działo się przez ostatnie 2 tygodnie

Działo się przez ostatnie dwa tygodnie, oj sporo się działo. Napisać tylko o tym nie mogłem się zebrać, bo od kilku dni prycham, smarkam i odczuwam okropny ból gardła oraz głowy, a od zawsze wiadomo że ból głowy u mężczyzny można porównać jedynie do bólów porodowych u kobiety.

Po powrocie ze Szwajcarii, zaraz tego samego dnia polecialem do Frankfurtu na firmowy team event. Przez to, że dzień wcześniej zgubiono mi bagaż całe poranne pakowanie odbywało się na wariackich papierach. Skoro świt musiałem wynaleźć zapasową walizkę a potem zrobić zakupy, bo okazało się, że potrzebuję zapasowych kosmetyków i wszystkich przyborów toaletowych.
Gdy wreszcie dojechałem na lotnisko moje „towarzystwo” na dobre zdażyło rozgościć się już w loungu, zabawa trwała w najlepsze co potwierdzała niezliczona ilość skonsumowanych lampek wina. Nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie fakt że po dotarciu do hotelu panowie poszli po kolejne zapasy wyskokowych trunków, które następnie umieścili w moim pokoju, bo jako jedyny dysponowałem największym pokojem typu suit. Nim wyszliśmy na wieczorną imprezę „towarzystwo” uzupełniło jeszcze poziom płynów w organizmie, po czym spacerkiem udaliśmy się do baru gdzie czekała na nas reszta znajomych z pracy. Nasz dyro zamówił kilka butelek białego wina, zajęliśmy sobie wygodne stoły ulokowane niedaleko sceny i miejsca, gdzie odbywał się uliczny koncert. Muzyka była przednia, nieznany zespół naprawdę dawał rady a ponadprogramowe ilości wina sprawiły, że wszyscy szybko wczuli się w rytm znanych przebojów, zapomnieli, że dziś dopiero poniedziałek i zaczęła się huczna zabawa okraszona tańcami i śpiewem. Skończyliśmy około północy, impreza na moje nieszczęście przeniosła się do mojego pokoju i nie mogłem nic zrobić, bo wielki pan szef zaszczycił mnie swoją wizytą, siedząc na moim łóżku pił wino… prosto z butelki. Od lat nie jest to mój klimat imprezowania, ale wysokiej dyrekcji się przecież nie odmawia. Nie dziwi mnie teraz wcześniejsze zachowanie niektórych moich młodszych kolegów, ale w końcu przykład idzie z góry, mogłem jedynie więc tylko pogodzić się z tym co zobaczyłem.
Na śniadanie wstałem lekko niewyspany, ale i tak w lepszej formie niż moi koledzy, którzy tego dnia robiąc prezentację mówili przepitym glosem, waląc na kilometr niestrawionym alkiem ani na moment nie rozstając sie z butelką zimnej coli albo redbula w ręce.
Ogłoszono zmiany w strukturze naszej firmy, mój dyro stracił rolę, przenieśli go do innego działu a mnie czekały zmiany. Nie wiedziałem wtedy jeszcze dokladnie jakie, ale do śmiechu mi nie było, bo w końcu wciąż jestem tutaj na okresie próbnym. Po pracy poszliśmy do chińczyka na kolacje a potem od początku – impreza w moim pokoju. Byłem przezorny i uprzedziłem szanowne towarzystwo, że dzis bawimy się tylko do północy a potem sayonara, zamykam drzwi na klucz a oni moga bawić się gdzie indziej, na korytarzu, w parku, przy barze, albo gdziekolwiek tam sobie chcą.

***

Najszybciej w całej organizacji dowiedzieliśmy się jakie czekają nas zmiany, kto przechodzi pod kogo albo kogo przenoszą gdzie indziej, siłą…
Zakumplowałem się z asystentką dyra roztaczając przed nią swój niebywały urok i zdradziła mi, że jak dowiedział się że odbierają mu rolę i przenoszą gdzie indziej minę miał nie tęgą. Ponoć wyszedł blady jak ściana, milczał, nie odpowiadał na żadne pytania, spakował się tylko i wyszedł z biura. Z jednej strony było mi go szkoda bo przystojny był z niego facet, zadbany, lekki psychol, ale z poczuciem humoru, gumowe ucho i wszędobylski, lubujący się we władzy i irytująco zawsze wszystkowiedzący ale przystojny ciastek przez którego ponoć wiele osób płakało i odchodzili z firmy. Tak, przystojny był więc obiektywny chyba nie jestem ale w sumie teraz to nieważne.
Jako że jestem korporacyjną prostytutką już pierwszego dnia zacząłem interakcje ze swoim nowym szefem o wdzięcznym imieniu Sven. Na pierwszym spotkaniu usiadłem obok niego, przyniosłem mu wody, pożyczyłem długopis i skomplementowałem jakąś jego wypowiedź którą coś tam co wydukał, udając że nie wiem nawet kim jest. A dzięki życzliwym mi osobom czytaj dziewczynom miałem obcykane którą ma żonę, jak ma na imię, ile dzieci, ich wiek, imiona, gdzie był na wakacjach i jakie ma hobby i oczywiście wszystko niby przypadkiem wplotłem to w nasze niewinne pogawędki dwóch nieznajomych zaskarbiając sobie przychylność przyszłego szefa. Efekt był taki że na koniec dnia mówił już do mnie po imieniu i potrafił przeliterować moje arcytrudne nazwisko więc odniosłem spektakularny sukces. Wazeliniarz ze mnie wiem…

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , , | 14 Komentarzy

Powtórka z rozrywki

Wróciłem do domu, bez walizki. W związku z obchodami 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej lotnisko w Warszawie dziś oszalało. Samolot z Zurychu miał ponad 40 minutowe opóźnienie, w Warszawie nie mogliśmy wylądować a później biegłem by zdążyć na połączenie do Wrocławia. Mnie się udało, za to walizka ostała się w stolicy. Czekając przy taśmie we Wrocławiu przeszło mi przez myśl, że pewnie nie zdążyli przeładować walizek, ale do końca łudziłam się, bo prócz mnie w podobnej sytuacji było kilkunastu innych pasażerów. Grubo po północy ustawiłem się grzecznie w kolejce do stanowiska zaginionego bagażu, odczekałem swoje by w końcu ze świstkiem papieru wrócić do domu. Trochę jestem zmęczony, rano przecież lecę do Frankfurtu, ale humor mi dopisuje. Przypomniały mi się stare dobre czasy i zamiast kląć, że zgubili mi bagaż cieszę się jak debil, że znowu linie lotnicze podziały moją torbę. Z dziwnym sentymentem patrzę na całą tą sytuację.
Przyprawiony w bojach mam w domu drugą walizkę, gotowy zestaw ubrań, kosmetyczkę i cały arsenał awaryjnych gadżetów. Nie straszny mi wiec zaginiony bagaż, rano spakuję inny i polecę dalej.
Nie wiem ile razy zgubiono mi bagaż, z 10, może 20 razy, nauczyłem się sobie z tym radzić.
Na szczęście nie jestem w jakimś gorącym tropikalnym kraju i nie muszę biegać w zimowej kurtce i butach szukając sklepu by dokupić bardziej odpowiednie do klimatu odzienie.
Nie mam tylko ładowarki do laptopa i jednej pary spodni, ale co mi tam, najwyżej nie będę mógł rano pracować.

Opublikowano podróże, praca | Otagowano , | 11 Komentarzy

Weekendowo

Poszliśmy wczoraj na całkiem długi spacer wzdłuż Aary. Pogoda zachęcała wręcz do kąpieli, ale akurat nie miałem stroju, bo wszystkie swoje rzeczy wywiozłem już dawno do Wrocławia. Na widok gromady ludzi w pontonie, spływających zielono-krystaliczną rwącą rzeką, ogarnęło mnie uczucie zazdrości, chętnie sam wybrałbym się na taki spływ rzeką, ale w tym sezonie mogę już niestety o tym zapomnieć. Niedaleko naszego domu, w lesie jest takie trochę dzikie zejście, którym schodzi się wprost do rzeki. Wiele osób chodzi nim by pobiegać a my korzystamy z niego głównie by najkrótszą drogą dotrzeć do rzeki. Nie pamiętam nawet ile razy chodziłem tędy w górę i w dół, ile razy pokonywałam trasę Tiefenau – CasinoPlatz, o każdej porze roku, rano, w południe a nawet w nocy, bo raz czy dwa zdarzyło mi się po nocy wracać do domu z nocnej balangi. Że nic mi się wtedy nie stało, bo droga jest w ogóle nie oświetlona, to był jakiś cud, ale kto by się wtedy tym przejmował. Znam tę trasę na pamięć.
Po drodze M. zaprosił mnie na lody, do pysznej lodziarni niedaleko Bärengraben, zajrzeliśmy też do Globusa na małe zakupy a potem pociągiem wróciliśmy do domu. Było ładnie, smacznie, leniwie, sielankowo i bez pośpiechu – bardzo podobają mi się takie nasze wspólne soboty.

Późnym popołudniem pojechałem do B. Czuła się już o wiele lepiej niż dwa dni temu, dlatego z otwartymi rękami przyjęła mnie u siebie w domu. Siedzieliśmy na tarasie, otulały nas ostatnie ciepłe promienia sierpniowego zachodzącego słońca, wszędzie było wciąż zielono i próbowałem uchwycić ten obraz w pamięci wiedząc że następnym razem kiedy przyjadę, panować będzie już jesienna szaruga. W październiku B. leci do Johanesburga, więc pewnie zobaczymy się dopiero w listopadzie.
Gdyby nie to, że po raz trzeci w ciagu 12 miesięcy zmieniłem pracę planowaliśmy pojechać z plecakami do Namibii, miało być maksymalnie tanio, bez luksusów, intensywnie, hardcorowo i naturalnie… krótko, bo przecież 3 dni bez prysznica to już jest nie lada wyczyn.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Weekend w Szwajcarii

Afrykańskie upały wróciły i znowu się męczę. W piątek do Szwajcarii leciałem o 5 rano wyletniony prawie jakbym po przelocie miał odrazu iść na plażę.
W czwartek podopinałem wszystkie sprawy tak żeby w piątek mieć w miarę święty spokój od pracy. Nie wszystko poszło gładko tak jakbym tego sobie życzył, ale prócz paru odebranych telefonów i kilku telekonferencji dzień był w miarę spokojny.
W nowej firmie reorganizacja. Mam to szczęście, że gdzie nie pójdę tam albo ktoś jest w ciąży albo ogłaszają restrukturyzację. Tym razem mam dwa w jednym: ciąża koleżanki która z końcem września odchodzi na macierzyński i wielkie zmiany które ogłosili w piątek. Mój szef nie będzie już najprawdopodobniej moim szefem, mój dział nie nazywa się tak jak się nazywał, może przestanę latać do Niemiec tylko moja rola pozostała niezmieniona – pewnie do czasu.
Mało się tym przejmuję, bo gdybym miał myśleć o tym co się może wydarzyć za następne kilka miesięcy, pewnie bym oszalał a tak kładę na to brzydko mówiąc laskę.
W piątek K zaprosiła mnie na swoje urodziny, standardowo spotkaliśmy się w Rialto i w stałym gronie. Było sympatycznie, a atmosferze pięknego berneńskiego starego miasta do późno lało się wino i piwo a rozmowom nie było końca. Do domu wracałem przed północą i znowu poczułem, że bardziej jestem u siebie tutaj niż będąc we Wrocławiu.

Z M. spędziliśmy cały weekend, pracował tylko w sobotę wieczorem co skrzętnie wykorzystałem na spotkanie z B. w Ittigen.

Ostatecznie wybraliśmy z M dokąd pojedziemy na najbliższe wakacje w marcu. Były Myanmar, Jawa, Uzbekistan, Hiszpania i Chorwacja a ostatecznie padło na Bordoux i region Cognac. Na dniach będziemy rezerwować bilety na samolot i auto i hotele, żeby potem już tylko odliczać dni do upragnionego urlopu.
W międzyczasie na pewno zaliczymy jakieś szybkie wypady do Londynu czy Warszawy ale plaża i koktajle z parasolką na razie się nie zapowiadają.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 3 Komentarze

Z życia corpo

Miałem dziś telekonferencję, z ludźmi z Dżakarty, w sumie z 10 osób nas było. Koleżanka która przewodziła spotkaniu przygotowała sobie na kartkach wszystko co miała mówić. Nie jestem zwolennikiem takiego nieprzygotowania, ale to dopiero mój czwarty tydzień w nowej pracy, nie wypada zaczynać od zrażania do siebie kolegów i współpracowników. Ale nie powiem, korciło mnie żeby jej coś dosadnie powiedzieć gdzie mam te jej świstki papierów i co myślę o takim przygotowaniu do pracy. Z miejsca umieściłem ją na swojej prywatnej czarnej liście z adnotacją „na odstrzał”.

Okrutny jestem, ale nie toleruję braku profesjonalizmu w pracy a tym bardziej w swoim zespole. Miała miesiąc żeby się przygotować, mogła nauczyć wszystkiego choćby na pamięć, wyryć na blaszkę w końcu tego uczą na naszych uczelniach.

Punktualnie o 10 wszyscy zaczęli wydzwaniać się na videokonferencję: z biura, z domu, z samochodu, z sal konferencyjnych używając do tego laptopów, telefonów stacjonarnych, komórek i bóg wie czego jeszcze. Moja M. włączyła się poprzez komórkę każąc 3 osobom zgromadzonych w sali mówić do komórki, której mikrofon pozostawiał wiele do życzenia. Zaczęło się przekrzykiwanie, walka z hałasem w tle, miałem wrażenie że właśnie na wrocławskie ulice wyjechały wszystkie wozy strażackie i karetki pogotowia, w Indonezji świergotały ptaki a w Niemczech ktoś jadł jabłko do telefonu, gdzieś było słychać rozmowy innych jak w call center. Hałas zagłuszał wszystkich. 30 minut zajęło nam okiełznanie tego rumoru. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię, potem rzucić telefonem o ścianę a koleżance wysyłałem setki gromów samym spojrzeniem.

Ale i tak lubię swoją pracę.

 

Opublikowano praca | Otagowano | 17 Komentarzy

Zmiany

Dziś w pracy usłyszałem pierwszy raz szczegóły nadchodzących zmian. Nie żebym się jakoś specjalnie ucieszył, że po raptem miesiącu organizacja zmienia kierunek i wyłania nowego lidera, ale zdążyłem do tego przywyknąć. Zmiany, reorganizacje, zwolenienie to teraz chleb powszedni w każdej dużej organizacji i nikogo nie powinno to już dziwić.

Mój szef Turek już chyba nie będzie moim szefem, a szkoda bo był nieszkodliwy, nie wtrącał się do mojej pracy, nie kontrolował, za to uśmiechał się, był wyrozumiały, kulturalny, nierygorystyczny i na dodatek zawsze bardzo przystojny co motywowało mnie by się z nim chętniej spotykać. Kto będzie teraz niewiadomo, ale myślę, że trafię w ręce kobiety i zacznę na nowo manage my manager.

Zmiany w pracy a w takiej Indonezji prezydent ogłosił przeniesienie stolicy z Dżakarty w nowe miejsce na wyspie Borneo. Byłem tam kiedyś i pamietam, że główną arterią miasta płynęły ścieki, bo pękła rura w magistrali i zalała fekaliami całą bogatą dzielnicę stolicy.

 

Opublikowano praca | Otagowano , , | 12 Komentarzy

Estonia c.d.

Koleżanka zorganizowała nam cały pobyt, za co bylem jej niezmiernie wdzięczny, bo przy tego typu wyjazdach zwykle spada to na moje barki. Lubie organizować wycieczki, przeszukiwać oferty biur, czytać o miejscach wartych zobaczenia i ogólnie nie mam z tym problemu, ale raz na jakiś czas bardzo chętnie pozwolę oddać pałeczkę komuś zaufanemu i jechać na gotowe. Zaskoczyła mnie, gdy po przyjeździe do dawnej Ozyli czekała na nas taksówka, która przez pół dnia woziła nas po całej wyspie zatrzymując się w najciekawszych miejscach. Szczerze, to gdyby nie M, nie wiedziałbym nawet że taka wyspa istnieje i jest największą wyspą Estonii.

Zaczęliśmy od krateru Kaali, powstałym po uderzeniu meteoru, położonym w gęstym lesie, potem były wiatraki widok których przywoływał obrazki znane głównie z Holandii, potem lunch i słodkie nic nie robienie na klifie Panga a na koniec liczne muzea, drewniane kościoły i latarnie morskie z pięknymi widokami morskiego wybrzeża. Pogoda była doskonalą, nie było upału a cały dzień minął naprawdę sielsko. Lubię te nasze wyjazdy z M., bo zawsze jest bez spiny czy pośpiechu, nagadamy się przy tym bez miary opowiadając sobie wszystkie zaległe historie z życia zawodowego i prywatnego. Poza tym oboje lubimy dobrze zjeść i skosztować lokalnych wyskokowych trunków dlatego kompanem podróży M. jest w punkt.

Z Tallina wybraliśmy się też do Parku Narodowego Lahemaa oferującego lasy, puste plaże i dużo niewymagających szlaków. W sam raz by choć na kilka godzin uciec ze stołecznej starówki. W lesie często spotykaliśmy się kładki i schody, więc nastawiając się na pionierską ekspedycję z użyciem liny i czekana, poczułem się nieco rozczarowany. Z drugiej strony wędrowaliśmy praktycznie sami, bo nawet w szczycie sezonu nie było tam wielkiego tłoku. Poza krajobrazami władze Parku zorganizowały też otoczkę historyczno – kulturową: w drewnianych chatach można było znaleźć ekspozycje o dawnych mieszkańcach tych okolic. Wystrój wnętrz, tabliczki informacyjne, sprzęt gospodarski i tym podobne artefakty. Szmaciane postacie w mundurze leśnika to już inwentarz w stylu lekkiego horroru, ale takie atrakcje też były tam dostępne. Generalnie nic na miarę listy dziedzictwa Unesco, ale do obejrzenia przy okazji wizyty na szlaku na pewno. Obrazu dopełniały rozsiane gdzieniegdzie drewniane zabudowania w zdecydowanie skandynawskim stylu. Tu zdecydowanie czuć było skandynawski charakter Estonii.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 7 Komentarzy

Estonia

Kilka miesięcy temu, a dokładnie w Wielkanoc, mój malezyjski kolega z Kuala Lumpur odwiedził mnie we Wrocławiu.

Polskie miasto wydawało mu się egzotyczne niczym dla mnie stolica Sułtanatu Brunei albo inna Honiara na Wyspach Salomona. Rozumiałem go. Umówiliśmy się wtedy, że następnym razem spotkamy się w stolicy Estonii. Jego kontrakt w Niemczech niebawem się skończy, przenosi się do Stanów więc póki może w wolnych chwilach podróżuje po Europie, zdając sobie sprawę że za kilka miesięcy taki wyjazd będzie kosztował go fortunę. Rozumiem jego podejście dlatego chętnie go wspieram, a gdy zaproponował Tallin powiedziałem: jasne, spoko. W Tallinie byłem już wcześniej. Bardzo dobrze pamiętam jakim zaskoczeniem okazało się dla mnie to miasto. Architektonicznie bliżej mu do jednego z krajów Skandynawii niż dawnej republiki radzieckiej. Kolebka nowoczesnych technologii i start-upów, miejsce narodzin skype a poza tym kilkaset wieków historii i piękno natury, które miałem okazję zobaczyć.

Tamtym razem pamiętam koleżanka wyciągnęła mnie na wycieczkę do Parku Narodowego Lahemaa, dawnej bazy wojskowej, miejsca gdzie kiedyś naprawiano łodzie podwodne. Podczas tamtego pobytu dotarliśmy wtedy, aż do wyspy Saremy skąd samolotem mieliśmy wrócić do Tallina, ale sierota ja zapomniałem dowodu i na lotnisku nie wpuścili mnie na pokład samolotu. Musiałem potem sam, tłuc się przeszło 4 godziny autobusem za to miałem swoją niezapomnianą przygodę. Tym razem nie spałem w Radissonie, wynajęliśmy mieszkanie w centrum. Choć na zdjęciach wyglądało na wypasione, to w rzeczywistości no cóż, nic specjalnego. Luksusowe to ono było, ale kiedyś, teraz lekko zdewastowane, bardzo lepkie, telepiące się, mocno wysłużone i takie jakby niedomyte. Pierwszy raz tak bardzo przejechałem się na Airbnb: brakowało ręczników, czystej pościeli, mydła, detergentów, nawet papieru toaletowego. Właścicielka jakby inaczej pojmowało ideę krótkotrwałego najmu wychodząc z założenie, że oddaje nam tak świetną miejscówkę, że reszta chyba już się nie liczy. Byliśmy na nią wkurzeni, gdyby powiedziała nam wcześniej, że sami mamy zaopatrzyć się w podstawowe wyposażenie, to zaraz po przyjeździe zrobilibyśmy jakieś szybkie zakupy. Okazji do robienia zakupów by nie zabrakło, bo do Tallina dotarłem bez walizki.

Estonia urzekła mnie swoją „zwyczajnością”. Nie ma tutaj Koloseum ani Muru Chińskiego, pogoda potrafi dać się we znaki swoją zmiennością a wiatr prawie urywa głowę. Niby brak atrakcji a kraj przyciąga do siebie, pachnie Skandynawią. Mieszkańcy wydają się mało konkretni, niezdecydowani, powolni i często miałem wrażenie że wszystko im jedno. Dla mnie rachunek jest prosty, w Polsce tęsknię za Szwajcarią, w Szwajcarii za Polską, gdziekolwiek jeżdżę tęsknie za tamtymi miejscami, ale wiem że tak musi być i nic tego nie zmieni. Nie roztkliwiam się nad swym losem i nie próbuję zaczynać życia od nowa. Część każdego kraju noszę w sobie i bardzo to uczucie pielęgnuję.

Stare miasto położone jest na dość wysokim wzgórzu i otoczone zachowanym niemal w całości obronnym murem, raz po raz uwieńczonym wieńcem wysokich baszt, krytych czerwoną dachówką. Gęste parki dodatkowo okalają mury. Szybko zagubiłem się w gąszczu brukowanych uliczek, podziwiając piękne elewacje, szyldy, detale architektoniczne, a najbardziej chyba drzwi.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Bad Homburg

Znowu zażyczyli sobie zaprosić mnie do centrali. Nie protestowałem, bo dodatkową kasą z diet nigdy nie pogardzę. Będzie na impulsywne i nieprzemyślane zakupy albo inną fanaberię typu codzienny Uber do pracy.

Nie przeszkadza mi wczesnoporanny lot, konieczność zwlekania się z łóżka o 3 nad ranem, pakowanie i cała logistyka, wręcz przeciwnie. 2-3 dni w podróży służbowej sprawiają, że tydzień jakby szybciej mija, a w pracy nie czuję monotonni. Na razie trwa lato, jest ciepło, słonecznie, nie ma śniegu, opóźnień samolotów i wielogodzinnego koczowania na lotnisku, pewnie jak przyjdzie zima i pogorszenie pogody ten mój entuzjazm szybko się skończy. Nie potrafię przekonać się jeszcze do bardzo przyjacielskiej i serdecznej atmosfery panującej w biurze. Przychodząc dziś do pracy wyściskałem i wycałowałem się ze wszystkimi napotkanymi kobietami jak na imieninach u cioci. Mój dyrektor i SVP byli bardziej powściągliwi w okazywaniu mi uczuć, ale kto wie może z czasem będę musiał zacząć się z nimi przylizywać na dzień dobry i na dowiedzenia żeby np. zaklepać sobie awans. W końcu wszystkie korporacje rządzą się swoimi niepisanymi prawami… Dziewczyny fundują i przynoszą mi kawę, wyciągają na lunch, jedna Chinka nawet weszła mi dziś pod biurko… bo nie działał mi zasilacz do laptopa.

Zaliczyłem kilka spotkań, w gruncie rzeczy bardzo nieformalnych, słodko-pierdzących, podczas których do pełni szczęścia brakowało chyba tylko lukrowanych pączków z nadzieniem, ciasta, jednorożca, tęczy i fajerwerków.

Na koniec usłyszałem, że we wrześniu zaplanowany mamy 4-dniowy team meeting i że na pewno będę wtedy mało spał, poza tym takie spotkania organizują tutaj co kwartał, więc wychodzi na to, że potrafią się tutaj nieźle bawić i integrować. Mam tylko nadzieję, że nie trafiłem do jakiejś sekty…

Opublikowano praca | Otagowano , | 4 Komentarze

Berno – 4425 dni potem

Weekend w domu, w Szwajcarii. Jakbym miał się nad tym dobrze zastanowić i policzyć, to Berno nie jest moim drugim domem, tylko pierwszym. Spędziłem tam 12 lat życia, dużo dużo więcej niż w jakimkolwiek swoim mieszkaniu w Polsce – za wyjątkiem może domu rodzinnego… Dlatego śmiało mogę stwierdzić, że choć już tam nie mieszkam to jest to mój dom. Dużo się przemieszczam, nauczyłem się nie przywiązywać zbytnio do miejsc, bo sentymenty i wspomnienia choć piękne, utrudniają z czasem trzeźwe patrzenie na życie, ocenę sytuacji i podejmowanie decyzji. Poza tym najważniejsze, w Bernie wciąż mieszka i pracuje M., nasze mieszkanie wypełnione jest obrazami z przeszłości, wspólnych podróży, przygód, pamiątkami przywiezionymi z najdalszych zakątków świata. Ile razy znajduję jeszcze na ubraniach sierść Zero i przypominam sobie jak mnie ten sierściuch wkurzał, jak miauczał, skrobał w drzwi, a potem jak powoli umierał, to myślę właśnie o tamtym domu, o żadnym innym.

M. zawsze dbał o nasz dom: czyścił, mył, szorował, pielęgnował, ścierał, układał, przestawiał, dekorował, perfumował żeby było ładnie, czysto, pachnąco i elegancko. Odkąd mnie nie ma, wolne miejsca w łazience, na parapecie, na półkach zajęły kwiaty ale w takiej ilości, że gdy w piątek wszedłem do domu najpierw napatoczyłem się na kwietnik w przedpokoju, potem o mało nie zrzuciłem kwiatka znad zlewu. Pachnących małych mydełek głównie ukradzionych z dziesiątek hoteli, dumnie eksponowanych nad muszlą klozetową nie udało mi się już uratować. Ceramiczna misa choć ładna, za to mało stabilna, niechcący runęła z całą zawartością wprost do klopa. Gdyby M. to zobaczył pękłaby mu żyłka, potem urwałby mi jaja, więc żeby uratować swoje rodzinne klejnoty, nie popaść w niełaskę, a jemu oszczędzić smutku, powyciągałem je wszystkie, wysuszyłem i z powrotem ułożyłem na swoim miejscu. Rąk na pewno już nigdy nimi nie umyję, ale M trzyma je głównie jako dekorację więc epidemia nam nie grozi. Opowiem mu o tym incydencie później, jak już zauważy, że leżą ułożone inaczej i zacznie się śledztwo…

M. to nie perfekcyjna pani domu, to mały faszysta, jeśli chodzi o czystość i porządek to blisko mu do obozowego kapo. To jego zamiłowanie do porządku najlepiej widać w kuchni, w szufladach, w szafkach ze skarpetami ułożonymi kolorystycznie, bielizną ułożoną niemal od linijki i koszulami wyprasowanymi i w równych odstępach rozwieszonymi w szafie. Normalnie fiksat i psychol.

Wczoraj w nocy, kiedy wróciłem do Wrocławia byłem poirytowany, że nie mogę niczego znaleźć, że rzeczy i ubrania pałętają się po całym mieszkaniu, że kupki z ręcznikami ciągle spadają mi na głowę gdy otwieram szafę i że tracę mnóstwo czasu wiecznie czegoś szukając. Dziś po powrocie z pracy wywaliłem wszystko na środek pokoju, zacząłem porządkować i mechanicznie układać wszystko tak jak należy. Efekt mnie przeraził – M. stworzył potwora.

Opublikowano Szwajcaria | Otagowano , , | 8 Komentarzy