszcie zaczynamy żyć normalnie…
Dzisiaj, patrząc na to wszystko z dystansu wydaje się że po 3 latach wspólnego mieszkania i życia pod jednym dachem trochę oklapłem i straciłem zapał do codziennych powtarzalnych czynności i rytuałów, przestałem starać się o względy, w nasze życie wdarła się rutyna a drogie prezenty nie są żadnym rozwiązaniem i nie rekompensują niczego. Obiecałem sobie, że po powrocie z Włoch wyciągnę go z domu, zaproszę niespodziewanie na kolacje do dobrej restauracji i porozmawiamy o rzeczach ważnych dla niego, a ja postaram się spojrzeć na nie jeszcze raz obiektywnie i bez emocji, spróbuje wesprzeć w pomysłach i zaoferować najlepszą na jaką mnie stać pomoc…
Kiedy problem osiągnie masę krytyczną znowu będę musiał się z nim zmierzyć, ale na razie skrzętnie i ochoczo zmiatam wszystko pod dywan.
A poza tym rano nie było mi już zupełnie do śmiechu, lejący się katar, ból głowy, ogólne rozbicie, wstawałem jakbym szykował się na ścięcie i gdy miałem już wyskakiwać z pidżamy przeszła mi myśl, że mógłbym właściwie zostać dziś w domu i zrobić sobie wolne. Włączyłem tylko komputer, upewniłem się że mam włączony telefon i spokojnie wróciłem z powrotem na godzinę do łóżka.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , , , | 14 Komentarzy

Taksówki wielkich miast

Jednym z moich ulubionych momentów podczas każdego wyjazdu to wczesno poranna podróż taksówką na lotnisko.
Bez względu czy jest to Teheran, Paryż, San Francisco, Belgrad, Ankara czy Warszawa o bardzo wczesnej porze wszędzie jest tak samo nastrojowo.
W Turcji bladym świtem sprzedawcy otwierają swoje kramy, wykładają towary, porządkuje się ulice, otwierane są sklepy, w krajach Orientu ruch i tłumy o tej porze nie są niczym nadzwyczajnym. Puste, słabo oświetlone ulice, górujące nad miastem meczety, rozświetlone minarety, ”leżący policjanci” przypominający o tym, że to jednak wciąż kraj trzeciego swiata. Znane turystyczne miejsca o wczesnej godzinie stoją opustoszałe, majestatycznie eksponują całe swe architektoniczne piękno. Wszystkie te miejsca różni od siebie tylko muzyka wydobywająca się z samochodowego radia porannych audycji: od klasycznej po sentymentalne bałkańskie ballady. Ile razy mam okazje odbywać taką podróż odczuwam trudną do opisania przyjemność i radość, czuje przypływ sentymentalnych myśli, świat wydaje się piękniejszy, kolory intensywniejsze a życie pełniejsze i bogatsze.

W moim przypadku staje się już być regułą, że przemieszczając się między różnymi strefami klimatycznymi łatwo nabawiam się przeziębienia. Dopadło mnie ono w weekend, po powrocie z Ankary, ale wcześniej dałem się wyciągnąć na koncert zorganizowany w ramach odbywających się berneńskich Biennale. Koncert dość awangardowy z cyklu jakie dźwięki można wydobyć ocierając metalowym prętem o blat stołu – od tej niezdrowej ciekawości po 45 minutach rozbolała mnie głowa i zęby.
Po koncercie zabrałem Paolo i Fabien do Azzurro gdzie wreszcie miałem okazje spróbować nowych kulinarnych pomysłów M – jak na ironie chociaż mieszkam i sypiam z kucharzem, to żeby dobrze i wykwitnie zjeść wciąż muszę mu za to płacić.

Otagowano , , | 2 Komentarze