Rarotonga – Auckland – Fidżi

Z Rarotongi wylatywałem dopiero około północy przeto do końca wykorzystałem cudownie ciepły, słoneczny dzień, mocząc się w morzu albo spacerując wzdłuż długiej piaszczystej plaży. Gdy zrobiło się prawdziwie ciemno i z trudem dostrzegałem przedmioty z odległości na wyciągnięcie ręki wróciłem do pokoju. Mrukliwy kierowca odebrał mnie spod recepcji przed 22 i zawiózł na lotnisko po raz ostatni robiąc koło wokół całej wyspy. O tak późnej porze lotnisko było puste, prócz mojego lotu do Auckland zamknięte były wszystkie inne stanowiska odpraw biletowych. Pani, która nadawała mój bagaż leniwie naklejała wszystkie naklejki i bez oznak pośpiechu wpisywała dane do komputera. Tak jak ja wyglądała na senną. Marzyłem by znaleźć się już w samolocie i móc zasnąć. Samolot Virgin Australia już czekał, ale nim do niego wsiedliśmy przyszło mi zmierzyć się z coraz bardziej dającym się mi we znaki zmęczeniem. Zrezygnowałem z posiłku, wina i koniaku, nim samolot wystartował spałem już jak suseł. 

Po przylocie do Auckland dobrze znaną mi już trasą przeszedłem przez kontrolę paszportową, odebrałem bagaż potem jeszcze tylko kontrola celna i mogłem wyjść z lotniska. Było 2 nad ranem, za 8 godzin miałem samolot na Fidżi, przeszedłem przez ulicę i wszedłem do Novotelu. Nad Auckland unosiła się gęsta mgła…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Dzień przed odlotem

Piękne laguna i plaża zachwycają, ale tylko gdy sprzyja pogoda. Nazajutrz przez cały dzień było pochmurno i zastanawiałem się co ze sobą począć, bujałem się na hamaku na tarasie jak dziecko z chorobą sierocą gdy na pomoc przyszli butelka wina i zbyt drogi internet, ale było warto dla tych paru kosmatych wspomnień o smaku i zapachu czekolady.

Beachcomber Muri jest malowniczo położonym hotelem w sąsiedztwie laguny i biało piaszczystej plaży, posiada wygodne zejście do oceanu jak i pięknie utrzymany, cieszący oko ogród, idealne miejsce do ślubu w tropikach. Pokoje jednak przypominają standard lat 90. pełne są mrówek, starego sprzętu i braku wykończeń oraz przestarzałych rozwiązań. Zupełnie jak w hotelu na Mauritiusie – za to cena rekompensuje wszystko. Podczas gdy standardowo pokój kosztował 500-800 NZD jak płaciłem tylko 350.
Gdy świeciło słońce, wstawałem wcześnie rano i chodziłem na długie samotne spacery wzdłuż prawdziwie biało piaszczystej plaży. Przyglądałem się domom, które wybudowali tutaj bogaci mieszkańcy wyspy i licytowałem, który podoba mi się najbardziej, co rusz łapałem się w myślach, jak bardzo brakuje mi M.

Na lunch zatrzymywałem się w IceBarze, w którym najchętniej zamawiałem cezara z owocami morza. Piasek zmieszany z drobinkami korali potwornie ranił mi stopy, co kilkanaście kroków musiałem szukać ukojenia w falach oceanu albo zmieniać trasę spaceru inaczej czułem się jak fakir. Przewodziła mną nieustająco jedna myśl – jak na kogoś bez pracy i wylądowałem w całkiem pięknym miejscu na świecie…

 

Odlatując z Rarotongi wpadła mi przypadkiem w ręce lokalna książka telefoniczna. Skusiło mnie żeby sprawdzić czy mieszka tutaj jakaś Sobieski. No i była! Jilian Sobeski 21079 Matavera – uśmiechnąłem się tylko do siebie w myślach.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Dookoła wyspy

Po nocnym ataku drobiu zasnąłem jeszcze na kilka godzin. Rano zorganizowałem sobie wycieczkę po wyspie z lokalnym przewodnikiem. George – zjawił się kwadrans po 9 i bardzo się ucieszył gdy potwierdziłem, że jestem z Polski. Okazało się, że razem z nim pracuje Polka nijaka Izabella, która wyszła za Kiwi i razem z mężem przeprowadziła się aż tutaj. Jak widać na Polaków można teraz natknąć się naprawdę wszędzie. George w drodze po kolejną grupę turystów opowiadał mi co nieco o historii wysp. Nie wiedziałem, że rdzenni mieszkańcy Nowej Zelandii – Maorysi, przybyli tam właśnie z Wysp Cooka.

Zatrzymaliśmy się także przy niedokończonej inwestycji Sheratona. Okazały budynek a raczej cały kompleks budynków porozrzucanych w bliskiej odległości od oceanu straszył swoim upiornym widokiem. Brakowało tylko elewacji i wykończenia, by hotel mógł zacząć funkcjonować, ale stał on na miejscu przeklętym i ponoć żadna inwestycja nie miała prawa się tym w miejscu udać.

 

Współtowarzyszami wycieczki okazały się dwie pary Brytyjczyków, takich po 60. Zupełnie nie mój „cup of tea”, ale byłem miły, uprzejmy, inteligentny i zabawny przez co jak zwykle zdobyłem sobie sympatię u obu starszych pań. Jedna na koniec dnia, aż wyściskała mnie na pożegnanie. Zupełnie nie wiem co w sobie mam takiego, że starsze panie lgną do mnie jak muchy do miodu, mam tak od zawsze, odkąd pamiętam starsze panie miały do mnie słabość. Jedna była bardzo wygadana, ciągle demonstrowała swoją szeroką wiedzę na temat wyspy, jej historii, fauny, flory, lokalnych obyczajów, odwiedzanych miejsc, bo okazało się, że to jej piąty pobyt w tym miejscu. Gdy kontynuowała swoje tyrady o tym co wydarzyło się tutaj w latach 90. mogłem jedynie jej przyklasnąć i zrobiłem to w iście teatralny sposób: oh yes, indeed, how spledid it must have been.

Wyspa jest niewielka, zjechanie jej wokół samochodem zajmuje niecałą godzinę. George zadbał o część edukacyjną naszej wspólnej wędrówki i pokazał nam jak otwierać orzech kokosowy, jak i gdzie uderzać by rozłupać twardą skorupę i jak zrobić mleko kokosowe. W czasie jego lekcji o mało nie straciłem dwóch palców tak bardzo przejąłem się powierzonym zadaniem.
Ze smutkiem przyjąłem fakt, że podczas pobytu tutaj nie uda mi się zobaczyć dwóch ważnych rzeczy: niedzielnego jarmarku, który jest jednym z najbardziej kolorowych wydarzeń każdego tygodnia oraz że nie polecę na Aitutaki, bo nie pomyślałem, żeby zarezerwować tam wcześniej bilet. Wygląda na to, że mam dwa powody, by tu kiedyś wrócić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Rarotonga – dzień pierwszy

Na lotnisku w Rarotonga turystów witają dźwięki melodyjnej muzyki wydobywającej się maleńkiej ukalele. Lotnisko jest bardzo małe, ale pachnie egzotyką dalekiej egzotycznej wyspy rzuconej gdzieś na Pacyfiku. Znowu był wtorek po południu choć z Auckland wylecieliśmy w środę rano. Zostałem przywitany z naszyjnikiem z kwiatów hibiskusa zwanym tutaj dla odmiany ‚ei (lei na Hawajach), których intensywna woń drażniła mój zmysł powonienia. Nie chciałem nikomu robić przykrości dlatego dzielnie znosiłem ten zapach, aż dotarliśmy do hotelu i rzuciłem ten wieniec w kąt pokoju robakom na pożarcie. Nim odjechaliśmy w stronę Muri byliśmy świadkiem jak jakaś młoda kobieta podróżująca z mężem dostała nagle ataku epilepsji, pare osób zbiegło się by jej pomóc, wokoło zgromadziło się pełno gapiów. Niezły początek wakacji mieli – pomyślałem głośno. Pewnie zaszkodziło jej ‚ei – dokończyłem w myślach…

Muri Beachcober znajdował się w południowej części Rarotongi, dojazd z lotniska trwał niecałe 20 minut, po drodze mijaliśmy piękne widoki biało piaszczystych plaż, intensywnie soczysto zielonych palm kokosowych, sklepy, restauracje i salony spa. Co kilkadziesiąt metrów spotykało się znaki wskazujące kierunek drogi ewakuacyjnej w przypadku ataku fal tsunami. Podobno tsunami tutaj się nie zdarza dzięki olbrzymiemu, naturalnemu, kilkukilometrowemu uskokowi na dnie otaczającego wyspę oceanu, ale w dzisiejszych czasach nigdy nic nie wiadomo.
Recepcja była już zamknięta, miły, uśmiechnięty kierowca zaprowadził mnie do bungalowu, wręczył klucze i życzył udanego pobytu.

Beachcomber znajdował się tuż przy lagunie i pięknej plaży, otoczony był egzotycznym ogrodem oraz tu i ówdzie porozrzucanymi oczkami wodnymi. Na werandzie dwa hamaki do leniwego spędzania wolnego czasu, stół, leżaki, wiklinowa sofa oraz grill. Brakowało mi tutaj M. dzięki niemu moglibyśmy prawdziwie wykorzystać wszystkie te udogodnienia i luksusy. Dało się we znaki moje zboczenie zawodowe i od razu zacząłem szukać internetu. Okazało się, że jest ale bardzo powolny i na dodatek drogi. Rozpakowałem walizkę i poszedłem na spacer. Jeszcze 20 lat temu Muri było cichą i zapyziałą dziurą, która przyciągała turystów spragnionych rajskiej plaży, ciszy i błękitu morza. Dzięki zarobionymi zagranicą pieniędzy paru lokalnych mieszkańców wyspy wybudowało tu swoje domy, które z czasem przerobiono na wille bungalowy dla spragnionych pięknych widoków turystów, którzy skłoni byli zapłacić krocie by móc podziwiać ten rajski kawałek lądu, powstały restauracje, klub jachtowy, sklepy pojawiła się komercja.

Pierwszej nocy obudził mnie dziwny hałas, usłyszałem jakby czyjeś kroki ktoś na werandzie, ktoś lub coś jakby skradało się by wejść do środka. Było ciemno, wyobraźnia zaczęła działać, wyobrażałem sobie że zaraz zobaczę czyjąś twarz w szybie okna, złodzieja albo mordercę, a może tylko jakieś dzikie zwierzę (tygrys albo wilk) ale zreflektowałem się że tutaj przecież ich nie ma. A może dziki bezpański pies bestia albo nie… psychopata, który uciekł z zakładu i poluje by zabić, zjeść i a przedtem zgwałcić. Dopiero jak usłyszałem, że coś wchodzi do salonu zawołałem kto tam. Nikt się nie odezwał. Gdy znowu usłyszałem hałas krzyknąłem, zerwałem się z łóżka, zapaliłem światło i rzuciłem się do drzwi. Wtedy zorientowałem się, że jestem przecież nagi i że jeśli jest tam dzikie zwierzę użre mi fafika. Jaki było moje zdziwienie kiedy okazało się że do salonu weszło stado kur, zaczęły piszczeć dopiero gdy stanąłem w drzwiach gotowy odeprzeć atak obcego.
Nazajutrz dowiedziałem się, że na wyspie pełno jest bezpańskich kur, które przywieźli tu dawni podróżnicy i handlarze. Mam wrażenie, że jest ich tutaj więcej niż gołębi.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

W drodze na Rarotonga

Co rzuca się turyście w oczy na lotniskach w tej części świata to brak drobiazgowej kontroli na bramkach bezpieczeństwa. Wystarczy wyjąć telefon, komputer i można przejść przez bramkę bez wszczynania alarmu. Bez konieczności ściągania kurtki, marynarki, zdejmowania paska, zegarka czy butów. Widać, że panuje tutaj o wiele mniejszy strach przed atakiem terrorystycznym.

Czas przed wejściem na pokład samolotu uprzyjemniłem sobie robiąc zakupy w sklepach strefy wolnocłowej a potem przenosząc się na godzinę do loungu. Czterogodzinny lot do Avarua spędziłem oglądając Modern Family i Mums wlewając w siebie przy okazji prawie butelkę szampana. Jedna ze stewardess za punkt honoru postawiła sobie wyzbyć się zapasu butelek i równo polewała wszystkim pasażerom gdy tylko zobaczyła, że ilość trunku zbliżał się do dna. Dzięki jej staraniom jeden z pasażerów poczuł się tak wyluzowany, że zaczął nawet śpiewać choć w jego wykonaniu był to raczej dźwięk towarzyszący duszeniu kota…
Air New Zealand wpadła na genialny moim zdaniem pomysł nagrania bardzo niestandardowego filmiku na temat zasad bezpieczeństwa na pokładzie samolotu: zatrudniła znanych sportowców surferów, rozebrała, poprzebierała w stroje kąpielowe, kazała biegać po plaży i rzucać się we wzburzone fale niczym ekipa Słonecznego Patrolu a całość okrasiła widokami morza, słonecznej plaży oraz akompaniamentem wpadającej w ucho piosenki „Young Folks” Petera Bjorna.

„If I told you things I did before, told you how I used to be, Would you go along with someone like me? […] And we don’t care about the young folks Talking ’bout the young style And we don’t care about the old folks talking ’bout the old style too”

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Kia orana Avarua

Jako kilkuletni dzieciak uwielbiałem podróżować palcem po mapie, za zaoszczędzone pieniądze kupowałem sobie coraz to nowsze atlasy świata z kolorowymi zdjęciami i w wyobrażałem sobie gdzie mógłbym pojechać na wakacje gdybym miał dużo pieniędzy. Pamiętam jak w jakiejś gazecie chyba w „Twoim Świecie” wpadł mi w oko katalog „Podróże” napisany i wydany przez M. Niezabitowską. Koniecznie chciałem go mieć w swoich zbiorach, bo katalog-album posiadał pełno kolorowych zdjęć z najbardziej egzotycznych miejsc świata plus dokładne opisy wszystkich krajów Europy z wyszczególnionymi informacjami jak tam dolecieć, gdzie mieszkać, jak podróżować wewnątrz kraju, co zobaczyć i za ile. Taka pierwsza polska wersja przewodnika Lonely Planet na pięknym blyszczącym papierze który pachniał luksusem i czymś mocno nieosiągalnym. Traktowałem tę książkę jak prawdziwy skarb i po każdej podróży odhaczałem w nim miejsca, które udało mi się zobaczyć. Najpierw w Polsce a potem w Czechach, Francji, Hiszpanii, Anglii, Austrii, Holandii i Egiptu. Na te najbardziej egzotyczne podróże musiałem poczekać jeszcze 20 lat bo dopiero po latach udało mi się zrealizować marzenia małego chłopca i polecieć do USA, Kenii, Singapuru i Tajlandii. Potrafiłem godzinami przeglądać ten album za każdym razem odkrywając go na nowo. W jednym z rozdziałów aktorka opisywała w nim jak podróżując po Azji postanowiła skorzystać z okazji stop-over’u i polecieć do Rarotonaga jednej z Wysp Cooka.

Było to najbardziej egzotyczne miejsce jakie moja wyobraźnia potrafiła wtedy zwizualizować, z wypiekami na twarzy czytałem o wyspie, przepięknych plażach, palmach, o tym jak otwierać kokosy spadające z palm oraz o jakiejś kobiecie nazwisku Sobieski, która zamieszkiwała wyspę na pośrodku oceanu. Trzy dekady później i ja wylądowałem na lotnisku Avarua na Rarotonga z wypiekami na twarzy oczekując jak spełnia się tamto marzenie.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Christchurch – Auckland

Wieczór wcześniej przyleciałem do Auckland i zatrzymałem się w Novotelu przy lotnisku. Nadeem obiecał wpaść do mnie wieczorem, bo na weekend leciał do Sydney i nie mielibyśmy już okazji ponownie się spotkać. W samolocie uciąłem sobie godzinną drzemkę więc gdy lądowaliśmy byłem lekko rozespany. Oczekując na bagaż przeżyłem chwile zawahania, bo wydawało mi się, że Air New Zealand zgubił mój bagaż. W Christchurch sam go nadałem, przytwierdziłem naklejki ale coś krzywo mi to wyszło a potem wpadłem w panikę, bo walizę rzuciłem na taśmę a zapomniałem o naklejce w kwitem bagażowym. Dopiero potem przypomniałem sobie, że tutaj nie naklejają jej na bilet, bo numer bagażu drukuje się automatycznie na karcie pokładowej. Gdy wszyscy pasażerowie odebrali swoje bagaże a mojego wciąż nie było widać, zacząłem nerwowo rozglądać się za stoiskiem Lost & Found, już miałem tam iść, zgłosić zagubienie gdy wyjechała moja walizka. Nie wiem co bym zrobił gdyby okazało się, że zgubili mi bagaż. Mój plan podróży jest bardzo napięty i gdyby teraz zgubili mi torbę nie wiem gdzie na lotnisku miałbym zrobić zakupy najpotrzebniejszych rzeczy. 

Wzrokiem przywołałem dwóch policjantów i zapytałem jak mam dojść do hotelu, bo nigdzie nie widziałem żadnych znaków ani informacji. Jeden grubasek próbował wysłać mnie tam autobusem za 6 dolarów a dopiero po chwili poprawił się, że przecież hotel znajduje tyłu terminalu międzynarodowego, ale i tak powinienem wziąć autobus bo pieszo będzie to dobre 600 metrów czyli jakieś 20 minut wg jego kalkulacji. Uhm, uśmiechnąłem się tylko, podziękowałem za pomoc i…poszedłem pieszo bo Nowozelandczycy nawet do własnego ogrodu skłonni pojechać są  autem….

Nadeem zjawił się punktualnie o 20., w swoim nienagannym, mocno przylegającym do atletycznego, ciemnobrązowego ciała ubraniu, argentyńskiego gracza polo wyglądał bosko, zmierzyłem go od stóp do głów i od razu nabrałem ochoty go rozebrać i skonsumować, poszliśmy jednak na drinka do baru, gdzie opowiedział mi o tym, że planuje zrezygnować z funkcji CFO i przenieść się do Anglii albo Australii. Jeśli wszystko ułoży się po jego myśli, fidżyjski syn wyspy i potomek ludożerców jak czule go nazywam, przeniesie się do Europy i będziemy mogli się odwiedzać.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Malowniczą trasą do Mt. Cook

Punktualnie o 7.30 zjechałem windą do całkiem okazałej jak na Novotel recepcji. Kierowca już na mnie czekał, miał na imię Dave, po akcencie poznałem że był Kiwi, zaprowadził mnie do zaparkowanego przed wejściem do hotelu vana i przedstawił pozostałym uczestniczkom wycieczki – dwóm Niemkom z Bonn.

Wspomniałem jaki to niesamowity fart, że oboje zaplanowaliśmy wycieczkę do Mt. Cook w tym samym czasie, bo było już po sezonie i biura praktycznie nie organizowały niczego prócz oglądania wielorybów albo jazdy quadami. Dave przyznał mi się potem, że dziewczyny wykupiły jeszcze dwie inne wycieczki i biuro nie chciało stracić okazji do zarobienia dodatkowych pieniędzy, dlatego też zaraz przypomnieli sobie o mnie stąd wczorajszy mail w ostatniej chwili…

Nim zaczęliśmy kierować się drogą na południe staliśmy trochę w korku, przewodnik zabawiał nas rozmową opowiadając o tym jak wygląda tu życie. Urodził się tutaj, tutaj skończył szkołę, przez kilka lat mieszkał w Japonii gdzie nauczył się japońskiego. Razem z żoną i dwojgiem małych dzieci wrócili do Christchurch, zbudował dom, dzięki regularnemu napływowi turystów zatrudnił się w biurze i bardzo przydała się znajomość japońskiego, bo większość stanowiły grupy z Kraju Kwitnącej Wiśni. Poza sezonem jeździł tirem i bardzo mu taka praca odpowiadała.
Nowa Zelandia to głównie niesamowite przestrzenie, krowy i owce, pastwiska, gdzieniegdzie stojące domy bogatych farmerów. Między domami stawia się olbrzymie żywopłoty, bo bez nich wiatr hulałby tutaj, że wypizgałoby każdego kto odważyłby się wyściubić nos za drzwi ciepłego domu. Życie tutaj wydaje się być bardzo spokojne przewidywalne i monotonne – dla młodych aż za spokojne dlatego uciekają do metropolii Wielkiej Brytanii lub Australii. Wszyscy się tutaj znają, żyjąc w swoich małych komunach. Każde małe miasteczko przez które przejeżdżaliśmy miało swój supermarket, lokalną galerię albo muzeum, warsztat i salon samochodowy, oraz sklep z artykułami rolniczymi. N u d a jak dla mnie, ale to kwestia gustu.

Dave opowiedział  jak wyglądało miasto i okolice po trzęsieniu ziemi, jak cudem ocalał jego autobus, który kupił po powrocie z emigracji, o tym że jego nowowybudowany dom został tylko nieznacznie dotknięty kataklizmem oraz kto wzbogacił się najbardziej na tej tragedii. Okazało się hydraulicy mieli pełne ręce roboty by doprowadzić domy i mieszkania do stanu używalności sprzed trzęsienia. Wielu z nich po kilka miesięcy pracy wyjechało z salonu nowiusieńkimi mercedesami, audi i bmw.
Nim dojechaliśmy do Mt. Cook zatrzymywaliśmy się parokrotnie w różnych takich mieścinach, w punktach z widokiem na piękne mleczno-niebieskie jeziora polodowcowe czy lodowce. Pogoda zmieniała się nieustannie, w ciągu godziny mieliśmy cztery pory roku ale tutaj to standard. Ile razy podróżuję po Nowej Zelandii myślę o Ani S., której marzeniem jest kiedyś tutaj przylecieć. Nowa Zelandia rzeczywiście ma w sobie coś z Norwegii oraz Islandii i dostrzegam coraz więcej szczegółów, które utwierdzają mnie w tym przekonaniu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Christchurch – dzień pierwszy

Najpierw 4 godziny pociągiem do Frankfurtu, potem 13 godzin w samolocie do Singapuru, czterogodzinny postój a potem jeszcze 10 godzin Singapore Airlines do Christchurch. Opatentowany przy okazji podróży do Australii patent na znośny jet-lag znowu się sprawdził. W drodze do Singapuru prawie nic nie jadłem prócz mini sałatkowej przystawki i kieliszka wina, samolot startował o 22. zaraz po starcie rozłożyłem łóżko, włożyłem stopery w uszy, nałożyłem klapki na oczy i poszedłem w kimono. Rano nie zjadłem śniadania, wziąłem łyk herbaty a potem przegłodziłem się w loungu na lotnisku Changi. Efekt zadziałał, bo gdy tylko wyruszyliśmy w ostatni odcinek podróży byłem głodny nie na żarty i bez żadnych wyrzutów wpakowałem w siebie najpierw chicken satay a potem talerz pierogów dim sum i kilka kieliszków wina a gdy dotarłem już do hotelu byłem znowu głodny, ale znowu przegłodziłem się do rana. Dzięki temu zabiegowi po przylocie do Nowej Zelandii przespałem prawie całą noc i nie czułem się niedobrze.

Uprzejmy kierowca zawiózł mnie z lotniska do Novotelu po drodze opowiadając albo pokazując co ciekawsze atrakcje miasta i okolic. Usłyszałem o dwóch trzęsieniach ziemi, które nawiedziły to miasto i pierwsze raz na oczy zobaczyłem widok zranionego miasta. Pierwsze wrażenie było jakby miasto dopiero co się zaczęło budować. Christchurch to jeden wielki plac budowy, miałem wrażenie, że sprowadzono tutaj wszystkie dźwigi Dubaju, by odbudować zniszczone kataklizmem miasto.

Dotąd Christchurch kojarzyło mi się z architekturą rodem z Wysp Brytyjskich, neogotycką katedrą, klimatycznymi pubami otwartymi do późna, malowniczą okolicą – swoistą bramą do krainy Hobbita czy innych elfów. Ślady trzęsienia ziemi widać na każdym kroku a nawet jeśli nie na pierwszy rzut oka to zaraz gdzieś znajduje się wiszące wycinki gazet albom zdjęcia miejsca z dnia katastrofy dokumentujące co wydarzyło się tutaj w 2011 roku. Miasto do tej pory nie podniosło się z tej tragedii. Z hotelowego tarasu oglądałem niegdyś okazały budynek katedry – dziś porozrzucane kamienie, taśmy i rusztowania, koparki, sterty gruzu i przerażająca wyrwa wewnątrz budynku – takiego widoku spodziewałbym się bardziej po Belgradzie albo innym bałkańskim mieście. Nawet statki z turystami przypływają tutaj rzadziej a mniejsza liczba odwiedzających turystów odbija się na życiu lokalnych ludzi i biznesu.


W hotelu Montreal spotkałem Polaka, który pracował tutaj jako barman. Przysiadłem przy barze, zamówiłem kieliszek rumu i postanowiłem posłuchać czyjejś historii. Narzekał trochę, że miasto jest przeraźliwie nudne, że po 17. wszystko jest już pozamykane nawet restauracje czy bary.

Niespodziewanie dostałem maila z agencji, w której dwukrotnie wcześniej próbowałem zarezerwować wycieczkę do Mt. Cook, udało im się skompletować grupę i jutro o 7.30 wyruszam zobaczyć jedną z najbardziej malowniczych tras tudystystycznych świata.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

W poszukiwaniu wszystkiego

Ostatni rok był dla mnie bardzo burzliwy, nastąpiło wiele zmian w życiu zawodowym, zniknęła K, L, i GH, zniknął mój dział i zmieniła się moja rola, przestałem lubić to co robię, z tygodnia na tydzień narastał we mnie bunt. Pośród tej burzy starałem się pozostać spokojny i zrównoważony, nie podejmować pochopnych decyzji i nie zmienić niczego na hurra, nieustająco szukając sposobu by jakoś przeczekać ten nieznośny dla siebie okres.
Część tego spokoju zawdzięczałem sobie bo jestem w odpowiednim dojrzałym wieku, jestem we właściwym, szczęśliwym, ustabilizowanym związku, potrafię powiedzieć nie nawet gdy ktoś otwiera przede mną nowe możliwości, o których inni marzą bylebym zgodził się zrobić to o co mnie proszą. Zabezpieczony wewnętrznym spokojem, oraz niesamowitą ilością wsparcia ze strony M, któremu mogę być tylko wdzięczny że mnie w tym wszystkim wspiera.
Uważam że taki kontrolowany okres szaleństwa wyjdzie mi tylko na dobre, nie jest to ucieczka ani obłęd, obłęd był raczej wcześniej w pracy i teraz nareszcie mogłem się z niego wyrwać. Jestem szczęściarzem, że mogę się w taką podróż wybrać, powinienem codziennie całować za to ziemię – jestem w uprzywilejowanej sytuacji i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Liczę na to że kiedyś w przyszłości gdy będę wracał do tych notek dojdę do tych samych wniosków, jakim to byłem szczęściarzem mając czas, dość swobody, pieniędzy i zdrowia by poobijać się kilka miesięcy po całym globie, uczyć się języka, zastąpić wszechobecną dotąd presję wolnością nowej przestrzeni i po prostu cieszyć się życiem. Od przyjaciół często słyszę, że chcieliby zrobić to co ja planuję zrobić, dosłownie wejść w moje życie, bo według niektórych jestem urodzony w czepku.
Zamierzam regularnie pisać o tej afirmacji życia, bo inaczej o wielu rzeczach zapomnę, o tej dekadzie wiecznych podróży i poszukiwań. Zapamiętujemy rzeczy tylko w sensie ogólnym, intymne szczegóły wyparowują z pamięci, a ja chcę pamiętać niecodzienne smaki, nowo poznanych ludzi, rozmowy, miejsca, subtelności i widoki. Pierwszy przystanek w poszukiwaniu wszystkiego – Christchurch.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , , | Dodaj komentarz