Prawie dwie dekady temu, wciąż będąc studentem wypisałem sobie miejsca na świecie, które chciałbym odwiedzić. Wiele z tych planów zmaterializowało się, spełniły się tamte marzenia, kilka wciąż pozostało do zrealizowania.
Podobno niegdyś jedno najbardziej romantycznych miast świata. Raj na ziemi.
Przed wieloma wiekami, gdy Wielki Meczet był jeszcze zupełnie nowym budynkiem, na jego ścianach lśniły mozaiki o olbrzymiej powierzchni. Niezliczone płytki przekształciły kamienną powierzchnię w świat wierzbowych liści, kwiatów i smukłych drzew o gałęziach ciężkich od owoców. Fragmenty tej mozaiki przetrwały podobno do dziś, niektórzy uczeni widzą w nich wizję koranicznego raju albo Ogrodów Edenu, inni uważają że je za obraz miasta w okresie jego największej świetności. Miasto pełne minaretów i wież – leżące na płaskowyżu na zboczu góry, przetykany strumieniami, kanałami irygacyjnymi i przesycone zielenią – musiało sprawiać wrażenie wręcz nierealności. Miasto, usytuowana między chłodnymi wzgórzami i skwarem pustyni, między jałowymi piskami i nieurodzajną glebą gór, stanowiło oazę w najlepszym znaczeniu tego słowa. W latach 90. było gwarnym, nowoczesny miastem, którego betonowe gmachy wzniesione w zachodnim stylu,, czyniły zeń ówczesną metropolię.
Damaszek. Wyprawa do Syrii. Fajnie jak marzenia są też dla nas niespodzianką.
Od jutra powinien wrócić do pracy. Pech chciał, że kilka dni temu w Bogocie złapałem jakiegoś wirusa: oczy mnie pieką, w gardle mnie drapie, do tego doszła gorączka, ogólne osłabienie i potworny ból głowy. Ogólnie leżę, śpię, jestem nietomny a na samą myśl powrocie na 10 godzin do biura odrzuca mnie totalnie. Myślałem że mi przejdzie ale ten stan ciągnie się za mną od czwartku więc nie będę udawał chojraka, tylko zostanę kilka dni w domu i pójdę do lekarza. W pracy pewnie szał ciał, popatrzyłem na kalendarz zawalony spotkaniami przez cały tydzień. Gdybym chciał być bardzo odpowiedzialny i fair, poszedłbym do biura choćby z gorączką i na trzęsących się nogach. Tyle już żyję i widziałem jak firmy zwalniają ludzi z dnia na dzień, nie pytając o zdanie czy komuś to pasuje. Dlatego ze mną czy bez korpo sobie poradzi…
Smutno było mi opuszczać Kolumbię. Po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że bardzo podoba mi się ten kraj, atmosfera miast, ludzie, ten niesamowity spokój i wolność, które odczuwam, ile razy przebywam w tym odległym zakątku świata. Mieszkać bym tam może nie chciał, chociaż jeśli zastanowić się bardziej ciągnie mnie do Chile – mógłbym zamieszkać i pracować w Santiago. Każdy weekend spędzałbym w Valparaiso, podładowując baterie i rozkoszując się atmosferą miasta i jego widoków. Musiałbym tylko podreperować swój hiszpański, bo bez tego ani rusz.
Padało, kiedy zamówioną taksówką wyruszyłem w kierunku lotniska El Dorado. Z pewną melancholią patrzyłem przez mokrą szybę mijając wzrokiem lokalne widoki, bo za kilkanaście godzin miałem wrócić do dobrzej znanej mi rzeczywistości.
Bagaż odprawiłem bardzo szybko, byłem nawet pierwszy, który otrzymał kartę pokładową, nie wiem w sumie dlaczego, miałem po prostu szczęście. Miła dziewczyna obsługująca odprawę Lufthansy wpuściła mnie pierwszego do kolejki a ja nie protestowałem.
Latając często samolotami kilkunastokrotnie przerobiłem sytuacje kiedy uszkodzono mi bagaż. Musiałem potem meldować ten fakt na lotnisku, zgłaszać szkodę, wypełniać papierki, pisać reklamację do linii lotniczych, robić zdjęcia, znowu wypełniać formularze, a potem czekać na decyzję. Przerobiłem podróżowanie z walizkami z niezniszczalnych materiałów, mniej lub bardziej markowych. Wniosek wysunął się sam: linie lotnicze są wstanie uszkodzić lub sponiewierać najbardziej niezniszczalny bagaż, nawet najdroższy i najlepszy model Rimowy. Ostatecznie wynik na końcu sprowadza się do dwóch możliwości: bagaż da się naprawić wymieniając uszkodzoną część albo linia lotnicza oddaje pieniądze do wysokości wartości bagażu pomniejszone o roczną amortyzację. Przez 16 lat latania non stop przerobiłem 4 walizki Rimowy, wszystkie w pewnym momencie zostały doprowadzone do stanu nienaprawialności i nieużywania. Od kilku lat zwykle co drugi wyjazd jestem zmuszony wymienić bagaż na nowy, ale kupuję pseudomarkowe plastyki ogólnie dostępne pośród sieciowych promocji. Te niszczone są po pierwszym lub drugim wyjeździe i to bez względu na dalekość lotu.
Przed wylotem do Kolumbii kupiłem nową walizkę, której użyłem raz, lecąc do Libanu. Lecąc do Kolumbii mój bagaż został zmasakrowany już po przylocie do Mexico City. Odbierając go z taśmy powinienem był zgłosić szkodę od razu, ale że nikt nie mówił po angielsku podarowałem sobie tą wątpliwą przyjemność użerania się z lotniskową biurokracją i zgłaszania szkody. Kółka połamane, kilka pęknięć i wgnieceń w poszyciu. Latając między kolejnymi miastami zabezpieczałem walizkę taśmami, aby za którymś razem po przylocie nie odpadło mi dno a z taśmociągu wyjechały moje porozrzucane gacie. Szczęśliwe udało mi się dotrzeć do ostatniego odcinka podróży, zapakowałem walizkę w coś co przypominało ochronny kondom, bo Lufthansa nie pozwala na oblepianie bagażu plastikowa taśmą i w ten sposób dotarłem do Polski a szkodę zgłosiłem dopiero po powrocie.
Miałem szczęście że wróciłem zgodnie z planem, w tych dniach akurat związki zawodowe niemieckiego przewoźnika ogłosiły strajk, wiele lotów zostały odwołanych albo mocno opóźnionych. Ja jedyne z czym musiałem zmierzyć się po wylądowaniu we Frankfurcie, to odnalezienie właściwej bramki na lot do domu. W ramach strajku – jak mniemam – nie działały żadne wyświetlacze…
Postanowiłem że zwiedzając Bogotę nie będę korzystał z żadnych lokalnych biur podróży. W przeszłości kilkakrotnie korzystałem w opcji free walking tours. Nie ma oficjalnej definicji bezpłatnej wycieczki, ale można ją zdefiniować jako wycieczkę typu „płać za to, co czujesz”, na podstawie napiwków, które zostawia się lokalnemu przewodnikowi. Ten rodzaj wycieczki może trwać od 1 do 4 godzin (niektóre trwają nawet dłużej), chociaż zwykle są to dwie godziny. Skorzystałem z tej opcji na Arubie, wcześniej z ciekawości skorzystałem z tej opcji na Malcie, w Edynburgu a nawet rodzinnym Wrocławiu. Zawsze wychodziłem z takiej wycieczki bardzo zadowolony i bogatszy o historie poznawanych miejsc. Miałem szczęście, bo moja wycieczka zaczynała się dokładnie na placu przy Parku Marqueza tuż pod moim hotelem. Wyszedłem po śniadaniu szukając przewodnika z niebieskim parasolem – znakiem rozpoznawczym organizatora. Na placu trwał targ, wokoło pełno było straganów i sprzedawców wystawiających swoje towary: od lokalnych pamiątek, po ubrania, numizmaty czy inne lokalne rękodzieło. Wśród kręcących się przechodniów zauważyłem kilku turystów, z góry założyłem że podobnie jak ja, przyszli wziąć udział w zorganizowanym spacerku. Przewodnik pojawił się punktualnie o 10, chwilę potem wszyscy zaczęliśmy zbierać się wokół niego, by rozpocząć nasz spacer po dzielnicy La Candelaria. Znów było bardzo kolorowo, bo to chyba najbardziej znana historyczna dzielnica Bogoty, którą można nawet określić jako Stare Miasto. To tu znajduje się najwięcej utrzymanych w dobrej kondycji starych domów, kościołów czy wszelkiego rodzaju budynków utrzymanych w stylu barokowym. Dzięki wyłączeniu tej dzielnicy z ruchu samochodów można cieszyć się możliwością komfortowego przemieszczania się po niej, spacerowania oraz zapoznawania się z historyczną stroną stolicy Kolumbii. W obrębie tej części miasta znajduje się grom turystycznych atrakcji oraz pubów i restauracji, dzięki czemu to właśnie ona jest najczęściej odwiedzana przez turystów z całego świata.
Popołudnie spędziłem w Muzeum Botero – kolumbijskiego artysty uwielbiającego karykatury. Wszystko w tematyce grube jest piękne. Miejsce przeznaczone zarówno dla znawców sztuki, jak również ludzi takich jak ja, którzy mają poczucie humoru i chcą się nieco rozerwać niekoniecznie zastanawiając się co autor miał na myśli. Ciekawe jest to, że po mimo ogromnego zainteresowania wstęp do muzeum jest darmowy. W muzeum niestety większość informacji jest napisana tylko po hiszpańsku, ale prawdę mówiąc właściwie nie potrzebowałem żadnej dodatkowej czytanki, aby obejrzeć wystawę i uśmiechnąć się pod nosem. Z nowo poznanymi znajomymi z El Salvador wybraliśmy się do restauracji La Puerta Falsa (Fałszywej Drzwi). Znałem to miejsce z wcześniejszego pobytu w Bogocie, ale bardzo chętnie tam wróciłem, bo miejsce choć turystyczne, nieodmiennie serwuje najlepsze ajiaco na świecie. Reklamują się jako najstarszą restaurację w Bogocie – bardzo małe miejsce po prawej stronie ulicy idąc w kierunku Placu Bolivara. Musieliśmy trochę poczekać w kolejce czego nie cierpię, ale było warto by skosztować wszystkich tradycyjnych kolumbijskich potraw.
Stamtąd pojechaliśmy razem do El Chicó do bardziej zamożnej dzielnicy położonej w mieście Chapinero na północ od Bogoty. Zupełnie inne miejsce i inny czas, nawet ludzie są tutaj ładniejsi, bo zadbani jak na amerykańskich serialach. W czasach kolonialnych była to część obszaru rozległych hacjend z uprawami pszenicy, gdzie odpoczywały najbogatsze rodziny. Mieści się tutaj kilka luksusowych rezydencji i budynków oraz jest siedzibą niektórych ambasad i delegatur organizacji międzynarodowych. Dużą atrakcje stanowi Parque de la 93 przy którym zatrzymaliśmy się na drinka a później na kolacje. Uber działał do tej pory bezproblemowo, ale tutaj zdarzyło nam się czekać na przyjazd prawie godzinę, bo nikt nie chciał przyjechać po nas po minimalnej stawce. Była prawie północ, wziąłem sprawy w swoje ręce i zamówiłem nam przejazd za podwójną stawkę za to w bardzo komfortowych warunkach.
Ostatni punkt podróży. Jeszcze kilka dni tutaj a potem czekał mnie tylko długi powrót do domu. To, że moja walizka przeżyła wszystkie perturbacje tej podróży to był cud. Fakt ze mocno sfatygowano mi bagaż odkryłem zaraz po dotarciu do Mexico City, gdzie musiałem odebrać torbę by nadać ja z powrotem na kolejny lot Avianca. Powinienem był już tam zgłosić uszkodzony bagaż, ale nikt nie mówił na lotnisku po angielsku, chciałem jak najszybciej ogarnąć przesiadkę wiec machnąłem rękę. Podróżowanie nauczyło mnie, że przy każdym dalekim wyjeździe należy przygotować się na wymianę walizki, bo linie lotnicze traktują bagaż jako zło konieczne. Zaklinałem tylko los, byleby plastikowa walizka choć nowa a już zmasakrowana, dotrwała do końca tej podróży. Kilkakrotnie podczas tej podróży oczami wyobraźni wyobrażałem sobie ze za którymś razem moja walizka dotrze z oderwanym dnem a na taśmie w hali przylotów rozpoznam jedynie swoje porozrzucane niedbale rzeczy wyjeżdzające na taśmie. Torba choć mocno sfatygowana dotarła i do Bogoty, choć brakowało w niej jednego kolka a kolejne trzymało się na słowo honoru. Nie zamawiałem żadnego transportu z lotniska do hotelu, postanowiłem zaufać reklamom, że licencjonowani kierowcy z El Dorado dowiozą mnie na miejsce w normalnej cenie. Trafiłem na starszego pana, któremu dobrze patrzyło z oczu, pomogli mi zapakować mój bagaż do bagażnika, popatrzył na adres, potwierdził cenę i zawiózł mnie do centrum. Bogota. Teraz rozumiem dlaczego mieszkańcy Medellin ironizują ze stolica nie powinna być stolica bo nie ma tam metra podczas gdy Medellin może pochwalić się pierwszym i jak dotąd jedynym systemem metra w całym kraju. Metro w Medellin istnieje od prawie 30 lat. Obecnie system składa się z 2 linii i 25 stacji, a łączna długość tras wynosi 32 km. Bogota niestety cierpi notorycznie na słaby system transportu publicznego. Ponoć przyczynił się do tego gwałtowny wzrost populacji w minionych dziesięcioleciach. W rezultacie ruch jest potwornie chaotyczny a przepustowość miejskiej sieci transportowej jest dużo poniżej rzeczywistych potrzeb. Nie trzeba być specjalista transportu publicznego, bo na gole oko widać ze Bogocie brakuje sprawnej sieci podziemnej. Cały transport odbywa się drogą lądową, za pośrednictwem autobusów zorganizowanych w kilku oddzielnych systemach. Transmilenio – system szybkiej komunikacji autobusowej istniejący od dwóch dekad jest mylący choćby dlatego że autobusy mają swoje wydzielony pas, oddzielony od reszty alei, zamknięte stacje z ograniczonym dostępem co na pierwszy rzut oka przypomina stacje metra.
Praktycznie wybierając się gdzieś bardzo daleko zawsze biorę pod uwagę porę roku i określony klimat. Tutaj klimat stoi w miejscu, bo ponoć nie ma tu por roku. Nie jest ani gorąco, ani bardzo zimno. czasami pada. Zarezerwowałem sobie tanio hotel w dzielnicy La Candelaria i był to bardzo dobry wybór, bo nie miałem się do czego przyczepić. Przestronny pokój, blisko atrakcji, z pięknym widokiem i wszelkimi udogodnieniami. Zaraz po przylocie poszedłem przejść się po lokalnym bazarze, dotarłem do katedry i odkryłem Origen Bistro. La Candelaria to dzielnica Bogoty, w której zwyczajnie najwięcej „się dzieje”. Miejsce pełne różnorodnych zabytków, restauracji, szkół, hoteli. Całkowity miks wszystkiego, wąskie uliczki pełne wszystkiego, sklepów ze szmaragdami, rękodziełem prowadzące do znanych turystycznych punktów. Niezwykły klimat, kolorowe uliczki, piękne nowoczesne budynki, stare mury i natura, w postaci widoku na wzgórze Monserrate. Można powiedzieć, że ta dzielnica ma w sobie pewnego coś z każdego zakątka świata. Jest tam pięknie i warto się tam wybrać by nacieszyć oczy niezapomnianymi widokami. Na ulicach widać było biedę, dlatego nie ryzykowałem nie „dawałem papai” i nie rzucałem się w oczy.
Cartagena to moje ulubione miasto w całej Kolumbii. Nie wyobrażałem sobie wizyty w Ameryce Południowej bez odwiedzenia tego miasta choćby na jeden dzień. Początkowo myślałem, że plan wyjazdu mam zbyt napięty, aby wcisnąć gdzieś wizytę tutaj, ale wtedy przypomniałem sobie, że nikt mnie przecież nie zmusza brać dwa tygodnie urlopu jak mogę trzy. Z Santa Marty powinienem był wziąć auto, by jak najszybciej dotrzeć tutaj, podobno trasa przez Barranquillę jest bardzo malownicza. Zamiast tego kupiłem tanio bilet na samolot, przez co leciałem naokoło, przez Bogotę.
W Cartagenie panował niesamowity upał, od 7.30 gdy tylko pojawiało się słońce temperatura robiła się nieznośnie wysoka. Tym razem nie spałem w Bocagrande, ale w sercu Starego Miasta niedaleko Getsemani. Wynająłem tanio pokój w klimatycznym, małym hotelu w stylu kolonialnej willi, wśród innych podobnych zabytkowych budynków, licznych barów, galerii, sklepów i restauracji. Wszystko wciśnięte pośród wąskich uliczek pełnych artystów, sprzedawców i turystów..
Kilkukrotnie odwiedziłem Getsemani, które po prostu kwitnie. Tylko 10 minut spaceru poza murami miasta i możesz odkryć jeden z najbardziej błyszczących obszarów w Kolumbii. Getsemani to dzielnica, w której każdy jest mile widziany. Biedni czy bogaci, turyści czy miejscowi. Na ulicach spotykałem dumnych mieszkańców, studentów, policje, artystyczną cyganerię, bezdomnych, enigmatycznych ulicznych sprzedawców i artystów. Na każdym kroku bije ciepło uśmiechów, które witają cię w każdym zakątku w prawdziwie karaibskim duchu. Getsemani jest autentycznie czarujące, piękne, magiczne, wyjątkowe i łatwo się w nim zakochać. Każdy plan podróży kolumbijskiego wybrzeża Karaibów powinien obejmować Cartagenę i przystanek w tej bardzo autentycznej dzielnicy. Nikogo tu nie obchodzi kim jesteś, wszyscy są razem jakby w sąsiedztwie. Nie ma różnicy między mną a nimi. Jakby jedna wielka rodzina z mieszanką różnych światów: Europejczycy, Amerykanie, Kolumbijczycy, Australijczycy, Wenezuelczycy i Włosi. W tych zalanych słońcem ulicach i kolonialnych budynkach, które błyszczą pod fasadami z jasnymi karaibskimi kolorami, człowiek czuje się jak w innym świecie.. Kilka osób odradzało mi tutaj nocne spacery, a już na pewno prosiło o pozostawienie drogich rzeczy w hotelowym sejfie. Jeśli mam coś zjeść to tylko gdzieś blisko, bo mogą mnie okraść. Wziąłem więc tylko trochę gotówki, telefon i ruszyłem niczym dziki kot na polowanie. Nie umiem powiedzieć, co zdziwiło mnie w Kolumbii najbardziej, gdy po raz pierwszy zobaczyłam kolumbijskie miasto – ludzie śpiący na trawie, kobiety z gigantycznymi implantami w pośladkach, czy przepiękne graffiti na niemal każdym murze. Moim zdaniem jedyne ryzyko jest takie, że będzie chciało się tu zostać. Przypadkowo poznany znajomy, wyciągnął mnie na kolację do Ana a potem na drinka do Terazza Municipal. Muszę powiedzieć, że nie czułem tam zagrożenia, ale pewnie dlatego że bujałem się z kimś lokalnym. Schodziliśmy kolorowe ulice wzdłuż i wszerz. Jedyne na co musiałem uważać to na zbyt natrętne prostytutki, które nie dawały mi spokoju i ciągle wrzeszczały na mnie papi albo niespodziewanie łapały za krocze. Ze srebrnymi torebkami na ramionach, rozmazanym makijażem i obcasami w dłoniach schodziły albo zaczynały „zmianę”. Ruja i porubstwo. W Kolumbii prostytucja jest legalna zwłaszcza w „dzielnicach tolerancji”, rząd walczy jedynie z prostytucją nieletnich co widać na każdym kroku na plakatach w hotelach i barach. To jedyny niesmak jaki pozostaje w pamięci z pobytu w Cartagenie.
Jedną z najbardziej przykrych form handlu była działalność czarnych kobiet w kolorowych, tradycyjnych sukniach, które z misami pełnymi owoców przechadzały się po cartageńskim rynku. Wściekłe i ociekające potem rozglądają się dookoła w poszukiwaniu turystów, którzy ukradkiem robią im zdjęcie. Jeśli takich znajdą, nie odpuszczają. Z misami pełnymi czerniejących bananów i ananasów biegną za nieszczęśnikami i domagają się pieniędzy „money, money. 10 dollars!” – krzyczą. Jeśli nie dostają tego, czego chcą, kręcą głowami i mamroczą pod nosem coś, co z pewnością nie jest pieśnią pochwalną.
Zawsze myślałam, że dla Latynosek matka natura była po prostu łaskawsza. Myliłem się. Przemierzając kolumbijskie miasta, nie ważne czy jest się kobietą czy mężczyzną nie sposób nie zwrócić uwagi na gigantyczne piersi i jeszcze większe pośladki Kolumbijek (tym bardziej, że typowym ubiorem są tu bluzki odsłaniające dekolt i obcisłe skórzane leginsy). Kolumbia jest jednym z państw, w których najczęściej dokonuje się operacji plastycznych. Ze względu na ogromny popyt, zabiegi powiększania biustu i pośladków są dużo tańsze, niż w pozostałych częściach świata. Wydatne kształty są wśród tutejszych kobiet bardzo pożądane. Świadczą o zdrowiu, płodności i po prostu uchodzą za niezwykle seksowne. W każdym sklepie z damską odzieżą można znaleźć specjalne majtki podnoszące pośladki oraz body sięgające do pół uda, gdzie w miejsce pośladków i biustu wszyte są naprawdę sporej wielkości poduszki. Trudno w to uwierzyć, ale to właśnie rodzice fundują swoim pociechom pierwszą operację plastyczną z okazji 15. urodzin. Z tej okazji Kolumbijki odwiedzają profesjonalnych stylistów, zakładają gigantyczne różowe suknie i obwieszają świecącymi ozdobami. Biorą udział w sesji zdjęciowej i organizują wielkie przyjęcie dla przyjaciół oraz krewnych, a rodzice biorą kredyt na kupno wymarzonego prezentu dla swoich małych kobietek – operacji powiększania piersi bądź pośladków.
Jak tutaj wieje, ale serio cały dzień i noc mam wrażenie że szaleje jakiś huragan, w nocy trzęsą mi się szyby w oknach a że pokój mam na 11 piętrze w hotelu, na dodatek narożny to efekt mam jakby podwójny.
Dziś uświadomiono mnie, że choć mieszkam w centrum blisko promenady, to po 21 dla bezpieczeństwa, powinienem wracać do hotelu taksówką. Pojechałem zobaczyć Tagangę. Mówią że brzydka woda, zatłoczona plaża, drogie jedzenie, mnóstwo złodziei, jeszcze więcej prostytutek i narkotyków. Niektórzy odradzali. A mnie się tam strasznie podobało!
Stare miasto Santa Marta, choć to najstarsze miasto w Kolumbii, jest dość małe, więc zwiedzanie nie zajmuje wiele czasu.
Dziwne uczucie, jestem tutaj dopiero lekko ponad tydzień, przede mną kolejne dwa tygodnie urlopu a ja mam wrażenie że już odpocząłem i się naoglądałem. Nastąpiło chyba przebodźcowanie impulsami i stąd lekkie przestymulowanie, mój mózg nie nadąża przetwarzać dziesiątek informacji.
Mimo, że mieszkam blisko centrum, do hotelu mam raptem 10 minut drogi mój przewodnik kategorycznie zabronił mi wracać do niego pieszo po zmroku. Ponoć o problem jest tutaj bardzo łatwo.
Upał daje mi się we znaki. W Quinta de San Pedro Alejandrino, miejscu śmierci Simona Bolivara nie miałem krzty chęci oglądania czegokolwiek, ani hacjendy ani wolno biegających iguan.
Mam ochotę im tutaj przywalić za te maseczki. Lot wewnętrzny, Avianca, na zewnątrz 35 stopni na lotnisku brak klimy a ci mi z maseczką wyskakują. Chyba chcą żebym zszedł im na zawał
Przyleciałem późno w nocy, wychodzę z lotniska z bagażem, w tym momencie podchodzi do mnie facet i mówi: witaj señor jestem Jezus.
Tak miał na imię mój kierowca. I nawet nie wymawiał go „Hesus” tylko „Jesus”. Na Jezusa nie wyglądał, w spodenkach w koszulce polo no i miał ciemną skórę. Czarny Jezus. No ale skoro może być czarna Madonna to chyba Jezus też może być czarny.
Rano pojechałem do Parku Narodowego Tayrona – atrakcji Kolumbii. Przeszedłem 7.5 km w 35C upale, w majtkach miałem kisiel, potem z powrotem 7.5 km. Ledwo żyję, nogi mi drżą od wchodzenia po schodach. W opisie wycieczki było, że odbywa się ona pieszo, ale 14 km to nie jest dystans, który pokonuję codziennie. Drugi raz bym się nie zdecydował, ale jestem z siebie dumny, że tego dokonałem. Chodzenie poprzez gęstwinę, oglądanie na żywo palm i kokosów oraz innych, zupełnie mi nieznanych gatunków roślin, robi wrażenie. Trasy są tak skonstruowane, że droga czasami wiedzie poprzez dżunglę, a czasami wychodzi na plażę. Widoki były naprawdę ujmujące, soczysta bujna roślinność, palmy kokosowe, las deszczowy, plaże rajskie i nieskażone cywilizacją. Fantastyczne miejsce dla kogoś kto lubi outdoor, dżunglę, jazdę konno, treking, nocleg w namiocie bądź kąpiel w gorącym Morzu Karaibskim. Załapałem się na darmowy lunch i coś co próbowałem pierwszy raz w życiu: sok z marakui i owoców lilu (po polsku będzie to psianka lulo). Przepyszne i orzeźwiające. Potomkowie plemienia Tayrona nadal żyją w głębi parku i można ich spotkać zajętych swoimi sprawami. Są mili, ale unikają turystów, bo nie stanowimy dla nich żadnej atrakcji. A moim przewodnikiem okazał się Giuliano pół Włoch pół Kolumbijczyk z Piemontu, który przyjechał tu 10 lat temu.
Ten wyjazd to dla mnie swoiste pożegnanie z marką hoteli Radisson, wystawnym stylem życia, podróżowaniem w bardzo wygodnym stylu, wypoczynkiem w pięknych resortach w najdalszych zakątkach świata. To były najlepiej wydane 300 tysięcy zaoszczędzonych punktów w programie lojalnościowym a teraz mogę wrócić na ziemię. Resort na egzotycznej Arubie był ostatnim, który koniecznie chciałem odwiedzić. I tak trochę się spóźniłem, bo stary zamienił się w Hiltona a ten, w którym byłem od kilku lat ma nową lokalizację.
Pierwszego wieczoru dopadł mnie nieznośny nastrój melancholii, na szczęście nie trwał zbyt długo. Nie było porannego rytuału wspólnego picia kawy na tarasie ani wykwintnej kolacji w jakiejś mega wyrafinowanej miejscówce. Mogłem za to dowoli rozmawiać z kim tylko chciałem i robić na co tylko przychodziła mi ochota. Aruba to wyspa, na którą najlepiej wybrać się we dwoje – przyglądając się parom wokół mnie czuję się trochę wyalienowany. Z drugiej strony mój osobisty kult niezależności myślenia i wiara w racjonalizm oraz zdrowy rozsądek sprawiają, że wyrobiłem w sobie odporność na wszelkie odruchy stadne.
Minął raptem tydzień a ja jestem tak bardzo wypoczęty! Dzisiaj i tak nic nie robię. Zjadłam szybkie śniadanie w przyhotelowej kafejce i rzuciłem się na leżak przy basenie. To pierwszy raz kiedy nie planuję robić niczego pożytecznego prócz wylegiwania się i smażenia w słońcu. Wtarłem w siebie litry kremu z filtrem, do ręki książkę i nic mnie dzisiaj nie obchodzi, no może tylko raz po raz uzupełniam poziom płynów w organizmie za pomocą kolorowych napojów z palemką. Mój nowo poznany kolega z Wenezueli propaguje takie mieszkanki smaków, że muszę się pilnować aby się nie zapomnieć. Przed wyjściem na słońce wysmarowała się grubo kremem z wysokim filtrem a i tak spaliłem sobie rękę i lekko policzki.
Potrzebowałem takiego spokoju by zaplanować też kolejne dni pobytu w Kolumbii. Nazajutrz z pokoju wyrzucili mnie punkt 11, miałem kilka godzin do odlotu samolotu do Bogoty a potem dalej do Santa Marta.
Wczoraj popołudniu skusiłem się jeszcze na krótki objazd po wyspie. Dobrze, że nie wybrałem opcji całodniowej, bo plułbym sobie w brodę. Tutaj naprawdę nie ma nic do oglądania, a to co pokazują lokalne biura podróży to na siłę wybierane atrakcje: plantacje aloesu, liczne kaktusy, drzewa divi divi naturalne kompasy, latarnia morska, kaplica, naturalne skalne jaskinie i baseny. W zeszłym roku zachorowałem na rejs po Karaibach, 7 wysp w dwa tygodnie, zadręczałem M. byśmy się wybrali. Jak zobaczyłem turystów wylewających się z ogromnych statków hoteli, pakujących się do autobusów, głównie starców, na wózkach z rurkami poddającymi tlen wyleczyłem się z tego pomysłu na najbliższe kilka lat, jeśli nie do końca życia…
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.