Zupełnie inne święta

Strachu się najadłem, najbardziej poddenerwowany byłem w środę, obudziłem się bardzo wcześnie rano, w nocy w ogóle mało spałem, poszedłem do biura, rozdrażniony, z niecierpliwości nie mogłem ani wysiedzieć za biurkiem, ani nad niczym się skupić, niepewność i wyobraźnia dawały mi tak do wiwatu, że od rana pękała mi z bólu głowa a w ustach czułem drażniącą suchość. Byle dotrwać do 11 i mieć do za sobą. Dobrze mi to w konsekwencji zrobiło, głupią torbę może całe to doświadczenie czegoś nauczyło…
Tak, znowu mi się upiekło… R. miał mniej szczęścia ode mnie, o czym zakomunikował mi w czwartek smsowo, kiedy byłem już we Wrocławiu i siedziałem u chłopaków na barze w hotelu popijając jakby nigdy nic kolejne whiskey sour … Nie chciałbym być na jego miejscu.

Wróciła zima, szaruga, plucha i mróz, co noc temperatura spada poniżej zera a rano prószy śnieg, czasami siorbie deszcz a czasem i jedno i drugie. W Warszawie było gorzej niż w Szwajcarii.
Na kilka dni wyrwałem się w delegacje do Stambułu gdzie od paru tygodni mają już prawdziwą wiosnę a słońce sprawia, że człowiek od razu inaczej funkcjonuje i dostaje niesamowitego ‘powera’ do pracy. Choć głównie stałem w korkach próbując dostać się z jednej części miasta na drugą to rozpierała mnie radość i satysfakcja, że znowu jestem w Turcji. Moi tureccy koledzy zajęli się mną troskliwie, zaakceptowali wszystkie moje propozycje i uwagi a na koniec nieoczekiwanie wycałowali mnie życząc szczęśliwego powrotu do domu. I jak tu ich nie lubić…

Nietypowa w tym roku będzie Wielkanoc – śnieżna, wietrzna i szaro bura. Święta też będą inne, bo nie spędzę ich ani z rodziną ani z M. Zamiast siedzieć za stołem, wcinać żurek, jajka i białą kiełbasę a potem bezmyślnie przerzucać kanały w telewizorze próbując zagłuszyć smęcenia matki i babki przekonałem koleżankę na spędzenie tych kilku dni z dala od świątecznej rutyny. Wyglądając codziennie przez okno z łatwością przekonuje się jak dobry był to pomysł uciec gdzieś gdzie jest teraz ciepło…

Opublikowano praca | Otagowano | Dodaj komentarz

Wroclaw – Rzym – Walencja: o pracy i byciu dobrym

Powrót do biura może nie był traumatyczny, spodziewałem się najgorszego a zawalony zostałem jedynie mailami i sprawami, które jakby czekały na mój powrót – spiąłem się i w ciągu 2 tygodni udało mi się wrócić na prostą bez bólu cierpienia, łez, nieprzespanych nocy czy długiego przesiadywania w biurze. Moja prawie 2 miesięczna nieobecność popieściła moje ego, bo okazałem się niezastąpiony, a wielu kolegów z biura witało mnie słowami „nareszcie jesteś”. Trudny okres pokazał jak niestabilnie działa mój dział i jak niekompetentna jest moja szefowa, przez cały okres nie odpisywała na maile, czasem tylko przesyłała je dalej nie robiąc sobie za nic, od kogo przychodziły albo, czego dotyczyły. Jej strategią był tumiwisizm i czekanie na mój powrót.
Właśnie minął 6. rok mojej pracy w tej firmie, po raz kolejny przeszedłem przez proces ewaluacji, która zakończył się bardzo pomyślnie nie tylko w wymiarze satysfakcji osobistej, ale i finansowej, gdy ujrzałem 5 cyfrową premię, która wpłynęła na moje konto. Świętowanie sukcesów w pojedynkę jest smutne, dlatego zaprosiłem M. na kolację, podczas której sprzedałem mu plan wspólnego wyjazdu do Ameryki Południowej.

Zastanawiam się, co dalej zawodowo. Pracę mam dobrą, ale chciałbym robić coś więcej, ostatnie o czym marzę to by po 10 latach odejść z firmy i wciąż być na tym samym stanowisku. Kto będzie chciał przyjąć kolesia, który przez 10 lat przesiąkł kulturą organizacyjną jednego pracodawcy? Ostatnio znalazłem dwie ciekawe oferty pracy, jedną z banku drugą z organizacji międzynarodowej z siedziba w Rzymie i tknęło mnie, żeby spróbować rekrutacji.

Odkąd A. w dziwnych, jeśli nie banalnych okolicznościach zostawił chłopak widzę jak rozpaczliwie potrzebuje towarzystwa. Nie jest to jeszcze desperacja, ale dostrzegam jak bardzo źle znosi rolę niczyjej i jak bardzo doskwiera jej życie samej. Walentynki spędziłem we Wrocławiu, dlatego ten wieczór zarezerwowany był dla niej. Po mimo kryzysu, o którym tyle się niby wkoło mówi restauracje na wrocławskim rynku pękały w szwach od natłoku gości, trudno było znaleźć wolne miejsce w którymś z popularnych miejsc, ale chłopaki w Akropolis mnie nie zawiedli i zaoferowali nam stolik, gdy tylko stanęliśmy w progu restauracji. Usłyszałem kiedyś, że ten mój przywilej to głownie zasługa moich napiwków i chyba to prawda. Wcześniej zaprosiłem A na szampana do Sofitela gdzie znowu musiałem słuchać jej opowieści o taksówkarzach, którzy wioząc ją do mnie do hotelu myślą, że mają do czynienia z panienką do towarzystwa. Barman zabawiał nas najpierw rozmową raz po raz polewając szybko działających bąbelków, by potem nieoczekiwanie przyłączyć się do wspólnego biesiadowania a na koniec wylądować w moim pokoju hotelowym i to bez ubrania z twarzą między nogami… Czyń dobro a dobro do ciebie wróci. Nie wiem ile razy zapaliła mi się tego wieczoru w głowie wielka czerwona lampa z napisem ja pierdole, ale ignorowałem te ostrzeżenia ciekawy, jak rozwinie się sytuacja. Skutki można było przewidzieć a kaca moralniaka mam do dziś. Głupi jestem: niby zdaje sobie sprawę z konsekwencji swoich decyzji i potrafię wyczuć, gdy sytuacja wymyka się spod kontroli, i tak pakuję się w tak absurdalne sytuacje jak jakiś nabuzowany hormonami nastolatek. Ironia losu, że nawet nie było warto, bo ideał okazał się bardzo zwykły i pospolity…

Kolacja z M&M w Przystani była jednym w tych na zawsze zapamiętanych wieczorów, gdzie mogliśmy frywolnie poruszać dowolne obszary życia seksualnego i małżeńskiego.

Podróżowanie wciąż mi się nie znudziło, wręcz przeciwnie czuję jeszcze większą potrzebę poznawania nowych miejsc do tego stopnia, że weekend spędzony w domu to dla mnie męka i weekend stracony. Nie wiem jak długo będzie trwał ten mój zachwyt i chęć wyrwania się z domu, bo ostatnio rozmawialiśmy z M o kupnie mieszkania. Niedaleko nas powstają piękne apartamentowce i pierwszy raz na widok budowy pomyślałem, że miło by było w nich zamieszkać. Z drugiej strony mam myśli, że ten pomysł musi jednak jeszcze poczekać, dojrzeć, gdy skończę z 40 lat i dopiero wtedy będę bardziej poważniej się nad tym zastanawiał.
Jeśli chodzi o rzucanie pomysłami M wydaje się nie znać umiaru, z łatwością przychodzi mu kupowanie rzeczy i wydawanie pieniędzy. Jego ostatnim genialnym pomysłem jest chęć otworzenia herbaciarni. Zanim zdążyłem się zorientować wykupił sobie kurs dla degustatorów herbat w Rzymie, po czym przyszedł do mnie szukając taniego biletu i noclegu. M byle gdzie spać nie może, dlatego polecieliśmy tam na weekend razem. Podczas gdy on zgłębiam tajniki parzenia herbaty ja pielęgnowałem włoskie dolce far niente szwendając się bez celu. W Rzymie było dużo ładniej i cieplej niż w Szwajcarii, dlatego korzystałem z dobrodziejstwa pieknej pogody ile się i całą sobotę spędziłem pomiędzy woskami uliczkami Wiecznego Miasta. Odwiedziłem kilka sklepów, zjadłem włoskie gelato i tyle. W planie wieczorem była wspólna kolacja, ale M późno skończył zajęcia, (o czym zapomniał mnie poinformować) a ja stałem i czekałem jak palant pod Panteonem aż zjawi się mój Romeo. Zadzwonił prawie godzinę później i szczerze miałem ochotę mu wykrzyczeć, co o nim myślę. Powstrzymałem się z trudem, wziąłem głęboki oddech i zabrałem na do Teatro Brancaccio wcześniej przypadkiem odkrywając przytulną restaurację na rogu ulicy. Kolorowo jaskrawe stroje, znane piosenki, przepych bogatych dekoracji, opaleni i ładnie zbudowani aktorzy – oglądaliśmy to przedstawienie z wypiekami na twarzy, co najmniej jakbyśmy oglądali przedstawienie na Broadwayu.

Kolejny przystanek Walencja. Mocne hiszpańskie słońce palmy i niebieskie niebo od razu lepiej się poczuliśmy. Gdyby tylko nie syf na ulicach, papiery i walające się puszki po piwie, które mąciły piękne widoki i nasz zachwyt. Jedyne wady to mnogość i rozmaitość straganów z tandetą i sami Hiszpanie – mali, przaśni, zarośnięci, sprawiający wrażenie nieodmytych śmierdzących papierosami i piwskiem, głośni i wiecznie drący mordy.
Pogoda, morze, miasto – bajka. Fontanna na każdym rogu, które w sezonie schładzają rozgrzane turystyczne dusze, będąc przy okazji idealnym tłem do zrobienia pamiątkowych zdjęć. Palmy dają poczucie egzotyki, hiszpański język sepleniący – sprawił, że czuliśmy się jak podczas podróży w nieznane.

Niespodziewanie odezwał się R z niepokojącą informacją. Nie mogłem spać po przeczytaniu jego maila, choć z drugiej strony powinienem być na to zawsze przygotowanym, w końcu konsekwencje stylu życia wcześniej czy później dopadają każdego. W środę mam nadzieję dowiedzieć się więcej. Dziwne uczucie, ale bez względu na wynik czuje się że wszystko mi właściwie obojętne.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Przeglądając się w … brudnej kałuży

Przysłuchuje się czasem młodzieży i załamuje ręce. Są młodzi, po studiach, znają języki, mają aspiracje, marzenia szukają tzw. dobrej pracy, której nie będą się wstydzić będą trzepać kasę, która pozwoli im kupić mieszkanie, auto, chodzić na imprezy, dobrze się ubrać, dobrze wyglądać, wyjeżdżać na egzotyczne wakacje i pochwalić przed znajomymi.
Przerażające, ale większość myśli tak samo jak pokolenie poprzedniej dekady: skończę dwa fakultety a potem jakoś się ułoży, nic że nietrafione kierunki studiów, znajomość języków tylko na papierze, brak jasnego pomysłu na samodzielne życie, infantylne powielanie nieistniejących wzorców poprzez zakupy na kredyt, ciągle jedzenie na mieście, drogie wyjazdy, bo znajoma tam była.
Młodzi jak gąbką chłonną papkę serwującą im programy telewizyjne albo inne celebryckie seriale, które niewiele wspólnego maja ze zwykłym życiem a nakręcają w młodych typowy wyścig szczurów. Śmieszne to zarazem i smutne, gdy dołują się, oglądając, jak mieszkają młodzi bohaterowie seriali telewizyjnych – wielkie sofy, krzesła w stylu glamour, wypasione tarasy i sushi na lunch a u nich w domu boazeria, cerata na stole, spanie na materacu i parowki na obiad.
Fakt faktem, wielu po studiach ma za duże mniemanie o sobie i wygórowane wyobrażenie o zarobkach, oprócz mocnych papierów nie mają praktyki, a i żadna uczelnia nie przygotowuje do pracy.
Nadal mamy pokolenie młodych ludzi nastawionych do życia roszczeniowo. Lans, bywanie w towarzystwach, modne buty oraz kosmetyki to wszystko, na czym im zależy. Na szczęście na pewno nie wszyscy są tacy.

Siedzi w swoim wielkim apartamencie na ostatnim piętrze luksusowego hotelu czekając na młodziaka, który wpadnie, skoczyć na zupełne dno – dorobić sobie do tego wyśnionego życia w stylu glamour.
Takich randek może mieć wiele, najczęściej z młodziakami, ale tez rówieśnikami, którzy czują się przy nim gorsi, bo nie dorównują mu finansowo, świnki same się nakręcają, że koniecznie muszą mu czymś zaimponować.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano | Dodaj komentarz

San Francisco – koniec urlopu

Dwa dni w domu, rozpakowywanie, pranie, zakupy, wizyta gości – szybki i bezlitosny powrót do szarej rzeczywistości spotęgowany nagły nawrotem zimy, mrozu i śniegu. Jeszcze tydzień wolnego, jeszcze tydzień laby i całkowitego oddawania się przyjemnościom, wisienka na torcie – San Francisco. Choć był to bardzo krótki pobyt, przywołał mnóstwo dawnych, zakurzonych wspomnień. Cable carem jak dawniej, pojechałem zobaczyć dobrze znane mi miejsca i zakamarki w Nob Hill, budynek, w którym pracowałem, licząc że może przypadkiem spotkam wychodzącą z niego Inge, co byłoby niedorzeczne, bo gdyby tak było, miałaby dziś ze 100 lat, Huntington Park ulubione miejsce w czasie przerwy na lunch. Pojechałem do Castro, które podupada i z każdą następną wizytą jakby brzydnie, głównie za sprawą podupadających budynków, sklepów, psich kup na chodnikach, walających się śmieci i całej masy bezdomnych z problemem, których mierzy się kolejny burmistrz miasta Edwin Lee. Nawet mieszkańcy tej dzielnicy jakby zbrzydli, tych, których stać wyprowadzili się poza gejowskie getto, nikt nie chce już tutaj mieszkać.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek dwusty – Bangkok – Kuala Lumpur

Sam nie wiem, czego właściwie się spodziewałem, ale stolica Tajlandii w ogóle nie zrobiła na mnie wrażenia, wręcz przeciwnie wydała mi się bezpłciowa, przaśna i bardzo nijaka. Zupełnie nie rozumiem całej tej fascynacji azjatycką stolicą…
Może to za sprawą długiego podróżowania po Azji i faktu, że wiele lokalnych obrazów po prostu nam spowszedniało. W Sheratonie dostaliśmy ładny pokój na wysokim piętrze z widokiem na Chao Phraye. Niesamowite, ale przez 5 dni pogoda nas nie rozpieszczała, niebo było pochmurne, czasem padało, czasem mżyło, choć temperatura nie spadała poniżej 25 kresek. Wykupiliśmy dwie włoskojęzyczne wycieczki i wreszcie mogłem zrobić sobie fajrant od bycia tłumaczem na usługach M.
Jedno popołudnie zaciągnąłem M do hotelowego spa gdzie przez bite kilka godzin mogliśmy pławić się w beznadziejnym luksusie i błogim relaksie oddając nasze ciała w sprawne ręce masażystek bez obaw, że któraś nas z blowdżobuje.
M. wyciągnął mnie na Chatuchak – największy pchli targ w Bangkoku. Chatuchak rozkręca się w weekendy, dojechaliśmy tam koło południa. Łaziliśmy w kółko ze trzy razy, pominąwszy pewnie z połowę stoisk, oglądając towary pochodzące z wielu miejsc w Tajlandii, ale według mnie wszystko rozbijało się tam o tandetę, kicz i egzotyczne zwierzęta. Potem M. zaginął w Siam i Paragon Center gdzie sprawdzał wytrzymałość swojej karty kredytowej. Dla siebie nie mogłem znaleźć prawie nic, bo tutejszy rozmiar L to nasze XS, jedynie w szwajcarskim Ballym znalazłem dla siebie mega wypasione buty i to na przecenie, za co M chodził naburmuszony, bo wykorzystał cały limit swojej karty gdzie indziej. Po 4 tygodniach non stop zajadania się azjatycką kuchnią zatęskniliśmy za domem i rodzimymi smakami. Gdy przypadkiem trafiliśmy na włoską restaurację wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie a po chwili zamawialiśmy nasze ulubione dania. Kuchnia azjatycka, choć cudowna, zdrowa i bogata nie zastąpi smaków mozarelli albo pesto.
Tajlandia pachnie jedzeniem, bardzo intensywnie, od momentu wyjścia z samolotu czuć unoszący się zapach potraw, tak jakby wszyscy wkoło gotowali… brakuje tylko kandyzowanych szczurzych ogonów.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek jedynasty – Siem Reap – Bangkok

Ruiny Angkor, w tym niesamowitej świątyni Angkor Wat, robią wrażenie nawet na najbardziej zatwardziałych w bojach podróżnikach. Przy tym mają w sobie coś mrocznego, coś, czego nie da się uchwycić ani opisać. Mroczne tajemnice minionych czasów czają się w zakamarkach. Ta Prohm samoczynnie kojarzy się ze sceneria gry Tomb Rider,
Odległości, słońce, brak stałego dostępu do napojów zrobiło swoje podczas jednego dnia w Angkor wypiłem chyba z 5 litrów wody i jeszcze więcej z siebie wypociłem. Nie znoszę dobrze upałów a tam było ekstremalnie, pot spływ mi po twarzy i dupie, mokre ślady są tego świadectwem, czuję się jakby non stop stał pod ciepłym prysznicem. Z oddali dostrzegam unoszący się balon i myślę sobie jak byłoby fajnie unieść się w górę, gdzie na pewno jest chłodniej.
M. wydaje się być to obojętne, bo śmiga lekko między stromymi, kamiennymi schodami i wspina się na szczyt każdej odwiedzanej świątyni pozostając przy tym suchy. Panuje nieprzyzwoity upał. Nie mam pojęcia ile jest stopni, ale jest tak gorąco, że aż obezwładnia. Nie chce się myśleć, nie mówiąc o mówieniu czy zwiedzaniu. Siem Ream to miasto, które stwarza wrażenie, pewnej takiej nieciekawości. Wydaje się, że wszystkie świątynie są takie same, wszędzie te same stoiska z jedzeniem, te same bary, tandeta – dopada mnie kryzys.
Popołudnie spędzamy na hotelowym basenie a wieczorem tuk tukiem udajemy się do dzielnicy Night Markets na kolacje i fish spa, którego M. wydaje się nie znosić…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Odcinek dzisiąty – Phnom Penh – Siem Reap

Z opóźnieniem, ale dotarliśmy do Phnom Penh. Nasza przewodniczka Sophie nie mogła się nas doczekać, od kilku godzin wyczekując nas w bezlitosnym upale. Podjechaliśmy na moment do hotelu vis a vis amerykańskiej ambasady i zjechaliśmy do lobby na szybki lunch. Byłem potwornie głodny a na statku serwowali podejrzanie ciepłe i klejąco-maziste kanapki, których nawet po mimo głodu nie miałem chciałem włożyć do ust. W restauracji hotelowej nie spieszyli się, ponad 45 minut zajęło im przygotowanie sałatki, którą musieliśmy wciągnąć w ciągu 3 minut, bo Sophie czekała na nas by zabrać nas na zwiedzanie miasta. Facet głodny to facet zły, dlatego gdy M zaczął mruczeć coś o opieszałości obsługi i chęci opuszczenia lokalu – wybuchłem, co oczyściło dość napiętą atmosferę.

Kambodża kojarzy mi się z wojną, przemocą, biedą, zacofaniem i korupcją.
W porównaniu ze stolicami sąsiednich państw: Bangkokiem, Singapurem czy Kuala Lumpur, Phnom Penh jest prowincjonalne. Gęsta siatka ulic, równoległych i prostopadłych. Zupełnie jak na Manhattanie. Nazewnictwo także przywodzi na myśl Nowy Jork – ulice są po prostu ponumerowane. Wystarczy podnieść jednak wzrok znad mapy, by zobaczyć, że na tym jakiekolwiek inne podobieństwa się kończą. W stolicy Kambodży budynki są niskie, a wiele ulic nie ma nawet asfaltu. Owszem, jest kilka szerokich arterii komunikacyjnych, wystarczy jednak zboczyć z głównej drogi, by zgubić się w gąszczu wąskich uliczek. Phnom Penh to także miasto jednośladów – skuterów i motocykli jest tu sto razy więcej niż samochodów

Na ulicach stolicy może nie widać biedy i zacofania, ale ze wojna skończyła się tutaj niedawno przypomniało nam Muzeum Ludobójstwa Tuol Sleng. Dawną szkołą średnią reżim Czerwonych Khmerów zamienił w niesławne Więzienie Bezpieczeństwa 21 i centrum przesłuchań. Kompleks 5 budynków pełnych krat i drutów kolczastych, które zachowały się w stanie, w jakim zostały porzucone przez Czerwonych Khmerów w 1979 roku. Polityka „Roku Zerowego” realizowana przez Czerwonych Khmerów doprowadziła do zamknięcia szkół, szpitali, fabryk, likwidacji pieniądza i banków, likwidacji własności prywatnej, delegalizacji religii. Ludność miejska została siłą wyrzucona na tereny wiejskie do tzw. kolektywnych gospodarstw rolnych, będących faktycznie obozami pracy przymusowej.
Kilkanaście pomieszczeń muzeum pokrytych od podłogi do sufitu czarno-białymi zdjęciami wielu z więźniów, którzy przeszli przez S-21. Inne pomieszczenia zawierają jedynie zardzewiałe ramy łóżek poniżej biało-czarnej fotografii przedstawiającej pomieszczenie w stanie, w jakim zostało znalezione przez Wietnamczyków. Na każdym zdjęciu przykute do łóżka, powykręcane ciało więźnia, zabitego przez uciekających oprawców na kilka godzin przed oswobodzeniem. W niektórych pomieszczeniach widać sztaby żelaza i inne narzędzia tortur. Znajdują się tam razem z obrazami byłego więźnia pokazującymi torturowanych ludzi. W więzieniu przebywało ok. 17 tys. ludzi zanim zostali zamordowani na „polach śmierci” i pogrzebani w masowych grobach. „Żołnierzami” Pol Pota byli kilkunastoletni chłopcy, odebrani wcześniej rodzicom, indoktrynowani politycznie, przyuczeni do zadawania cierpienia i mordowania i uzbrojeni… Co innego o tym wszystkim czytać a co innego oglądać to miejsce na własne oczy. Trudno było robić nam tam zdjęcia, w milczeniu zwiedzaliśmy to miejsce.

Z powodu niedawnej śmierci króla nie możemy wejść do Pałacu Królewskiego (w całym mieście wiszą jego portrety), pozwalają nam obejrzeć Srebrna Pagodę i ogrody królewskie. Białe budynki ze złotymi dachami pełne są rzeźbionych ozdób pełnych smoków, węży, słoni. Strzeliste kopuły wieńczą niemal każdy budynek w kompleksie pałacowym.

Wieczorem wychodzimy na spacer, ale w pobliżu nie ma nic ciekawego, krążymy bez celu raz po raz zatrzymywani przez kierowców tuk tuków oferujących nam swoje usługi. Całkiem przypadkiem trafiamy do koreańskiej restauracji serwującej typowy koreański grill. Jedyną opcją jest wybór pomiędzy trzema rodzajami mięsa – boczkiem, karkówką, wieprzowiną, nie było tam żadnego menu, na stoliku jest tylko naklejka z 3 pozycjami, po koreańsku i angielsku.
Koreańskie barbecue to cała ceremonia. Wszyscy goście siadają wokół niskiego stołu, na którym ustawiony jest swego rodzaju kompaktowy grill. Kelnerka przynosi dość cienko pokrojone kawałki surowego mięsa, ryb, owoców morza, a także przystawki, koreańską ostrą pastę z fermentowanej soi i oczywiście ryż. Wszystko piekielnie ostre, przyprawione papryczką chilli.
Absolutnie niezbędnymi składnikami, nadającymi daniu całego charakteru są liście sałaty. Gdy po raz pierwszy zostałam zaproszona na koreańskiego grilla w San Francisco zdziwiłem się widząc na stole talerz z liśćmi. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na ozdobę, jednak nic bardziej mylnego! Gdy mięso było gotowe, musiałem wziąć jednego, dość sporego liścia i nałożyć na niego kawałki mięsa, kiełki soi oraz inne warzywa. Następnie zawinąć w coś na kształt naszego gołąbka i postarać się to zjeść w taki sposób, aby cała zawartość nie znalazła się na moich spodniach. Osobiście nie wiem, co trudniejsze – jedzenie pałeczkami, czy też pochłanianie nafaszerowanych liści, muszę jednak przyznać, że w jednym i drugim przypadku mam już wprawę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek dziewiąty – Delta Mekongu – Phnom Penh

O 7. rano wsiedliśmy do motorówki i wyruszyliśmy z nurtem rzeki. Etap podróży do Kambodży, który właśnie rozpoczęliśmy, w niczym nie przypominał sielankowego rejsu, a to za sprawą grupy izraelskich schorowanych seniorów, którzy nie dość, że straszyli wyglądem to jeszcze capieli starym człowiekiem i zachowywali się jakby byli jedynymi turystami na pokładzie motorowej lodzi – głośni, pomarszczeni, brudni i wkurwiąjacy. Słuchanie muzyki pomagało nam zachować względną równowagę psychiczną i opanować chęć wyrzucenia tego bydła za burtę. Nieokreślona i nieznana do tej pory mieszanka pogardy, odrazy, niechęci i uporu w jednym – tyle negatywnych emocji, o której nawet nie mam do siebie żalu…
W Phnom Penh mieliśmy raptem kilka godzin by zobaczyć najważniejsze atrakcje stolicy. Nie potrafię wyjaśnić fascynacji Kambodżą – krajem biednym, ogarniętym niewyobrażalną korupcją, degradacją życia człowieka, historią tak przerażającą, że niewiarygodną, smutnym i pięknym za razem.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Odcinek ósmy: Can Tho – Chao Doc

Dwa dni spędzone w towarzystwie przystojnego Wietnamczyka o migdałowym spojrzeniu, atletycznej sylwetce i europejskim obyciu. Generalnie lokalni mężczyźni bez wysiłku wzbudzają obrzydzenie w przybyszach z dalekiego kraju. Panowie w Wietnamie oraz w innych częściach regionu mają w zwyczaju dłubać w nosie oraz nosić długie pazury, raczej nie za czyste. W dobrym tonie jest mieć jeden na prawdę długi szpon przy małym palcu i on tego nie miał, poza tym nie charczał i nie pluł jak inni, przez co od razu wpadł mi w oko.

Nasz przewodnik bardzo się starał urozmaicić nasz czas i muszę przyznać, że mu się to udało. Kilkakrotnie w ciągu dnia przesiadywaliśmy się z łódki na łódkę. Każda miała zwykłe krzesła postawione swobodnie, a z wody co raz wystawały konary drzew i bałem się że za moment o coś zahaczymy i zaraz pójdziemy na dno…
Wsie i wioski położone wzdłuż życiodajnej rzeki to głęboka prowincja i ogromna bieda, wszyscy bardzo skromnie ubrani, niektórzy wręcz w łachmanach, ludzie żyjący z dnia na dzień, bez perspektyw na bogactwo czy nawet emeryturę, na jakąkolwiek opiekę socjalną, rybacy, otwarci na przybyszów, pragnący, aby ci zachowali dobre wspomnienia ze spotkania z nimi.

Im bardziej poznaję inne kultury, tym bardziej doceniam własną. Wietnam jest jak zupa Pho – narodowy posiłek jego mieszkańców. Początkowo bez smaku, wręcz nudny. Z każdym kolejnym łykiem coraz ostrzejszy, wyraźniejszy i bogatszy. Pho je się pałeczkami i łyżką jednocześnie. Jest różnorodna, choć prosta. Wietnam też.
Widok pracujących na polach ryżowych ludzi, pochylonych, brodzących w wodzie, osłoniętych od prażącego słońca słomkowymi kapeluszami, jest w wielu miejscach w Azji Południowo-Wschodniej naturalnym elementem krajobrazu. Plony zbiera się jeszcze ręcznie, za pomocą sierpa…

Szał degustacyjny trwa nieustająco, staramy się jeść w różnych miejscach i wszędzie kuchnia wydaje się nam smakować. Wciąż poszukuje lokalnych specjałów: świński móżdżek, mięso psa, mięso szczura, kaczy embrion, larwy drzewa kokosowego, grillowane kozie wymiona. Skusiłem się na grillowane mięso krokodylka…
Widziałem butelki wódki pełne jaszczurek, koników morskich, ptaków razem z piórami, węży, robaków i inne wyszukanych afrodyzjaków, których nie sposób określić i szczerze nie miałbym nic przeciwko żeby zapodać sobie z takim czymś kielonka.

Żeby nie zostać pożartym żywcem przez komary przez całą noc mamy włączoną klimatyzację na 15 kresek. Choć spanie przy włączonej klimatyzacji jest niezdrowe chce mieć pewność, że żaden skurczybyk nie upili mnie jak będę spał a tu nad Mekongiem jest ich cała masa.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Odcinek siódmy: Phu Qouc – Ho Chi Minh – Can Tho

Na jeden dzień wróciliśmy do HSMC, by następnego rano wyruszyć w dalszą drogę do Can Tho i delty rzeki Mekong. Atrakcją samą w sobie było towarzystwo naszego lokalnego przewodnika na widok, którego zapewne nie jednej pannie szybciej zabiło serce a innym krew spłynęła w dolne części ciała. Przepływając przez wąskie kanały rzeki słuchaliśmy jego bardzo przerażających historii o spadających z drzew żmijach atakujących znienacka swoje ofiary, ale stan naszej fascynacji i zapatrzenia odebrał nam chyba strach.

Po drodze zatrzymywaliśmy się w małych, zabitych dechami (słomą?)wioskach skąd łódkami płynęliśmy dalej, w bardziej niedostępne rejony ujścia rzeki podziwiać trudne życie lokalnej ludności, oglądać plantacje kokosów, ryżu i farmy krokodyli. Podczas jednej takiej przejażdżki statkiem po rzece M wziął udział w przyspieszonym kursie gotowania. Kuchnia wietnamska jest naszym odkryciem, im więcej próbujmy tutejszych lokalnych specjałów tym więcej odkrywamy nowych smaków i tym bardziej nie możemy doczekać się przeniesienia niektórych potraw do naszego domowego menu. W drodze do Can Tho widzieliśmy, co prawda stragany oferujące np. grillowane szczury, ale na razie do tego ekstremalnego specjału nie potrafię się przekonać.
Can Tho to małe, zapyziałe, malaryczne miasteczko, bliższe określenia syf malaria i korniki… Bliskość rzeki sprawiała, że w nocy nie mogliśmy odpędzić się od hordy komarów a regularne spryskiwanie się repelentem na niewiele się zdawało. Rankiem popłynęliśmy zobaczyć targ wodny, na którym sprzedaje się owoce, warzywa i inne produkty. Wszystko wydawało się egzotyczne i oderwane od codzienności, któąa znamy z Europy. Mówi się, że w przeciwieństwie do tego z Bangkoku ten targ jest prawdziwy i niestworzony pod turystów.

A w nocy spać jak nie mogłem tak dalej nie mogę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz