Biuro non stop

Przesiaduję w biurze jakbym życia poza nim nie miał. Od 9 do 21 i tak dzień w dzień, bez ustanku. Rano czołgam ciabatą, by po południem zabrać się do robienia maili. Ciabata niby przyjechała tutaj żeby nauczyć się mojej pracy i mnie odciążyć, ale coś kiepsko jej to idzie, bo pieprzy maile jeden za drugim i wesoło jest potem czytać wszystkie fanaberie które wypisuje. Ludzie się wściekają i odpisują do mnie a ja motywowany chęcią otrzymania bonusa odsyłam ich powrotem do Indii. Nakręcam spiralę, być może ktoś kiedyś skapituluje, dostanie depresji i wyśle cały ten nasz majdan w kosmos albo co najmniej wpadnie do biura z kałasznikowem i wytnie wszystkich w pień – oczywiście oprócz mnie, żebym mógł dostać wysokie odszkodowanie od pracodawcy za stres pourazowy.
Jestem korporacyjną dziwką, która za odpowiednią kasę zrobi wszystko.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Kulinarnie

Co, jak co ale kulinarnie bardzo się rozpieszczaliśmy przez te kilka dni. W piątek po przylocie szukaliśmy jakiegoś fajnego miejsca na wieczór żeby zjeść coś elegancko i treściwie, ale każdy bar i pub oprócz smrodku niestrawionego piwa oferował głównie cheeseburgery, pizzę albo frytki. Przypadkiem na Golden Mile znaleźliśmy restauracje Angels with Bagpipes i gdyby nie to ze kelner był z rodziny to pewnie stolika byśmy nie dostali, bo bez rezerwacji w piątkowy wieczór ani rusz. Przystawka, główne danie, deser, wino plus atencja kelnera i jego faceta w kolorowych skarpetkach w pakiecie były bezcenne.

W sobotę zabrałem M. na lunch do Pizza Express obok dawnego hotelu Missoni i gdyby nie otaczający nas krzyk bachorów byłoby spoko. M. narzekał tylko na wytwór zwany pizza light, na cienkim jak bibułka cieście i bez środka za to reklamowany, jako pizza mniej niż 500 kalorii. Po zwiedzeniu zamku wpadliśmy do Amber, ostatecznie jedynie na siku, bo stolika nie było dane nam dostać ani teraz ani na wieczór i nie pomógł urok słowiańskiej ani południowej urody. Uprzejmy pan zaproponował nam za to stolik w Towers. Wydawało mi się, że po angielsku mówię dobrze, ale jak trochę przed 20.30 pojawiliśmy się w recepcji Muzeum Narodowego usłyszeliśmy, że stolik przecież zarezerwowany mamy, ale dopiero na 21.30. Czas sobie w zegarku zapomniałem przestawić, przez co świeciłem później oczami przed M. W ramach zabijania czasu zabrałem go na drinka do baru w hotelu Quorvus. Raczyliśmy się Penicilin zastanawiając się, czemu podają go w szklance przystrojonej surowym, przeto niezjadliwym kartoflem. Dopiero nazajutrz barman oświecił mnie, że to był imbir.

Towers – jedzenie wyśmienite (ostrygi), nowoczesny wystrój, super atmosfera i fantastyczna obsługa (mnóstwo Polaków), a w ciągu dnia podobno piękna panorama miasta.

Na kolację urodzinową M. pacykował się jak panna na wydaniu: prasował się, prysznicował, golił, balsamował, perfumował najdroższymi swoimi perfumami Amuage, nawet sobie włoski z uszu przystrzygł i wydepilował sobie jaja – pardon tzn. strefę bikini – co najmniej jakby mieli nas tam na deser zblowjobować. Kolacja składała się z 7 daniowego menu degustacyjnego z odpowiednio dobranym menu win luksusowych – co akurat specjalnie mnie nie dziwiło biorąc pod uwagę, że solenizant został w tym roku dyplomowanym somellierem. Na koniec dostałem szklaneczkę armagnacu a M. rachunek na ponad 600 funtów.

Jak ja kocham jego próżność.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Urodziny w Szkocji

Dziś w muzeum M. oniemiał na widok tysiąca butelek wszelkiego rodzaju whisky. Jak ręką odjąć zapomniał o długim i nużącym locie do stolicy Szkocji. Na wcześniejszy kiepski nastrój wpłynęła nasza przeprawa przez Heathrow, sprawdzali nas z trzy razy, za każdym razem kontrolując dokumenty i podręczny bagaż. Teraz wiem, dlaczego ludzie z pracy nie lubią latać do Stanów BA – nikt nie lubi być tak czołgany.
M. skończy jutro 39 lat i na tę okazję właśnie lecimy na długi weekend do Edynburga. By nadać zadęcia temu wydarzeniu na swoją urodzinową kolację zarezerwował stolik w Number One w hotelu Balmoral. Niestety A. zaniemogła zmęczona okrutnie choroba, więc musieliśmy bawić się tego wieczoru we dwoje. Daliśmy rade, choć pogoda nas nie rozpieszcza.

 

 

M. który kocha gotować wciąż marzy o własnej restauracji i z początkiem roku ruszył w pogoń za tym marzeniem. Niestety prócz dobrych chęci i niewielkiego zaplecza finansowego na tym kończą się jego wielkie plany otwarcia własnego biznesu. Wciąż nie ma lokalu, działalności gospodarczej, zezwoleń, pracowników, kredytu na kupno sprzętu i towaru, nie ma pieniędzy na place dla pracowników na co najmniej rok, za to ochoczo przystąpił to najpiękniejszej i nie mniej kosztochłonnej części planu czyli urządzania lokalu, którego de facto jeszcze nie ma, ale za to ma już obrazy na ścianie, talerze i kieliszki… Oczami wyobraźni widzi już rozgoszczonych przy stolikach stałych bywalców, którzy z uwielbieniem zajadają się wymyślonymi przez niego daniami, cieple, nastrojowe światło, eleganckie wnętrze spowite zapachem dan, siebie na środku sali, ubranego elegancko i markowo sprawdzającego, czy wszystkim smakuje. Niestety wciąż nie jest na tyle świadomy, że ta utopijna wizja jest niesamowicie trudna do zrealizowania.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 7 Komentarzy

Docieramy się

Ciapaty przychodzi do biura sporo wcześniej przede mną. Dziś przyjechała na rowerze, o czym zdążyła zakomunikować mi zanim spytałem jej gdzie podziały się jej buty ukradkiem oglądając jej czarne od brudu krogulce. Bo Ciapata biegała od rana po biurze na boso i wszyscy myśleli, że może nie potrafi przyzwyczaić się do chodzenia w butach, bo u siebie wszędzie pewnie chodzi boso. Mój szef zaprosił nas dziś wszystkich na lunch do miasta, dlatego przejąłem się, że planuje drałować przez miasto bez butów a na zewnątrz było tylko 10 stopni. Okazało się, że jadąc do biura na rowerze porwały się jej klapki i nie ma innych na przebranie. Chciała naprawić te zniszczone u szewca, ale szybko wybiłem jej ten pomysł z głowy, już taniej wyjdzie kupić jej nowe 2 czy nawet 3 pary niż naprawiać te kupione jak na moje oko za ok. 1 dolara.
Szybko wyszło na jaw, że nie przywiozła ze sobą zapasowej pary butów (no bo po co) no i była znowu w czarnej dupie.
Koleżanka zza biurka się nad nią zlitowała i pożyczyła jej swoje markowe kozaki – gdyby w nich uciekła do Indii za ich równowartość mogłaby wyżywić całą swoją wioskę przez kilka tygodni. Mnie chyba nie byłoby stać na taki gest, zwłaszcza jak zobaczyłem, że wciska swoją brudną girę do buta bez skarpetek. Zawsze mnie uczono że auta, żony/męża, bielizny i butów się nie pożycza..

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Puk puk helol jest tam kto?

W poniedziałek punkt 9 w hotelowym lobby stanąłem oko w oko z ciabatą. Przywiozła nam torbę pełną darów w postaci słodkich mordoklejek i figurek zabytków Hajdarabadu, która nieść musiałem ja a raczej targać, bo rączka i pasek się urwały.

Na kurtuazyjnym spotkaniu z całym zespołem mój szef zapytał jak minęła jej noc. Ciapata (lat 30, gromadka dzieci) wyznała, że nie zmrużyła oka, bo nigdy nie spała samiusieńka w pokoju, bała się strasznie i o północy dzwoniła do innego ciabatego mieszkającego w hotelu nieopodal żeby przyszedł do niej i z nią został. Udało jej się zasnąć po zapaleniu wszystkich świateł w pokoju i włączeniu telewizora.
Szczęście, że nie zadzwoniła do mnie w środku nocy żebym potrzymał ją za rękę.

Ciapaty wszedł do łazienki nie zamknąwszy za sobą drzwi. Przez dobre kilka minut całe piętro mogło posłuchać koncertu czyszczonego gardła, charkania, gulgotania i spluwania ( oby do umywalki). Przeklinałem siarczyście i żeby nie zwymiotować wyszedłem na taras zapalić papierosa.

Tłumaczyłem pannie, że musi przez cały czas nosić ze sobą identyfikator, bo karta otwiera wszystkie drzwi w budynku, nawet te prowadzące do toalety czy innych wspólnie użytkowanych pomieszczeń. Kazałem jej przyczepić go sobie do paska albo zwyczajnie nosić na szyi. Pokiwała głową jakby nie rozumiała, ale nie dałem się zaskoczyć, bo wiem że u nich kręcenie głową ma odwrotne znaczenie.
Po południu poprosiła o chwilę przerwy i udała się tam gdzie król piechotą. Nie wracała najpierw 10, a potem 15 i 25 minut poszedłem więc jej szukać. Przeszło mi przez myśl, że może wystraszyła się toalety i że ni musi robić tego ‘’na skoczka’’.
Bidulka zapomniała karty i utknęła między piętrami na klatce schodowej. Tłumaczyła się, że pukała, ale nikt nie chciał jej wpuścić a żeby do recepcji zejść to nie pomyślała.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Ciabatych mam na głowie

W dużym uproszczeniu tytułem wprowadzenia: Ciapata przyjechała zabrać mi pracę.

Zanim to nastąpiło musieliśmy się trochę po użerać z organizacją jej przyjazdu: pierwszy pomysł był taki, że to ja polecę do Indii, ale wkrótce upadł, gdy okazało się że na Hindusach można przyoszczędzić wysyłając ich w klasie ekonomicznej albo nawet cargo i kazać spać w byle jakich hotelach o wątpliwym standardzie. Potem zaczęło się organizowanie wiz: jeden ciabaty obiecywał, że spokojnie załatwi je w 2-3 dni, potem że w tydzień, w końcu ogłosił że wizy zostały wydane a jak przyszło do potwierdzania terminów szkoleń to nagle okazało się że wiz jeszcze nie dostali, że mają niespodziewane opóźnienie i że za tydzień to już na pewno będą je mieli.
Jak już te wizy dostali odkryliśmy, że nie zabukowali sobie hoteli, więc nie mają gdzie się podziać w Bernie tzn. najpierw powiedzieli nam, że zabukowali 2 tygodnie temu razem z biletem na samolot, ale wtedy tego nie zrobili, bo Pinokio jeden z drugim czekali na nie wiadomo co, a teraz to byli w czarnej dupie. Jak mi moja ciabata napisała, że jednak coś tam znalazła i przez 2 tygodnie będzie spała w Schweizerhoffie za 450 franków za noc myślałem, że spadnę z krzesła, białka mi się prawie w oczach ścięły a jak zaczęła mnie jeszcze dopytywać czy aby na pewno będzie mogła sobie w pokoju gotować ryż zamarzyłem żebym mógł ja puknąć w czoło w samiusieńki środek tej nasmarowanej na czole brudnej kropki. Zagroziłem, że skoro zwlekali do ostatniej chwili z rezerwacją hotelu, to jak dla mnie mogą spać teraz w Olten 60 km od Berna i dojeżdżać do biura pociągiem 30 minut w jedna stronę. Szybko zmiękli (ciabata boi się sama jeździć pociągiem) i jeszcze szybciej znaleźli tańszą opcję noclegu niż pokój kategorii delux w 5 gwiazdkowym przybytku.

Myślałem, że to już koniec z przygodami i wtedy okazało się, że ciabata lat 35 nigdy nie leciała samolotem, nie była na lotnisku, ani w hotelu i że się w sumie latać też boi i żeby może najlepiej ktoś ją z tego lotniska odebrał… w niedzielę o 6 rano. Ochotników nie było, mój szef najpierw wykazał zrozumienie, ale nawet jemu nie uśmiechało się drałować o 4 rano 100 km na lotnisko w Kloten, bo niedoszła córka maharadży przyleciała z wizytą.
Napisałem maila z instrukcją gdzie ma się kierować po wyjściu z samolotu, kogo pytać o pomoc, gdzie odebrać bagaż, kupić bilet na pociąg i jaki, nawet sprawdziłem jej godziny pociągów.

Dojechała. W niedziele wieczorem mój nowy telefon zrobił green green, usłyszałem w słuchawce znajome „yello” i wiedziałem, że dojechała.

Centra outsourcingowe to nowoczesna forma niewolnictwa XXI wieku.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Powrót do biura

Po trzytygodniowej nieobecności wróciłem do pracy, gdzie powitano mnie entuzjastycznie i z nieukrywanym utęsknieniem. Pierwszy raz będąc chory nie pracowałem zdalnie z domu, zero odpisywania na maile czy choćby przekazywania ich komuś dalej żeby się nimi zajął, bo tak jak było przez ostatnie 7 lat. I co? Firma nie upadła, świat się nie zawalił, biura nie zamknięto, prócz szefa jedynie 3 osoby zauważyły moją nieobecność: Audrey, Renate i Bianca. Reszta miała to delikatnie mówiąc w d..e.
Mógłbym zejść z tego świata w domowych pieleszach i nie zauważyłby tego nikt póki nie zaczęłoby śmierdzieć i Mauerhoffer nie zadzwoniłby na policje, że sąsiad spod siódemki zakłóca mu spokój i pozbywa go zapachu alpejskiej łąki.
Nowy szef jednego dnia mnie wkurza a drugiego zaskakuje, od kilku tygodni w kółko słyszę od niego: you read in my mind, excellent, perfect. Z radości aż mi tryka a moje ego wznosi się ponad poziom mojego IQ. Co z tego, jeśli odwołali mi wyjazd do Indii, Chin, Stanów i Singapuru. Transition nie odwołali, mam je zrobić przez telefon. Ogólnie kładę na to laskę, jak dla mnie mogę to zrobić nawet listownie albo za pomocą gołębi pocztowych bylebym dostał obiecanego bonus, za którego kupię kolejne mieszkanie i polecę dokoła świata.

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Laba na przyhotelowym basenie

Jeżdżąc po Azji często korzystam ze spa i masaży, zwykle są to spa przyhotelowe, ale zdarza mi się umawiać na masaż indywidualnie i zapraszać do pokoju. Pruderyjny nie jestem, ale nie mam tu na myśli masaży z niespodzianka, w których specjalizuje się Tajlandia ani masaży z ekstra serwisem, o które nie trudno na Filipinach.
Umówiłem się na takowy w Cebu i okazało się, że był to najlepszy masaż, jaki kiedykolwiek miałem, chłopak wymiętolił mnie, wytargał, wypukał, wystukał, wytarmosił, porozciągał – wszystko na granicy bólu i przyjemności. Wieczorem czułem zakwasy na plecach i barkach i były to najprzyjemniejsze zakwasy, jakie kiedykolwiek odczuwałem.

Na Filipinach biały człowiek wywołuje respekt a Filipińczyk czy Filipinka w towarzystwie białego zniesmaczenie.
Robiąc zakupy w SM czułem jakby spotęgowane spojrzenia, w każdym sklepie uśmiechano się do mnie, sprzedawcy wstawali z krzeseł, gdy wchodziłem, stawali niemal na baczność a potem biegali koło mnie jakby od tego miało zależeć ich życie.

Wieczorem poszedłem na kolację z kolegą, który zdradził mi sekret, że prowadzając się ze mną w tym miejscu robi z siebie męską prostytutkę. Prawie każdy rzucał w jego stronę mniej lub bardziej pogardliwe spojrzenia a spotykani przypadkiem znajomi nie kryli lekkiego zażenowania widząc mnie u jego boku. Na szczęście on miał to gdzieś i na swój sposób kpił sobie z innych. Nawet w restauracji zapytano mnie, „co on zje?” nie zwracając się z tym pytaniem bezpośrednio do mojego gościa a gdy przyszło do płacenia, rachunek dostałem ja. Uśmiechnąłem się wtedy szeroko i wręczyłem go J. głośno oznajmiając, że to on płaci za mnie. Mina kelnera divy była bezcenna.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 5 Komentarzy

Bohol – to nie miś i nie małpka, czyli spotkanie z tarsierem.

Dwie godziny promem od Cebu znajduje się wyspa Bohol. Jedno z tych miejsc na Filipinach, które najczęściej decydują się odwiedzić zarówno lokalni, jak i zagraniczni turyści. Wszystkich ich bez wyjątku przyciąga tam naturalne piękno okolicy, doskonała baza wypadowa do nurkowania czy snoreklingu oraz całkiem spory wybór miejsc, które można przy okazji zobaczyć. Wybrałem się tam w czwartkowy poranek, za 200 peso kupiłem bilet i niewygodne miejsce na promie, bo siedzenia okazały się bardzo wąskie – miejsca na czyjeś długie nogi mocno ograniczone. Płynąłem taki ściśnięty próbując nawet zasnąć zmęczony nocnym maratonem, ale ból kolan dawał mi się we znaki. Codziennie mnóstwo turystów przybywa do największego na wyspie miasta Tagbilaran skąd odbierają ich przewodnicy i wsadzają do vanów i autobusów, żeby obwozić ich po wszystkich atrakcjach wyspy. Jako że mam coś z królowej angielskiej i nie cierpię, kiedy ktoś ciągle wola siku, bo ma pęcherz wielkości orzeszka, jeszcze inny, że jest głodny, spóźnia się na zbiórkę, gubi telefon albo aparat, dzieci dra mordą albo grają w komputerowe gry wydające nieludzkie dźwięki wykupiłem sobie wycieczkę prywatną. Mój przewodnik nie ukrywał radości, bo oprowadzanie grup po wyspie to logistyczna udręka i wieczne ścigania się z innymi grupami. Poza tym podobało mi się, gdy nazywał mnie przy innych sir Peter.

Podczas lunchu ma statku na Loboc siedziałem obok chłopaka, który okazał się Szwajcarem pracującym od 1,5 roku w Szanghaju dla Jaeger Le-Coultre i uprawiający unikatowy zawód …zegarmistrza. Gdy wyszło na jaw, że mieszkam w Bernie i jestem szczęśliwym posiadaczem Tag Heuera z serii Monaco od razu rozmowa nabrała innego tonu, połowę czasu trwania przejażdżki po rzece przegadaliśmy o zegarkach, a następne o Szwajcarii i życiu expata w Chinach. Widać było po nim jak bardzo tęskni do domu i dawno niewidzianych miejsc, jak bardzo brakuje mu nart oraz serów, bo te osiągalne w Szanghaju mają bardzo ograniczony asortyment, pytał mnie o miejsca, bary, restauracje, czy nadal istnieją i o ceny po uwolnieniu kursu franka. Na koniec nawet wymieniliśmy się wizytówkami i nie wyczułem w tym geście przesadnej kurtuazji.

Sanktuarium motyli, dzięki atrakcjom miało najlepszy PR z jakim się spotkałem. Zwiedzałem podobną atrakcję w Kuala Lumpur, ale tylko tutaj wpadli na pomysł przezabawnych zdjęć z motylami w roli głównej: motyle na nosie, na głowie, motyle skrzydła uczepione do pleców, początkowo nie bawiło mnie że przewodnik robi ze mnie debila, każe mi pozować albo kładzie mi te wszystkie paskudztwa na różnych częściach ciała, ale jak zobaczyłem później zdjęcia to oniemiałem z zachwytu jak dzieciak.

Trawiaste garby, czyli Czekoladowe Wzgórza mieniły się odcieniami brązu, ale żeby dosięgnąć tego widoku musiałem najpierw pokonać ponad 240 schodów, przecisnąć się przez hordy turystów by w końcu dotrzeć do punktu widokowego, spocony i prawie bez tchu z rozdygotanymi jak galareta nogami.

Do Cebu dotarłem prawie o 20. gdy było już bardzo ciemno, żeby przypieczętować tak miło spędzony dzień zaprosiłem do siebie przypadkowo zapoznanego miłego i przystojnego kolegę z branży BPO i po dwóch rundach zawodów sportowych w szabelkowaniu zasnąłem jak kamień.

To coś ma wielkie oczy, długi ogon i jest wielkości pięści, brązowe, aksamitne futerko i nazywają to tarsier pod polską nazwą wyrak upiór. Oczy to coś ma tak duże jak mózg, żyje przede wszystkim w nocy, żywi się owadami i jest bardzo skoczne – może pokonywać nawet 6 metrów przemieszczając się z drzewa na drzewo, w dzień śpi, albo przynajmniej drzemie przytulone do gałęzi. Można je spotkać na filipińskiej wyspie Bohol. Takie cudaka jeszcze nie widziałem.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Mandaue – Cebu – Lapu Lapu

Gdyby ktoś wcześniej zapytał mnie, z czym kojarzy mi się miasto Cebu odpowiedziałbym, że z Ferdynandem Magellanem, który przypłynął w to miejsce na początku XVI wieku i którego w dwa tygodnie od przybycia tam zaciukali. Lapulapu, który tego dokonał doczekał się swojego pomnika, tytułu bohatera narodowego i nawet lokalna ryba nosi teraz jego nazwę.

Wśród zwiedzających pełno Chińczyków, Koreańczyków i Japończyków, wszyscy pstrykający bez opamiętania zdjęcia krzyżowi, stojącemu w niewielkiej rotundzie, obok kościoła, który przywiózł ze sobą Magellan, modlącym się wiernym i figurce Jezusa, którego tez niby przywiózł Magellan. W południe, kiedy temperatura sięgnęła zenitu zrobiło się nieznośnie gorąco, wilgotno i lepko od ulicznego kurzu, wysiadanie z klimatyzowanego auta by zwiedzać kolejne miejsca było udręką i wszyscy chodzili przecierając czoło chustką albo ręcznikiem.

W drodze do Oyster Baru zatrzymaliśmy się w chińskiej świątyni w lokalnym Beverly Hills.
Przemieszczając się między miastami dostrzega się głównie biedę i prowizorkę, potęgowaną przez regularnie pojawiające się tutaj tajfuny, a biały człowiek wciąż wywołuje zaciekawienie i respekt.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz