Winiarnie

Lokalne wina kaukaskie są najstarsze na świecie, wkraczają na globalny rynek z dwojoną siłą. W Tbilisi nie brak popularnych, utrzymanych w europejskim stylu winiarni. W Kachetii, w sercu kraju, w której tradycja winiarska ma już ponad 7 tys. lat, coraz więcej winnic otwiera swe bramy przed zagranicznymi gośćmi, niektóre to niemalże winne parki tematyczne.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Kazbegi

Rankiem wraz z naszym przewodnikiem wybraliśmy się do miasteczka Kazbegi stanowiący główny punkt wypadowy w jedną z najbardziej spektakularnych a jednocześnie przyjaźnie dostępną grup wysokogórskich w całym regionie. 

Pierwszym przystankiem w naszej podróży była pocztówkowo ulokowana twierdza Ananuri ulokowana na brzegu rezerwuaru Zhinvali. Ananuri nie jest może wielką fortecą, ale stanowiła dla M pierwsze zetknięcie się z gruzińską architekturą. Nie byłby sobą gdyby nie musiał wszędzie wejść i osobiście spenetrować włączając w to dziury w ziemi które kiedyś wykorzystywane były jako tunele ewakuacyjne z twierdzy.

Wzdłuż bardzo malowniczej Gruzińskiej Drogi Wojennej mijaliśmy mnóstwo ciężarówek przewożących towary z Rosji do Armenii. Niektóre części trasy przebiegały przez bardzo wąskie i ciemne tunele, które przyprawiały nas o mocniejsze bicie serca.

Widok kościoła, którego sylwetka odcina się ostro na tle ośnieżonego masywu góry Kazbek to jeden z pocztówkowych symboli Gruzji. Nasz przewodnik wyjaśnił nam, że w jego kraju turystów uważa się za dar niebios. Nie mylił się, bo niejednokrotnie byliśmy zachwyceni ciepłem ich powitania, suto zastawionym stołem oraz obfitością wybornego wina.

Dojazd tam jeepem z napędem na cztery koła było przygodą samą w sobie, brodziliśmy w błocie, głębokich kałużach, huśtała autem na prawo i lewo bo droga pełna była dziur i wybojów. Podziwiałem niektórych śmiałków próbujących wjechać na górę autami osobowymi, po mimo że lokalni przewodnicy machali żeby zawrócili bo wysoko jest już tylko gorzej. Wytrzęsło nas za wszystkie czasy, ale była to niezapomniana frajda.

Udało się nam z pogodą, było chłodno ale przez cały pobyt świeciło pięknie mocne słońce dzięki czemu widoki mieliśmy niezapomniane.

Na lunch zatrzymaliśmy się w Rooms. Obiekt inspirowany jest rosyjskim ośrodkiem wczasowym, niegdyś ponoć spartański, dziś kusi nienagannie eleganckim wystrojem z ciemnego drewna a dzięki swemu położeniu na wzniesieniu – genialnymi widokami na dolinę. Niesamowite wrażenie robi długi taras z widodkiem na Kazbeg oraz równie długi hol urządzony niczym biblioteka a w nim piękny i szykowny bar. Zamiast chaczapuri i wina zdecydowaliśmy się na nieśmiertelne hamburgery, z których słynie to miejsce. Potem nie mogłem się zdecydować czy wolę chodzić i zwiedzać hotel czy spędzić czas na słonecznym tarasie z widokiem na góry. Nie wiem ile zrobiliśmy tam zdjęć, ale praktycznie wszystko wydawało się nam warte uchwycenia i zapamiętania.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Tbilisi

Stare Miasto Tbilisi jest bardzo romantyczne, dobrze widać w tym miejscu dążenia Gruzji do lepszej przyszłości. Kręte uliczki wiodące do kamiennych kościołów i cienistych placów, ultranowoczesny Most Pokoju łączący brzegi rzeki. Kafejki, bazary sąsiadujące z modnymi klubami, sklepikami dywanowymi i hotelikami. Nad tym wszystkim góruje twierdza Narikala a z drugiej strony rzeki pałac prezydencki ze jajowatą szklaną kopułą.

Od czasów rewolucji róż Tbilisi przeszło długą drogę, wypierając postsowiecki rząd. Stare Tbilisi jest mocno obecne. Leżące w najwęższej części doliny nadal przypomina o euroazjatyckich wpływach z przeszłości – kręte alejki, domy z balkonami, zielone pałace i piękne kościoły. Niedaleko centrum czuje się atmosferę małego miasta – wąskie uliczki, sklepiki i poczucie wspólnoty. Na ulicach, przy stacjach metra, wciąż rozstawiają się stragany z owocami, warzywami, serem i orzechami. Każdego wieczoru wracamy pod wieżę zegarową, jeden z najbardziej charakterystycznych obiektów miasta, który wygląda na wiekowy, przypominający chaotycznie poskładaną z wielu części budowlę.

Śniadanie zjedliśmy bez pośpiechu, pierwszy dzień był tylko dla nas, bo nie zaplanowaliśmy sobie niczego prócz błogiego lenistwa i zapoznania się z miastem. Mieszkamy w centrum i praktycznie do większości atrakcji możemy dotrzeć pieszo, w swoim tempie, bez pośpiechu. M chodzi zachwycony, bo dopisuje nam pogoda, świeci słońce przez co miasto wydaje się jeszcze piękniejsze.

Znaleźliśmy już miejsce na kolację urodzinową i nie mogę się wprost doczekać kiedy tam pójdziemy.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Tbilisi

Do Tbilisi przylecieliśmy z dużym opóźnieniem, nasz kierowca czekał cierpliwie i jak tylko wyszliśmy z hali przylotów zawiózł nas do Radissona. M. nie wiedział, że w stolicy Gruzji byłem już kiedyś, a ja z perspektywy czasu zapomniałem nawet dlaczego tamten mój wyjazd owiany był wtedy tajemnicą.
Hotel niewiele się zmienił, dostaliśmy nawet ten sam pokój z widokiem na miasto i dziwaczny jeśli nie powiedzieć brzydki architektocznie hotel Millennium. Chłopak z obsługi, który przyniósł nam walizki uciekł w popłochu kiedy zobaczył, że mamy wspólny pokój i dzielimy wielkie małżeńskie łoże i nawet nie zdążyłem wręczyć mu napiwku..
Śniadanie zjedliśmy późno w hotelowej restauracji na pierwszym piętrze, nasz przewodnik miał przyjechać po nas dopiero w południe więc zdążyliśmy się przespać kilka godzin i coś zjeść przed wyjazdem na zwiedzanie miasta.

Pogoda była wymarzona na zwiedzanie, ani za zimno ani za gorąco, cały dzień świeciło słońce.
Przewodnikiem okazał się młody chłopak, chętnie doradził nam kilka miejsc gdzie wieczorem moglibyśmy pojąć na kolację i nie wydać fortuny.

M. jest zachwycony Tbilisi i jego architekturą. Stolica Gruzji ma coś z dawnego Berlina sprzed lat, zaraz po tym jak nastąpiło zjednoczenie Niemiec. Obojgu podoba nam się tutaj jak w Valparaiso, to miasto ma duszę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

i znowu

M. wrócił do domu z Włoch późnym wieczorem, nie mieliśmy za bardzo czasu wymienić wrażeń z naszych wyjazdów, bo rano wylatywaliśmy do Warszawy, dlatego praktycznie od razu położyliśmy się do łóżka. M. odkąd zdał egzamin sommelierski marzył o tym, aby któregoś dnia polecieć do Gruzji i zobaczyć tamtejsze winnice. Jego urlop miał potrwać jeszcze tydzień, dlatego zawczasu kupiłem nam bilety na samolot, zarezerwowałem hotel a przez lokalne biuro podróży wykupiłem nam wycieczki po Tbilisi, do Mcchety, Signagi, Kachety, Kazbegi, a nawet na jeden dzień do północnej części Armenii zobaczyć Haghpat i tamtejsze kompleksy klasztorne. M. był zachwycony tym pomysłem i w przypływie entuzjazmu zaproponował, że w ramach swoich niedawnych urodzin zaprosi mnie na kolację do najlepszej restauracji w Tbilisi.
Do Tbilisi lecieliśmy LOTem przez Warszawę, wymyśliłem dla nas 10 godzinny postój w stolicy, żeby przekonać M. że Warszawa wcale nie jest taka brzydka i mało atrakcyjna, bo taką niestety kilka lat temu wyrobił sobie o niej opinię, kiedy przez cały nasz wspólny pobyt lało jak z cebra. Na ten dzień zapowiadali piękną pogodę, miało być ciepło i bardzo słonecznie, jedyne czego nie przewidziałem, że akurat tego dnia przypadała kolejna rocznica jak spadla kaczka więc okolice Starego Miasta były zablokowane i wszędzie pełno było policji. Zaraz po wylądowaniu, nieobarczeni żadnymi bagażami wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na lunch na Poznańską. Na widok H15 M. zabłysły oczy, chodził po hotelu jak zaczarowany, zjedliśmy tam smakowity lunch, który on bez przerwy transmitował na Instagramie. Wpadliśmy nawet na pomysł żeby spędzić tutaj naszą pierwszą rocznicę ślubu, ale niestety na weekend 26 maja mieli juz komplet. Obiecałem mu, że na pewno jeszcze nie raz tutaj wrócimy skoro tak bardzo to miejsce przypadło mu do gustu. Z Poznańskiej pieszo udaliśmy się w stronę Ronda de Gaulle’a a stamtąd Nowym Światem do Zamku Królewskiego. Do Zamku nie było szans wejść z powodu zablokowanych ulic, to samo zresztą było z Pałacem w Wilanowie jak i z paroma stołecznymi muzeami. Po drodze mijaliśmy cale tłumy moherowych beretów z przepustkami umożliwiającymi wejście tego dnia na Plac Piłsudskiego i zobaczenie z bliska pomnika schodów do nieba. Byłem zniesmaczony tą hucpą, ale M. śmiał się tylko, bo w jego kraju nie takie rzeczy się działy. Stamtąd poszliśmy w kierunku synagogi i Złotych Tarasów a pod wieczór nadal pieszo w kierunku Starego Mokotowa do ostatniego punktu naszego krótkiego pobytu w polskiej stolicy – restauracji L’enfant Terrible. M. wiedział czego spodziewać się po tej niespodziance, bo nasłuchał się ode mnie o tym miejscu samych superlatyw, po tym jak odwiedziłem tę restaurację z K, bratem i moimi rodzicami, zawsze zachwalając tamtejsze menu i w ogóle samo miejsce.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | 2 Komentarze

przymusowy postój

Powrót z Astany do domu minął niespodziewanie szybko, rankiem przed wylotem jeszcze spokojnie zjadłem śniadanie w hotelowej restauracji, bez pośpiechu spakowałem się i przed 12 wyszedłem przed hotel, gdzie akurat czekał już na mnie kierowca. Bardzo się zachmurzyło tego dnia, ale nie miało to już dla mnie żadnego znaczenia, bo przecież wracałem do domu. Pomyślałem nawet wtedy jaki miałem fart, że jeszcze wczoraj, kiedy zwiedzaliśmy miasto świeciło słońce i aura sprzyjała poznawaniu zakątków stolicy.
Kierowca nie mówił po angielsku, więc droga na lotnisko minęła nam w zupełnym milczeniu. Wyjeżdżałem zadowolony, że zdecydowałem się tutaj przyjechać, ale czy chciałbym tutaj kiedyś wrócić? Może kiedyś i na pewno nie sam. Czego zabrakło mi podczas tego krótkiego pobytu to możliwość poznania tutejszej kuchni i odwiedzeniu paru restauracji, a do takich atrakcji najbardziej nadawałoby się towarzystwo M. Może więc następnym razem wrócimy tutaj obaj i rzucimy się w wir kulinarnych doznań Astany.
Droga na lotnisko trochę mi się dłużyła, choć była sobota i wcale nie było korków. Po drodze oglądałem kolejne powstające projekty architektoniczne, to miasto to ewidentnie jeden wielki plac budowy, za kilka lat gdy tu wrócę pewnie nie poznam tego miasta a z lotniska do centum będę jechał kolejką nadziemną, która aktualnie dopiero co powstaje.
Na lotnisku pustki, kilka sklepów wolnocłowych oferujących arcydrogie zachodnie produkty, nie warto było nawet tego oglądać. Myślałem że przywiozę M. jakieś lokalne wino, ale cena 55 eur za butelkę kazaskiego specjału ostatecznie mnie zniechęciła.

Na Okęcie przylecieliśmy prawie o czasie, miałem przed sobą ponad 5 godzin czekania na przesiadkę do Zurychu, czas ten spędziłem w loungu przeglądając prasę i wlewając w siebie od czasu do czasu lampkę wina. Takie wielogodzinne, bezczynne czekanie męczy mnie najbardziej, z reguły wolę od razu przesiąść się na kolejny samolot, by jak najszybciej dotrzeć do celu podróży, ale niestety mój samolot odlatywał dopiero wieczorem. Kiedy zbliżał się czas boardingu opuściłem wygodny fotel i poszedłem w stronę wyjścia. Boarding jeszcze się nie rozpoczął więc z niecierpliwością stukałem butem i raz po raz spoglądałem na zegarek. Po kwadransie zobaczyłem jak z samolotu wychodzą piloci i cała obsługa samolotu a po chwili z megafonu usłyszałem komunikat: samolot będzie miał opóźnienie około 3 godzin. W jednej chwili, na sama myśl że muszę wrócić do saloniku i przeczekać tam kolejne kilka godzin, jakby uszła ze mnie resztka energii. Przyszło mi wtedy przez myśl, że mógłbym spróbować przebukować swój powrotny bilet na jutro na rano a na ten wieczór pójść i przespać się gdzieś do hotelu. Wymieniłem parę uprzejmych zdań z miłą Panią w informacji i po niecałej godzinie leżałem już wygodnie w hotelowym łóżku. Przez moment nawet zdawało mi się, że wróciły mi siły żeby spotkać się z kimś w Warszawie, ale nie trwało to długo – zasnąłem z komórką w dłoni a obudził mnie dopiero dźwięk telefonu zamawianego wcześniej budzenia.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

ostatnie godziny przed wylotem

Największą ciekawość wzbudzałem wśród dzieci, które przyglądały nam się ukradkiem, uśmiechały się by zaraz potem nieśmiało łamaną angielszczyzną próbować zagaić rozmowę.

Ponieważ miasto znajduje się na półpustynnych stepach, klimat jest tu specyficzny. Zima rozpoczyna się w połowie października i trwa pół roku. Temperatura spada wtedy nawet do -40 stopni. Wiatr również rzadko sprzyja spacerom. Na szczęście pogoda mi dopisała, przed przyjazdem w nocy temperatura spadała do -21 stopni, ale w dzień raptownie wzrastała do kilku stopni powyżej zera. Poza tym nieustająco świeciło słońce więc było całkiem znośnie.

Astana jest miejscem bardzo specyficznym – zbudowana praktycznie od zera na stepie ma być wizytówką Kazachstanu. Niepowtarzalna architektura łączy style Wschodu i Zachodu, tradycję i nowoczesność. Nie znajdziesz tu zabytkowych budowli, ale nowoczesną architekturę, która robi niesamowite wrażenie, szczególnie na tle stepowego krajobrazu. Z relacji przypadkowo spotkanych studentów z Krakowa środkowoazjatyckie stepy są coraz popularniejszym miejscem na interesujące wyprawy.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

autem po Astanie – ciąg dalszy

Im dłużej przejeżdżaliśmy przez Astanę wiedziałam już, że „coś takiego” nie mogłoby powstać nigdzie indziej. By zrealizować projekt, który stworzył prezydent potrzeba było niewielkiego miasta, zajmującego stosunkowo niewielką powierzchnię, mającego w koło mnóstwo terenów do zagospodarowania.

Głównym celem Nazarbajewa bylo stworzenie miasta, które stałoby się wizytówką całego kraju, jego chlubą i największą atrakcją. Każdy architekt zgodzi się z tym, iż znacznie łatwiej piękny budynek wybudować od podstaw niż dostać za zadanie zrobienia „cudu” z czegoś co powstało dziesiątki lat wcześniej i niekoniecznie jest w dobrym stanie. Co więcej taki niczym nieograniczony architekt, który dysponuje ogromnymi przestrzeniami, o zapleczu finansowym nie wspominając, w takim „nowym mieście” zaprojektować może nie tylko piękne, nowoczesne budynki, ale i ogrody, place, osiedla mieszkalne.

Trzeba przyznać, iż miasto budowane jest z wielkim rozmachem. Przez zaledwie kilkanaście lat z małego miasteczka, niczym niewyróżniającego się zmieniło się w piękne, nowoczesne miasto; czyste, zadbane, atrakcyjne. Ciągle powstające bloki mieszkalne są ładne, istniejące wcześniej odmalowane.

Astana robi ogromne wrażenie na odwiedzających ją turystach, jednak nie ma co się temu dziwić, przeznaczono ogromny budżet na ten cel i stoi za tym praca ogromnej rzeszy ludzi. Na tym chyba prezydentowi zależało – przybysz ma w stolicy Kazachstanu patrzeć zachwycony na otaczające go niebosiężne obiekty ze szkła i stali o nowoczesnej konstrukcji i urzekającej linii.

Obok ładnych osiedli mieszkalnych widać również przepiękny Pałac Pokoju, pełniący funkcję siedziby prezydenta, niczym nie ustępujący tym opisanym w baśniach „Tysiąca i jednej nocy”. Wszędzie niesamowita ilość fontann, mieniących się we wszystkich kolorach tęczy. Na środku ogromnego placu, otoczonego zewsząd ogromnymi biurowcami i trawnikami z równiutko przystrzyżoną trawką i kwietnikami, stoi Bayterek Tower, czyli wielka kula, mieniąca się jak drzewko bożonarodzeniowe. Jest to pewnego rodzaju znak rozpoznawczy stolicy, miejsce z którego roztacza się widok na całe miasto, a główną atrakcją samej „kuli” jest księga z odciśniętą na niej dłonią prezydenta, z którą każdy odwiedzający ochoczo robi sobie zdjęcie.

Jej nietypowy kształt ma nawiązywać do kazachskiej ludowej opowieści o drzewie życia, podtrzymującym niebo, w którego szczelinie jajo złożył mityczny ptak szczęścia. Tak powstać miało słońce. Taras widokowy znajduje się w złotej kuli, mającej symbolizować jajko. Wieżę rozpoznałem od razu – znajduje się na odwrocie narodowych banknotów.

Jakby tego było mało kolejnym pomysłem mającym na celu uatrakcyjnienie stolicy było postawienie w odległości kilkuset metrów od pałacu ….. piramidy o skomplikowanej symbolice i pompatycznej nazwie. Piramida Pokoju i Pojednania – składa się ze szklanych trójkątów umieszczonych na pięciu kondygnacjach, tworzących ogromną piramidę. Budowla powstała z okazji Kongresu Liderów Religii Światowych i Tradycyjnych i choć nie ma tu widocznych żadnych symboli religijnych, piramida przez niektórych nazywana jest świątynią pradawnego Kultu Słońca. Kolejne piętra przepełnione są symboliką – w piwnicach znajduje się ciemny Teatr Operowy z wizerunkiem słońca na suficie. Wyżej – sala kongresowa z ogromnym “słonecznym” stołem pośrodku. Najwyższa kondygnacja jest całkowicie przeszklona, co pozwala na bezpośredni kontakt ze Słońcem.

Oglądając atrakcje miasta miałem wrażenie że odwiedzam kraj dyktatorski, wszystkie najważniejsze budowle, obiekty, mosty, uniwersytety, muzea nosiły nazwę obecnego prezydenta. Pieniądze które wpompowano w całą inwestycję są niesamowite i niektórzy uważają, że całe miasto to tylko kolejna jego fanaberia.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Autem po Astanie

Po śniadaniu umówiony byłem z przewodnikiem na zwiedzanie miasta. Nie wiem dlaczego, ale w hotelowym lobby spodziewałem się spotkać mężczyznę, kiedy to niespodziewanie wyrosła przede mną drobniutka, za to śliczna i bardzo sympatyczna Nazgul – studentka ostatniego roku matematyki na Uniwersytecie Nazarbajeva. Kierowcą okazał się ten sam pan, który poprzedniego wieczoru odebrał mnie z lotniska i w takim składzie wyruszyliśmy na zwiedzanie stolicy.

Astana to miasto, które zadziwia i zachwyca zarazem. Według Nazgul dla jednych to miasto, które powala nowoczesnością i bogactwem, dla innych to tylko ogromna ilość wyrzuconych w błoto pieniędzy i ekstrawagancja prezydenta. Z tonu w jakim to opowiadała szybko zrozumiałem, że jej największym życiowym marzeniem jest jak najszybsza emigracja najlepiej do Stanów na Florydę. Jeśli ktoś, kto nigdy nie był w Centralnej Azji, a o Kazachstanie wie tyle ile wrażeń dostarczył mu głupawy Borat, znalazłszy się w tym kraju doznałby szoku. Jeśli jednak ktoś taki wylądowałby w Astanie to myślę że uznałby, że śni.

Do prawie końca 2000 roku, kiedy to przeniesiono tutaj stolicę kraju to niewielkie miasteczko w północnej części Kazachstanu nie wyróżniało się niczym szczególnym. Koszt przeniesienia stolicy z Ałma Aty do Astany wyniósł podobno 15 miliardów dolarów, widać jednak, że był to dobry krok – dzięki temu nowoczesna architektura nie jest hamowana poprzez nakazy i zakazy dotyczące zabytków, a miasto z każdym rokiem pięknieje, nabiera ogłady i staje się zgodnie z zamysłem wizjonerów jedną z najważniejszych metropolii Azji Centralnej.

Specyficzna historia miasta sprawiła, że Astana nie powstawała jak większość miast, poprzez rozrastanie się, ale została w całości zaprojektowana. Próżno szukać tu wąskich uliczek, w których można się zgubić, cały układ urbanistyczny jest bardzo czytelny. Symetria, ład i porządek są wręcz przytłaczające. Dość szybko zauważyłem, że na ulicach brakuje ludzi, a drogi nigdy nie są zakorkowane. Ciągle powstające nowe budynki mieszkalne, mimo iż zadziwiają swoimi rozmiarami, nowoczesnością i niekonwencjonalnymi kształtami, czy kolorami, stoją w większości puste. Budynki są nieproporcjonalnie duże w stosunku do liczby mieszkańców.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Seul – Astana

Wiem, że nie powinno się z nikogo nigdy naśmiewać i że niektóre uwagi i komentarze najlepiej zachować tylko dla siebie. To lepsze niż ogłaszanie ich wszem i wobec niczym prawdy objawione, bo każda narracja ma to do siebie, że bywa myląca… Ale nie dałbym rady nie wspomnieć o swoich wrażeniach z podróży do Kazachstanu. W związku z tym, że w maju zaczynam nową pracę i najprawdopodobniej mogę zapomnieć o jakimkolwiek dłuższym urlopie przez najbliższe kilka miesięcy, postanowiłem wykorzystać ostatnie dni wolności i kupiłem bilet do Seulu z powrotem przez Astanę w Kazachstanie.

Sam z siebie pewnie nigdy nie zdecydowałbym się tam polecieć, bo Kazachstan raczej nie pozycjonował się wysoko na liście krajów, które jakoś szczególnie pragnąłbym odwiedzić, ale w ramach uatrakcyjnienia drogi powrotnej Korei pomyślałem: a co mi szkodzi? Z Seulu do stolicy kraju Astany leciałem Air Astana z przesiadką w Ałmaty. Zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać, na forach internetowych naczytałem się strasznych historii o korupcji, wysokiej przestępczości, ogólnie panującej biedzie, ale i o bogactwie i nowoczesności Astany. Żeby za nadto nie spaprać sobie urlopu, w Astanie postanowiłem zatrzymać się tylko na kilka dni. Nie miałem doświadczenia w przelotach ich narodowym przewoźnikiem, dlatego bilet na trasie Seul Almaty Astana kupiłem w klasie biznes. Air Astana reklamuje się jako jedna z najnowocześniejszych linii pasażerskich w tamtej części świata, co roku dostaje nagrody i podobno ma najnowocześniejsze samoloty, ale kto ich tam wie. Na youtube obejrzałem sobie parę filmików przedstawiających wrażenia z podróży na pokładzie ich samolotów i nawet zacząłem się cieszyć, że podróż minie mi w tak przyjemnych warunkach. No ale niestety, w Seulu ostatniej chwili zmienili typ samolotu i zamiast Boeingiem 767 poleciliśmy 757 z biznes klasą pamiętającą lata 90. – obszarpane, toporne, zdezelowane fotele, brak indywidualnych monitorów, wszystko jakieś takie siermiężne. Pasażerowie którzy wsiadali ze mną na pokład samolotu stanowili kolorową mozaikę podróżnych niczym z lat 80. – bezzębni, srebrnozębni, złotozębni, szarzy i pstrokaci, czasem jaskrawo kolorowi, zamszowo-futrzano-skórzani, brzuchaci, nieogoleni i niedomyci, pszeniczno-buraczani, mógłbym przysiąc że niektórzy panowie noszący się w obcisłych dresach nie nosili pod spodem żadnej bielizny, bo fafiki albo mocno odznaczały się im w spodniach albo bezwolnie latały na prawo i lewo. Moim zdaniem mało urodziwi, ale może to kwestia gustu.

Po starcie dopiero okazało się, że każdy z pasażerów otrzymał własny ipad z kolekcją filmów, kosmetyczkę, słuchawki a uroczy i nawet całkiem męski na krótko ostrzyżony pan steward jak nalał mi whiskey to od razu potrójnej, co by nie tracić czasu na późniejsze dolewki. Serwowane posiłki okazały się całkiem smaczne a fotele choć zdemolowane zębem czasu nawet wygodne i prawie rozkładane. W Ałmaty wylądowaliśmy punktualnie, miałem tylko godzinę na przesiadkę. Lotnisko okazało się małe, dlatego przestałem martwić się, że nie zdążę na następne połączenie do Astany, poza tym kartę pokładową otrzymałem już w Seulu a na kontroli paszportowej nie było kolejki. W Ałmaty było 22 stopnie, w hali odlotów panował okropny zaduch, nim przeszedłem przez kontrolę bezpieczeństwa byłem nawilżony w każdym otworze ciała jakbym szykował się na seksmaraton. Gdy znalazłem swój gate, akurat rozpoczęto wpuszczanie pasażerów. Ku wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że nie wiadomo czemu Air Astana przebukowała mnie na następny lot, za godzinę. Musiałem się cofnąć do hali odlotów, na nowo zrobić check-in i przejść całą kontrolę bezpieczeństwa od początku. Nie obyło się bez zamieszania, bo obsługa lotniska nie potrafiła zrozumieć dlaczego chcę (albo raczej) muszę wrócić. W tzw. międzyczasie próbowałem połączyć się z wi-fi żeby dać znać kierowcy że przylecę innym samolotem. Nie uśmiechało mi się korzystać z usług lokalnych firm taksówkowych, ich kierowcy rzucali się na przylatujących turystów jak sępy czego przedsmak miałem na hali przylotów w Ałmaty – prawie sami łapali za walizki i prowadzili delikwentów do swoich aut. Taki kurs u nich z lotniska do centrum Astany 100 dolarów, podczas gdy ja płaciłem tylko 20.

Za to dwugodzinny lot z Ałmaty do Astany to jawna rozpusta: nowoczesny samolot, eleganckie wnętrza, przemiła obsługa, szyk, smak i bardzo wysmakowany gust. Lot przebiegł w przyjemnej atmosferze, kilka godzin minęło zadziwiająco szybko i już po chwili zniżaliśmy nad bezkresnymi stepami, ciągnącymi się praktycznie do progu pasa. Lotnisko w Astanie sprawia wrażenie prowincjonalnego, jednak do insfrastruktury nie można mieć zastrzeżeń

Późnym wieczorem dotarłem do hotelu. Pierwsze wrażenie? Nie da się ukryć, że Kazachstan to biedny kraj, infrastruktura w większości kraju kuleje, ale Astana robi bardzo dobre wrażenie. Astana rozświetlona jest neonami świateł, reklam i billboardów, a wielopasmowe drogi przywołują obrazy Dubaju albo innej arabskiej bogatej metropolii.

Opublikowano Kazachstan, podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz