Piza – dzień 5

Moja gospodyni mieszka w pięknym 180 metrowym domu, położonym przy ulicy znajdującej się po drugiej stronie dworca kolejowego Pisa Centrale. Do dworca mam 3 minuty pieszo, a do szkoły, w której odbywa się kurs raptem 7. Moja gospodyni zajmuje kilkupokojowe mieszkanie na pierwszym piętrze budynku, prócz mnie mieszkają tutaj ze mną jej wnuk, córki, dwa psy oraz Szwed który tak jak przyjechał tutaj szkolić swój język.

Dostałem swój pokój na dole, zaraz przy wyjściu, obok łazienki. Pokój mały, bardzo skromnie urządzony, daleko mu było do luksusów państwa doktorostwa z Bolonii. Nie przyjechałem jednak tutaj grzać czterech liter w niewiadomo jakich luksusach, więc było mi wszystko jedno. Myślalem, że jesli już, to jedyne na co mógłbym narzekać to bliskość stacji kolejowej i odgłos przejeżdżających pociągów. Najgorszy jednak okazał się panujący w pokoju chłód jeśli nie wygwizdów. Kobieta mam wrażenie oszczędza i w ogóle tutaj nie grzeje, choć termometr pokazuje 18 stopni, odczuwalne jest 12. Chodzę spać w skarpetkach i podwójnej pidżamie, a jak jest mi zimno włażę pod ciepłą kołdrę. Ze współlokatorami praktycznie widuję się tylko w przelocie, bo każdy pracuje o różnych porach, jedynie ja i Anders regularnie widujemy się w kuchni przy śniadaniu, po czym obaj wychodzimy do szkoły.

Nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem, że po teście i rozmowie pierwszego dnia zakwalifikowano mnie do najwyższej grupy. Jest nas tu tylko czworo: ja, Niemka i dwóch chłopaków z Izraela. Jest fajnie, przyjaźnie i widać każdy przyjechał się tutaj uczyć, bo tempo nauki mamy bardzo dynamiczne.

Rano zajęcia do 13, potem zwykle spacer i jakiś lunch na starym mieście, potem nauka, relaks i w dużym uproszczeniu tak wygląda mój każdy dzień.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Piza – dzień 2 i 3

W ramach weekendowego nicnierobienia i błogiego relaksu wybrałem się na spacer do Lukki i Florencji. Pizę zostawiam sobie na pozostałe dni, w końcu tutaj będę przebywał najczęściej, więc i okazji do poznawania miasta będzie co niemiara. Lucca podobała się M i od zawsze, a od kiedy zdecydowałem się na tę podróż ciągle przypominał mi, żebym znalazł czas by odwiedzić to miasto. 

134-82

 

Pojechałem rano pociągiem, niecałe pół godziny od Pizy. Nie zjadłem nawet śniadania, ani nie napiłem się kawy obiecując sobie, że odbiję to sobie wszystko w jakiejś miłej osterii albo innej fattorii. Moim ulubionym sposobem podróżowania i zwiedzania nowych miejsc jest oderwanie nosa od mapy czy przewodnika i zwykłe rozkoszowanie się wąskimi uliczkami, zapachem starych kamieniczek, grą kolorów architektury, możliwością obserwowania życia lokalnych ludzi. Najwspanialszym i najbardziej rozpoznawalnym elementem Lukki jest mur wokół miasta z okresu renesansu. Szeroka, zadrzewiona aleja spacerowa mierząca ponad 4 km i oferująca wspaniały widok na miasto. Chodziłem bez celu, oglądając sklepowe i barowe witryny, poszukując idealnego miejsca na w pełni zasłużony obiad. 

 

Znalazłem urokliwe miejsce i zamówiłem pyszny talerz gęstej ribolliti – toskańskiej zupy z kapustą, chlebem i fasolą w sam raz na chłodny dzień. Na drugie pappardelle al cinghiale a do tego wyżłopałem pół butelki czerwonego toskańskiego wina i byłem w niebie.

Zakupowo mógłbym się z łatwością odnaleźć we Florencji, tyle tylko, że całkiem niedawno przyszło mi pakować wszystkie swoje rzeczy do kartonów i jestem całkiem świadomy ile ubrań i par butów mam w swoich szafach a z ilu tak naprawdę korzystam na co dzień. Korciło mnie trochę zaglądanie do włoskich butików, ale najważniejsze że w konsekwencji niczego nie kupiłem. Florencja jest bardzo włoska i pełna turystów, mam wrażenie że po Rzymie i Wenecji, to najbardziej odwiedzane miasto we Włoszech. Na ulicach, w sklepach, hotelach i restauracjach łatwiej porozumieć się po angielsku niż po włosku, nad czym trochę ubolewam.

Na kurs nie wybrałem ani Rzymu, ani Florencji, ani Wenecji, choć wszystkie miasta są malownicze, posiadają piękne zabytki, to uczyć się w nich bym nie chciał, za dużo turystów i za mało możliwości mówienia po włosku.

 

Zabójczo drogi i na dodatek mało wyrafinowany lunch zjadłem w barze przy Palazzo Vecchio, odwiedziłem muzeum Gucci, poszedłem przejść się w kierunku Ponte Vecchio gdy zrobiło się naprawdę zimno. Gdyby nie fakt, że swojej gospodyni obiecałem przyjechać po 16. zdecydowałbym się na wcześniejszy powrót do Pizy. Chodziłem więc tak sobie bez celu, próbując zabić czas do odjazdu pociągu. Tłumy wydawały się nie mieć tutaj końca, naprawdę cieszyłem się, że nie będę musiał studiować w tym mieście. Z pogodą jest tutaj coś nie tak, niby świeci słońce, niebo jest bezchmurne a na zewnątrz jakby 2 stopnie – ciągle chodzę w swetrach, kamizelce i kurtce i dalej mną trzęsie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Piza – dzień 1

Prawie zaczynałem już więdnąć czekając w Monachium na swój samolot. Gdyby była ładniejsza pogoda pewnie ruszyłbym swoje leniwe dupsko i pojechał do centrum miasta, ale aura ostatecznie zniechęciła mnie do tego pomysłu. Dla zabicia czasu obejrzałem kilka filmów, wypiłem pół butelki wina i wysmarowałem reklamacje do Lufthansy za to że w ogóle muszę tutaj tak siedzieć bezczynnie. W samolocie za to spałem jak dziecko.

Gdy lądowaliśmy na lotnisku w Pizie było już ciemno, leniwie wyszedłem z samolotu, zmarznięty od chłodnego wiatru i podstawionym autobusem podjechaliśmy pod terminal. Walizki z naszego lotu wyjechać miały spod karuzeli 2. Przez dobry kwadrans nic się nie działo, pasażerowie innych lotów zdążyli już odebrać swoje bagaże a myśmy nadal czekali. Wreszcie coś się ruszyło, ale na innej karuzeli. Oczywiście nasze bagaże wyjechały zaraz potem – Ben venuto in Italia uśmiechnąłem się pod nosem. Z lotniska do centrum podjechałem pociągiem i zajęło mi to niewiele ponad 7 minut, hotel znajdował się na przeciw głównego wejścia do dworca kolejowego. Pokój mały, ale czysty, łazienka, prysznic, czyste ręczniki, duże podwójne łóżko, klimatyzacja. Wszystko lekko klaustrofobiczne ale było mi wszystko jedno. Zostawiłem tylko bagaże i wskoczyłem szybko pod strumień gorącej wody zmyć z siebie zapach i brudy podróży. Wyszedłem na miasto.

Życie nocne Pizy właśnie się budziło, na ulicach i w barach pełno młodzieży, w końcu był piątek. Gdzieniegdzie widać było afrykańskich emigrantów ale i tak mniej niż w Bolonii czy Rzymie. Szedłem przed siebie, gdzieś tam z rzeką znajdowała się sławna Krzywa Wieża i postanowiłem zobaczyć ją jeszcze tego wieczoru.

W ciągu dnia podobno trudno się tutaj dostać, bo miasto zalewa co roku 10 milionowa rzesza turystów. Piza jest miastem znanym głównie dzięki swojej wieży. Gdyby nie błędy architektoniczne, pewnie nikt by tutaj nie przyjechał. A dobija tutaj mnóstwo wycieczek z całego świata i każdy robi sobie identyczne zdjęcie. Takie, na którym podtrzymuje wieżę dłońmi… Ktoś wspominał mi że żadne inne miejsce w Europie nie jest obsiane taką ilością kiczowatych pamiątek jak właśnie Plac Cudów, ale dziś o tej porze nie było tu prawie nikogo. Cicho, czysto i bezpiecznie za sprawą zaparkowanego obok pojazdu Esercito.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Dwa tygodnie pod znakiem nauki

Za 3 tygodnie lecimy na Filipiny, no ale właśnie to dopiero za 21 dni. Żeby nie marnować czasu na niepotrzebne przesiadywanie w domu, oglądanie telewizji, spanie do późna albo łażenie po wrocławskich barach M. wydelegował mnie na 2 tygodnie do Pizy uczyć się włoskiego. Odkąd nie mieszkamy razem podobno mój włoski podupadł, mówię jak potłuczony, zapominam odmiany czasowników albo tworzę nieistniejące wyrazy. 2 tygodnie w słonecznej Toskanii mają pomóc mi wrócić na właściwy tor, oderwać od szarej rzeczywistości i rozruszać szare komórki w końcu od ponad 3 miesięcy lekko się rozleniwiłem.

Swój kurs wykupiłem z samej szkoły co kurs w Bolonii, podobnie postanowiłem zamieszkać z jakąś włoską rodziną by codziennie być bombardowanym włoskim dolcevita. M. namawiał mnie na Neapol, ale Toskania wydawała mi się ciekawsza. Nawet bilet na samolot do Pizy udało mi się zakupić w promocyjnej cenie.

Rozczarowanie przyszło dzień przed wylotem, wczoraj rano odprawiłem się na lot z Wrocławia przez Monachium do Pizy a po pół godziny dostałem SMS, że mój lot z Monachium do Pizy został odwołany i że w związku z tym spędzę na lotnisku w Niemczech 10 godzin czekając na połączenie. Nie cierpię takich sytuacji, obdzwoniła Lufthanse w Warszawie i Niemczech próbując przebukować się na dogodniejsze połączenie. Niestety bez skutku, więc od 7.30 kwitnę w senator loungu na lotnisku w Monachium i odliczam czas do 18.10. Do miasta jechać mi się nie chce, bo stolicy Bawarii byłem niezliczoną ilość razy, poza tym wieje i jest brzydko.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Zmiany zmiany zmiany

Życie znowu zmieniło swój kurs o 180 stopni. Nowy dom, nowa praca, nowe podróże.

Nareszcie zakończyły się wszystkie remonty, które pozwoliłby mi wprowadzić się do nowego mieszkania. Malowanie, tapicerowanie, montaż mebli, udało mi się zamówić nawet niektóre dodatki przez co nowe miejsce nie wydaje się puste, mało przytulne i bezosobowe. Większość rzeczy ulokowałem w internecie a dzieki przestojowi z pracą miałem czas i możliwości odbierać kolejne paczki od kurierów, którzy je do mnie przywozili. Myśle, że gdybym pracował i przesiadywał za biurkiem od 9 do 18 byłoby mi trudno logistycznie rozwiązać parę spraw dlatego może to i dobrze co przytrafiło mi się w listopadzie. Do pełni szczęścia i komfortu brakuje mi tylko zamontowanych lamp i rolet.

M. odwiedził mnie we Wrocławiu zaraz po tym jak wróciłem z Berna. Znowu dostał 5 dni wolnego dlatego przekonałem go żeby ten czas spędził ze mną. Berno jest urocze i malownicze, ale choć mieszkałem tam prawie 12 lat łapię się w myślach, że denerwuje mnie nasze wynajmowane mieszkanie na poddaszu, stara boazeria, mało nowoczesny sprzęt AGD, stare okna, brak windy, balkonu, pralka w piwnicy, stare meble w kuchni i markowe pianino, które głównie służy nam jako kurzołap albo blat na składowanie rzeczy do prasowania. Maskara.

w eB zmiany, znowu wyleciało kilkanaście osób, niektóre znałem, bo pracowały od kilkunastu lat. V przebąkuje coś o tym, że tym razem A. może nie udać się pozostanie w Amsterdamie i będą musieli przeprowadzić się do Stanów, Australii albo Singapuru.

W przeprowadzce pomógł mi ojciec, miałem brać firmę, ale koniec z końcem sam się zaoferował i nie wypadało mi odmówić. Niestety nie udało mi się zabrać z całym majdanem za jednym razem, ale i tak poszło nam to bardzo sprawnie.

Na weekend uciekłem do Gdańska, bo miałem straszną ochotę zobaczyć polskie morze. O ile przez cały tydzień w całej Polsce świeciło słońce, było przyjemnie ciepło, tak w piątek w Gdańsku temperatura spadła do 1 stopnia, zaczęło wiać i z miłego weekendu nad morzem zrobił się weekend pt. nie wychodzę z hotelowego łóżka. Na dodatek spakowałem głównie lekkie rzeczy, bo zapomniałem sprawdzić prognozę pogody.

Opublikowano podróże | 1 komentarz

Nowa praca

Znalezienie nowej pracy zajęło mi prawie 3 miesiące. Szwajcarski bank, który zaprosił mnie na pierwszą rozmowę jeszcze w grudniu, przeczołgał mnie przez sito 5 interview a na końcu zamilkł na prawie 3 tygodnie, żeby w koniec złożyć mi ofertę nie do odrzucenia.

Szczerze? Od początku nie wierzyłem w powodzenie u tego pracodawcy, byłem uprzedzony, traktowałem ich jako alternatywę do końca wierząc, że pracę ostatecznie dostanę gdzieś indziej. Myliłem się. W konsekewncji praktycznie tego samego dnia dostałem dwie oferty pracy i pierwszy raz w życiu mogłem wybierać. Praga i „firma troskliwa” choć kuszące przegrały na rzecz private bankingu.

W międzyczasie zostałem odrzucony z rekrutacji w paru ciekawych firmach, gdzie mogłoby wydawać mi się, że pracę mam już w garści. Wtedy wpadłem w lekki marazm, bo przestałem mieć pomysły co zrobić ze sobą dalej. Jak odrzuca cię nagle tyle firm podczas rekrutacji i to na stanowiska na które liczyłeś, bo czułeś się niemal pewniakiem, zaczynasz zastanawiać się co jest z tobą nie tak.

Bóg nam robi kawał, żeby nie było za nudno, myśli sobie „wszystko macie wporzo, więc dopierdolę wam ciągłe egzystencjalne lęki, żeby nie było, że macie raj na ziemi”.

Opublikowano praca | Otagowano , | Dodaj komentarz

Baku – dzień 3

Śpi mi się tutaj całkiem dobrze, co nie zmienia faktu, że rano potrzebuję porządnej dawki kofeiny. Niestety kawa w hotelu nie rzuca na kolana, podobno jest całkiem droga a w kulturze kraju pozostaje picie herbaty. Nie mam zbyt wielkiego wyboru, więc rano decyduje się na kubek ciepłych pomyj czy innej brudnej wody, żeby choć trochę poczuć ulubiony smak porannej małej czarnej.

Reprezentacyjne i wystawne Baku może zmęczyć swoimi marmurami, harmonią i wszędobylskim porządkiem. Dla szukających bardziej lokalnego i luźnego klimatu poleciłbym zobaczenie okolicznych atrakcji. Zwiedzając Azerbejdżan często myślałem o Przedwiośniu Żeromskiego i Cezarym Baryce odwiedzającym ten kraj. Baryka wyruszył z Azerbejdżanu szukać szklanych domów. Tymczasem prawdziwe szklane domy wyrosły w samym Baku. Wieże ognia górują nad całym miastem a wieczorem potęgują wrażenie iluminacjami. Mają prawie 200 metrów wysokości i są widoczne z każdego miejsca w mieście. Flame Towers naprawdę robią niesamowite wrażenie, są podkreśleniem luksusu i przepychu, jaki można zauważyć w całym mieście. Nadkaspijska metropolia jest bogata w ropę, zaś skutki tej obfitości widać na każdym kroku. Może konkurować ze światowymi stolicami, gdyż w niczym im nie ustępuje w elegancji i majestatyczności.

Pojechaliśmy do Parku Narodowego Qobustan. To jedna z tych atrakcji, ndla której zdecydowałem się tutaj przylecieć. Piękny, historyczny park, który ma w sobie coś magicznego, to tutaj azerscy przodkowie z ery Paleolitu komunikowali się ze sobą za pomocą petroglifów – historycznych obrazków naskalnych, które mają po 20tys i więcej lat. 

Malunki naskalne przedstawiają głównie życie ludzi, czyli łowy, zwierzęta czy religijne rytuały. Rysunki sprawiają wrażenie powrotu do źródeł cywilizacji, jest to spotkanie ze sztuką pradziejową.

Na terenie wydzielonym dla turystów można oglądać skały z wyrytymi na nich obrazkami. Miejsce jest urzekające – w oddali roztacza się widok na morze, jest kilka przepięknych punktów widokowych, z których można podziwiać krajobraz i jedna grota, która prawdopodobnie tysiące lat temu służyła tutejszym mieszkańcom za schronienie.

Na widok starej Łady 1300 przypomniały mi się czasy dzieciństwa, w środku piękna okleina, jakieś dziwne rozwiązania techniczne, śruby w bocznych oknach i okna na korbkę. Za to miejsca pod nogami pod dostatkiem. Mój kierowca zawiózł mnie kilka kilometrów w stronę wulkanu, bo bardziej wyrafinowana Toyota nie poradziłaby sobie w błocie. Wybrałem lokalną taksówkę, bo tak właśnie najprościej jest się tam dostać. Droga do wulkanów jest – delikatnie mówiąc – w bardzo złym stanie, a okolica robi dość ponure wrażenie bezmięsnej pustynnej pustki. Na drodze włóczą się krowy, leżą przypadkowe śmieci a nawet szczątki zwierząt.

Nie mają one nic wspólnego z wulkanami lawowymi, usłyszałem że występują bardzo często na terenach roponośnych. Sceneria przypomina obcą planetę i świetnie nadałaby się do filmów science fiction. Teren wydaje się całkowicie dziewiczy i nie skażony nachalną turystyką. Brak tam jakichkolwiek tabliczek informacyjnych.

Chodzenie po śliskiej mazi, klejącej i brudnej dało mi niesamowicie wiele radości. Wysokie, gumowe kalosze, które dostałem od kierowcy do założenia zamieniłem na swoje zwykle catepillary. Kierowca na widok moich kolorowych skarpetek szepnął coś pod nosem i mógłbym przysiąc że słyszałem „szto on ohujal”.

Gumowce były za duże i grzęznąc w błocie istniało ryzyko, że wysunie mi się stopa, stracę równowagę i runę twarzą prosto w błoto. Nie wiedziałbym o tym gdybym nie przyuważył jednej turystki, która zaliczyła zjawiskowo piękną glebę. 

Przewodnik co jakiś czas musiał trzymać mnie za rękę, bo nie dałbym rady wdrapać się pod górę po śliskiej nawierzchni. Nie wywaliłem się ani razu, ale czasami było blisko. Jeśli pada dojazd do błotnych wulkanów, zdecydowanie utrudniony, bo właściwie nie ma żadnej wytyczonej drogi. Na miejscu zastał mnie bardzo ciekawy krajobraz – drobne, ciemnoszare kopczyki pełne błota aż po horyzont, niesamowity, prawdziwie kosmiczny widok. 

Jest zimno i mokro, ale pogoda jest ostatnią rzeczą o której tutaj myślę.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Baku – dzień 2

Pierwszy dzień zwiedzania rozpoczął się nad bulwarem w Baku, który o poranku powoli wypełniał się pierwszymi biegaczami i leniwymi spacerowiczami. Szeroki, zadbany i naprawdę reprezentacyjny, czystość i dbałość o porządek są ważne w całym centrum, ilość służb porządkowych robi wrażenie. Nadmorski bulwar ma kilka kilometrów, widać tam dbałość o oświetlenie i roślinność. Można z niego podziwiać wieżowce, Crystal Hall oraz olbrzymią flagę państwa. Ten patriotyzm i silne przywiązanie do symboli narodowych są tutaj bardzo zauważalne.

Centrum Hejdara Alijewa jest narodowym symbolem Azerbejdżanu i pełni funkcję głównego obiektu kulturalnego w tym kraju. W Centrum można obcować z tradycyjną i współczesną kulturą azerską. Wyjątkowo futurystyczny budynek wizualnie odcina się na tle ciężkich i monumentalnych w formie budowli ery sowieckiej, typowych dla pejzażu tego miasta. Owalna bryła w bardzo harmonijny sposób łączy się z wnętrzem budowli, tworząc także ciągłą relację z pobliskim placem. Położony na poziomie ulicy plac jest dostępny ze wszystkich stron i stanowi część tkanki miejskiej Baku. Misterne kształty, pofałdowania, rozwidlenia, załamania i odchylenia zmieniają powierzchnię placu w architektoniczny krajobraz.

Nazwa stolicy Azerbejdżanu pochodzi od słowa oznaczającego uderzenie wiatru. Rzeczywiście, silne wiatry są tam dość częste choć dla mnie akurat Baku oznacza ogień. Ogniste są trzy wieże strzegące miasta, wiecznym ogniem płonie tam ziemia w niedalekim Yanar Dag.

Yanar Dag oddalane jest ok 30 kilometrów od Baku, sławne z powodu wiecznego ognia. Wzgórze zajęło się ogniem kilkadziesiąt lat temu i od tamtego czasu nieustannie się pali. Przyczyną tego niezwykłego zjawiska są znajdujące się pod powierzchnią złoża ropy i gazu. Gaz ziemny wydobywający się ze szczelin skały odpowiada za te wieczne płomienie. Obecnie prowadzone są tutaj prace budowlane, buduje się coś na kształt amfiteatru aby w przyszłości uatrakcyjnić to miejsce dla zwiedzających. Na niewielkiej skarpie od wielu lat nieprzerwanie pali się skała. Niechciałbym odwiedzać tego miejsca w upalny dzień kiedy płomienie z pewnością nie robią takiego wrażenia jak teraz, późnym wieczorem czy nocą.

 

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Baku – dzień 1

Marzyłem o tym kraju od dłuższego czasu. Z jednej strony dlatego, iż odwiedziłem już wcześniej Gruzję i Armenię, dwa pozostałe kraje Zakaukazia. Z drugiej strony mało jest takich miejsc na świecie, których nazwy dźwięczą w głowie od najmłodszych lat. Tak było z Baku, stolicą Azerbejdżanu, z miastem, którego nazwa brzmiała w moich myślach i planach bardzo wyraźnie i bardzo długo. 

I oto jestem, w środku pełnego życia centrum, w największym mieście Zakaukazia, nad szumiącym morzem-jeziorem, w błyskawicznie rozwijającej się, postowieckiej republice, która nie grzeszy jednak demokracją.

Azerbejdżan ma niezwykle orientalnie brzmiącą nazwę. Nie ukrywam pojawiły się obawy o bezpieczeństwo. Pomimo napięć na granicy azersko-armeńskiej, Azerbejdżan to niezwykle bezpieczny kierunek podróży, zaś jego stolica, Baku, należy do jednych z najbezpieczniejszych miast dla podróżnych. W odróżnieniu od wspomnianych dwóch krajów, które wyznają religie chrześcijańskie, głównym wyznaniem Azerbejdżanu jest islam. Pomimo tego, iż większość populacji to muzułmanie, lata spędzone pod sowiecką jurysdykcją i indoktrynacją, przyczyniły się do laicyzacji społeczeństwa, a współcześnie, do faktu, iż wyznawany w Azerbejdżanie islam, należy do jednych z najprzyjaźniejszych odmian na świecie. I tak, w azerskich restauracjach bez problemu można napić się wina wyprodukowanego w tym kraju; coś, co byłoby nie do pomyślenia w sąsiednim Iranie. Co więcej, większość kobiet, które jako turystyki odwiedzają stolicę tego kraju, odbierane są jako coś niezwykle egzotycznego, jeśli mają na sobie tradycyjny czador.

Na przejście na drugą stronę ulicy nie zdecydowałem się pierwszego wieczoru po przylocie. Pomimo późnej pory była strasznie ruchliwa, po kilku pasach w obie strony mknęły sznury aut. Nigdzie nie widziałem świateł ani przejść dla pieszych. Dopiero rano odkryłem że co kilkaset metrów ulokowane są monumentalne i bogato zdobione podziemne przejścia dla pieszych. Gdyby próbować przejść należałoby popatrzeć się najpierw w prawo potem w lewo potem jeszcze raz w prawo i w lewo a na koniec pod nogi i do góry, bo niebezpieczeństwo może pojawić się tutaj z każdej strony.

Budynki maja piękne fasady, sklepy są bajecznie oświetlone, człowiek ma ważenie że przechadza się ulicami Paryża albo Londynu tyle tu bogactwa, przepychu i piękna. 

Ludzie trochę przaśni, czasem bezzębni i z urody lekko mongołowaci. 

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

Baku

Państwa południowego Kaukazu oferują nieskończone piękno przyrody, niezwykle gościnnych mieszkańców, urocze, prowincjonalne miasteczka oraz prawdziwie kosmopolityczne stolice swoich państw. Region mniejszy od Polski a w jego obrębie kraje zarówno chrześcijańskie jak i muzułmańskie i kilka enklaw terytorialnych, kilkanaście języków którymi posługują się mieszkańcy. Azja spotyka się tutaj z Europą, przeszłość stapia się z teraźniejszością. Miejscowe kultury, dumne, wyraźnie różniące się od siebie, które przez wieki przyswajały wpływy rosyjskie, perskie, tureckie. Obok doganiających nowoczesność krajowych stolic, rozciągają się tereny wiejskie. Malownicze szczyty, zielone doliny i urokliwe wioski, pasma Kaukazu oraz sielankowa mozaika pól i lasów oraz jałowe na poły pustynne, skaliste wąwozy. Znakomita kuchnia i jedyne w swoim rodzaju trunki z najstarszych winnic świata. Uczta dla umysłu dla miłośników historii: z jednej strony liczne dynastie a z drugiej bolszewicy. Rozbrajająca serdeczność lokalnych mieszkańców stanowiąca kluczową cechę wszystkich trzech niezwykłych narodów tworzących ten fragment świata.

Baku czerpie wzory z Dubaju, zmienia się bardzo szybko a w sylwetce miasta zaczynają dominować spektakularne budowle. Kontrastując ze średniowiecznym Starym Miastem wznosi się tam trio wysokich drapaczy chmur, przypominających kształtem gigantyczne szklane języki ognia, które w nocy zdają się płonąć za sprawą pokazu świateł.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz