niby zupełnie zwykły dzień

Dziś był zupełnie zwykły dzień, ale na swój sposób bardzo udany. Obudziłem się bardzo wcześnie rano, wyspany, wstałem z łóżka od razu. Wypiłem poranna kawę i popatrzyłem na bałagan w domu… Najpierw podlałem kwiatki, zmieniłem żarówkę w lampie, pościeliłem łóżko, poodkurzałem mieszkanie, wymieniłem deskę w WC, poskładałem pranie, wyciągnąłem naczynia ze zmywarki, wyniosłem śmieci, naprawiłem drzwi od szafy, wyszorowałem łazienkę, zrobiłem porządki na półkach, ogoliłem się a na koniec wskoczyłem do łóżka na pół godziny, bo pracę zaczynałem dopiero o 9. Ogarnąłem wszystkie sprawy w niecałe 2 godziny co przy codziennym braku energii zajęłoby mi tydzień.

Koleżanka wyciągnęła mnie na weekend do Krakowa obiecując miłe towarzystwo, zmianę otoczenia, wysypianie się i czas spędzany na pełnym relaksie.

Na Ukrainie trwa wojna. Wiem o tym bo nieustannie trąbią o tym w telewizji i na internetowych portalach. Na dworcu w stolicy Małopolski po raz pierwszy bezpośrednio zetknąłem się z uchodźcami, o których tyle trąbią w wiadomościach.

Rzeka ludzi, same kobiety i dzieci, przebywający bez celu, bez planów, bardzo dobrze ubranych, nie odstający praktycznie niczym od tłumu przechadzających się obok Polaków. Przyczepieni ładowarkami od telefonów do filarów, nielicznych gniazdek darmowego źródła prądu, siedzący na kartonowych siedziskach, śpiworach albo na karimatach świadczących o smutnym fakcie, że śpią oni w tym samym miejscu, korzystający z dworcowej gar kuchni i posiłków organizowanych przez wolontariuszy. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego widoku, tylu przygnebiających scen. Widok przyprawiających o depresje. Smutny pejzaż uświadamiający, że kilkaset kilometrów w stronę wschodniej granicy trwa wojna.

W pociągu do Wrocławia podróżowałem z koleżanką z pracy. Ja, ona, dwie kobiety z czwórką małych dzieci, jakaś leciwa staruszka.

Gdybym podróżował w pojedynkę, pewnie siedziałbym sam, z miejscówką, w wagonie pierwszej klasy, zabarykadowany w wygodnym przedziale ze słuchawkami na uszach, odgrodzony od całej tej smutnej rzeczywistości i ignorujący wszystko co dzieje się wokół.

A. nieśmiało zaczęła rozmawiać z pasażerami naszego przedziału – skąd przyjechali, dokąd zmierzają..

Starsza pani lat 76 od kilkunastu godzin podróżowała do swojego syna, mieszkającego gdzieś pod granicą z Niemcami. Miała jego adres zapisany długopisem na dłoni. Jej bagaż stanowiła niewielka torba na kółkach, nieporęczna, bo bez rączek czy uchwytów, taki kilkunastokilogramowy kloc, który ktoś życzliwy pomógł jej wnieść do naszego wagonu. Zadzwoniliśmy do jej syna, na szczęście mówił po polsku, twierdził że nie ma jak odebrać matki z Wrocławia. Poprosił nas o pomoc, aby jego matkę wsadzić w najbliższy pociąg do Zgorzelca co wydawało się niezrozumiałe, bo o tej porze brakowało połączeń bezpośrednich. Zobowiązałem się mu pomóc. Po przyjeździe do Wrocławia nie mogłem liczyć na pomoc wolontariuszy, choć było ich pełno, ale wydawali się niezorganizowani, ba wydawali się bardziej zagubieni ode mnie, żaden napotkany nie mówił po polsku, odsyłali nas do kas biletowych, przy których wiły się niesamowite kolejki. Nie wiem jak taka starsza kobieta poradziłaby sobie z walizką i całym tym zamieszaniem. Kupiłem dla niej bilet w biletomacie, zostałem z nią na stacji, zająłem się bagażem, zaoferowałem herbatę i kanapkę, postawiłem sobie za punkt honoru, że choćby nie wiem co wsadzę ją w bezpośredni pociąg do Zgorzelca, dam znać synowi, w którym wagonie siedzi jego matka i zmuszę żeby ją odebrał, gdy dojedzie do celu. Poprosiłem nawet o pomoc konduktorkę, aby dała kobiecie znać, kiedy nadejdzie właściwa stacja. Starsza, obca mi kobieta uściskała mnie na pożegnanie, kiedy zostawiałem ją samą w wagonie. Do oczu napłynęły mi łzy a ja przecież nigdy nie płaczę. Starsza pani dojechała, około 1. w nocy, zadzwoniła do mnie jej synowa, potwierdziła, że teściowa dotarła cała i zdrowa, podziękowała za pomoc.

Moja koleżanka zajęła się 6 osobową rodziną podróżującą do Düsseldorfu. Rozdzieliliśmy się na stacji kolejowej. Ja zająłem się starszą panią a ona dwoma kobietami podróżującymi z czwórką małych dzieci. Nigdy nie zapomnę tego widoku: dwie kobiety z czwórką maluchów, spakowanych w trzy szkolne plecaki, gdzie mieściło się wszystko co miały najważniejszego. Tylko dzięki temu, że wszyscy posiadali paszporty udało nam się im pomóc kupić bilety autobusowe na następny dzień. Nie mam w sobie nic z wolontariusza, brakuje mi empatii, ogólnie mam w dupie czy gdzieś, ktoś ma źle czy gdzieś trwa wojna, ale w tym momencie nie potrafiłem przejść obojętnie obok tamtego widoku. A. okazała się bardziej dzielna ode mnie. Niezmiennie i bez przerwy czułem w gardle jakby ucisk, jak gdyby gulę, nieustająco walczyłem, żeby nie było po mnie widać jak bardzo jestem przejęty widokiem i sytuacją, w której się znaleźliśmy.

Do domu dotarłem grubo po 1. w nocy. O wojnie do tej pory tylko czytałem, głównie lektury szkolne, oglądałem też filmy o tej tematyce, nie zastanawiałem się nigdy czy będę pokoleniem które wojny w jakikolwiek sposób doświadczy. Zrobiłem sobie drinka a łzy poleciały mi jak grochy.

11 Komentarzy

Póki co sam nie wiem co o tym wszystkim myśleć…

…bo komentarze są mocno bardzo podzielone. Czytam doniesienia prasowe z Polski, Włoch, Wielkiej Brytanii i USA. Dużym łukiem omijam portale społecznościowe, bo dla mnie to śmietnik informacyjny. Drażni mnie PR, wyciąganie Wołynia, żółto niebieskie flagi wpięte w klapy marynarek dziennikarzy polskich serwisów informacyjnych. Mam za złe politykom krajów zachodnich indolencji, tych płomiennych przemówień bez żadnych akcji, że byli bardzo zachowawczy choć teraz coś się w tym zmienia.

Może nie tankujmy na rosyjskich stacjach, nie kupujmy rosyjskich produktów. Zerwijmy współpracę z rosyjskimi firmami. Trzeba ten bandycki kraj izolować. Czas zakończyć spory z naszymi sojusznikami, złagodzić spory wewnętrzne, zamknąć pola konfliktu, które nie służą interesom naszego kraju. Musimy zacieśnić więzi z Europą, z USA. Wpłacajmy pieniądze dla organizacji wspierających Ukrainę, oni tych pieniędzy będą bardzo potrzebować. Na co dzień dawajmy odczuć Ukraińcom, którzy mieszkają i pracują w Polsce, że są tu miłe widziani: dostawcom, kurierom, sprzedawcom, wszystkim, oni potrzebują nie tylko naszego wsparcia, ale też zwykłych wyrazów życzliwości. Kontaktujmy się z naszymi znajomymi na Zachodzie Europy, piszmy do nich, kształtujmy ich opinię. Przekonanie każdego jednego człowieka do tego, żeby wyrażał sprzeciw i gotowość poniesienia kosztów sankcji, jest bezcenne.

K. ma rodziców w Mariupolu. Chciała ścignąć ich do Szwajcarii, ale najpierw nie dostali wiz a potem nie chcieli wylecieć ani do Dubaju czy Egiptu. Teraz jest już za późno, nie mają szans wydostać się z objętym wojną kraju ani pociągiem, ani statkiem ani samolotem.

Otagowano | 6 Komentarzy

Gołą dupą w pysk dostałem…

… jak mawiała moja babcia. Dobrze zapowiadają się rozmowa o pracę z amerykańskim koncernem przeszła bez echa. Biorąc pod uwagę dynamikę rozmów kwalifikacyjnych, które odbywały się jedna po drugiej, lekką ręką obiecywałem sobie „złote góry” i żywot „pączka w maśle”, ale powód odmowy okazał się prozaiczny – jestem za drogi. Tak więc nici z ciepłej posadki, kokosów i nic nierobienia przez kilka lat. Na pamiątkę został mi jedynie automatyczny mail w beznamiętnym stylu: dziękujemy za udział w rekrutacji, twoje kwalifikacje i umiejętności są imponujące, ale….dupa.

Inaczej potoczyła się rozmowa z szefową w aktualnej pracy. Po tym jak oświadczyłem jej, żeby zdjęła mnie z projektu, bo klient jest nieogarnięty, pracuję po nocach, ogólnie nie chcę mieć z nim już nic wspólnego, bo ja tu szans na porozumienie nie widzę żadnych a pracować 12/24 nie będę, to szefowa jak na szefową przystało – wysłuchała gorzkich żali, zarzuciła korpo nowomową, kazała uzbroić się w cierpliwość, obiecała interweniować i do mnie wrócić. Na jakikolwiek kompromis z klientem nie ochoty nie miałem, ale jak to bywa w dużych organizacjach moja firma sama wie, co jest dla mnie najlepsze…

Klient zadzwonił, zaskoczony informacją że chcę odejść, przyznał że początek współpracy był niefortunny, dodał że jest bardzo zadowolony z mojej pracy, nie ma zastrzeżeń, wyartykułował że chciałby abym został, obiecał nawet ciekawsze zadania. Tak więc moje plany diabli wzięli, muszę ogarnąć to co mam, bo innych opcji chwilowo nie mam.

W tym tygodniu pracuję z Berna. M. śmieje się widząc mnie ze wzrokiem wlepionym od świtu do nocy w komputer, bo przez 15 lat nigdy nie widział mnie tak pochłoniętego pracą. Przyznam szczerze ja siebie też nie, ale nie mam na razie czasu głębiej się nad tym zastanowić, bo zaiwaniam.

Przeleciałem na tydzień do Szwajcarii. We wrocławskim mieszkaniu nie dałem rady samodzielnie ogarniać zakupów, prania, sprzątania czy zwykłych codziennych spraw. Łóżko wiecznie nieposłane, stos prania, syf i kurz wszędzie, w lodówce światło, byle jakie jedzenie, piętrzące się worki ze śmieciami, zakupy robione pośpiechem o 22.30 w osiedlowej Żabce przypominały mi tylko jak denna jest moja codzienność. M. ogarnia wszystko tysiąc razy lepiej i na dodatek robi to uśmiechem na twarzy, do moich obowiązków należą tylko odkurzanie, prasowanie i przynoszenie do łóżka poranej kawy. Jak za dotknięciem magicznej różdżki mamy czas na wieczorne rozmowy, regularne, smaczne posiłki, wspólne oglądanie filmów przy lampce wina, wyjścia do restauracji, spacery i przyjmowanie gości.

Opublikowano praca, Szwajcaria | Otagowano , | 5 Komentarzy

Życie jest tym, co cię zaskakuje, gdy masz inne plany…

Weekend minął mi na pełnym relaksie, bez stresu, przymusowych robót, zakupów, sprzątania, mycia garów, czy jakichkolwiek obowiązków, długo spałem i godzinami wylegiwałem się w łóżku oglądając zalegle filmy i seriale, bo nigdzie nie musiałem się śpieszyć. W piątek wpadły do mnie do domu dziewczyny z dawnej pracy, było wino, zestaw sushi oraz porcja korporacyjnych plotek. Jeśli w zeszłym tygodniu miałem jeszcze jakieś wątpliwości czy nie zadzwonić do byłego szefa, uderzyć w wysokie tony, położyć uszy po sobie, skomleć i zapytać się czy mógłbym wrócić, to po tym co usłyszałem chyba wolę mój przymusowy obóz pracy, przynajmniej więcej płacą. Tam wciąż traktują człowieka trochę lepiej ale tylko trochę niż niewolnika na polu bawełny w Alabamie. Na samą jednak myśl o zbliżającym się poniedziałku i następnych pięciu bardzo długich dniach, dostaję białej gorączki i chce mi się rzygać. Będę słuchał lukrowanej korpo papki ukrywającej zgniliznę, pan Niemiec będzie mnie wbijał w jakąś klatkę, w której jako pracownik czuję, że zdycham a ja całą swoją energię będę tracił jak tę swoistą klatkę rozwalić. Na dodatek z nowym pracodawcą zupełnie nie widzę możliwości rozwoju dla mnie ani dla moich kompetencji ani dla mnie ani dla „budowania lepszego świata pracy”. Wpakowałem się w zawodowy kanał podobnie jak kilka lat temu przyjmując ofertę pracy w szwajcarskim banku o szumnym motto „czyny a nie słowa”.

Dwa tygodnie temu aplikowałem o pracę do międzynarodowej organizacji z branży służby zdrowia. Jestem już po dwóch, całkiem obiecujących rozmowach i teraz czekam na finalny wynik tych spotkań. Szczerze, innych opcji zbytnio na razie nie mam, dodatkowy stres paraliżuje mi codzienne życie, bo nie wiem w jakiej sytuacji będę na koniec lutego. A ja już bardzo szeroko pojechałem, bo sobie expo w Dubaju na marzec zaplanowałem, weekend i zakupy w Londynie, wakacje na Wyspach Owczych, safari w Parku Krugera, kupno większego mieszkania i mini morrisa z opuszczanym dachem a tu jebudu banalna rzeczywistość z impetem skutecznie sprowadziła mnie na ziemię, że zacząłem liczyć swoje oszczędności.

4 Komentarze

Na zakręcie

Mówią że musisz walczyć z kilkoma złymi dniami, aby później zarobić najlepsze dni w swoim życiu. Nie łatwo przychodzi mi się z tym stwierdzeniem zgodzić, bo to problem z nastawieniem większości ludzi: życie nie polega na ciągłej walce i szukaniu swojego miejsca. Tak jakbym nie był wystarczająco dobry i muszę walczyć sam ze sobą aby dotrzeć tam gdzie chcę. Najchętniej po prostu bym się zrelaksował, był szczęśliwy na codzień, nie pracował bez końca nad byciem najlepszą wersją samego siebie.

Zupełnie nie wiem jaki będzie następny tydzień. Wiem za to jak fatalne mam nastawienie do powrotu do pracy 12-14 godzin na dobę. Najchętniej wypisałbym się z tej bajki i zaczął od nowa gdzieś indziej.

Znajomi wpierają mnie, jedni zazdroszczą, inni dają dobre rady żeby się nie zniechęcać, jeszcze inni straszą konsekwencjami. Wśród wszystkich złowieszczych scenariuszy istnieje M, codzienne życie i przyjemności.

Nie wiem, naprawdę nie wiem.

10 Komentarzy

Lekcja tolerancji

Koleżanka zaprosiła mnie na swoje okrągłe urodziny. W związku z ogólnokrajowymi obostrzeniami związanymi z pandemią, nie mogła zorganizować imprezy w restauracji dlatego zaproponowała spotkać się na wspólnym urodzinowym śniadaniu we wrocławskiej klubokawiarni i tam właśnie zaprosiła swoich gości. Podała dzień, miejsce i czas a ja miałem jedynie za zadanie zadbać o odpowiedni dla niej prezent. Punktualnie o 10:30 pojawiłem się w kafejce, przede mną przybyli już prawie wszyscy zaproszeni, większość gości pojawiła z dziećmi, czego nie dało się nie zauważyć ze względu na panujący przeraźliwy hałas. Na szczęście solenizantka (też mama) zorganizowała animatorkę, która dostała za zadanie zadbać by pociechy się nie nudziły, podczas gdy dorośli mieli mieć święty spokój. Przekraczając próg tego miejsca, usłyszałem klimatyczną muzykę i poczułem przytulną atmosferę ciepła, życzliwości zmieszaną z zapachem aromatycznej kawy. Zwyczajna atmosfera jak najbardziej standardowo oczekiwana w miłej i zachęcającej do odwiedzenia kawiarni.

Na stołach porozstawiane były talerze z przekąskami oraz karafki z wodą, natomiast jeżeli ktoś miał chęć zamówić sobie kawę czy herbatę albo całe śniadanie pt. tost czy jajecznicę – musiał złożyć zamówienie przy barze. Wśród zaproszonych gości nie zauważyłem wielu znajomych twarzy, dlatego zanim przysiadłem się do stolika, poszedłem zamówić filiżankę cappuccino. Za barem pracował młody chłopak. 

– Cappuccino na mleku owsianym poproszę, zapłacę kartą – powiedziałem.

– Cappuccino? – zapytał potwierdzającego. Przytaknąłem szybko głową. 

Chłopak wprowadził coś do systemu, po czym oddalił się od lady w kierunku stanowiska z terminalem płatności i zapytał: 

– Jak będzie Pan płacił? 

– Kartą – podpowiedziałem odruchowo jeszcze raz. 

Chłopak popatrzył przelotnie, odłożył coś na bok po czym zapytał: 

– Będzie Pan płacił kartą czy gotówką? 

– Tak, kartą – odpowiedziałam tym razem lekko zniecierpliwiony.

Po złożeniu zamówienia miałem poczekać aż mnie zawołają. Przycupnąłem więc sobie niedaleko baru w oczekiwaniu na swoją kolej. Po 10 minutach nic się nie wydarzyło, zamówiona kawa nie była gotowa dlatego zapytałem ile będę jeszcze czekał. 

– Przyjąłem pana zamówienie i jak będzie gotowe, zawołam –  usłyszałem w odpowiedzi. 

Minęło następne kilka minut, które zaczęło wydawać mi się wiecznością a mojej kawy jak nie było, tak nie było. 

– Przepraszam ja tę kawę dostanę? – zapytałem najuprzejmiej jak tylko potrafię. – Przyjąłem pana zamówienie i jak tylko będzie gotowe zaraz pana zawołam – powtórzył chłopak.

No nic. no to sobie poczekam – pomyślałem a w psychopatycznej wyobraźni rozcierałem na ścianie rozbryzgnięte komórki mózgowe tego pana. Po kolejnym kwadransie podeszła do mnie koleżanka najwidoczniej spostrzegłszy moją zabójczą minę: – A ty co Piotruś na coś czekasz? –  zapytała niewinnie

– Tak, na kawę, ale tutaj jakiś matoł pracuje, ewidentnie nie może się ogarnąć i chyba zaraz mu coś zrobię….. 

– … Poczekaj, poczekaj muszę ci coś powiedzieć… – zaczęła, niestety nie zdążyła dokończyć myśli, bo właśnie ktoś ją zawołał, ale nim odeszła obiecała, że za momencik do mnie wróci. Tak więc ja niczym przysłowiowa oaza spokoju, wyciszony kwiat lotosu na spokojnej tafli jeziora ćwiczyłem swoje opanowanie nieustannie czekając, raz po raz ciskając gromy w stronę mężczyzny. Kolejka ustała, nikt nie stał by złożyć zamówienie, kątem oka dostrzegałem jak chłopak oparł się o ladę, jakby zamyślony, z pustym wzrokiem wpatrzony w przestrzeń. 

– Przepraszam… – wyrwałem go ostro z tego zamyślenia. 

Chłopak popatrzył na mnie i jak gdyby nigdy nic zapytał: – Coś dla pana? – czym niemalże mnie dobił a w myślach przeleciało mi szybkie ja pie…lę.

– A moja kawa…? – popatrzyłem na niego jak na kogoś o ilorazie inteligencji kawałka drewna albo zdechłego chomika. 

-… a Pan zapłacił? – zapytał.

– No jasne, jakieś 45 minut temu – odburknąłem. Chwila dla debila i imbecyl to były naprawdę najlżejszy epitety jakimi określałem wtedy tego chłopaka w myślach. 

W końcu odebrałem zamówioną kawę, poszedłem dosiąść się do stolika, w międzyczasie podeszła do nas kelnerka przynosząc jakieś wcześniej zamówione dania. Przeprosiłem ją i spytałem gdzie mógłbym dostać serwetkę na co nie odpowiedziała. Zapytałem jeszcze raz, tym razem trochę głośniej, bo może mnie nie usłyszała. Dziewczyna rozdała wszystkim talerze, zebrała ze stolika puste naczynia po czym odwróciła się na pięcie i odeszła totalnie mnie ignorując. Syknąłem wtedy i puściłem wiązankę pod nosem – co za cyrk, jakaś ukryta kamera, prawdziwa stronza.

Za chwilę pojawiła się moja znajoma i wróciliśmy do rozmowy, którą nam przerwano…

– …Słuchaj, bo tutaj to pracują ludzie niepełnosprawni…. tacy z defektami intelektualnymi, z autyzmem, z zespołem Downa, z Aspergerem, głusi, niedowidzący co utrudnia komunikacje,  także myślałam ze wiesz…

Okazało się, że cafe bar prowadzony był przez stowarzyszenie zajmujące się terapią osób niepełnosprawnych intelektualnie, które kontynuują tu terapię mowy i myślenia przez pracę.

No a ja tego nie wiedziałem! Nikt mi o tym nie powiedział, nie znałem nawet tego miejsca, nigdy wcześniej o nim nie słyszałem. Momentalnie zrobiło mi się głupio, bo biedny pan za barem dostał ode mnie słowny łomot i metkę ameby ze wzrokiem tęskniącym za rozumem. Jeszcze te maseczki gdzie nie widać mimiki twarzy…na jego zachowanie włączał mi się jedynie agresor.

W trakcie imprezy okazało się, że pracownicy tego miejsca chętnie biorą udział w wydarzeniach, które są tutaj organizowane. Pracownicy nie są jedynie statystami, a w każdej uroczystości chcą brać czynny udział. Dla nas zorganizowali program artystyczny. Dostałem bojowe zadanie, aby osobom wchodzącym z zewnątrz wspomnieć, że na miejscu odbywa się impreza zamknięta. Co parę minut ktoś pukał, otwierałem drzwi i tłumaczyłem że nieczynne, że impreza zamknięta, wpuszczałem tylko tych, którzy przyszli wziąć udział w programie. Trafiłem na dwie dziewczyny z zespołem Downa. Jedna pytała czy załapie się na kawałek tortu, druga w progu zakomunikowała że przyszła na koncert, śpiewać, więc nie miałem żadnych wątpliwości, że należało ją wpuścić. To samo z osobą poruszającą się na wózku.

W ferworze przygotowań do przedstawienia zebraliśmy się na środku sali, czekając na ten szumnie zapowiadany występ. Stałem wmieszany w tłum, wśród wielu panów, gdy nagle otworzyły się drzwi. Dziewczyna z zespołem Downa weszła, rzuciła okiem po całej dużej Sali, po czym centralnie podeszła do mnie: 

– Gdzie mogę zostawić płaszcz? – zapytała. Grzecznie i prawie bezszelestnie odebrałem od niej nakrycie wierzchnie i pokazałem kierunek gdzie powinna się udać. Moja koleżanka podeszła do mnie i skwitowała:

– … ale że te wszystkie laski tak zawsze na ciebie lecą Piter. 

Jakby nie było był to komplement, bo spośród kilkunastu panów dziewczyna wybrała właśnie mnie… Zarumieniłem się na twarzy w kolorze rosso Valentino.

Po przedstawieniu przyszła kolej na krojenia tortu. Dziewczyna z obsługi, która pojawiła się w klubokawiarni najpóźniej, poprosiła mnie żebym jej pomógł. – Ja będę kroiła, a pan będzie nakładał na talerzyki i rozdawał gościom – zakomunikowała w tonie nieakceptującym sprzeciwu. 

Po chwili wniesiono piękny, okazały, trzypiętrowy, kolorowy tort. Dziewczyna sprawnie pokroiła go na kawałki i ruchem głowy wskazała, że teraz moją kolej.

Sięgnąłem po pierwszy kawałek tortu, aby nanieść go na znajdujący się niedaleko talerz i bach – spory kawałek upadł bezwładnie na stół. Sięgnąłem po kolejny i też niechcąco mi się wymsknął. Przy trzecim byłem bardziej ostrożny, ale i tym razem upuściłem go na stół, nie docierając do brzegu talerza.

– Pan to chyba mógłby z nami tu pracować, na pewno by się pan odnalazł… – skwitowała.

Wiedząc jakie to miejsce i po co zostało stworzone przyznaję, że obsługa jest wyjątkowa pod wieloma względami, a miejsce jest otwarte dla wszystkich i pozbawione barier. Podoba mi się idea integracji społecznej, gości w roli terapeutów, atmosfery równości emocjonalno-poznawczej, szanowania wszelkiej indywidualności i nie w kontekście by każdego zrównywać, aby zapewnić równe szanse według potrzeb i możliwości.

21 Komentarzy

Niewypowiedziane życzenie

…się spełniło. O pracy pisać nie zamierzam, ale faktycznie daje mi do wiwatu. W weekend pomyślałem, że skoro na nic zdały się rozmowy z przełożonym ani z klientem najlepiej byłoby pójść na L4. W poniedziałek chorowałem jak dziki osioł, we wtorek to samo, ale sam z siebie zamknąłem klapę od laptopa o 18., sam wyznaczyłem sobie granice bo inaczej tyrałbym do rana i padł na zawał czy udar mózgu.

Gardło mnie gryzło od piątku, spotkałem się z koleżanką ze studiów, byliśmy na kolacji u Włocha a później na winie u Francuza. Było miło, znajomi dołączyli, biesiadowaliśmy do późna wspominając dawne czasy. Do domu wróciłem pieszo co miało wyjść mi na dobre, niestety w nocy dostałem dreszczy. W poniedziałek ledwo żyłem, ale że mój niemiecki klient taryfy ulgowej mi nie dał, to rypałem tabelki i prezentację jak głupi osioł.

W nocy obudziłem się trzęsąc się z zimna, dałem radę podkręcić kaloryfer na max, nałożyć na kołdrę dodatkową narzutę, łaknąłem coldrex i jakoś dotrwałem do rana ale do biura już nie poszedłem. Przed 6. wysłałem jedynie krótki mail sorry ale dziś mnie nie będzie , naszprycowalem się tabletkami i poszedłem wygrzewać się w łóżku. Miła pani doktor z teleporady wystawiła mi L4 bez zająknięcia, mam czas dochodzić do siebie. Na test się nie zapisałem, ale symptomy wskazują na to, że powiększylbym statystki. Nie wiem czy jest sens iść robić sobie test i wysyłać się na 10-dniową kwarantannę. Z drugiej strony wizja dodatkowego wolnego tygodnia jest bardzo kusząca.

13 Komentarzy

pierwszy tydzień pracy

Od zeszłego poniedziałku zaczęła się praca. To pewnego rodzaju ewenement, że przez prawie 6 tygodni od momentu zatrudnienia w nowym miejscu nie działo się dosłownie nic, dni mijały rozleniwiająco, czasami pojawiałem się w biurze żeby z kimś wypić kawę, wyjść do ludzi, spotkać znajomego w kuchni aby później wyskoczyć na wspólny lunch. Żeby nie marnować czasu zapisałem się na kilka obowiązkowych szkoleń które tak czy inaczej musiałem zrobić, ale że każde było on-line, bez udziału osób trzecich, było to zajęcie potwornie nużące. Po 4 godzinach siedzenia i beznamiętnego klikania na slajdy czułem jak odpływam, myśli krążą wokół czegoś innego, trudno było mi utrzymać ten sam poziom koncentracji. Wieczorami za to mogłem dowolnie uskuteczniać spotkania towarzyskie. Poznałem nowe osoby w swoim zespole, bardzo mile doświadczenie, bo wszyscy wydają się bardzo przyjaźni i pomocni: żadnego chamstwa, niezdrowej rywalizacji, prywaty czy podkładania świń. Jednego wieczoru na fali bardzo dobrego humoru, wylądowaliśmy w klubie karaoke i do późnych godzinnych nocnych śpiewaliśmy włoskie szlagiery. Co jak co, ale Włosi potrafią się bawić a ja chętnie z tego korzystałem.

W zeszłym tygodniu punkt 8.30 ze słodkiego letargu wyrwał mnie dzwonek telefonu, dzwonił mój nowy dyrektor, wtedy poznałem swój nowy zespół projektowy oraz listę zadań i obowiązków. Nic nie wydawało mi się straszne, na dodatek pracuję z Niemcami, którzy z natury są bardzo poukładani i konkretni. Dogadujemy się bez problemów ale… znajomi pytają się mnie czy żyję i czy nie jestem chory.

Moja praca zaczyna się o 8 a kończy o 20 albo 22.00, dzień w dzień, zdzwaniamy się po kilka razy dziennie, dyskutujemy i omawiamy następne kroki, po czym zasuwam jak mały motorek, by po godzinie przyjąć na siebie następne zadania. Lubię pracować, rozumiem że początki są ciężkie ale zaczynam się trochę martwić, że godziny pracy okażą się standardem a na coś takiego nigdy się nie zgodzę. Na razie siedzę cicho, obserwuję, robię co do mnie należy, jak nie pasuje mi siedzieć po godzinach wyłączam komputer, telefon służbowy, wychodzę z domu i wracam do życia prywatnego. Kusi mnie, żeby czasem coś powiedzieć dosadniej, ale powstrzymuję się tłumacząc sobie, że to początki, ja się uczę, wdrażam, oni mnie sprawdzają, nie wszystko działa jeszcze tak jak powinno, ale z tylu głowy tli mi się lampka ze znakiem stopu. Nie mam natury pracoholika, rozumiem że każde zajęcia ma czasem peaki jak i względny czas spokoju, póki się to nie unormuje chodzę trochę podminowany i zmęczony. Daje sobie czas na razie do końca lutego i jeśli tak ma wyglądać moja nowa praca, klientowi powiem arrivederci i poproszę o zmianę. Jeśli do czerwca nic się nie zmieni zacznę szukać sobie nowego zajęcia.

Moja koleżanka która ściągnęła mnie do firmy zaczęła szukać nowej pracy po 8 miesiącach i dwóch zmianach klientów. Jest tak zmotywowana do zmiany pracodawcy, że pozostaje głucha na jakiekolwiek zapewnienia by zostać i próbować szarpać się dalej. Rozumiem ją doskonale, z drugiej strony nie chcę się uprzedzać i zacząć rozważać pomysłu brania nogi za pas.

Zobaczymy. Dziś i jutro znowu będę siedział do 22.00, zero życia osobistego nie mówiąc już o zakupach czy innych przyziemnych codziennych obowiązkach. Projekt w firmie zajmującej się „budowaniem lepszego świata pracy” to nie projekty tylko sraczka.

Otagowano | 7 Komentarzy

koniec roku 2021

główną cechą mojego charakteru jest: nieprzerwanie od lat dążenie do samowystarczalności, stałem się wybiórczy, wygodny, leniwy i najbardziej doceniam umysłowy komfort gdy nic nie muszę. Utwierdziłem się w przekonaniu, że praca jest tylko pracą i nie chce zaiwaniać jak dziki osioł, bo nie potrzebuję niczego udowadniać. Wiem, że stać mnie na więcej, ale kalkuluję czy to się po prostu opłaca. Wiem, bo potrafię osiągać super wyniki, tyle że zrozumiałem że w sumie to lepiej dawać od siebie 110%, chociaż mógłbym dawać 150%. Dając 110% wiem, że za chwilę to 110% stanie się normą, bo przecież koń jak dobrze ciągnie, to mu się dorzuca.

cechy, których szukam u mężczyzny: bezrefleksyjnie to liczy się dla mnie tylko wygląd, choć obecnie przez maseczkę jest to utrudnione, na szczęście nie szukam.

cechy, których szukam u kobiety: szacunek do człowieka, inteligencja, uroda, uśmiech, brak anoreksji mózgu. Własny styl który świadczy o tym że kobieta zna swoje ciało, figurę, nogi i potrafi to wyeksponować, nieustająco współczuję ofiarom mody.

co cenię najbardziej u przyjaciół: naturalny flow, przyzwolenie na bycia sobą oraz możliwość szczerych rozmów na każdy temat, brak strachu w obawie że mnie czymś urażą. Przyjaźń to nie jest coś za coś.

moja główna wada: pewność siebie, wygodnictwo i praca zrywami, topienie smutków w pościeli, napojowe wyskokowe, papierosy.

moje ulubione zajęcie: niewychodzenie z domu, przesiadywanie w barach, surfowanie po necie, intelektualny flirt, rozgrzewające igrzyska sportowe.

moje marzenie o szczęściu: stabilna, nieabsorbująca życia prywatnego praca, zdrowie, od czasu do czasu „szlafrokowe” czyli dzień bez pośpiechu, wstawania, wychodzenia i wyglądania.

co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: Używanie głowy wyłącznie jako pojemnika na zęby, nieustająca narracja wokół pandemii i szczepionek, nieuzasadniona agresja.  

co byłoby dla mnie największym nieszczęściem:

gdybym nagle stał się bogaty, podły, potężny i bezwzględny albo gdybym nagle zgłupiał do reszty, że trzeba by było mnie podlewać 2 razy w tygodniu.

kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: potrafię nie rozmyślać nad tym, co mogłoby być gdyby. Jestem bardzo pogodzony ze swoim aktualnym życiem.

kiedy kłamię: kiedy rozwiązuję to jakiś mój problem, który nie daje mi w nocy spać.

słowa, których nadużywam: zrobię to dziś

ulubieni bohaterowie literaccy: brak, ale z czystym sumieniem mogę przyznać przed samym sobą, że znowu wróciłem do czytania

ulubieni bohaterowie życia codziennego: brak

czego nie cierpię ponad wszystko: pośpiechu, bo pośpiech upokarza, wciąż nie cierpię bezrefleksyjnie czegoś musieć, zarzadzania mną metodą pieczarkową*

moja dewiza:

– nie przejmować się krytyką ludzi, których nigdy nie poprosiłbyś o poradę.

– żaden sukces nie trwa wiecznie. Kiedy wdrapiemy się na szczyt i osiągniemy punkt w którym chcieliśmy się znaleźć, trzeba pamiętać że następny krok jest już tylko w dół. Nie jest kwestią czy to się w ogóle wydarzy tylko kiedy.

dar natury, który chciałbym posiadać:

– chciałbym być jednocześnie mega wrażliwcem i mieć mentalność czołgu, żeby odpierać różnego rodzaju ataki.

– posiąść znajomość niemieckiego, francuskiego, chińskiego i szwedzkiego. Odkąd to dostrzegłem, wprost uwielbiam obserwować jak zmienia się nasza osobowość kiedy mówimy w obcych językach.

– brak poczucia zazdrości

jak chciałbym umrzeć: w ciszy, szybko i nie odczuwając bólu, przed 50.

obecny stan mojego umysłu: nie mam na nic siły, drenuje mnie zimowe przesilenie, jestem zmęczony i niewyspany. Sylwestrowa noc była bardzo intensywna.

błędy, które najłatwiej wybaczam: każdy, czasem wystarczy powiedzieć zwykle przepraszam albo wyciągnąć rękę na zgodę.

największa porażka: zakończenie znajomości z B, nie zacząłem na nowo jeździć autem.

*pieczarki trzymane są w ciemności i karmione gó ..em)

8 Komentarzy

Zaległości …

….mam znowu w pisaniu. Tyle działo się w grudniu a tu już końcówka i znowu idą święta. W ostatniej chwili kupiłem bilet na samolot, bo Szwajcaria podobnie jak inne kraje ciagle zmienia zasady wjazdy do kraju. Jeszcze dwa tygodnie temu była mowa o obowiązkowych testach PCR na wjeździe oraz w czwartym dniu pobytu, od poniedziałku poluzowali wymagania i wystarczy sam test antygenowy. Gdybym miał robić sobie PCR więcej wydałbym na samotestowanie niż na bilet do Zurychu dlatego do końca nie wiedziałem czy spędzę święta w Szwajcarii z M.

Udało się, jeszcze wczoraj biegałem po Wrocławiu robić ostatnie przedświąteczne zakupy, potem do północy użerałem się z walizkami, żeby wszystko upchać i bezpiecznie dowieźć do domu na święta. Matka zrobiła mi ponad 100 uszek, ja nakupowalwm gołąbków, pierogów – wiozłem torbę pełną wałówki jak to na święta.

W Bernie pogoda była brzydka przez cały okres świąt, śnieg stopniał pozostawiając okropne kałuże wody, niebo było szare, ciągle zachmurzone, często padało co nie zachęcało zbytnio by ruszyć się gdzieś z domu. Spotkałem się z K poszliśmy do Meksykanina na kolację i drinki. Pod Loeb głównym miejscem spotkań w Bernie myślałem że oszaleję. Jak co roku ktoś puszczał okropnie jazgoczącą muzykę, od której więdły uszy a głowa pulsowała od dotkliwego hałasu i bólu który ten w konsekwencji wywoływał. Przy wejściu do restauracji kontrolowano nam greenpasy, w środku za to miałem wrażenie że życie toczy jak gdyby nigdy nic, odległości między stolikami minimalne, ludzie bez maseczek tylko idąc do toalety obsługa ściga gości aby zakrywać usta i nos. Frekwencja pełna, nie było jednego wolnego stolika za to Kornhauskeller cisza spokój jak nie to miejsce. Restauracja pasażem pełna ale olbrzymi bar świecił pustkami przez co mogliśmy wybrać dowolny stolik i rozkoszować się niczym nie zmąconym wieczorem we dwoje. K. nieustająco namawia mnie na wyjazd do Dubaju w marcu i jak znam życie w końcu jej ulegnę. Nie mam nawet jeszcze nabytego urlopu, ale do marca akurat będzie na tydzień wypoczynku w słońcu Emiratów.

Razem z M. zdecydowaliśmy że nie chcemy karpia ani żadnych innych ryb na wigilijnej kolacji. M. zamienił rybę na skrzynkę świeżych ostryg, jedynie barszcz z uszkami był tradycyjny, potem pierogi, gołąbki i na deser wypasione panettone. Każde danie w akompaniamencie albo lampki szampana albo różnorakich win, bo M specjalnie na tę okazję przeszedł samego siebie. Na pięknie świątecznie nakrytym stole czekało na mnie specjalne wydrukowane menu z listą serwowanych tego wieczoru trunków. Uwielbiam go za tą zdolność celebrowania każdej okazji, uświetniania choćby zwykłego sobotniego śniadania albo weekendowego pikniku na skwerku w miejskim parku. On chyba nie potrafi inaczej…

Tylko raz czy dwa wyszedłem z domu pojęć się przejść. Po świątecznych dniach przestało lać, temperatura była normalna, nie wiało co sprzyjało spacerom. Miałem pojechać do Gstaad ale w brzydką pogodę nie byłoby z tego wyjazdu żadnej przyjemności. Berno nieustająco pozostaje urokliwym miastem, szarym, burym, trochę melancholijnym ale po ponad dekadzie mieszkania w nim, mam stąd tyle wspomnień, że nie zamieniłbym tego miasta na żadne inne.

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano , | Dodaj komentarz