Frytki party na Arce Noego – wujek dobra rada – kurwa & złodziej

Spotkaliśmy się po prawie 5 latach, w tym samym gronie. Zmieniliśmy się, mamy inne prace, pracujemy w różnych firmach, prawie każdy ma teraz dziecko. Wszyscy mają się lepiej: mamy lepsze prace, lepiej mówimy po polsku, lepiej zarabiamy, stać nas na większy komfort życia, urosły nam brzuchy, śmiejemy się z przyzwyczajeń, które dawniej pozwalały nam zaoszczędzić z trudem zarobione pieniądze, beztrosko rozbijamy się po mieście taksówkami, mało koncentrując się nad tym czy starczy nam do pierwszego, z dużo większą łatwością wydajemy zarobione pieniądze. Niektórzy mężowie nie są już tak atrakcyjni jak kilka lat temu, niektórzy nadal są, ale wciąż wolą cycki. Rozeszliśmy się w różne strony, niektórzy wciąż pracują we Wrocławiu, inni w Dublinie czy Mountain View, jeszcze inni z sukcesem otworzyli własną działalność i nie myślą o powrocie do Australii czy Kostaryki. Wszyscy mają się dobrze. Dawniej na frytki party targaliśmy kartofle, które potem wspólnie skrobaliśmy i kroiliśmy – teraz wystarczyło nam kilka opakowań mrożonych odpowiedników i mikrofala. Mężowie żon nie omieszkali zauważyć jak bardzo staliśmy się wygodni.
Siedziałem jak oniemiały – poczułem, że znajduję się we właściwym miejscu, czas się zatrzymał a ja wróciłem do siebie sprzed lat. Pierwsza myśl, gdy ich wszystkich zobaczyłem nasunęła się szybko: co za pierdolona Arka Noego – same pary.
Niektórzy próbowali zajść mi za skórę, próbując przekonać mnie że szczęście to błyskawiczna kariera i wirujący seks, w skórze zimnego karierowicza i seksualnego manipulanta. Słuchając tych bredni odnosi się złudne wrażenie, że przy odrobinie wysiłku można w ogóle uniknąć nieszczęścia. Uwielbiam dostawać rady od wujków dobra rada, którzy mnie nie znają, ale mają wiele do powiedzenia w kwestii mojego życia. Nie wiem czy robią to nieświadomie czy raczej coś ich boli, kipi z nich żółć i jak nie spróbują komuś dopierdolić to im się nie poprawi. Paru chyba mnie nie polubiło, albo nie lubili od momentu, gdy pierwszy raz o mnie nie usłyszeli, próbowali przekonać do złożenia deklaracji do składnia, których zupełnie się nie poczuwałem. Nie każdy musi mnie lubić, potrafię poradzić sobie bez pochwał i wazeliny, ale nie znam nikogo, kto dorobiłby się na liczeniu cudzych pieniędzy.
Przypadkiem trafiłem na odcinek na MTV Crib, w którym moja koleżanka ze studiów wraz ze swoim sławnym mężem pokazywali swoje mieszkanie. Masakra, co ona sobie w zrobiła: laska przeszła totalny tuning i wygląda teraz groteskowo. Ostatni raz, gdy na siebie wpadliśmy myślałem, że wybory miss Polski odbywają się w mieście taka była śliczna…
Otworzyłem szeroko oczy, kiedy prężyła się do kamery wystawiając na widok swoje przerobione atuty: mega cycki i napompowane wary obciągary. Widać, że mocno wierzy w to, że w życiu liczy się tylko kasa i wygląd, podporządkowała temu swoje życie. Po urodzeniu dziecka i przepchnięciu obiektu wielkości arbuza przez otwór wielkości śliwki wróciła do dawnej figury, chociaż nie zdziwiłbym się gdyby i w tym pomógł jej chirurg plastyk.
Dość brutalnie zakończyłem swoją znajomość z pewnym podmiotem, który próbował przywłaszczyć sobie cudze rzeczy.. Nie pierwszy raz sprowadziłem go sobie do hotelu, ale pierwszy raz w okoliczności, gdy był bez pracy. Przewrotność losu, że dobry seks może wydarzyć się z kimś, kogo nie lubisz albo nie pamiętasz.
Wracam do Szwajcarii szczęśliwy, że do końca miesiąca nigdzie nie muszę się stąd się ruszać, jest zimno i śnieżnie, różnica temperatur zrobił swoje.

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 1 komentarz

Don’t cry for me Argentina

Mój brat głównie drwi i szydzi z mojego stylu życia, odrzuca przepych, zbytek i wszystko, co drogie, prestiżowe, markowe, próżniacze, pyszne i napompowane. Grubiejący w talii i w portfelu utracjusz i dorobkiewicz jak ja, który musi być łechtany przeświadczeniem o swojej wyższości (szerszości?), bo inaczej koegzystencja razem z kastą usługujących nie byłaby aż tak widoczna. Nie dziwi go może, że ktoś czasem sprząta w hotelu – ale żeby do pokoju codziennie musiał wchodzić ktoś zaprogramowany na poprawianie pościeli (turn-down service), podnoszenie papierków i wykonywanie innych prostych czynności to już niczym nieusprawiedliwiony luksus. Swoje łóżko zostawia pościelone, ale gdy po powrocie zastaje je Pościelone przez duże P to już nadmiar. Jak go znam najchętniej wyeliminowałby w ogóle zawody sprzątaczki i kelnera…
Moje zakupy w markowych butikach to dla niego szczyt burżujstwa i oznaka braku pokory. Dla niego jestem hedonistą, niewolnikiem reklamy, mody i trendów, który nie bacząc na nic pnie się po szczeblach kariery, rujnując swoje zdrowie i nie dbając o względy innych. W jego mniemaniu moje życie to ciągłe dążenie bez zahamowań do dóbr i sukcesów, nieskazitelny profesjonalizm, parcie na karierę i konsumpcjonizm, co okrutnie go irytuje, podczas gdy on z pokorą cierpliwie odwala pańszczyznę.

Gdy przyjechaliśmy na lotnisko Ezeiza kolejka do odprawy bagażowej na samolot do Frankfurtu już się ustawiła. Wszyscy z niecierpliwością przestawali z nogi na nogę nie mogąc doczekać się, kiedy wreszcie rozpocznie się odprawa bagażowa. Mój brat na widok kolejki, która kilkakrotnie zwijała się w spiralę miał minę nie tęgą, bo na oko zgadnąć można było, że czeka nas dobre dwie godziny stania. I wtedy majestatycznie wkroczyłem ja z całym anturażem… Niemieccy turyści z niezadowoleniem patrzyli na nas jakbyśmy próbowali się wepchnąć się do kolejki, jeden niemiecki geriatryk spoglądając raz na mnie a raz na okładkę mojego paszportu nawet soczyście przeklął a następnie głośno wyraził swoje niezadowolenie nakazując nam stanąć do szeregu jak wszyscy. Z nieukrywaną satysfakcją, niczym czarodziejską różdżką zamachałem plastikiem a miły pan z obsługi rozsunął dla mnie odgradzającą wszystkich barierkę i zostaliśmy odprawieni na stanowisku pierwszej klasy.
Światopogląd się jednak mojemu bratu z tego powodu nie zawalił a jego krucha psychika nie uległa zdruzgotaniu…

Opublikowano Brak kategorii | Otagowano , | 3 Komentarze

deszczyk – deszcz – jebudu

Nad Buenos przeszła dziś straszna burza. Późnym popołudniem przylecieliśmy z Iguazu, samolot wyleciał z opóźnieniem potem ponad 45 minut trzymali nas w samolocie nim pozwolono nam z niego wysiąść, z okien obserwowaliśmy straszny korek w stronę głównego budynku terminalu. Gdy wreszcie udał nam się wydostać i odebraliśmy nasze torby nie było lepiej, okazało się, że znowu musimy czekać ponad 45 minut na jakkolwiek wolną taksówkę. Przy głównym wejściu tłoczył się rząd świeżo przybyłych turystów, wszyscy próbowali złapać jakiś transport do centrum albo na lotnisko międzynarodowe ulokowane z drugiej strony miasta…

W naszym hotelu przywitano nas jak starych bywalców. Choć zaczęło niepokojąco błyskać przekonałem brata żeby wyjść na kolacje na miasto. Wyposażeni w olbrzymi parasol ledwo zdołaliśmy wyjść z budynku, gdy nasze stopy zanurzyły się po kostki w rwących potokach deszczowych strumieni, do restauracji brodziliśmy w brunatno brązowej zimnej mazi, próbując ominąć złowieszczo wyglądające kałuże gdzie woda sięgała nawet kolan.

 

W restauracji wskazano nam stolik, podczas gdy obsługa zajęła sie umacnianiem wału, aby woda nie dostała się do wnętrza restauracji. Gdy byliśmy już po przystawkach kelner poprosił nas żebyśmy przenieśli się do sali na pierwszym piętrze, bo woda wdzierała się już do wnętrza posesji. Ze zdumieniem, ale i pewną wesołością obserwowaliśmy jak małe stróżki wody wdzierają się w każdą szczelinę podłogowej mozaiki, płynąc coraz śmielej w kierunku stolików położonych w najdalszej części naszej sali. Gdy woda sięgała ok. 10 cm, byliśmy już bezpieczni, ale wtedy okazało się, że zapomnieliśmy zabrać ze sobą butelkę naszego malbeca. Kelner widząc nasze strapienie próbował nam pomóc, ustalił z krzeseł pomost, po którym całkiem sprawnie przedostał się do naszego stolika, chwycił ledwo napoczętą butelkę wina i wrócił tą samą drogą.

 

W restauracji zostaliśmy do późna póki nie wypompowano wody a na podłodze została już tylko brudna maź i wilgotne błoto. Na ulicach panował bałagan, nie działało metro, wszędzie widać było naniesione przez wodę śmieci, ludzie brodzili boso w olbrzymich kałużach wody.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz

kaskady – domek w lesie

W Iguazu panował potworny upał. Brat niczego się nie nauczył i choć pierwszego dnia spiekł sobie czubek głowy, czoło, kark i nos wciąż miał sobie za nic 40 stopniowy żar, który bezlitośnie lał się z nieba. Gdy wrócił mu rozsądek było za późno, wklepywanie kremu w spocone, rozgrzane ciało przy dużej wilgotności powietrza nie jest zajęciem najprostszym – łaził po parku jakby pokryty lepką breją a ja za wszelką cenę unikałem z nim jakiegokolwiek przypadkowego fizycznego kontaktu.
Wodospady przyciągają tłumy, co kilkanaście minut kolejka przewozi i zawozi ludzi na punkt widokowy, słychać chyba wszystkie najważniejsze języki świata.

W środku amazońskiej dżungli zbudowano mały, lecz całkiem luksusowy butikowy hotel z 23 pokojami wyposażonymi we wszystko, co wymaga 4 gwiazdkowy obiekt, doskonale wkomponowany w bezmiar dżungli. Dokoła cisza, spokój, na drewnianych kładkach między budynkami spotkać było można kolorowe tukany, motyle, olbrzymie jaszczurki i pająki, wydawało się że cywilizacja jest gdzieś hen daleko choć w każdej chwili można było połączyć się z internetem. Nowoczesny, czysty i wygodny, ze sprawnie działająca klimatyzacją, wygodnymi łóżkami, doświadczonym, nierzucającym się w oczy personelem, dostępem do mediów, restauracji, baru i w dodatku nie drogi..

139-70

W związku z wykonywana pracą dużo podróżuję, średnio ponad 60 nocy w roku spędzam poza domem i często nocuję w hotelach. Przerobiłem wszystkie znane sieciówki, małe rodzinne hotele i pensjonaty, jak i butikowe perełki, od Best Western i Park Inn po Fairmont, Hyatt i St. Regis. W Iguazu znalazłem hotel, który choć bez złotych klamek, został doskonale wkomponowany w to miejsce, powalił mnie swoją otoczką: lokalizacją, architekturą i wystrojem.
Wyglądając czasami przez okno, próbując odwrócić myśli od wszelkich spraw związanych z pracą chętnie bym tam wrócił.

Opublikowano podróże | Otagowano , | Dodaj komentarz

Urugwaj czyli rzeka ptaków

Montevideo było dużym zaskoczeniem. Bardzo ładne stare miasto, wielobarwne, choć biedne, wytworne sklepowe witryny i zupełnie bezpiecznie – na każdym rogu spotykaliśmy turystyczną policje. Była akurat niedziela, więc w mieście nie wiele się działo, mógłbym nawet stwierdzić że było aż nadto spokojnie. Stare miasto jest trochę zaniedbane, ale architektura kamienic przypomina o utraconym czasie dawnej chwały i bogactwa tego regionu. Dawny klimat jednak pozostał i choć temperatura dawała mi się we znaki cały dzień włóczyłem się beztrosko po mieście. Z powodu upału zupełnie nie czułem głodu, za to wodę i zimne orzeźwiające piwo Patricia pochłaniam litrami. Na obrzeżach miasta widać było mnóstwo ponuro wyglądających bloków z wielkiej płyty, za to tutejsze plaże przyciągały wzrok bo wyglądały bajecznie.

Do stolicy Urugwaju – dotarłem od strony morza, Buquebusy pokonują dystans ponad 150 km w 3 godziny. Wejście na prom to przeżycie same w sobie, konieczność odstania swojego w kolejce, a potem te gigantyczne pieczątki kontroli granicznej zajmujące pół strony. Dwa wyjazdy to dwie zmarnowane strony w paszporcie. Na promie tłumy i hałas, ale z ipodem na uszach dałem rady zdrzemnąć się przed dalszą podróżą.

Morze ma tutaj kolor… brunatny, wygląda wręcz jakby pełne było szlamu. Urugwaj w języku Indian oznacza ponoć rzekę ptaków, jednak po odwiedzeniu Montevideo i Sacramento del la Plata trudno tu spotkać Indian lub choćby mulatów, bo duża większość mieszkańców to biali. Zaskoczyła mnie ogólna normalność i brak egzotyki. Na ulicach stolicy ludzie wyglądają jak w południowej Europie. W południe centrum, pełne budynków ze szkła i stali, roi się od elegancko ubranych w modne garnitury pracowników banków i międzynarodowych korporacji. Natomiast wieczorem i w nocy można zobaczyć konie ciągnące wozy pełne worków na śmieci. Dlaczego Urugwaj nazywany jest Szwajcarią Ameryki Południowej pozostaje dla mnie niewytłumaczalną zagadką…

Kilkakrotnie musiałem się gimnastykować by odgadnąć jak przeliczyć urugwajskie peso na argentyńskie albo brazylijskie riale. Co ciekawe z bankomatów można wyciągnąć zarówno peso jak i USD a obie waluty są w normalnym obiegu. W restauracjach, sklepach, barach pracują miliony osób, ale tylko garstka zdaje się mówić po angielsku albo spanglish, bo w końcu to Ameryka Południowa. Na każdym kroku przydaje mi się znajomość włoskiego, jeśli nie rozumiem się z kimś po angielsku szybko nadrabiamy, gdy zaczynam trajkotać po włosku. Nazwa miasta pochodzi od dominującej nad zatoką Rio de la Plata góry Serro. Jedna z legend mówi, że marynarz na bocianim gnieździe zawołał: Monte video!, czyli Widzę górę!, co zostało zapisane w dzienniku pokładowym. Inna wersja wywodzi nazwę od napisów na starych żeglarskich mapach: ‘’Monte VI de O’’ – czyli Szósta góra od zachodu. Urugwaj to kraj emigrantów Hiszpanów, Włochów, Niemców, Portugalczyków, Brytyjczyków, Francuzów nawet Polaków.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 2 Komentarze

Korporacyjne zwierzę – podróżować jest bosko – primeras impresiones – pan pyta, co sądzę o mężczyznach

Nie wziąłem urlopu od środy, bo łudziłem się, że zrobię co ma zrobić do wtorku, zamknę miesiąc, wyślę raporty z rozliczeń międzyokresowych, sam lajcik, drobnicę zostawię sobie na środę i że w ogóle będę mógł pracować cały dzień z domu a w tzw. między czasie będę się pakował na samolot. We wtorek miałem lekki szał cipy w biurze, bo koleżanka z Niemiec postanowiła oświecić mnie swoim nowym projektem rozliczania VATu z datą wprowadzenia go w życie na wczoraj. U nas w firmie to korporacyjny standard, że najpierw coś się w życie wprowadza a później się o tym wszystkim ludzi informuje i szuka rozwiązań wiec zły nie byłem. Musiałem tylko przysiąść i stworzyć listę 100 powodów, dla których wprowadzić tego się ‘’od tak zaraz’’ a zwłaszcza w tak krótkim czasie. Ale żeby nie było, że jestem mało korporacyjny, nie jestem elastyczny i podchodzę do każdego projektu sceptycznie i bez entuzjazmu musiałem upewnić się, że argumenty będą łatwe do przełknięcia, ale zarazem wystarczające silne i przekonujące dla tych, którzy pociągają na górze za sznurki i zyskam dla siebie więcej czasu…
W środę od rana klepałem w laptopa odpowiadając na maile, podczas gdy M tego dnia miał akurat wolne dlatego trochę źle się czułem, że nie spędzamy tego dnia jakoś inaczej. Chwilą odskoczni był lunch z M w Punkcie na tajskim jedzeniu, podczas którego wpadł nam do głowy świetny pomysł. W ogóle to po 5 latach przepracowanych w firmie dostałem dodatkowo 4 tygodniowy płatny urlop, który muszę wykorzystać do lipca przyszłego roku. Miałem ambitny plan wyjechać z M na te kilka tygodni do Nowej Zelandii, ale odstraszają mnie ceny biletów i ogólnie sama podróż, latanie w cargo mnie zniechęca, bilet w klasie biznes kosztuje od 7 tys euro w górę, za mile się nie da. Dlatego wymyśleliśmy, że można by dolecieć gdzieś na Zachodnie Wybrzeże albo Japonii a stamtąd wykupić Air pass po wyspach Pacyfiku: Hawaje – Tahiti – Fidżi – Samoa – Mikronezja – Wyspy Cooka. Dostałem prawie orgazmu nad miską mojego pikantnego Kai Kolae z kurczakiem jak zaczęliśmy tę naszą wyprawę wspólnie wymyślać…
Nim doleciałem do Frankfurtu padł mi telefon i zdąłem sobie sprawę, że dziś bez komórki niewiele można zrobić. Chciałem powiadomić brata, że wylądowałem, ale żeby połączyć się do internetu trzeba wstukać kod który przychodzi na komórkę, jego numeru telefonu nie znam na pamięć bo przecież mam wpisany do listy kontaktów w… komórce i tak po prawie 15 latach przyszło mi przeprosić się ze zwykłą budką telefoniczną i aparatem na monety, ale za to z jakim sentymentem wykręcałem numer telefonu do domu.
W samolocie spałem jak dziecko, całe bite 8 godzin, rozłożyłem płasko wygodnie fotel, przykryłem się kocykiem, nałożyłem opaskę na zmęczone ślipia i przespałem praktycznie całą podróż co miało swoją dobrą stronę bo aklimatyzacja po przylocie do Argentyny przebiegła nadzwyczajnie szybko.

130-71

Buenos Aires wydaje się bardzo europejskie niż się tego spodziewaliśmy, w ogóle nie czuję jakbym wyjeżdżał z Europy, wszystko przypomina mi tutaj Hiszpanię, może oprócz tego ze trudno jest się gdziekolwiek dogadać po angielsku. Miasto o tej porze roku, pełne jest słońca, które daje nam popalić, co czuje już dzisiaj na karku. Olbrzymie XIX-wieczne gmachy kamienic, dostojne pałace licznych banków, przepyszne teatry i zabytkowe kościoły, niby Paryż, niby Madryt, niby wielka metropolia, ale bez amerykańskiego, agresywny sznytu. W czasie długiego leniwego spaceru obejrzeliśmy większość najważniejszych budynków i placów w centrum, nie wyłączając słynnego Różowego Domu, siedziby prezydenta, z której balkonu do tłumów przemawiała ‘’Towarzyszka Evita’’; a potem śpiewała Madonna.

130-72

Na ulicach chaos i zgiełk, ruch uliczny rządzi się własnymi zasadami, przechodnie stanowią dodatek, który usiłuje przeżyć, przechodząc przez ulice trzeba patrzeć w prawo, w lewo i do góry i na dół. Istnieje w tym wszystkim jednak niewytłumaczalna płynność i zgodność…
Lokalne restauracje i bary na pierwszy rzut oka przypominają typowe mordownie – na wejściu olbrzymi grill, stoły przykryte ceratą, dziki tłum ludzi i kelnerzy, którzy zależnie od własnego widzimisię bywają albo bardzo upierdliwi albo bardzo szarmanccy. W sklepach i restauracjach daje rade dogadać się mówiąc po włosku, choć mój brat usilnie stara się mnie przekonać, że mówienie w języku Carventesa jest bardzo proste: Vamos insieme czeniamos, facziamos cocktailos fortes con lombrellones e najebamos tutes noczes come dos desperados Polacos…
Niektóre dzielnice słyną z targów staroci, które odwiedzają tysiące turystów. W upalnym słońcu przedzieranie się przez stragany pełnych wszelkiej maści gratów i rupieci, które tutaj nazywa się starociami bądź antykami jest zajęciem męczącym: kryształowe kiczowate wazony, szydełkowe obrusy, zaśniedziałe sztućce, ramy luster, stoły na trzech nogach, kotary…
Miasto wielokulturowe, ale na ulicach dominują białe twarze zapewne za sprawą potomków europejskich imigrantów.
Mieszkańcy są bardzo ciepli, życzliwi, uśmiechnięci. Niestety Argentynki nie mogą się równać z Brazylijkami albo Wenezuelkami pod żadnym względem – przysadziste i z odstająco wypiętym dupskiem. Mocno tak sobie… Faceci są przystojni, czasem trochę niedogoleni, ochoczo demonstrujący parudniowy zarost i owłosiony tors, trochę też jakby nieodmyci, z dłuższymi lekko niechlujnie rozpuszczonymi włosami – kilka razy mało nie potknąłem się o własną erekcję…

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

w strugach deszczu

Tydzień temu w Londynie poznałem osobiście nową Account Manager odpowiedzialną za brytyjski rynek. Gdy w hotelowym lobby porozumiewawczo pomachała w moją stronę ręką jakaś nieznajoma starsza pani nogi się pode mną ugięły…
Całe następne kilka godzin toczyłem wewnętrzną walkę, żeby się zbytnio do niej nie uprzedzić i nie dyskryminować z powodu zaawansowanego wieku, ale już gdy do mnie człapała żeby się przywitać a potem wypowiedziała pierwsze kilka zdań wiedziałem, że ta żona dzwonnika z Notre Dame to zupełnie nie mój klimat a praca z nią będzie utrapieniem. Na kolacji u Turka, gdy pierwsze emocje nieco opadły nie było lepiej, jej towarzystwo mnie męczyło, rozmowa wcale nam się nie kleiła i przeczuwam, że nie będzie to osoba, z którą praca będzie sprawiać mi przyjemność… Nie chcę wyjść na wyrachowanego ignoranta, więc dam jej szansę, ale planuję się seniorce bacznie przyglądać i przy najbliższej okazji wymienić ją na młodszy i niepozbawiony ikry model.
Na pierwszą okazję nie musiałem wcale długo czekać bo w czwartek w duecie spotkaliśmy się w Manchesterze. Jej 10 minutowa prezentacja skutecznie uśpiła wszystkich… Pierwszy kwit, więc już na nią mam.
Średnia wieku na szkoleniu przekraczała 40 lat, a jedna z uczestniczek miała chyba z 60 lat i niedosłyszała i musiałem improwizować. Biura firmy, którą ostatnio przejęliśmy znajdują się w ogromnym starym magazynie w ponurym Oldham co jeszcze bardziej pogrąża to i tak smutne miejsce, szukając głównego biura i recepcji miałem okazję zobaczyć rampę rozładunkową i hale która wyglądem przypominały hale produkcyjne i jeszcze wkoło ci wszyscy robotnicy w uniformach totalna masakra. Przy wejściu nikt się nie zainteresował, kim jestem, więc wszedłem trochę nieproszony, w poszukiwaniu żywego ducha mogłem pozaglądać tu i tam: widoki marne, podrapane ściany, stare meble, porozrzucane niedbale i wyglądające na zużyte przedmioty, które czasy swojej świetności mają dawno za sobą. Bieda, syf, kiła i mogiła.
Jakie to szczęście, że nie mieszkam w Manchesterze, gdybym musiał byłaby to kara: wietrznie, dżdżysto, szaro, buro, mokro, wilgotno, podobno rzadko wychodzi tam słońce a pogoda na co dzień zwykle jest właśnie taka jak wtedy – barowa.
Mało wychodziłem z hotelu, za to regularnie widywano mnie w hotelowym barze i to nie za sprawą ciągu alkoholowego a pana barmana z Polski, któremu ewidentnie przypadłem do gustu.
Wreszcie odwiedziłem A. i spędziliśmy wieczór pełen opowieści nadrabiając ostatnie kilka lat.
Ocena roczna w pracy jeszcze trwa, o niefortunnym ‘’strzale w kolano’’ szefowa wydaje się nie pamiętać.
Kilka dni temu ogłoszono wyniki kwartalne i bonus, 125% więc zacieram ręce.
We wtorek wieczorem pakuję się i lecę do Buenos. Bosko.

Opublikowano praca | Otagowano , | 4 Komentarze

Madonny z ATR’ów – domowa psychoterapia – viva Maskareny

Dawna nie zdarzyło mi się lecieć samolotem i czuć, że zaraz się uzewnętrznię. W samolocie z Zurychu przerażająco trzęsło a ja nie zdążyłem zjeść rano śniadania. Gdy samolot wzbijał się w górę zrobiło się mało przyjemnie, wbiło mnie w fotel, ręką kurczowo ściskałem oparcie siedzenia, nie wiem jak wyglądałem, ale czułem jak krew odpływa mi z twarzy a żołądek skręca się w trąbkę. Nad Zurychem i Warszawą panowały beznadziejne warunki pogodowe, wiele lotów było opóźnionych – nam udało się wylecieć tylko z 30 minutowym opóźnieniem, ale gdy w końcu oderwaliśmy się od ziemi żałowałem, że w ogóle do tego doszło – trzęsło nami potem całą podróż a nad Warszawą nastąpiła prawdziwa kulminacja turbulencji i parę razy prawie sięgałem po papierową torebkę, bo czułem że nadchodzi złowrogie kuku i elegancki pan będzie rzygał jak kot. Może gdyby leciał z nami jakiś przystojny steward mógłbym, chociaż na chwilę odwrócić myśli, ale niestety Lot zatrudnia coraz starszy i brzydszy personel pokładowy, którego sposób mówienia pozostawia wiele do życzenia. Może nie jest to najbardziej wdzięczny i prestiżowy zawód w końcu to tylko kelnerka tyle tylko, że podniebna ale panny, które spotykam na lotach obsługiwanych przez naszego narodowego przewoźnika wołają o pomstę do nieba: niemiłe, ponure, stare rury, przaśne, żujące gumę i obrażone na świat.
Nie zawiodłem się za to na moich warszawskich przyjaciołach. Zaplanowali cały dzień tak żeby było trochę ruchu, trochę przyjemności i rozrywki intelektualnej. Wspólnie wybraliśmy się na basen na Bielany, bo od siedzenia za biurkiem mięśnie mi sflaczały, zjedliśmy wspólnie obiad a wieczorem poszliśmy do kina. Byłem niewyspany po nocnym maratonie i w połowie filmu zacząłem podobno chrapać. Pobyt w stolicy udał mi się także stosunkowo… Improwizowane spotkanie z tajemniczym osobnikiem miało swój ciąg dalszy wieczorem, także nazajutrz a potem jeszcze i nocą… W wieczór przed wyjazdem spotkałem się ze innym kolegą, obok którego nigdy nie potrafię przejść obojętnie, bo dysponuje on warunkami fizycznymi na widok, których spodnie same mi opadają. U mnie to już jest chyba nieuleczalne, nic mi nie jest wstanie przemówić do rozsądku, że monogamia jest super i że to złe i niemoralne rozgrzewać się pozadomowo. Przykładów dobrych nie mam a parki które znam typu ‘’papużki nierozłączki, nosio nosio eskimosio’’ powtarzające jak mantrę ‘’od kiedy jesteśmy razem my nigdy z nikim innym’’ ogólnie mnie osłabiają.

133-13

Warszawa coraz bardziej mnie przyciąga, choć może bardziej lubię w niej bywać niż gdybym miał tu mieszkać, choć spacerując często przyglądam się nowo powstającym budynkom pod kątem kupieniem kolejnego mieszkania. Marzy mi się taki własny kąt z wysokimi oknami i dużym tarasem albo loggią… żadnego domu ogródkiem, bo wokół domu trzeba łazić. Póki nie zdecyduję, co dalej z moim życiem zawodowym nie chcę przywiązywać się zbytnio do żadnego miejsca. Jeśli wypali mój nowy kontrakt wyjadę ze Szwajcarii na kolejny rok czy dwa.
Tymczasem to M wyjechał na urlop, zostałem sam na gospodarstwie i nieźle musiałem się codziennie spinać i dobrze zorganizować swój czas, żeby ze wszystkim zdążyć. Pranie, sprzątanie, prasowanie, zakupy… znowu rozważam zatrudnienie pani do sprzątania. Gdybym mieszkał sam bez pomocy by się nie obeszło albo dawno spakowałbym manatki i wrócił do Polski. Mieszkając z M życie w Szwajcarii jest o niebo prostsze i choćby z tego trywialnego powodu od niego nie odejdę.
W pracy kocioł, do końca miesiąca jestem w rozjazdach prowadząc szkolenia, kursuję regularnie między Londynem Barceloną i Manchesterem, na jeden weekend zawitam do Wrocławia, ale potem uciekam gdzieś gdzie trwa lato i jest bardzo ciepło
Rodzina M jak zwykle bez ceregieli ciągnie od niego kasę. Moja koleżanka, która z niejednym Włochem miała do czynienie poradziła mi żebym odpuścił i przestał się wtrącać i próbować cokolwiek zmienić. W tej kulturze rodzina to głęboko zakorzeniona świętość, jest zawsze na piedestale i nie ma dyskusji – basta.
Przeszły mi też pretensje dotyczące jego zachowania. Wspaniałomyślnie postanowiłem go nie karać i zarezerwowałem już dla nas jego urodzinowy prezent – wyjazd na Mauritius w marcu. Stało się to po rozmowie z koleżanką z dawnej pracy, na co dzień mężatką, która opowiedziała mi o dokładnie odwrotnym problemie ze swoim małżonkiem: jej mężowi w towarzystwie słoma z butów wystaje a dowcipy i uwagi pozostawiają niesmak wśród znajomych. Pewnie gdyby M był akuratny to byłoby nudno, nie kłócilibyśmy się i nie musielibyśmy się nigdy godzić.

Opublikowano podróże | Otagowano , , | 5 Komentarzy

koniec roku 2011

główną cechą mojego charakteru jest: niezmiennie potrzeba planowania i dążenie do samowystarczalności
cechy, których szukam u mężczyzny: zaradność, zdecydowanie, czułość, cierpliwość, uroda
cechy, których szukam u kobiety: inteligencja, zdecydowanie, uroda
co cenię najbardziej u przyjaciół: że są przy mnie nie za coś a pomimo czegoś, i że rozumieją gdy zdarza mi się im czegoś odmówić
moja główna wada: natura tułacza, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, zblazowanie bo czasem zachowuje się jakbym widział już wszystko więc coraz trudniej jest mnie czymś zaskoczyć, coraz mniej seksoholizm i spontaniczne zakupy
moje ulubione zajęcie: planowanie wyjazdów, spełnianie marzeń, latanie samolotem, surfowanie po internecie, moja praca, pozadomowe rozgrzewające igrzyska za pieniądze
moje marzenie o szczęściu: brak popędu seksualnego, zobaczyć wszystko co warte jest zobaczenia, by móc spokojnie skoncentrować się na pracy
co wzbudza we mnie obsesyjny lęk: stagnacja, samotność, choroba, bezsilność, brutalna agresja
co byłoby dla mnie największym nieszczęściem: życie bez M i podróży, ubezwłasnowolnienie
kim (lub czym) chciałbym być, gdybym nie był tym, kim jestem: nie chcę niczego zmieniać
kiedy kłamię: mówię po włosku, angielsku lub polsku
słowa, których nadużywam: no i chuj, wracam do Polski
ulubieni bohaterowie literaccy: Johann Unterweger za spryt i inteligencję
ulubieni bohaterowie życia codziennego: Marco, Zero, Kristi, Laura, Renate, Lucia, Franco, Vasilka, Kateryna, pazza i Mauerchofer
czego nie cierpię ponad wszystko: systematyczności, czasem tego co wyprawiam, u innych braku zdecydowania, prostactwa, pozerstwa i niepotrzebnej bufonady, polskiej małostkowości i kompleksów
moja dewiza: chwytaj czas póki go jeszcze masz
dar natury, który chciałbym posiadać: płaski i owłosiony brzuch, oliwkową skórę, brak egoizmu
jak chciałbym umrzeć: jeszcze nie teraz, ale szybko i nagle
obecny stan mojego umysłu: relaks – sam w domu, M w pracy a ja słucham muzyki popijając lampkę białego wina
błędy, które najłatwiej wybaczam: coraz bardziej przesuwam granicę tolerancji
największa porażka: napad w San Francisco, seksualna asceza, szopka z Eurorally, zwolnienie Emanuele

Opublikowano Brak kategorii | 9 Komentarzy

Driving home for Christmas

Czas pobytu we Wrocławiu dzieliłem między rodzinę, spotykania z byłymi, starymi znajomymi, przyjaciółmi tudzież zawieranie nowych mniej lub bardziej ekscytujących znajomości, często widywano mnie w barze ‘’Le Louis D’or’’.
A wyciągnęła mnie na kolację „Pod Papugi”, która nieoczekiwanie przeciągnęła się o drinka w hotelowym barze, by następnie zamienić się w regularny clubbing z baletami w tle, w poszukiwaniu zabawy przy dobrej muzyce nie sposób było nie ulec sposobności zaliczenia „wodnej pedałowni”. Dwukrotnie wylądowaliśmy w Mananie – miejscu przystanku ostatniej szansy dla tych, którym nie udało się nikogo wyrwać.
Szukając odpowiedniego świątecznego prezentu dla mojej matki trafiłem do Laboratorium SPA. Żeby nie było, że narażam starą kobietę na coś nieznanego postanowiłem wypróbować podarunek piękna najpierw na sobie i dzień przed wigilią na ponad 6 godzin zamknąłem się w przybytku urody i relaksu. Z dala od szarej zimowej aury, pozwoliłem wcierać sobie w twarz przeróżne mazie, ugniatać się gorącymi kamieniami i taplać ciało w algach. Efekt był piorunujący, choć początkowo najbardziej martwiłem się czy oddając się w sprawne i silne ręce masażysty zdołałem skutecznie kontrolować ciało przed reakcją na fizyczną stymulacje. W obawie że, zły dotyk może boleć przez całe życie nie pozwoliłem oddać się w ręce kobiety. Mój ojciec początkowo nie rozumiał mojej decyzji, ale później zreflektował sie, że jego pierworodny ma przecież większą tolerancję na męski dotyk…Przeszedłem piekło manicure w towarzystwie pewnej tipsiary, która wydala się lekko wzburzona widząc zasiadającego obok niej faceta. Skoro baby pchają się do zarządzania firmami, chcą kierować i zarządzać innymi to faceci mają prawo robić sobie pazurki – same sobie zgotowały ten los, równouprawnienie to równouprawnienie.

Mieszkając w hotelu mój pokój był otwarty jak sklep całodobowy, korzystając z okazji wziąłem udział w kilku „meczach”. Zaletą spotykania się z pewnymi siebie ludźmi jest taka, że wcale nie trzeba się spinać, czarować i starać się przypodobać, bo w gruncie rzeczy to oni są najlepsi. Pozwoliłem, więc innym odgrywać farsę zwaną tańcem godowym i prezentować się w stylu, jaki to jestem the best, podczas gdy sam w ramach zajęć wyrównawczych mogłem potem brać z nich co tylko chciałem.
Uciekłem ze Szwajcarii przed zimą. We Wrocławiu było jesiennie i stosunkowo ciepło, podczas gdy w Bernie spadł śnieg, sparaliżowało lotniska a w niektórych regionach ogłoszono stan zagrożenia lawinowego. Nie lubię zimy, ale byle do końca stycznia…
Parę osób powiedziało mi ostatnio, że wymieniam nazwy państw, miast i miejsc, w których byłem, z taką swobodą, jakby to była codzienność, ale czy czuję, że wyważyłem w swoim życiu jakieś drzwi? Nie. Wiem, że dostaje od życia bardzo wiele, ale kiedy czuję, że woda sodowa zaczyna mi szumieć w głowie, jadę do Wrocławia. Moi przyjaciele i znajomi żyją zwyczajnie, mniej chaotycznie. Chodzę z mamą po marchewkę na targ, do cioci na imieniny, jem mortadelę, obieram ziemniaki, myje naczynia.. Tak naprawdę, kogo tam obchodzi zamknięcie miesiąca albo czy samoloty łatają. Sprawy codzienne są istotniejsze. Tam jestem bliżej ziemi, obserwuje zwyczajne życie, przyrodę, doceniam starość, święty spokój, rodzinę i doświadczenie.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz