Mannheim na finiszu

Kryzys mnie dopadł albo wrodzone lenistwo. 4 tygodnie intensywnego kursu językowego to jednak za dużo, w zupełności wystarczyłoby mi 3 – teraz to wiem. Monotonia dnia też daje mi się we znaki. Obudziłem się, wróciłem do domu i na kwadrans przed wyjściem zdecydowałem że pier…e nie idę. Zrobiłem sobie kawy, obejrzałem kolejny odcinek House of Cards i pojechałem do Heidelbergu. Konwersacje najlepiej ponoć ćwiczyć na mieście w codziennych sytuacjach więc szybko się przed sobą usprawiedliwiłem. Od dawna nie jest już tak że muszę…

Ten miesiąc poza domem miał swoje zalety i wady, w Bernie chyba bym oszalał, bo nie było tam pogody, M i znajomi codziennie pracowali a siedzenie w domu rzuciłoby mi się na głowę. Gdyby jeszcze chociaż można było pójść na rower, ale prawie naokrągło lało. Lato w mieście potrafi być dobijające.

Moje mieszkanie które początkowo tak bardzo mi sie podobało po kilku tygodniach zaczęło mnie przytłaczać, czuję się jakbym nie był u siebie, w dodatku ten zaduch, dziwny zapaszek unoszący się się w powietrzu, brak światła, balkonu i wilgoć. Wszystko wydaje mi się brudne, zgrzybiałe, mokre i nie moje.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Mannheim – dzień za dniem

Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do cen panujących w Niemczech. Ile razy szedłem na zakupy nosiłem w portfelu przynajmniej z 300 euro, tak na szelki wypadek, bez strachu że nagle mogłoby zabraknąć mi pieniędzy. Kupując jedzenie raczej się nie ograniczałem, ale ile razy patrzyłem na ostateczny rachunek to kwota wydawała się dziwnie mała.

To Szwajcaria mnie tak wypaczyła, sprawiła, że wchodząc na zakupy i kupując tylko podstawowe produkty liczę się z wydatkiem przynajmniej 100fr. Tutaj robię zakupy na dwie torby a często wciąż nie udaje mi się przekroczyć tej kwoty.
Grupę mam mieszaną: kilka Chinek, dwie Francuzki, Kanadyjka, Japończyk, kilku Irańczyków, Kurd z Syrii i Erytrejczyk. za każdym razem kiedy któryś Azjata próbuje mówić po niemiecku muszę nieźle się namęczyć żeby ich zrozumieć. Nie przeszkadza mi to, wręcz odwrotnie, mam z tego niezły ubaw ale nie okazuję tego, żeby ich nie zrazić. W klasie (brzmi dziwnie) już pierwszego dnia porobiły się grupki, każdy siedzi tylko ze „swoimi” a na przerwach trzyma się swojej grupy. Nikt nie chce rozmawiać z „imigrantami” który ten kurs mają za darmo, opłacony przez niemiecki rząd. Trochę z ciekawości a trochę z przekory usiadłem właśnie z nimi zupełnie nie przejmując się spojrzeniami innych a zwłaszcza nauczyciela. To tak w ramach przełamywania barier.

W pierwszym tygodniu złapało mnie jakiś dziwny choróbsko. Wstałem rano, normalnie zjadłam śniadanie, poprzedniego dnia też dobrze się czułem ale jak dotarłem do szkoły to nagle po prostu takie coś zemdliło, że wylądowałem w kiblu przez godzinę obejmując klozet. Wieczorem przyjechali rodzice. Od matki usłyszałem spicz, że od azylantów pewnie złapałem jakiś egzotyczny wirus, wysłuchałem exposé na temat chorób roznoszonych przez imigrantów z Afryki a na koniec pouczony żeby na zajęciach siedzieć w maseczce na twarzy…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Czuję się jakbym wrócił na studia

Kilka tazy sprawdzałem czy dobrze zapamiętałem adres, za każdym razem przekonywałem się, że go pamiętam. Z dworca Mannheim HB poszedłem pieszo, wiedząc, że ulica na której znajdowało się moje mieszkanie jest w odległości kilkuset metrów od kolejowej stacji. Jakie było moje zdziwienie gdy w okolicy wyłapałem zasięg sygnału sieci CWT, okazało się, że lokalne biuro R. jest zaledwie blok od mojego nowego miejsca zamieszkania. 

Pomyliłem tylko numery i zamiast 96 usilnie próbowałem znaleźć 65 lekko zrezygnowany skontaktowałem się z właścicielką mieszkania. B. wyszła po mnie, spotkaliśmy się w pół drogi, zaprowadziła mnie do właściwego budynku, potem oprowadziła mnie po mieszkaniu, pokazała gdzie, co i jak działa a po kwadransie zostałem tam sam. Miałem cały wieczór, żeby się rozpakować ale wolałem wyjść na miasto, w końcu miałem spędzić tutaj następne kilka tygodni.

Na zewnątrz panował nieznośny upał, w powietrzu unosiła się też wilgoć przez co spacerowanie po okolicy nie należało do najprzyjemniejszych. Wróciłem stosunkowo wcześnie, rozpakowałem walizki i zacząłem przygotowywać się do pierwszych zajęć zaplanowanych na rano. 

Spałem niespokojnie, wierciłem się i przerzucałem z boku na bok, około 4 obudziłem się i włączyłem sobie jakiś film. Pomogło, nie dotrwałem do końca, za to gdy obudziłem się było już dobrze po 9. Po śniadaniu wskoczyłem w wygodne letnie pidżamowe spodnie kolorowy tshirt i pojechałem do szkoły. Instytut znajdował się zaledwie dwa przystanki o Kopernikus Strasse, gdy tam dotarłem zostałem przywitany przez tłum studentów, którzy podobnie jak ja przyszli zarejestrować się na kurs. Wśród tłumu przeważali Azjaci, w większości Chińczycy i Japończycy, drugą największą grupę stanowili różnej maści habibi habibi wyróżniający się kolorem skóry albo burką. Patrząc na tłumy studentów, które wolno przemieszczały się między kolejnymi pokojami uzupełniając swoją wiedzę na temat planu kursu, poruszające się jak stado owiec przypomniał mi się mój pierwszy dzień na studiach i zagubienie jakie mi tego dnia towarzyszyło. Wszyscy zdawali się patrzeć błagalnym wzrokiem, wielu ciągnęło za sobą walizki nie wiedząc w którym z akademików zostali zakwaterowani. Byłem w komfortowej sytuacji, że stać było mnie na wynajęcie samodzielnego mieszkania bo ostatni raz próg akademiku przekroczyłem dobre 15 lat temu.

Napisałem test, napisałem jakieś bzdetne opowiadanie i odbyłem rozmowę z lektorem. Okazało się, że lepiej idzie mi mówienie niż gramatyka, a zawsze wydawało mi się że jest na odwrót. Podczas testu przyglądałem się innym studentom, ewidentnie byłem tutaj najstarszy, na szczęście swobodny strój pozwolił mi trochę zamaskować mój prawdziwy wiek. Większość wydawała się zagubiona, zestresowana i nieśmiała, wiele osób stało ze spuszczonym wzrokiem albo zajęte było oglądaniem czegoś w swojej komórce. Same takie sierotki Marysie albo cipki niewydymki. Niechcąco wzrokiem wyłowiłem grupkę osób która znacznie odstawała od całej reszty, uśmiechnąłem się i poszedłem ich zagadać. Okazało się, że są to oczywiście Włosi…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Nauka

Żeby nie było, że w ogóle nie pracuję, tylko bawię się, podróżuję i wydaję pieniądze żyjąc dniem, niczym hulaka i birbant dlatego postanowiłem spożytkować ten okres także na naukę czegoś pożytecznego. Zapisałem się na kurs niemieckiego w Instytucie Goethego w Mannheim i przez cały czerwiec planuję sumiennie przyłożyć się do nauki tego jakby nie było okropnego języka. Nigdy nie lubiłem lekcji niemieckiego w szkole, nie przemogłem się w czasie studiów przez co uciekłem do grupy początkującej z nauką języka włoskiego. Dziwne zrządzenie losu, że potem w Szwajcarii zamieszkałem w kantonie niemieckojęzycznym, pracę dostałem a amerykańskim koncernie a z M. rozmawiamy wyłącznie po włosku. Zresztą szwajcarski niemiecki to już w ogóle nie język, to infekcja gardła… Wciąż jakoś nie potrafię przemóc się do polubienia tych wszystkich nieznośnych charków i gwizdów.

Teraz po 30 latach dojrzałem do tego, żeby wreszcie chcieć się tego języka nauczyć. Nie liczę, że stanie się jakiś cud i w 4 tygodnie będę szprechał jak mały Urs albo inny Jens, ale robię to dla własnego wewnętrznego spokoju. W dalszej perspektywie chcę mieć argument przed przyszłym pracodawcą, że spędziłem wolny czas robiąc też coś pożytecznego.

Nie wiem jak to możliwe, że lecąc na miesiąc do Australii czy ostatnio do Nowej Zelandii potrafiłem spakować się w jednej 23 kilogramowej walizce. Teraz też jadę na cztery tygodnie a zabieram ze sobą dwie torby ważące łącznie 38 kilo. Najbliższe kilka tygodni spędzę w Mannheim.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Zero w Veronie

M. kupił bilety na koncert R. Zero w Arenie w Weronie. Jedną noc było mi zaledwie dane przespać w swoim łóżku w Bernie, ale nawet nie całą, bo o 5 mieliśmy pobudkę. Wieczorem po powrocie do domu czekało mnie robienie prania i przepakowywanie walizek. Spałem jak zabity w pociągu do Mediolanu, a potem w czerwonej strzale z Mediolanu do Werony. Chodzę ciągle permanentnie niewyspany, ale szkoda mi czasu na marnowanie go w łóżku. Uwielbiam Włochy za jedzenie i ceny. Nim przesiedliśmy się na pociąg do miasta Romea i Julii wpadliśmy do wino-baru na kawę, panino con prosciutto i kieliszek prosecco. Taki zestaw w Szwajcarii kosztuje razy dwa tyle co tutaj więc wydaje się śmiesznie tani.

Włochy z M. nieodzownie kojarzą mi się pysznym jedzeniem i zakupami. Skoro teraz nie pracuję i tym samym nie zarabiam, w dodatku jak prawdziwy klient/ konsument wolę na swoim koncie bankowym widzieć więcej zer niż mniej dlatego sklepy i butiki omijałem szerokim łukiem. Jedyne na co się skusiłem to plastikowy swatch w sam raz na wyprawę po Ameryce Południowej w lipcu. M. za to szalał, co chwilę coś przymierzał i zaraz kupował, mnie też próbował wcisnąć jakiś nowy niepotrzebny łach tłumacząc, że to niebywała okazja albo że to coś co ewidentnie mi pasuje. Jego sztuczki jednak na mnie nie działały i chyba zrobiło mu się mnie trochę szkoda, bo gdy nie patrzyłem kupił mi w prezencie koszulkę. Dwa razy dziennie objadaliśmy się owocami morza, mięsem oraz pastą okraszanymi mozzarellą, ragu, pesto, gorgonzolą i wypijaliśmy po butelce valpolicelli. We Włoszech nie da się nie przytyć bo wszystko wygląda, smakuje i pachnie tak wspaniale tak kusząco, że nie potrafię sobie nigdy niczego odmówić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Maltańska przygoda

Malta jest ostatnim punktem trwającej nieprzerwanie od końca kwietnia pierwszej podróży. M. z którą zjechałem Litwę i Łotwę przyleciała tutaj wprost z Bari, spędzimy wspólnie ze sobą kilka dni. Zabrałem ją na cały dzień do Mdiny a potem do Valetty, oba te miejsca znam już jak własną kieszeń. Trochę protestowała gdy próbowałem nakłonić ją do wzięcia taksówki, bo podróżując woli poruszać się transportem publicznym, lubi zgubić się w nowym miejscu i przeżyć przygody, ale gdy w końcu udało mi się ją wpakować do taksówki dochodziło prawie południe i przyznała mi rację – pozwoliło zaoszczędzić nam to sporo czasu. Wieczór wcześniej wbiliśmy się do jednego z licznych barów w Zatoce Spinola i rozmawiając przy butelce wina niepostrzeżenie dotrwaliśmy prawie do rana. Plany mieliśmy ambitne wstać o 7.30 i zaraz po śniadaniu jechać do Mdiny, ale tylko na dobrych chęciach się skończyło, bo spaliśmy prawie do 10.

Wypisałem się tylko z niedzielnego wypadu na Gozo, w lutym byłem tam z rodziną i przy całym uroku tej wyspy nie miałem ochoty znowu tam wracać. Może za kilka lat, ale na razie wolałem prażyć się w słońcu na przyhotelowym basenie. 

Lubię Maltę, czasem myślę że mógłbym tutaj mieszkać, kupić mieszkanie z widokiem na jedną z wielu malowniczych zatok, M. bez trudu otworzyłby tutaj swoją restaurację, bo z łatwością można porozumieć się tutaj po angielsku i włosku, w tak ciepłym i dogodnym klimacie moglibyśmy się tutaj spokojnie zestarzeć. Ale to tylko marzenia i plany… Na razie musi wystarczyć mi widok z tarasu na Baluta Bay.

Codziennie lał się żar z nieba, temperatura wskazywała 32 kreski w cieniu, czasem nawet wiał wiatr, ale i tak chwilami mieliśmy dość tych upału i tłumów… W Europie trwał właśnie długi weekend więc ulice pełne były turystów, w ciągu dnia kilkanaście razy słyszeliśmy język polski i musieliśmy być ostrożni obgadując innych.
Ostatniego dnia wspólnego pobytu zostawiłem w M. Le Meridienie a sam przeniosłem się do Radissona też z widokiem na morze, ale dodatkowo z jacuzzi na tarasie, z którego jeszcze tego samego popołudnia zrobiłem użytek.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Wesele

Mój brat zaprosił oboje nas na swoje wesele. Do Polski polecieliśmy razem, jako osoby towarzyszące zabierając ze sobą A i K. Był to taki ukłon w stronę mojej matki, która obawiała się skandalu gdybym na rodzinnej imprezie pojawił się tylko z facetem. Ja akurat trochę inaczej zapatrywałem się na to wszystko, nie chciałem skraść bratu uroczystości, ten dzień miał należeć do niego i jego żony a nie do starszego brata, który pojawił się na rodzinnym spędzie z kochankiem.

Mimo mistyfikacji i tak wszyscy domyślili się, że przystojny Włoch, ubrany niemal identycznie jak ja, siedzący obok przy stoliku to nie przypadek, że K. nie jest moją dziewczyną i że odstawiamy tutaj jakąś szopkę. Jeden z moich kuzynów, który całkiem szybko zorientował się w całej sytuacji, na wiadomość że K. nie jest moją dziewczyną zmierzył ją uważnie od stóp do głów i skomentował krótko i dobitnie: ładna, wyruchałbym ją…

Ślub odbył się w pięknym ogrodzie w małym dworku na Opatowicach, goście weselni mieli stoliki porozstawiane na tarasie pod niewielkim zadaszeniem, pierwszy raz w życiu miałem okazję bawić się na weselu na otwartej przestrzeni, obojgu z M. bardzo nam ten pomysł przypadł do gustu. Kto wie może i nasze przyjęcie wesele zorganizujemy w podobnym stylu.

Takie wspomnienia kiedy ma się absolutnie mocne wrażenie, że jest się tu i teraz, że bardziej jest się obserwującym aniżeli uczestnikiem wydarzenia pozostają w nas na zawsze. I ta niesamowita mieszanka uczuć i wrażeń: zdenerwowanie, ale i duma, dystans, ale i pewność siebie. I to wielkie niedowierzanie, że to się dzieje naprawdę a jeszcze kilka lat temu wydawało się nie do pomyślenia.

Jeszcze w dniu wesela biegaliśmy po wrocławskich sklepach, okazało się, że M. nie ma ze sobą odpowiedniej koszuli, bo ta którą wziął piła go w szyję a ja zapomniałem kupić szelek. Nasz shopping tour zaczęliśmy w Hali Targowej gdzie za śmieszne pieniądze oddałem do naprawy swoją torbę Bvlagari, M. obkupił się w nerkowce, pieprz syczuański, sól hawajską i inne orzechy, kontynuowaliśmy w Renomie a na koniec odkryliśmy prawdziwą perełkę – perfumerię Kiliana, Nasomato i Amuage.

We Wrocławiu skwar jakich w maju mało. Cierpimy razem z M. Wydaje mi się, że ja nawet bardziej bo na wyjazd zabrałem głównie długie spodnie i koszule.
Moje urodziny w tym roku spędzę w samolocie z Singapuru do Sydney dlatego zaproponowałem M. że na urodzinową kolację mogę zaprosić go już teraz. Pomysł narodził się bardzo spontanicznie, akurat przechodziliśmy obok hotelu Monopol gdy wspomniałem mu o znajdującej się na dachu restauracji. Od słowa do słowa weszliśmy na górę i po pięciu minutach mieliśmy zarezerwowany tam stolik.

Otagowano , | Dodaj komentarz

Ucieczka z Fidżi

Z Fidżi uciekłem jak szczur, jeszcze rano udawałem że wszystko jest najlepszym porządku, pozwoliłem wierzyć, że kolejny wieczór odbędzie według tego samego zaplanowanego scenariusza, wszystko potoczy się w niezmienionej kolejności i nic nie zmąci tej hedonistycznej sielanki. Przeliczyłem się tylko w jednym, że uda mi się niezauważenie przejść przez kontrolę biletowo-paszportową bez wpadnięcia na siebie gdzieś na terenie lotniska. Było zbyt małe, żeby mój sprytny plan miał szansę się powieść. Nasze spojrzenia spotkały się tylko przez sekundę gdy przechodziłem do kontroli paszportowej. Najdłuższa sekunda w moim życiu. Miałem potem moralnego kaca, który próbowałem zagłuszyć lecąc do Nowej Zelandii.

Wróciłem do Auckland, tym razem zatrzymałem się już w centrum. Wieczorem spotkałem się z D. który zabrał mnie na drinka. Odpuściliśmy sobie hotelowy bar po tym jak w swoim japple znalazłem stado czarnych muszek. Barman w Sofitelu próbował się zrehabilitować zrobił mi kolejnego drinka gratis ale i w nim pływały muchy. Nie wiadomo skąd się tam wzięły ale gdy na drugi dzień podobna przygoda przytrafiła mi się w SkyCity wiedziałem, że problem szalejących much dotyczy większości hoteli.

Pobyt w Auckland był jedną wielką kulinarną ucztą pt. ostrygi, jadłem je 2-3 razy dziennie, różne rodzaje i przyrządzane na wiele sposobów. W ostatni dzień miałem ich serdecznie dość i zatęskniłem za zwykłą pizzą. Nigdzie nie pojechałem, poranki spędzałem sam wałęsając się beztrosko po centrum, a wieczorami kiedy D. kończył próby do Evity chodziliśmy razem na kolacje.

Kilka dni w Bernie spędzonych między wyjazdami, oficjalnie rozpocząłem sezon rowerowy przejeżdżając od razu 30 km. M. ożenił mnie ze sprzątaniem, gotowaniem i zakupami. Kląłem siarczyście kiedy do godziny 14 nie udawało mi się ze wszystkim wyrobić. Wreszcie zrobiłem porządek z papierami zalegającymi na biurku od miesięcy, uporządkowałem sprawy urzędowe i zacząłem planować wyjazd na kurs do Mannheim. Mam już szkołę, kurs i mieszkanie w centrum. Mija dopiero 3 tydzień mojego nieróbstwa a wciąż myślę o pracy…

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Kilka dnia na Fidżi

Wakacje tutaj są dla Australijczyków czy Nowozelandczyków jak dla nas wakacje na Majorce czy w Tunezji: stosunkowo blisko, relatywnie tanie, z dobrą infrastrukturą i z gwarancją dobrej pogody. Miałem trochę pecha bo w dniu w któm przyleciałem było 35 stopni i wilgotność na poziomie 95%, tak że po przejściu z recepcji do pokoju byłem mokry jak szczur a w majtkach chlupotała mi galareta. Przez następne dni wciąż bylo bardzo ciepło, ale pojawiło się więcej chmur przez co słońca prawie w ogóle nie było widać. W tej części świata jest tak, że choć słońca nie widać to wciąż opala, wiem o tym, bo leżąc na basenie nie posmarowałem się kremem a i tak się opaliłem…

Każdy dzień wyglądał tutaj podobnie: spanie do oporu (w moim wydaniu była to maksymalnie godzina 7), leniwe, beztroskie śniadanie albo kawa w jednej z przyhotelowej restauracji, potem plaża bądź basen z kolorowym drinkiem w dłoni i notebookiem w uszach, codzienne happy hour w barze, wieczorne albo całonocne zajęcia wyrównawcze albo inne igrzyska dla dorosłych.

Na Fidżi organizują wycieczkę spływ rzeką Sigatoką, podczas której zatrzymujesz się w jednej z lokalnych wiosek by zobaczyć jak żyją jej mieszkańcy, jak pielęgnują swoje tradycje, spróbować cawy, można zobaczyć pokaz tańców plemiennych a nawet w nich uczestniczyć – wszystkie atrakcje specjalnie pod turystów i można zarzucić im kicz i komercje, ale i tak mi się podobało. Najszczersze okazały się dzieci chętnie i nieskrępowanie pozujące do zdjęć i szukające kontaktów z turystami.

W środę wyszło piękne słońce, leżałem z audibookiem pod palmą, w ręce trzymałem mocno zmrożoną margaritę i upawałem się każdą chwilą pobytu.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Bula Fiji

W nocy udało mi się jeszcze porozmawiać z rodzicami i z M, we Wrocławiu trwa gorączka przygotowań do wesela mojego brata, jak tylko wrócę do Szwajcarii zabieram M. i lecimy razem do Polski. Dla M. to jedyna w swoim rodzaju szansa zobaczenia polskiego wesela i spotkania się z moimi rodzicami. Koledzy w pracy opowiadają mu już niestworzone historie o tym ile to się u nas pije na weselu, że mamy sprośne zabawy o północy, że bójki są na porządku dziennym. M. niby tego nie słucha, ale przy byle okazji pyta by potwierdzić, czy to co usłyszał jest prawdą czy kolejną wyssaną z palca bzdurą. Pod moją nieobecność opanował dwa nowe słowa absolutnie niezbędne podczas pobytu we Wrocławiu: gorzko i rusz dupę. Moja matka zapewne będzie wniebowzięta jak usłyszy z jego ust to ostatnie…

Im bliżej samolot był celu naszej podróży, tym większy banan rysował się na mojej i tak już opalonej twarzy. Uwielbiam Fidżi – za morze, palmy, widoki, ludzi i obietnicę dobrej zabawy. Nim na dobre postawiłem swoją stopę na tej ziemi po raz drugi w życiu, musiałem poddać się bardzo drobiazgowej kontroli urzędnika imigracyjnego. Wypatrzył mnie w kolejce, potem kilka minut męczył pytaniami, kazał pokazywać rezerwacje hotelową i bilet powrotny, pytał mnie szczegółowo o wszystkie moje plany na Fidżi, co robiłem w Auckland i na Wyspach Cooka, z kim spotkam się tutaj. W pewnej chwili moje ego i doświadczenie podsunęło mi myśl czy on aby przypadkiem na mnie nie leci.
Przy wyjściu z hali przylotów dostałem naszyjnik z muszelek, kilka kolorowych broszur lokalnego biura podróży, potem wsadzono mnie do klimatyzowanego busa i ruszyliśmy w kierunku Denerau.
Choć w lutym wyspę nawiedził potężny huragan o którym szeroko rozpisywała się prasa, po drodze nie dostrzegłem wielkich spustoszeń, których ponoć wtedy dokonał. Dopiero później, rozmawiając z lokalnymi ludźmi, usłyszałem o dramatycznej sytuacji w bardziej prowincjonalnej części kraju.
Dostałem pokój 182 w tej samym skrzydle hotelu co rok temu, z osobnym pokojem dziennym, sypialnią i zapleczem kuchennym, z wyjściem na taras i do ogrodu. Wracały wspomnienia… Tym razem byłem tutaj sam, ale zupełnie mnie to nie martwiło.

Opublikowano podróże | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz