Koniec wakacji na Seszelach c.d.

Na lotnisku pojawiliśmy się na 3 godz. przed odlotem, grzecznie ustawiliśmy się w kolejce do odprawy. Przed nami stały 2 inne pary. Ta, która akurat odprawiano wyjątkowo się guzdrała, więc po kwadransie zaczęliśmy z M. narzekać, że też to musi tyle trwać. Gdy przyszła kolej na nas miła pani wzięła nasze paszporty, wstukała coś do komputera, po czym z niewinnym uśmiechem oznajmiła nam,  musimy poczekać, bo ona musi coś sprawdzić. Jak wróciła, rzuciła, że mają overbook i że nie ma dla nas miejsc w samolocie. Zonk. Kazała czekać, kwadrans, pół godziny, godzinę wściekłem się, bo bilety mieliśmy potwierdzone. W końcu łaskawie wydała nam karty pokładowe i mogliśmy przejść przez odprawę paszportową. W samolocie do Abu Dhabi lecieliśmy z dwójką francuskich bachorów, które darły się niemożliwie, wierciły w siedzeniach, kopały fotele, rzucały jedzeniem, zabawkami a ich rodzice nie bardzo się tym przejmowali, tłumacząc się, że to w końcu dzieci…

Gdy po 10 godz. wylądowaliśmy w Zurychu okazało się, że nie doleciały nasze bagaże. Czekałem 2 dni aż je nam dowieźli.

Podróże kształcą.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Koniec wakacji na Seszelach

Nadszedł ten dzień, że po raz ostatni zjedliśmy śniadanie w Corossol z widokiem na morze, południową plażę i soczyście zielone palmy. Poszliśmy na plażę, ale nie wytrzymaliśmy tam długo, bo zaczęło padać tzn. lać jak z cebra i nie było sensu, żebyśmy tam zostali. Turyści chowali się między palmami próbując przeczekać złą pogodę, ale na próżno. Po trzech takich chwilach zwinęliśmy ręczniki i wróciliśmy do pokoju. Poprzedniego wieczoru też lało, akurat byliśmy na wieczornym spacerze, gdy złapała nas tropikalna ciepła burza. Zmokliśmy do suchej nitki, ale wcale nie straciliśmy humoru.

Punkt 17. pojawił się nasz kierowca, który miał zawieźć nas na lotnisko.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Days go by

Cieszę oczy tropikami, pięknymi widokami zatok, kolorem morza, bujną roślinnością i białym piaskiem na plaży. Wakacje tutaj to rzeczywiście doświadczenie na miarę pobytu w ziemskim raju.

M. wstaje wcześniej ode mnie i idzie biegać, podczas gdy ja śpię nieprzerwanie do 9. Potem któryś z nas robi poranna kawę (mamy dyżury), idziemy na śniadanie do Corassol a potem na plażę. Mamy już swoje ulubione miejsce z dala od rodzin z bachorami oraz Rosjan, bo jedni i drudzy działają nam na nerwy: bachory drą się wchodząc do morza, drą się kiedy się w nim bawią i drą się kiedy każe im się wyjść z wody, Rosjanie za to zachowują się jakby byli jedynymi gośćmi hotelu. Zawarliśmy przymierze z pewną parą Włochów i razem blokujemy leżaki, żeby ani jedni ani drudzy przypadkiem się koło nas nie rozłożyli. Na plaży czas odmierzają kolejki zamawianych koktajli albo lokalnego piwa. Przed 18. gdy zapada zmrok wracamy do pokoju, pijemy wino na tarasie a potem leniwie udajemy się na kolacje. Czasami w międzyczasie M. zalicza siłownię a ja leniuchuję, bo jestem już wystarczająco piękny i cudowny. Ile razy staje rano przed lustrem zastanawiam się gdzie podziały się pozostałe 7 cudów świata…

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | 1 komentarz

Urlop

Scenka przy śniadaniu, idziemy z M. do Corassol gdzie serwują olbrzymi bufet. Siadamy przy dwuosobowym stoliku przy końcu sali zaraz obok trzyosobowej rodziny spożywającej swoje śniadanie. Ładny, zadbany mały chłopiec, ubrany w kolorowe letnie ciuszki, jego matka na oko 40 lat, zadbana figura, markowe letnie ubranie, delikatna biżuteria, pierwsza mówi nam dzień dobry i obdarowuje pięknym uśmiechem. Z jej twarzy znika on tak samo szybko i niespodziewanie jak się pojawił. Głowa rodziny to postawny barczysty i lekko przysadzisty pan, z bujną czupryną ciemnych włosów, mocną opalenizną, ubrany na sportowo w spodenkach z najnowszej kolekcji od Vilebrequin i kolorowe polo, na nadgarstku masywny zegarek. Sielski obrazek szczęśliwej rodziny w raju. Facet od co najmniej 15 minut wisi na telefonie podczas gdy reszta rodziny spożywa posiłek. Z telefonem przy uchu krąży między stolikami, drugą częścią sali a bufetem raz po raz odzywając się i komentując sprawy jakiegoś kontraktu. Przy ich stoliku panuje grobowa cisza, bo ojciec rozmawia przez telefon, ta sytuacja trwa przez cały czas, gdy razem z M. spożywamy nasze śniadanie.

Fajnie gdy ludzi stać na spędzanie rodzinnych wakacji w egzotycznych i pięknych miejscach, ale gdy widzę takich pracoholików nie potrafiących wyluzować na wakacjach tylko gadających non stop przez telefon robi mi się żal takich osób. Zero spontanu, radości czy oderwania się od codzienności. Zastanawiam się czy ten facet zauważył w ogóle, że jest na rajskich Seszelach, w pięknym miejscu, w super wygodnym hotelu i jest z nim rodzina.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Praslin

Pół nocy nie spałem, koszmary miałem z szefem w roli głównej, facet mnie prześladuje i dręczy, to chyba ciąg dalszy wypalenia zawodowego. Rano nie zjadłem na śniadanie nic prócz suchej bulki, bo mieliśmy popłynąć promem na wyspę Praslin. No i żeby kołysało to mało powiedzieć, fale były kilkumetrowe, rzucało nami raz na prawo raz na lewo, w portki nie robiłem, ale momentami żołądek podchodził mi pod gardło. Pierwsi o papierowe torebki poprosili Azjaci, bo niektórzy siedzieli tyłem do kierunku jazdy, ale jak zobaczyłem starą brzydką Chinkę rzygająca chyba buraczkami zemdliło i mnie. M. chciał przynieść mi torebkę, ale biedaczysko nie zdążył, bo sam musiał skorzystać. Nic tak ludzi nie zbliża jak wspólne haftowanie, biedny M. oblał się cały zimnym potem, ale robił to w iście glamour sposób, do brzegu było jeszcze 25 km no i tak sobie płynęliśmy wypełniając torebki zawartością naszych żołądków i raz po raz wydając odgłosy spluwania i bekania. Ktoś patrząc na nas z boku mógłby pomyśleć, że nachlaliśmy się może czegoś wczoraj bo rzucało nami jak kotem po tyfusie.

Surviving a sea sick together wasn’t the stuff of great romance but it was a stuff of lasting love.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Constance Euphelia

Niby nie byliśmy zmęczeni, bo lecieliśmy biznes klasą więc spaliśmy jakby w łóżku a wieczorem po kolacji padliśmy jak nieżywi. Zamówiliśmy sobie pizzę i sałatkę do pokoju, otworzyliśmy butelkę wina, potem przenieśliśmy się do lóżka i nawet nie wiem kiedy zasnąłem. Obudziliśmy się dopiero po 9. leniwie zwlekliśmy się z łóżka, M. zrobił nam kawy i piękny poranek przesiedzieliśmy w ciszy na tarasie, wbiłem się w miękki wiklinowy fotel i nawet nie wiem, kiedy zleciała mi tam godzina.

W hotelu cała masa Włochów, na każdym kroku muszę uważać żeby na widok jakiegoś samca zbyt mocno nie westchnąć albo kogoś zbyt dosadnie nie obgadać, bo istnieje duże prawdopodobieństwo, że zostanę zrozumiany. Starzy, siwiejący Włosi zalatujący pod 40. przyjeżdżają tutaj ze swoimi  młodszymi laskami w podróż poślubną. Laski z fochami, jak się ich trochę posłucha człowiek myśli sobie, że gdyby pobierali podatek za powierzchnię mózgu to one dostałyby niewątpliwie zwrot, za to niektórzy panowie palce lizać takie ciacha, od wytatuowanych, nażelowanych, wystrzyżonych gogusiów z mięśniami po atrakcyjnych tatusiów. Rozkładamy się przy nich na plaży, żeby mieć z kim pogadać a przy okazji popatrzeć sobie na te i inne cuda natury.

Hotel jest ogromny, przejście z części południowej na północną zajmuje pieszo 30-45 minut a przejazd elektrycznym wózkiem niespełna 10 minut. Nasz pokój położony jest w części południowej, z widokiem na morze. Na terenie resortu 6 restauracji, kilka barów, siłownia, spa, sklepy, tor do zjeżdżania na linie, korty, squash, kilka basenów, wypożyczalnia sportów wodnych i dwie piękne plaże. Upodobaliśmy sobie tą północną, mniej dziką, wypożyczyliśmy wściekle żółty rower wodny i popedałowaliśmy pooglądać sobie widoczki znad morza. Piwko, woda kokosowa, mohito sponsorowały cały nasz dzisiejszy dzień od południa do samego wieczora. Nasmarowałem się tłusto kremem a i tak spaliłem sobie kawałek uda nad kolanem no i w dodatku pogryzły mnie komary. Bo biednemu zawsze wiatr w oczy…

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Mahe

30 stopni, wilgotność 80%, bezchmurne niebo, słońce w pełni – tak przywitała nas pogoda po przylocie do Mahe. Bez przerwy podtrzymując opadające mi spodnie, odebraliśmy nasze bagaże i wynajętym autem pojechaliśmy do hotelu. Marzyłem żeby wreszcie zdjąć te portki i przebrać się w coś bardziej wygodnego. Najpierw jednak czekało nas powitanie pełne atrakcji: welcome drink, biurokratyczny check-in, spotkanie z rezydentem z biura podróży, wręczenie voucherów na wycieczki, czekanie na buggy, który zawiózł nas do naszego pokoju a tam to dopiero był prawdziwy luksus! Kwiatki rozrzucone po całym pokoju i łazience, nawet w wannie i w muszli klozetowej pływały płatki, wielkie serce ułożone na łóżku a na stole zmrożona butelka cavy. Brakowało tylko tęczy i fanfarów…

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

W drodze do Mahe

Razem z M. napaliliśmy się na shopping w Abu Dhabi, licząc po cichu, że wybór sklepów będzie co najmniej taki jak w Kuala czy Dubaju. Lotnisko zachwyca swoja bryłą i ciekawą architekturą, ale pod względem atrakcji dla zakupoholików wypada blado. Zaopatrzeni w kilka butelek wina i rumu i mając wciąż 2 godziny do odlotu rozsiedliśmy się na kilka godzin w wygodnym loungu. Była 4. rano, M. sączył soczek i kawę a ja prosecco w końcu przecież bylem na wakacjach.

W Etihad Premium Lounge spotkaliśmy lokalny koloryt. Pojawił się nagle, lekko misiowaty, w ciemnych okularach, z bujną czarną czupryną, ubrany od stop do głów w markowe ciuchy od Gucci i Prady z walizką od Luis Vuitton. Jego ruchy i manieryczny foch zdradzały że mamy do czynienia z gwiazdą Abu Dhabi. Nie mam gdzie usiąść? Dlaczego wszystko jest pozajmowane? W innym loungu? Każesz mi teraz iść gdzie indziej? Awanturował się strzelając miny niczym diwa pokazując swoją prawdziwą naturę. No i ten jego zjawiskowy chód: je-stem pię-kny se-xy, so-no bel-lo snel-lo fro-ccio con sexy cu-lo.

Nie wiem jak to zrobiłem, ale pękł mi guzik w pasie, przez co ciągle opadały mi spodnie. Paska nie miałem, agrafki też nie więc, co kilka kroków musiałem stawać i podciągać portki ryzykując że niekontrolowanie zjadą mi do kolan. Wchodząc po schodach na pokład samolotu trzymałem jedną rękę kurczowo w kieszeni podtrzymując je co by się nie wywalić i nie wyrżnąć gębą w schody. M. miał ze mnie ubaw kiedy musiał pomóc mi włożyć torbę do luku nad głową, próbowałem samodzielnie, jedną ręką, drugą nonszalancko trzymając w kieszeni, moja akrobacja zdziwiła nawet panie z obsługi.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Lecimy do Mahe

Na wakacje lecimy z M. na Seszele. To był mój prezent pod choinkę, bilety na samolot wydrukowałem i owinąłem nimi pokaźnych rozmiarów ananasa, którego kupiłem w Coopie. Pamiętam jak M. obruszył się na widok dziwnie zapakowanego owocu wystającego spod świątecznej choinki, ale gdy bliżej przyjrzał się opakowaniu na jego twarzy wymalował się szeroki uśmiech a w oczach widać było radość jak u dziecka.

W sobotę rano pojechaliśmy odwieźć sierściucha do hotelu dla zwierząt, bo odkąd Zero zaczął chorować M. nie zgadza się zostawiać go pod niewykwalifikowaną opieką. Znajomi poszli w odstawkę a my teraz bulimy paręnaście franków za dobę, żeby kot nie miał traumy. Razem odwieźliśmy go do Belp, przeszliśmy właściciela, który mówił tylko po szwajcarsku a na koniec zrobiło nam się smutno słysząc głośne kocie miałczenie wydobywające się ze wszystkich klatek. Hotel położony jest na pięknej farmie, wokoło sama zieleń, ale żeby było to 5 gwiazdek to nie powiem.

Pakowanie poszło jak z płatka, wziąłem same tylko t-shirty, spodenki, klapki, okulary i coś do czytania tzn. słuchania, bo przerzuciłem się na audiotekę. Kremy z filtrem postanowiliśmy zakupić na bezcłówce w Abu Dhabi.

W Berlinie czekając na przesiadkę wpadłem przypadkiem na znajomego barmana z berneńskiego Schweizerhoffa, lecieliśmy razem do Emiratów. W samolocie szampanik na powitanie, dwie kolejki whisky, winko i koniak, po czym rozłożyliśmy sobie wygodnie fotele i zasnęliśmy snem sprawiedliwego.

Opublikowano podróże, Seszele | Otagowano , | Dodaj komentarz

Dalej o Islandii oraz o niecywilizowanym zachowaniu Chińczyków

Nazajutrz skorzystaliśmy z okazji wyjazdu na całodniową wycieczkę na gejzery i Gullgoss. Było naprzemiennie zimno i wietrznie, słonecznie albo wręcz brakowało słońca. Ubrałem na siebie cokolwiek miałem. I przez cały dzień zmokłem okropnie, najpierw wodospad (wilgotno), później gejzery (deszczowo), następnie kosmicznie chlapiący Gullfoss (bardzo mokro i zimno). Taka dawka przemakania i wietrzenia na przemian o dziwo nie doprowadziła mnie do przeziębienia ani do obezwładniającej niemocy na drugi dzień.

W drodze, późnym popołudniem zatrzymaliśmy się na olbrzymim parkingu. Kierowca potrzebował przerwy, zatankować a nasza grupa w tym czasie miała okazję coś zjeść w auto-grillu albo zrobić ostanie zakupy przed powrotem do stolicy. Restauracja samoobsługowa, bardzo dobrze zorganizowana i serwująca całkiem smakowicie wyglądające potrawy. Nie brakowało burgerów z frytkami czy innych kanapkowych rozwiązań, których fanem nie jestem, ale prócz typowego fastfooda oferowała też zdrowsze posiłki: sałatki, pasty i ryby. Prócz naszej grupy stołowała się tutaj całkiem spora grupa chińskich turystów, która robiła strasznie dużo hałasu, głośno rozmawiając a jeszcze głośniej mlaskając, bałaganiąc i okupując przy tym wszystkie możliwe stoliki. Po skończonym posiłku zamiast zebrać swoje śmieci, resztki jedzenia czy inne papierowe talerze zostawiali wszystko na stołach i niczego sobie z tego nie robiąc po prostu wrócili do autokaru. Nie wspomnę ile zmarnowali przy tym jedzenia. Gdy odebraliśmy nasze zamówienie nie mieliśmy gdzie usiąść, wszystkie stoły i ławy były tak uświnione, że na ich widok odechciewało się tam jeść. Ktoś z obsługi restauracji zdążył złapać pilota obsługującego tę wycieczkę i po chwili Chińczycy wrócili posprzątać po sobie. Trochę im to zajęło, nie ukrywali niezadowolenia, głośno komentując coś pod nosem. Miny mieli nietęgie, bo ktoś kazał im sprzątać, ale widok był zabawny oglądając wymuskane Chinki w markowych ciuchach z oczojebnym logo uwijające się, by doprowadzić to miejsce do stanu używalności.

Chińscy turyści to swoisty ewenement. Wpychają się do kolejek, są niekulturalni i nie przestrzegają przepisów, a mimo to cały świat wita ich z otwartymi ramionami. Okryci złą sławą chińscy turyści coraz liczniej wyjeżdżają w podróże do innych krajów, zostawiając w nich coraz więcej pieniędzy.

W kilku miejscach praktycznie postawiono znak informujący po chińsku o samoobsłudze, konieczności posprzątania po sobie stołów, a nawet zakazie załatwiania potrzeb fizjologicznych na terenie otaczającym parking. Fakt, że zakazu nie obwieszczono w żadnym innym języku, świadczy tylko o fatalnej reputacji, jakiej dorobili się turyści Państwa Środka odwiedzający to miejsce. Jednak na tym nie kończy się lista przywar stereotypowego turysty z Kraju Środka. Podróżując po świecie podczas ostatnich kilku lat poczyniłem pewne obserwacje i tak oto chińscy podróżnicy dali mi się poznać jako niegrzeczni, głośni, skorzy do awantur i nieprzestrzegający przepisów. Widziałem i słyszałem historie, że np. w Tajlandii mają tendencję do szybkiej jazdy po złej stronie ulicy albo zostawiania podpisów na starożytnych ruinach. W wielu krajach część hoteli zabiera elektryczne czajniki z pokojów zajętych przez Chińczyków, gdyż ci, zamiast wody na herbatę, często gotują w nich makaron. Gdziekolwiek pojadą – plują, śmiecą i wpychają się do kolejek.

W narzekaniu na zachowanie Chińczyków prym wiodą mieszkańcy Hongkongu, lokalna prasa regularnie donosi o nowych przypadkach potwierdzających brak kultury przybyszów z Chin kontynentalnych. Czytałem gdzieś, że Chińczykom udało się rozzłościć nawet mieszkańców Korei Północnej, kiedy rzucali północnokoreańskim dzieciom cukierki, „jakby karmili kaczki”.

Moim zdaniem, niezbyt interesuje ich to, co dany kraj ma do zaoferowania. Mam na myśli, że nie podróżują dla poznawania ludzi, dla kultury danego miejsca, nie mają potrzeby ucieczki od zgiełku dużych miast na plażę, nie szukają spokoju. Chińscy turyści w większości podróżują po to, żeby zobaczyć to co widzą wszyscy. Kluczową rolę w ich podróży odgrywają zdjęcia, których robią chyba miliony. Chińczycy fotografują wszystko, począwszy od rzeczy i miejsc rzeczywiście wartych fotografowania, przez niezliczoną ilość selfie, po białych ludzi czy po prostu tablice z napisami, jedzenie itp.

Opublikowano podróże | Otagowano , | 1 komentarz